----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Pozostawiamy za sobą "andaluzyjską" część miasta wkraczając do dzielnicy, gdzie w 825 roku osiedliło się dwa tysiące arabskich rodzin uchodźców z Kairuanu. Oni zawsze bili się ze sobą w niekończącym się do dzisiaj sporze o legalność władzy po Mahomecie! Nawiasem mówiąc czytam w przewodniku "Podróże marzeń", że “andaluzyjskie miasto” powstało kilka lat wcześniej po przybyciu tutaj ośmiu tysięcy arabskich rodzin wygnanych przez chrześcijan właśnie z hiszpańskiej Andaluzji. Coś mi tu nie gra, bo przecież Królestwo Wizygotów nie istniało juz wtedy od stu lat, a kalifaty i emiraty w Hiszpanii miały trwać jeszcze ponad sześćset lat! To kto ich wygonił?

Pomijając takie historyczne psikusy, wąskimi uliczkami przemierzamy dzielnice rzemieślnicze cechów tkaczy, stolarzy, szewców, krawców. Ta medyna to serce tradycyjnego, marokańskiego rękodzielnictwa. Na cichych podworcach oglądamy czeladników, co pod bacznym okiem mistrzów zgłębiają tajemnice rzemiosła. I tak jest od tysiąca lat! Przy niewielkim placu rozłożyli swoje stragany wytwórcy metalowych naczyń. Tutaj udaje mi się w końcu dostać patelnię kutą z czystej miedzi, o jakiej marzyłem przez dwa lata! Tak naprawdę to chodziło mi docelowo o usmażenie na maśle rydzów na takim właśnie naczyniu. W zaułku napotykamy barwnie odzianego muzyka odstawiajacego kapitalne wykonanie "No woman no cry" Boba Marleya! Dostaje od nas brawa i oczywiście bakszysz. 

Chodzimy zacienionymi uliczkami pośród suków (bazarów) starej medyny, gdzie mieszka i pracuje około 200 tysięcy ludzi. Zaułki kipią życiem, zewsząd przewalają się tłumy. Tragarze pchają wózki, osły rycząc posłusznie dzwigają na grzbiecie towary, straganiarze głośno zachęcają do zakupów, w powietrzu unosi się zapach egzotycznych ziół, a nad dachami, z głośników na wieżach minaretów rozlega się krzyk muezzina wzywajacego do popołudniowej modlitwy. Często przystajemy z zachwytu, kiedy przez niepozorne drzwi w szarej ścianie ukazuje się przepiękny dziedziniec z fontanną i kwiatami wyłożony pięknie zdobionymi płytkami. Taka oaza spokoju od kurzu, upału i miejskiego hałasu. Egzotyka w najpełniejszym wydaniu! Nasz przewodnik Ahmed Saadi objaśnia, że w każdej z dzielnic starego miasta, od samych jego początków, obowiązkowo musiał być: meczet, szkoła czyli medresa, fontanna z wodą, piekarnia, miejsce do przenocowania karawan (funduk) i łaźnia hammam. Podkreślmy więc, że tutaj w Fezie, już w wieku XI istniała sprawna kanalizacja i publiczne łaźnie, a na jakim etapie urbanizacji była wtedy średniowieczna Europa?

O ile wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, to na pewno wszystkie drogi tutejszej starej medyny prowadzą do meczetu Al Karawijjin, jest to bowiem wraz z uniwersytetem najważniejszy obiekt w całym mieście! Nasze drogi, a raczej uliczki, też w końcu zaprowadziły nas do tego słynnego meczetu, gdzie wstęp dla niewiernych (to my!) jest niestety zabroniony. Można jednak "zapuścić żurawia" przez jedną z licznych bram wejściowych. Oto przed nami widnieje najstarszy na świecie działający uniwersytet - Al Karawijjin, założony w 859 roku po Chrystusie a więc ponad dwieście lat przed założeniem uczelni w Bolonii w Italii, nie mówiąc o późniejszym Oksfordzie czy Salamance. Nawiasem mówiąc od 1963 wdrożony do państwowego systemu wyższej edukacji. 

Do meczetu przylega kilka szkół koranicznych, medres, a do jednej z nich wolno wchodzić turystom. Korzystamy więc z okazji i za niewielką opłatą dostajemy się przez ozdobne bramy na wspaniałe dziedzińce medresy Attarine o ścianach z misternie rzeźbionego, cedrowego drewna, gdzie olśniewają mozaiki zellidż z przyciętych kawałków glazurowych płytek. Można wejść na piętro do pokojów zamieszkałych niegdyś przez studentów i oglądać dziedzińce z ich bajecznymi oknami z zupełnie innej perspektywy. Tuż obok meczetu jest grobowiec założyciela miasta Mulaja Idrysa II a także dwa urocze place: Seffarine (ze sprzętem kuchennym, miedziane naczynia!) i Nejjarine ze śliczną fontanną. Czujemy głód, zatrzymujemy się więc na obiad w stylowej restauracji zamawiając lokalną specjalność, czyli tadżin z baraniny i mocną herbatę z miętą. Wzmocnieni i pełni nowych sił wstępujemy jeszcze do garbarni Chourasa, która niewiele się zmieniła od czasów średniowiecza. Wychodzimy na dach skąd oglądamy kamienne kadzie gdzie moczą się kozie i wielbłądzie skóry. W obezwładniającym fetorze schną potem w promieniach mocnego słońca. Na sprawne obejście sklepików z wyrobami skórzanymi dostajemy od gospodarzy... liście mięty do wąchania!

Ruszamy na górujące ponad miastem wzgórze Bordż Nord, skąd rozpościera się wspaniała panorama Fezu, od przeciwnej strony niż poranny widok z Bordż Sud. Przy niskim już słońcu wyraziście rysują się mury i minarety obu starych miast. Niedaleko po lewej widać grobowce władców dynastii Merynidów, niegdyś architektoniczny klejnot, obecnie sypiące się ruiny. Stare Miasto poniżej nas, medyna, została w 1981 roku wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, jako pierwszy tej rangi obiekt w królestwie Maroka. Zanim dojedziemy na chwilę wytchnienia do hotelu, czeka nas jeszcze krótki postój przed fantastycznie zdobiona bramą królewskiego pałacu Dar el Makhzen. Pałacu niestety nie wolno zwiedzać, ale dla samych zdobień murów warto się tutaj zatrzymać. Wieczór mamy co prawda wolny na odpoczynek i uporządkowanie wrażeń, lecz nasz lokalny przewodnik proponuje wieczorek folklorystyczny z dobrym winem i słynnym tańcem brzucha na okrasę. Oczywiście idziemy całą paczką i słuchamy dźwięków narkotycznej, arabskiej muzyki w rewelacyjnej scenerii iście pałacowego wnętrza.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location