----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

***

A oto: wszystko to marność i pogoń za wiatrem!

***

„Ale z czasem kwiaty przebiją się przez popioły spalonych pól, by wyrosnąć i kołysać się na wietrze, na zwęglonej gałęzi pojawią się świeżozielone listki, a srebrzysta trawa na nowo wykiełkuje. Wszystko kiedyś wróci. Zawsze wraca.” (s. 207)

***

Śmieci, wszędzie śmieci. Nie wiadomo już praktycznie, gdzie jest granica pomiędzy nimi a nami. Śmieciowa historia człowieka w odwróceniu? Zamiana ról? Odpad – i wszystko jasne!

Powieść Hwanga Soka-Yonga niesie bardzo wyraziste przesłanie. Człowiek w szaleńczej pogoni za coraz większym zyskiem, z chorej chciwości i patologicznej chęci zysku dobił do ściany, poza którą jest już tylko wielkie śmietnisko. Kultura pochłaniających nas, toksycznych i niezniszczalnych, odpadów stała się faktem. Nie stało się to samo z siebie. Nasze „śmieciowe” myślenie obezwładniło nasz instynkt samozachowawczy. Jeszcze wprawdzie nam się wydaje, że sami nie jesteśmy odpadami rozwoju świata, ale to tylko pozór i niebezpieczne złudzenie. Wiedzą o tym bohaterowie książki Sok-Yonga, którzy żyją, to znaczy mieszkają i pracują, na wysypisku wielkiego miasta. To właśnie tam dzieje się wszystko, co ważne dla tej powieści, a dzieje się sporo i to co najmniej w dwu wymiarach; realnym i magicznym.

Przypomnijmy, że „Hwang Sok-Yong tworzy od blisko 50 lat. Na swoim koncie ma 12 książek (w tym wielotomowy epos), kilka esejów i jeszcze więcej inspirujących wypowiedzi na tematy społeczno-polityczne. Choć rzadko bywa tłumaczony na polski, ma swoją renomę na świecie, o czym dobitnie świadczy wysokie miejsce w rankingu pisarzy typowanych do Nobla”. (za: Melancholia codzienności, blog)

Mamy w tekście Soka-Yonga toksyczne rodziny i fatalne rodzicielstwo, jest porażająca bieda i jednocześnie umiejętność radzenia sobie z nią, jest niewiarygodny smród wysypiska i piękno bogatych dzielnic wielkiego miasta, cudowna przyjaźń „przyszywanych” braci: Wytrzeszcza i Łyska, bajkowo magiczne „zaświaty” zamieszkałe przez rodzinę pana Kima, mamy odnaleziony skarb, wyprawę do lepszego świata, tragedię śmierci przyjaciela, mamy nawet super widowiskowy pożar jak z Quo vadis, hazard, libacje, wróżbiarskie i magiczne obrzędy, przestępstwa, morderstwa – wszystko to w powieści jest – a skoro jest aż tyle, to dlaczego trąci ona banałem?

Można by rzecz jasna uderzać w nuty religijne, pisać o eschatologicznych aspektach świata pełnego śmieci, o śmieciowym istnieniu społeczeństw zanurzonych w kulturze odpadów, o braku umiejętności współodczuwania z tymi, których paranoiczna wiara w nieustający rozwój wyrzuciła na gigantyczne podzamcza opływających w super bogactwa zamków tych niewielu, którzy rządzą światem. Można by przytaczać argumenty o degradacji środowiska naturalnego i katastrofie ekologicznej. Można by też z pewnością cytować ważne fragmenty ze znaczących tekstów i podpierać się teoriami wybitnych myślicieli. Przecież jest dla wielu oczywiste, iż na początku drugiego rozdziału swojej księgi Kohelet pisze, że nagromadził srebra i złota, nabył śpiewaków i śpiewaczki, posiadł wszystko co mógł...

"I stałem się możniejszy od wszystkich, co byli przede mną w Jeruzalem; w dodatku mądrość moja mi została. Niczego też, czego moje oczy pragnęły, nie odmawiałem im. Nie wzbraniałem sercu żadnej radości - bo serce moje miało radość z wszelkiego mego trudu; a to było mi zapłatą za wszelki mój trud. I przyjrzałem się wszystkim dziełom, jakich dokonały moje ręce, i trudowi, jaki sobie przy tym zadałem. A oto: wszystko to marność i pogoń za wiatrem! Z niczego nie ma pożytku pod słońcem." (Koh 2,9-11)

Obawiam się jednak, że to właśnie takie „potężne”, ale aż nazbyt oczywiste i drastycznie, w tej oczywistości, banalne intencje stały za konceptem książki Hwanga Soka-Yonga, którym ona po prostu uległa, a raczej wobec nich poległa.

