----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Kilka dni przed podróżą dopadło mnie zmęczenie, które nie puszczało przez kolejne tygodnie. Przygotowania, dopinanie kilku papierkowych spraw na ostatni guzik, stres, praca...nagle wszystko puściło i dało się we znaki mojemu organizmowi ze zdwojoną siłą.

 

Nasza druga wyprawa z biletem w jedną stronę, a ja niezmiennie zadaję sobie pytanie: “Czy dobrze robię?” Strach w oczach, łzy, niezdecydowanie, pustka, natłok myśli. I wiem, że nawet, jeśli wrócę do rodzinnego domu po pół roku, roku to...już nigdy nie będzie tak samo. Jeszcze w tamtym momencie trudno mi było mówić o szczęściu.

Szczęście odnalazłam w podróży, ale potrzebowałam czasu.

***

Lotnisko Fort Lauderdale, Floryda. Późny wieczór. W podróży korzystamy z Couchsurfingu, czyli portalu dla podróżników - społeczności ludzi z całego świata, których sposobem na życie jest nie tylko podróżowanie, ale również dzielenie się zdobytym doświadczeniem, wiedzą i kulturą. To jedna wielka rodzina, która w podróży daje Ci możliwość poczucia się jak w domu, tutaj nie ma mowy o pieniądzach i jakiejkolwiek opłacie za pobyt. Według poprzednich ustaleń mieliśmy wziąć “shuttle bus” i udać się do najbliższej stacji kolejowej, na której miał czekać na nas Carlos - Peruwiańczyk.

Wychodzimy z lotniska, już po odprawie, która przebiegła o dziwo sprawnie, czujemy buch gorącego, wilgotnego powietrza bijącego prosto w nasze twarze. Jeszcze kilka minut wcześniej strażnik graniczny wbił nam pieczątkę, witając nas: “Welcome to Miami!”, a ja ciągle nie mogłam uwierzyć w to, że jestem w Stanach Zjednoczonych, o których marzyłam jeszcze jako mała dziewczynka. I co teraz?

Autobus, na który czekaliśmy był opóźniony, podobno to był też ostatni autobus, który odjeżdżał z lotniska tego dnia. Traciliśmy już nadzieję, ale mężczyzna z obsługi lotniska zapewnił nas, że bus zaraz podjedzie, nie kłamał. Na stacji kolejowej, do której dotarliśmy ze sporym opóźnieniem, czekał na nas ciemnoskóry, niski, drobny mężczyzna - trochę inaczej sobie go wyobrażaliśmy - Carlos. Przywitał nas bardzo ciepło, żartując - dobry humor nigdy go nie opuszczał. Wrzuciliśmy nasze plecaki do bagażnika i udaliśmy się do jego malutkiego mieszkanka, w którym żył bardzo skromnie. Jego jedynym współlokatorem był biało-rudy kot - psotnik. Mieszkanie miało może 30 metrów kwadratowych albo i mniej, było przesiąknięte kocim zapachem, który prześladował nas przez kolejne dni.

Kiedy usiedliśmy przy stole, Carlos, który okazał się być z natury gadułą, od razu zaczął opowiadać nam o swoim życiu w USA, po chwili dodał: “I love America. You find everything here, man. Everything is big here! Nothing is impossible in America.” Pomyślałam sobie i za chwilę zapytałam: “Masz już obywatelstwo amerykańskie?” Carlos odpowiedział: “Mieszkam tu od 8 lat...ale ciągle jestem nielegalnym imigrantem.” Złapałam się za głowę: “No ale jak to!?”. Jeszcze wtedy nie znaliśmy jego historii.

Na drugi dzień zabrał nas do centrum Fort Lauderdale, żeby pokazać okolice. Oczywiście nasz jet lag dopiero się uaktywnił, więc byliśmy wolni zarówno w myśleniu, jak i poruszaniu się.

Carlos opowiedział nam, jak to w ogóle się stało, że przyleciał do USA. Jego tata wiele lat temu został wylosowany w loterii green card i zaraz po otrzymaniu dokumentów przyleciał do USA. Wtedy życie jego rodziny toczyło się między USA i Peru, ale niestety ich synowie mieli już ukończone 18 lat, więc nie było mowy o przyznaniu im zielonej karty. Jego mama otrzymała bez problemu, natomiast dzieci musiały najpierw przylecieć do kraju, a później walczyć z biurokracją. Jego mama - przesympatyczna, malutka kobieta - całkiem niedawno otrzymała obywatelstwo amerykańskie, przy okazji wspomniała, że robili kilka podejść do przypadku Carlosa, wynajmując prawników, którzy będą w stanie wywalczyć mu stały pobyt, jednak z różnych przyczyn nigdy do tego nie doszło, pomimo iż jego brat jest już legalnym rezydentem kraju.

Próbowali także znaleźć mu żonę z amerykańskim obywatelstwem...ale kobiety, które otrzymywały pieniądze w kopercie, zawsze znikały bez słowa. Jeszcze do niedawna takie historie widziałam tylko w filmach...W którymś momencie przeszło mi przez myśl pytanie: “Ile to już lat pracuje nielegalnie w kraju? Jak w ogóle był w stanie otworzyć konto bankowe albo kupić kolejne auto?”.

Jego rodzice kilka lat temu kupili domek w dzielnicy, która zamieszkiwana jest przez ponad 80% Latynoamerykaów. Jego wartość obecnie wzrasta, jest on wykańczany właśnie przez Carlosa, który ma fach w ręku i jest “złotą rączką”.

