----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

We wtorek wieczorem, dwa dni po weekendowych, tragicznych atakach w El Paso i Dayton, na nowojorskim Times Square wybuchła panika. Odgłosy źle wyregulowanego silnika motocyklowego wzięto za strzały z broni palnej. Tysiące osób odwiedzających to miejsce rzuciło się do panicznej ucieczki. Chaos, krzyk, płacz dzieci. Był to obraz, do którego zaczynamy się przyzwyczajać.

Gubiąc rzeczy osobiste, depcząc innych, w poszukiwaniu schronienia waląc w drzwi pobliskich teatrów na Broadwayu i błagając o schronienie występujących tam aktorów i widzów – tak ludzie zareagowali na strzał silnika motocyklowego.

„To świat, w którym żyjemy” - napisał na Twitterze aktor Gideon Glick, którego występ w broadwayowskim przedstawieniu Zabić drozda został zakłócony fałszywym alarmem - „To nie może być nasz świat”.

Podobne historie fałszywych alarmów stały się niepokojąco powszechne i dotyczą wszystkich stanów, miast, grup wiekowych.

Tego samego dnia, gdy w Nowym Jorku tysięczny tłum rozbiegł się na wszystkie strony w poszukiwaniu schronienia przed nieistniejącym napastnikiem, w Baton Rouge w stanie Luizjana panika wybuchła w lokalnym Walmarcie. Ktoś podobno zauważył mężczyznę z bronią i krzyknął ostrzegawczo, ktoś inny chwilę później usłyszał strzały. Przynajmniej tak mu się wydawało. W ułamku sekundy wśród kupujących wybuchło przerażenie.

„Spanikowani klienci uciekali przednimi i tylnymi wyjściami ze sklepu i napotkanym policjantom relacjonowali atak uzbrojonych napastników” – opowiadał później szeryf dzielnicy East Baton Rouge, Sid Gautreaux. Po skontrolowaniu wszystkiego przez służby porządkowe okazało się, że usłyszane przez klientów strzały były produktem czyjejś wyobraźni, bo na nagraniach audio i wideo żadnych dowodów na potwierdzenie zasłyszanych zeznań nie znaleziono.

Tego samego dnia w jednym z centrów handlowych w stanie Utah przewrócił się znak reklamowy. Uderzając o posadzkę wywołał niemały huk, który znajdujące się w pobliżu osoby odebrały jako odgłos broni palnej. Ktoś krzyknął „strzały!” i chwilę potem cały budynek został ewakuowany.

Brzmi znajomo?

Nic dziwnego, przecież niecały rok temu media opisywały w podobny sposób panikę wybuchającą co chwila w różnych miastach w następstwie strzelanin w Thousand Oaks w Kalifornii, podczas której śmierć poniosło 11 osób, oraz w synagodze w Pittsburgu, gdzie od kul zginęło 12 osób. Kilka miesięcy wcześniej, tym razem w szkole, strzelanina zakończyła życie 17 osób, najmłodsza z nich miała zaledwie 14 lat.

Fałszywe alarmy nie są więc nowym zjawiskiem, są dowodem tego, w jaki sposób masowe strzelaniny odcisnęły na nas swe piętno.

W 2012 r., kilka tygodni po masakrze w Aurorze w Kolorado, kina w całym kraju były często ewakuowane z powodu fałszywych alarmów.

W 2016 roku aż trzy godziny zajęło przywrócenie spokoju na lotnisku Johna F. Kennedy'ego po tym, jak wybuch radości w barze został wzięty za atak terrorystyczny. Właściwie to aż dwukrotnie w ciągu jednego dnia doszło wtedy do paniki na lotniskowych terminalach. Najpierw na dwójce, gdzie w jednym z barów kilkudziesięcioosobowa grupa czekających na samolot pasażerów zaczęła głośno bić brawo oglądając zmagania sportowe w telewizji. Wyłożone porcelanowymi płytkami korytarze poniosły ten odgłos w głąb terminalu, gdzie odebrany został przez kilkoro pasażerów jak odległe strzały z pistoletu. Ktoś podniósł głos, ktoś zaczął biec. Jakaś kobieta krzyknęła, że widziała broń. Zaczęła się masowa ucieczka kilkuset osób, która podrywała do biegu kolejnych, nie do końca zdających sobie sprawę o co chodzi. Godzinę później, gdy udało się nieco opanować chaos, na posadzce w hali odlotów wciąż widać było porzucone bagaże, kilka zgubionych paszportów, przewrócone barierki i uszkodzone stoiska sklepików.

