Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

AUSTRALIA 2019, cz. 6

Sobota, 2 lutego 2019

Po krótkiej jeździe z naszego hotelu Cairns Novotel przystajemy w Smithfield, gdzie znajduje się baza kolejki linowej Skyrail Rainforest Cablecar. O 9:15 wsiadamy do jednego ze 114 wagoników (zwanych tutaj gondolami) i suniemy wysoko ponad stromym stokiem porośniętym gęstym, tropikalnym lasem. Cały system mierzy aż 7.5 kilometra długości, wsparty jest na 36 słupach, wstawionych w środek dżungli przez helikoptery w roku 1995. Taka powietrzna podróż daje wgląd w życie dżungli, oglądanej z poziomu koron drzew; co chwila dostrzegamy piękne tropikalne kwiaty, barwne motyle i stada egzotycznych papug. Po piętnastu minutach, po przebyciu prawie trzech kilometrów, wychodzimy na pierwszej stacji Red Peak, znajdującej się na wysokości około 500 metrów nad poziomem morza, już na terenie parku narodowego Barron Gorge National Park

Przy wyjściu z kolejki czeka na nas ranger Michael i oprowadza 175-metrową trasą po drewnianych kładkach, po najciekawszych miejscach w okolicy. W ciągu dwudziestu minut zaznajamia nas z niezwykle ciekawą przyrodą deszczowego lasu, pokazując między innymi potężne, 600-letnie drzewo kauri z grupy iglastych, z wielkimi szyszkami, ale... bez "igieł"! Sosnowe lasy w suchym klimacie nie tracą zbyt szybko wody, gdyż ich "igły" posiadają znikomą powierzchnię parowania. Podobnie jak lasy dalekiej Północy to głównie świerki, których "igieł" nie zniszczy nawet siarczysty mróz. Rodzaj drzew kauri istnieje w tym regionie od ery Mezozoicznej, od 150 milionów lat i nigdy nie miał do czynienia ani z mrozami ani z suszą. Dlatego te drzewa pozostały przy liściach, nie wykształcając typowych "igieł". Dodam, że w tej okolicy występuje aż 160 gatunków drzew! Tego typu ciekawostkami Michael sypie jak z rękawa. 

Jedziemy dalej, tym razem prawie poziomo, ciągle nad koronami tropikalnych drzew. O 10:15 wysiadamy ponownie, na stacji Barron Falls. Z powodu rekordowych deszczów wodospady prezentują się dzisiaj wyjątkowo okazale: potężne masy wody z hukiem spadają ćwierć kilometra w skalnej gardzieli rzeki Barron. Krótka sesja zdjęciowa nad kaskadami ukazuje nam obiecujące miejsce po drugiej stronie wąwozu, skąd widok wodospadów powinien być znacznie ciekawszy. 

O 10:45 jesteśmy już na Płaskowyżu Atherton w docelowym resorcie wypoczynkowym Kuranda, uroczej mieścinie z fantastycznym klimatem, piękną zielenią i luzacką atmosferą. Miejsce do złudzenia przypomina swoją atmosferą florydzkie Key West. Schładzam się wybornym piwem Victoria Bitter w stylowej scenerii baru Bottom Pub i spaceruję uliczką Coondoo do centrum informacji turystycznej, paru sklepików z pamiątkami, do ośrodka kultury Aborygenów i w końcu do pubu na rybę z frytkami.

Potem zawadzam o mini schronisko dla nietoperzy i w końcu o słynny lokalny targ. "Market" jest dużą atrakcją turystyczną, gdzie można kupić różne, rzeczy, coś zjeść i zrobić sobie pamiątkową fotkę z misiem koala na ręku. Obok kramów z typowymi dla regionu pamiątkami (skóry kangurów, skórzane kapelusze, płaszcze, bumerangi, rury do grania didgeridoo...) jest również mini zoo z australijskimi motylami (Butterfly Sanctuary) i ptakami (birdworld).

Ponieważ zostało nam jeszcze trochę wolnego czasu, decydujemy się na zamówienie taksówki z powrotem do oglądanych niedawno wodospadów, ale po ich przeciwnej stronie, 3.5 km od miasteczka. W nabożnym skupieniu fotografujemy i filmujemy żywioł objawiający przed naszymi oczyma swoją moc. Wodospady Din Din - bo tak je zwą miejscowi Aborygeni Dyabugay - powaliły na kolana, taki widok przydarza się rzadko.

Nastała pora powrotu. Zazwyczaj wraca się do Cairns zabytkową kolejką, tak dla odmiany, ale... ulewne deszcze uszkodziły tory i wsiadamy do naszych napowietrznych wagoników. Przypominam sobie, jak jechałem tą kolejką w czwartek 6 listopada 2003. Była to wiekowa ciuchcia złożona z 14 wagoników ciągniętych przez dwie ręcznie malowane lokomotywy diesla, wypełniona pasażerami głównie z Japonii i Niemiec. Wagony drewniane, świetnie zachowane, z nostalgicznymi fotografiami z dawnych lat. Podróż trwała półtorej godziny z przerwą na przystanku Barron Falls, oferującym widok na wspomniany już wodospad Barron. Pokonaliśmy 15 tuneli na górskich stokach aż w końcu dotarliśmy do równin wybrzeża pokrytych plantacjami trzciny cukrowej. Najlepsze są siedzenia z lewej, twarzą w kierunku jazdy, w dwóch pierwszych albo ostatnich wagonach, gdyż na zakrętach można zrobić interesujące zdjęcia zakręconemu składowi pociągu.

O 17 jesteśmy już w hotelu mając wolny czas na pływanie w basenie lub... na grzybobranie! O poranku chodziłem bowiem po parku nad brzegiem oceanu i wypatrzyłem w ściółce piękne okazy muchomorów i im podobnych smardzowatych. Zupy nie będzie, ale zdjęcia...! 

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Australii w lutym 2020. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location