----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

***

Reportaż przez wczesną krytykę zwany przewrotnie „bękartem literatury pięknej i brukowej  popołudniówki”

***

W swoim wykładzie noblowskim Swietłana Aleksijewicz powiedziała:

„Zawsze mnie dręczyło, że prawda nie mieści się w jednym sercu, w jednym umyśle. Że jest jakaś rozdrobniona, jest jej wiele, jest rozmaita, rozsypana po świecie. U Dostojewskiego znajdziemy myśl, że ludzkość wie o sobie więcej, o wiele więcej, niż zdążyła utrwalić w literaturze. Co robię? Zbieram codzienność uczuć, myśli, słów. Zbieram życie swojego czasu. Interesuje mnie historia duszy. To, co pomija wielka historia, to czym zazwyczaj gardzi. Zajmuję się przeoczoną historią. Niejednokrotnie słyszałam, że to nie jest literatura, że to dokument. A czym jest dzisiaj literatura? Kto odpowie na to pytanie? Żyjemy szybciej niż kiedyś. Treść rozrywa formę. Łamie ją i zmienia. Wszystko występuje ze swoich brzegów - i muzyka, i malarstwo, więc i w dokumencie słowo wyrywa się poza jego granice. Nie ma granicy między faktem a zmyśleniem, jedno przechodzi w drugie. Nawet świadek nie jest bezstronny. Opowiadając, człowiek tworzy, walczy z czasem, jak rzeźbiarz z marmurem. Jest aktorem i twórcą.

Interesuje mnie mały człowiek. Powiedziałabym: mały wielki człowiek, ponieważ cierpienia go powiększają. On sam w moich książkach opowiada swoją małą historię, a razem ze swoją - także dużą historię. To, co działo się i dzieje z nami, jeszcze nie zostało zrozumiane, trzeba to wypowiedzieć. Na początek przynajmniej wypowiedzieć. Boimy się tego, nie umiemy na razie poradzić sobie z własną przeszłością”.

Ten niezwykły fragment tekstu opracowanego przez niezwykłą postać świata literatury, wprowadza nas doskonale w istotę tego, co określamy mianem „dokumentowania” rzeczywistości, czy raczej współczesności – tego wszystkiego, co wydarza się wokół nas. Pozwala przyjąć założenie, że nawet najbardziej dokumentalny dokument, który dokumentuje coś/kogoś z całej swej mocy, nigdy ostatecznie nie jest dokumentem jako takim. Zawsze istnieje w nim coś niedokumentalnego, coś niekanonicznego. Jakieś emocje, jakieś subiektywizmy, jakieś odstępstwa od normy. Czym jest reportaż i dlaczego z taką przyjemnością oddajemy się magii jego świata, który z założenia nie powinien być przecież magiczny.

Reportaż (fr. reportage) – to gatunek literacki z pogranicza publicystyki, literatury faktu i literatury pięknej (przez wczesną krytykę zwany przewrotnie „bękartem literatury pięknej i brukowej  popołudniówki”. Reportaż wykształcił się w 2. połowie XIX w., co wiązało się z dynamicznym rozwojem prasy w tym czasie. Obejmuje utwory, które stanowią relację z określonych wydarzeń, a których naocznym świadkiem był sam autor. Ze względu na stopień autorskiego zaangażowania reportaż przybrać może formę czysto informacyjną, relacjonującą bądź też przedstawiająco-sceniczną. Jest to gatunek publicystyczno-literacki, który przedstawia rzeczywiste zdarzenie i towarzyszące mu okoliczności. Autor reportażu opowiada o zdarzeniach, których był świadkiem lub których przebieg zna z relacji świadków, dokumentów lub innych źródeł. Ze względu na tematykę wyróżniamy reportaże: społeczno-obyczajowe, podróżnicze, wojenne, sądowe, polityczne, popularnonaukowe. Ze względu na formę publikacji i związane z nią środki ekspresji mówi się o reportażu literackim, radiowym, telewizyjnym, filmowym i fotoreportażu.

Gdy prezentuje przebieg wydarzeń, powinien cechować się obiektywizmem, rzetelnością i wiernością wobec przedmiotu narracji. Z drugiej strony reportaż jest subiektywny, zawiera ocenę, opinie autora na dany temat (niekiedy jedynie sugestie). Reportaż może zawierać cytaty, wypowiedzi świadków zdarzenia, tematem reportażu może być wszystko, co przykuwa uwagę, ważny jest problem i bohater. Reportaż można pisać w czasie teraźniejszym, co nadaje tempa relacji, wywołuje w czytelniku wrażenie obserwacji opisywanego wydarzenia (relacja unaoczniająca).