Kilka godzin później, tym razem na terminalu 1, znów wybuchła panika. Zaczęło się na ruchomych schodach. Wjeżdżający nimi na piętro pasażerowie ujrzeli nagle u szczytu schodów kobietę z twarzą ukrytą w hidżabie, która zaczęła głośno krzyczeć. To wystarczyło, by kilka osób zaczęło krzyczeć również, podejrzewając atak terrorystyczny. Znów setka osób zaczęła uciekać powodując potężne zamieszanie. Dołączyło do nich kolejne kilkaset oczekujących w pobliskiej kolejce na odprawę. Ktoś się przewrócił, zaczęły płakać dzieci, włączono syrenę alarmową, zaroiło się od policjantów i żołnierzy z karabinami gotowymi do strzału. Okazało się, że kobieta, która dotarła już na szczyt schodów porozumiewała się w ten sposób w resztą swej rodziny dopiero na nie wchodzącą. Po prostu informowała podniesionym głosem, żeby się pospieszyli, bo samolot im ucieknie, a ona idzie do odprawy nie czekając na nich.

„Przez kilka godzin doświadczaliśmy paniki i chaosu towarzyszących prawdziwemu aktowi terroru. Nie ma innego sposobu, aby to opisać” – mówił później nowojorski dziennikarz, David Wallace-Wells - „To, że była to przesadna reakcja, prawie nie ma znaczenia, bo tak w rzeczywistości działa terroryzm”.

W momencie powstawania tego tekstu, w środę, media podały informację o ewakuacji budynku będącego główną siedzibą dziennika USA Today w stanie Virginia. Podobno ktoś zauważył wchodzącego do środka mężczyznę z bronią. Przeprowadzone dochodzenie nie potwierdziło tej informacji, ludzie wrócili później na swe stanowiska pracy.

Skąd biorą się takie informacje? Czy rzeczywiście ludziom szwankuje wzrok i słuch do tego stopnia?

Masowe PTSD

Całe społeczeństwo cierpi dziś na coś, co można porównać do PTSD, czyli zespołu stresu pourazowego. Cały czas od wybuchu paniki dzieli nas jeden podejrzany odgłos przypominający wystrzał. Choć lepiej mieć do czynienia z fałszywym alarmem, niż rzeczywistą strzelaniną, to jednak one również stanowią zagrożenie. Już nawet nie tylko dla naszej psychiki, ale zagrożenie fizyczne dla ludzi:

W ubiegłym roku podczas festiwalu muzycznego odbywającego się w Central Park w Nowym Jorku, wybuch paniki spowodował poważne obrażenia u piętnastu osób. Kilka z nich dosłownie otarło się o śmierć, choć przecież całe zamieszanie wywołane został przez wybujałą wyobraźnię kilku osób.

„Właśnie przeżyłem największy atak paniki w moim życiu na Global Citizen Fest” – napisał wtedy jeden z uczestników festiwalu na Twitterze.

Wyobraźmy sobie teraz, że wraz z coraz powszechniejszym dostępem do broni, ktoś w podobnej sytuacji wyciągnie pistolet i w przypływie strachu i paniki zacznie strzelać do nieistniejącego napastnika.

„To tylko kwestia czasu, gdy niewinna osoba zginie z ręki przestraszonego i mającego dobre intencje uczestnika tych samych zdarzeń” – mówią eksperci.

Prawdopodobieństwo śmierci w wyniku masowej strzelaniny jest niezwykle małe, jednak wyższe od zera. Mimo wszystko, przynajmniej statystycznie, prędzej zginiemy w wyniku uderzenia tornada, fali upałów, ukąszenia przez jadowitego węża, itd. niż jako ofiara masowej strzelaniny. Dlaczego więc tak wiele osób myśli z obawą o takiej ewentualności, zamiast martwić się na przykład niebezpieczeństwem udziału w wypadku drogowym?