W okolicach Miami spędziliśmy kilka tygodni, ponieważ szukaliśmy samochodu, którym postanowiliśmy objechać stany USA. Zarówno Carlos, jak i jego mama bardzo nam pomogli w przygotowaniach do wyprawy. To bardzo dobrzy, hojni, pomocni ludzie, działający zupełnie bezinteresownie.

Mieliśmy okazję spotkać jego mamę dwa razy i porozmawiać o życiu. W międzyczasie umknął nam wątek, że Carlos jest ojcem dwóch synów, którzy zostali w Peru. Tak...nie widział ich od lat. Ta starsza kobieta jest bardziej świadoma od niego, że jeśli złapie go policja... Powiedzmy, że spowoduje wypadek, a policja zidentyfikują go i zweryfikuje, że jest w kraju nielegalnie, to jego “high Miami life” skończy się w więzieniu i nie będzie odwrotu.

***

Spacerując szerokimi ulicami Miami, niejednokrotnie pytaliśmy przechodniów o drogę lub wskazanie kierunku, ku naszemu zaskoczeniu odpowiadano nam: “Non hablo ingles.” (w tłumaczeniu polskim: “Nie mówię po angielsku”). Nasze wyrazy twarzy były zawsze wymowne: “To gdzie my jesteśmy?” - zachodziliśmy myślami. Na ulicy usłyszysz częściej hiszpański niż amerykański. Reklamy, billboardy są w dwóch językach: angielskim i hiszpańskim. Miami to istny raj dla mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Zobaczysz tu kontrast, skromność i biedę oraz przepych. Jedni poruszają się do pracy, na zakupy autobusami, pomimo iż transport publiczny nie ma czym się pochwalić, a inni mają pod domem cztery samochody na różne okazje.

***

Jeden weekend spędziliśmy także w Brickell - biznesowej, bogatej części Miami, w którym zatrzymaliśmy się u Kolumbijczyka Jorge, pracującego jako prawnik w firmie produkującej filmy dla Discovery Channel. Widząc, w jakim apartamencie mieszka oraz jakie stanowisko zajmuje w firmie, byliśmy bardzo zaskoczeni jego otwartością, lekkością konwersacji oraz normalnością.

Już pierwszego wieczoru zaraz po naszym przyjeździe zaprosił nas do baru, żeby poznać jego znajomych, ale my jednak woleliśmy odpocząć na tarasie, podziwiając pięknie oświetlone miasto nocą. Zostawił nam klucze od mieszkania i powiedział: “Czujcie się, jak u siebie w domu!”.

Jorge postanowił dokonać zmian w życiu i przeprowadził się do USA z krainy jezior - Kanady. Po raz kolejny został studentem, mając ponad 30 lat. Poznał Amerykankę, z którą wziął ślub, a ta relacja dała mu oczywiście możliwość otrzymania “zielonej karty”. Jego związek nie przetrwał długo, krótko po ślubie doszło do separacji i rozwodu. Okazało się również, że apartament, w którym przebywaliśmy należy do niego. Nie śmialiśmy pytać, jak udało mu się kupić tak luksusowe mieszkanie w drogiej okolicy Miami, biorąc jeszcze pod uwagę, że studia w Stanach nie są tanią inwestycją, ale mogliśmy sobie tylko wyobrazić liczbę zer. Jednak to nie pieniądze przesądzają o tym, kim jesteśmy w najbardziej ludzkich sytuacjach.

***

Z Chrisem i Chloe spotkaliśmy się w restauracji jednego z centrum handlowych Miami - Avventura. Na głowach mieli turbany i byli ubrani w przewiewne hinduskie stroje. Kiedy kelner przyniósł im zamówione dania, zamknęli oczy i zaczęli dziękować za posiłek. Jeśli nie wyznajesz danej religii lub nie należysz do pewnej subkultury, niektóre sytuacje sprawiają, że zupełnie nie wiesz, jak zareagować. Obserwowaliśmy z uwagą.

Chris pochodzi z Wenezueli, do Stanów Zjednoczonych przyjechał około 10 lat temu, kiedy jeszcze w jego kraju żyło się spokojnie i dostatnie. On jednak chciał rozwijać się w branży IT, jego znajomy zaproponował mu wyjazd do USA oraz pracę w branży. Całkiem niedawno otrzymał amerykański paszport, myśli też o zapewnieniu dostatniego życia swojemu synowi, który został w Wenezueli, ale już niedługo ukończy 18 lat, więc w pełni będzie mógł decydować o swojej przyszłości i być może przyleci studiować do USA.

Chloe to dwudziestokilkuletnia kobieta, rodowita amerykanka wychowana na Florydzie, o pięknej sylwetce i barwie głosu. Tańczy balet, prowadzi również swoje warsztaty taneczne.

Szybko można było zauważyć, że jest spora różnica wieku między nimi. Niewątpliwie dzieli ich ponad 10 lat różnicy. Podczas jednej z ich rozmów wywnioskowaliśmy, że mama Chloe nie jest zadowolona z jej związku z Chrisem, co podkreślała podczas wielu ich rozmów telefonicznych.

Oboje prowadzą studio jogi w okolicach Miami i organizują grupowe wyjazdy m.in. do Indii. Ich mieszkanie jest wypełnione orientalnymi dekoracjami, kamyczkami, mandalami. To szczerze kochający się ludzie z pasją i energią, bardzo hojni i pomagający bezinteresownie drugiemu człowiekowi.

 

Już za tydzień kolejne opowiadanie z podróży. Dołącz do nas i nie zapomnij zostawić po sobie śladu w komentarzu!

Ewelina Orzech
podróżniczka, autorka bloga One Way 2 Freedom
www.oneway2freedom.com

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location