Mimo iż reportaż opiera się faktyczności i zasadniczo unika fikcjonalności, to częstokroć uformowany jest na wzór epickiej  fabuły, niekiedy przybierając postać wyrazistej akcji. Wybitni twórcy reportażu, prócz typowego sprawozdania, włączają doń różnorodne formy narracyjne: opis, rozbudowaną charakterystykę postaci, poetycką narrację, wspomnienie, a także wywiad czy dialogi (za. Wikipedia).

Meksyk w reportażach Oli Synowiec, Czechy w reportażach Mariusza Szczygła, Urugwaj w reportażach Marii Hawranek i Szymona Opryszka to tylko niektóre z tych ostatnio publikowanych i najciekawszych. Jest ich oczywiście nieskończenie wiele i ukazują się między innymi w świetnej serii wydawnictwa Czarne. Wiele uwagi poświęciliśmy wyjątkowej pracy Oli Synowiec zatytułowanej „Dzieci szóstego słońca – w co wierzy Meksyk”. Przytaczam ten tytuł jako pierwszy, ponieważ druga jego część jest dokonałbym otwarciem dla rozumienia istoty reportażu w dzisiejszej rzeczywistości. Paradoksalnie to bowiem wiara w coś / kogoś, a nie same fakty, konstytuuje reportażowy sposób relacjonowania tego, co jest lub co było. Co najciekawsze można też reportażowo mówić o przyszłości i to wcale nie w wymiarze science fiction, czego doskonałym przykładem jest zbiór tekstów Swietłany Aleksijewicz „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości”.

/Rozmawiałam z ludźmi w pociągach, na demonstracjach, pod budkami z piwem. Zadawałam proste pytania - o muzykę, fryzury, miłość, zazdrość, dzieciństwo - i to pozwoliło mi odejść od kłamstwa w książkach i mediach. Przy tych wywiadach najtrudniejsze nie były wcale okropności, o których ludzie opowiadali - wiadomo, że podczas wojny czy katastrofy w Czarnobylu działy się potworne rzeczy. Najtrudniejsze było to, że mimo iż rozmawialiśmy przez pół dnia, razem płakaliśmy, oni ciągle powtarzali to, co wyczytali w gazetach, co znali z propagandy. Zawsze czekałam na zdanie: "A teraz opowiem coś, ale nie do książki, tylko dla ciebie". Moje książki są poskładane z takich momentów./ (w: Literacki Nobel, Swietłana Aleksijewicz o sobie i swoich książkach)

Wracając do książki Oli Synowiec warto przypomnieć, że udało się jej przebić przez egzotyczną oraz kolorową powierzchowność religijnych rytuałów i dotrzeć pod powierzchnię meksykańskich wierzeń, gdzie zamiast boga odkrywamy politykę, pieniądze i fałsz.

Debiutancki zbiór Oli Synowiec składa się z siedmiu rozdziałów. W każdym z nich reporterka porusza odrębny temat. W pierwszym opisuje historię meksykańskiego Święta Zmarłych, w drugim meksykańskich rodzimowierców, w piątym pisze o Coca-Coli, która stała się świętym napojem, w szóstym o konflikcie między katolikami a ewangelikami, a w siódmym o czarownikach.

Oli Synowiec udało się uniknąć częstego błędu popełnianego przez młodych reporterów – eksponowania egzotyki opisywanego miejsca i co za tym idzie robienia z reportażu czegoś w rodzaju książki podróżniczej, często powielającej klisze, którymi posługujemy się na temat danego miejsca.

Metoda Synowiec polega na tym, że najpierw prezentuje nam fasadę, a potem prowadzi nas za nią, by pokazać, co naprawdę kryje się za rzekomo „wielowiekową tradycją”, rzekomo „dawnymi wierzeniami”, kim w rzeczywistości były legendarne, na wpół święte dziś postacie Regina czy Czarownicy, itd. 

Kiedy patrzymy za tę fasadę, okazuje się, że nie mamy do czynienia z książką o religii, religijności, ale o tym, w jaki sposób można wykorzystać religię do różnych celów – np. do budowy nowego społeczeństwa, zdobycia popularności, zarobienia pieniędzy. Religia i wierzenia są w książce Synowiec narzędziem do osiągania celów, a nie celem samym w sobie.

W ogóle próba porównania tego, co pisze o wierze Meksykanów Synowiec z życiem religijnym w Polsce to naprawdę ciekawa zabawa intelektualna.”. (z: Rafał Hetman, za: Czytamrecenzuje.pl)

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location

----- Reklama -----

Ważne i ciekawe tematy

----- Reklama -----