Lęk przed udziałem w masowej strzelaninie jest najszybciej rosnącą obawą w amerykańskim społeczeństwie. W 2015 r. badania sondażowe wykazały, iż 16 proc. dorosłych w USA obawia się utraty życia w wyniku masowej strzelaniny. W 2018 r. ich liczba wrosła do 42 proc. Uczniowie przyznają, iż myślą o tym bardzo często podczas zajęć. Podobnie użytkownicy środków transportu publicznego, zwłaszcza autobusów i pociągów podmiejskich. Niektórzy zaczynają odczuwać lęk podczas wizyt w kościele. Amerykanie szczególnie silny strach odczuwają w tłumie. Coraz częściej spotkać można osoby, które tylko z tego powodu rezygnują z uczestniczenia w paradach, pokazach sztucznych ogni, a nawet robienia zakupów w godzinach szczytu.

Godzimy się z tym, że powszechność broni palnej wiąże się z podwyższonym poziomem przemocy. Dla mieszkańców USA jest to cena, jaką należy zapłacić za pewne przywileje i swobody. W związku z tym należy się również pogodzić z faktem, że pojawiać się będą śmiertelne ofiary, a to wiąże się z ciągłym poczuciem lęku, zwłaszcza w miejscach publicznych. Podsyca to ciągła obawa, że lada chwila w naszym bezpośrednim sąsiedztwie może zdarzyć się coś złego. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do terroryzmu, masowe strzelaniny nie są związane z pojedynczą, polityczną ideologią, czy wyznającą ją grupą. Może ich dokonać każdy i wszędzie, z różnych powodów lub nawet bez ich, na co wskazuje kilka przykładów z ostatnich lat.

Nawet jeśli nie przyznajemy się do strachu przed ewentualnością znalezienia się w takim miejscu, to bardzo wielu z nas zastanawia się, co w takiej sytuacji by zrobiło.

Uciekaj, kryj się, walcz

Problem w tym, że na ewentualność taką nie można się za bardzo przygotować. Z różnymi zagrożeniami stykamy się na co dzień. Nawet jeśli nie mieliśmy z nimi do czynienia, większość z nas wie co robić w razie pożaru, huraganu, trzęsienia ziemi, ataku dzikiego zwierzęcia.

W sytuacji, gdy uzbrojony w karabin napastnik w ciągu 30 sekund zabić może kilkadziesiąt przypadkowych osób, nikt nie będzie pamiętał o dobrych radach, a jedynie starał się uciec jak najszybciej.

To, że w ogóle w ten sposób rozmawiamy jest przerażające. Podobnie to, że ktoś zarabia pieniądze organizując szkolenia dla obawiających się masowych strzelanin. Czasem jednak drobny szczegół może zaważyć i wpłynąć na przetrwanie.

Mamy trzy możliwości: kryć się, uciekać lub walczyć. W zależności od sytuacji jesteśmy bardziej aktywni lub mniej. W 2007 r. podczas masakry w Virginia Tech samotny napastnik zastrzelił 32 osoby. Posuwał się po korytarzu zaglądając do każdej klasy. To, jak zachowywali się ludzie miało wpływ na szanse ich przetrwania. W klasie 206 uczniowie pochowali się pod stołami. Mężczyzna zastrzelił tam 10 osób, ranił kilkanaście. W klasie 204 większość uczniów wyskoczyła przez okno. Zginęły tam dwie, które nie zdążyły uciec. W sali 205 uczniowie i nauczyciel zabarykadowali drzwi stołami i krzesłami, po czym położyli się na ziemi. Mimo kilku prób pokonania bariery i serii strzałów oddanych w drzwi napastnikowi nie udało się wejść do środka. W tej klasie nie zginął nikt.

„Z tych tragicznych wydarzeń można wyciągnąć kilka wniosków na przyszłość” – mówią eksperci ds. bezpieczeństwa – „Od naszego zachowania i reakcji zależy wiele”.

Dlatego przekonują nas, by w publicznych miejscach rozejrzeć się dookoła, zlokalizować wyjścia awaryjne, rozkład korytarzy. Na wszelki wypadek. W kinach siadać w pobliżu przejść i wyjść. Zanim się zrelaksujemy w jakimkolwiek miejscu, powinniśmy w myślach opracować plan ewakuacji.

Trochę to smutne, że w takim kraju jak USA wydarzenia zmuszają nas do takiego myślenia, do poruszania takich tematów. Niestety, niewiele wskazuje, by w najbliższej przyszłości miało się to zmienić.

Na podst.: theweek, atlantic, nyt, gunviolencearchive, vox, thelily
opr. Rafał Jurak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location