O co w tym wszystkim chodzi? Autor paradoksalnie opowiedział nam w „Znajomym świecie” zadziwiająco słodką i nieomalże uroczą bajkę o człowieku wyrzuconym na śmietnik. Wprawdzie ocieramy się tam o dramat porzucenia i odrzucenia, ale w wersji lukrowanej. To właśnie ten lukier jest problemem przedziwnej sprzeczności, jaką niesie w sobie tekst Sok-Yonga. Gdyby go traktować jak baśń, to wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli jednak będziemy go czytać bez tego gatunkowego przyporządkowania, to nie da się go obronić przed zarzutem ciekawego, ale jednak banału, ponieważ historia bohaterów opowieści Sok-Yonga balansuje na granicy kiczu. Co to znaczy? Jest przewidywalna, operuje schematami, które zawsze budzą litość i współczucie (biedne dzieci). Używa metafory innego, równoległego świata tęsknot, który jest tak sensowny jak słodki widoczek z jeleniem na rykowisku w bajkowych kolorach.

„Powieść koreańskiego kandydata do Nobla otwiera scena podróży ciężarówką. Matka z synem opuszczają slumsy Seulu, by w nowym miejscu zacząć od nowa, nie musieć płacić czynszu, za to potrajając zyski. Wyspa Kwiatów okazuje się jednak cuchnącym podmiejskim wysypiskiem śmieci, a nowy dom – prowizoryczną budą, jedną z dwóch tysięcy, w których stłoczono ponad 6 tys. ludzi, pracujących od rana do wieczora przy odpadach produkowanych przez konsumpcyjne społeczeństwo za wielką rzeką. Wyspa Kwiatów to Nanjido – niegdyś piękny obszar, który wobec dynamicznego rozwoju Seulu przekształcono w ogromne wysypisko śmieci. Choć wyspę, której historia posłużyła za kanwę powieści, ostatecznie odzyskano i zmieniono w ekopark, problem nie stracił na aktualności. W nowej powieści Koreańczyk wzywa nas do namysłu nad kosztami naszego życiowego komfortu. Szkoda jednak, że gdzieś po drodze gubi potencjał narzędzia, którym się posługuje. Literatura może poruszyć nas do żywego. Jednak z lektury tej powieści – literacko lichej, nierzadko osuwającej się w banał – powracamy do świata nie tylko nieporuszeni, ale także boleśnie znudzeni.” (za: Polityka.pl. P. Janoswski)

Co ciekawe, mimo pewnego bajkowego czy magicznego powiewu, w jakim czytamy „Znajomy świat”, jest on bardzo realistycznie, prawie naturalistycznie napisany. To też swoista sprzeczność i niekonsekwencja tego tekstu.

„W porównaniu z ohydną rzeczywistością, w której nieustannie czuć odrażający smród, gdzie żyje się z chmarami much i w brudzie, a wywrotki jak potwory wyrzucają z siebie wszelkiego rodzaju śmieci, nic nie jest straszne. Teraz już nawet jak na końcu motyki zawiśnie rozkładające się truchło jakiegoś zwierzęcia, to tylko kopie się je na bok. Zaraz zostaje pogrzebane pod kolejnymi śmieciami. Jakież ogromne ilości śmieci człowiek produkuje!” (s. 111)

Nawet fragmenty opisujące magiczną rzeczywistość równoległego świata rodziny pana Kima, do której główni bohaterowie - Łysek i Wytrzeszcz – mają dostęp dzięki chorej na padaczkę Mamie Chudziny są super realistyczne. Nie ma w nich nic z magii czy mitologii tak charakterystycznej, na przykład, dla współczesnej literatury japońskiej. Przypomnijmy choćby Hiromi Kawakami i jej niesamowicie oniryczną historię w „Nadepnęłam na węża”.

„Znajomy świat” jest nam oczywiście bliski, tak samo jak zasypujące nas zewsząd śmieci, ale ta bliskość jest pozorna. Oddala nas bowiem paradoksalnie od dramatu współczesnego świata, rozumianego jako wielkie wysypisko, łudząc nadzieją, że wszystko będzie dobrze, bo „wszystko kiedyś wróci. Zawsze wraca”. (s. 207)

Naprawdę?

Hwang Sok-Yong, Znajomy świat, przeł. Beata Kang-Bogusz, Sonia Draga, Katowice 2019, s. 208

Zbyszek Kruczalak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location