----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Dwadzieścia lat temu uważni obserwatorzy wyrażali obawę, że powszechna apatia jest największym zagrożeniem dla amerykańskiego społeczeństwa. Dziś to swierdzenie brzmi dość osobliwie, bo wydaje się, że Amerykanie są zagniewani na wszystko i z byle powodu.

Gniew od dawna postrzegany jest jako bardzo niebezpieczny rodzaj emocji. Przed jego zgubnym wpływem ostrzegali poeci, pisarze, teologowie. Homer pisał o gniewie, który ściągnął tyle nieszczęść na greckie narody. Seneka Młodszy nazywał go „dzikim i wstrętym”. Katolicy uznają gniew za jeden z grzechów głównych.

Może dlatego wiele osób zauważa dziś z niepokojem, iż Amerykanie coraz głębiej zanurzają się w coś, co niektórzy nazywają „polityką gniewu”. Zagraża on największym zdobyczom społeczeństwa amerykańskiego – nieograniczonemu optymizmowi, wierze w lepszą przyszłość i przekonaniu, że obowiązkiem wszystkich ludzi jest dążenie do szczęścia.

“Mimo wszystkich materialnych wygód i wszechobecnych urządzeń technicznych Ameryka jest dziś niespokojnym miejscem” – uważa Jeff Deist, prezydent Mises Institute, libertariańskiego think-tanku mającego siedzibę w Auburn w stanie Alabama – „To wynik czegoś, co możemy nazwać upolitycznieniem wszystkiego, od miejsca zamieszkania, przez rodzaj wykonywanej pracy i ludzi, z którymi się spotykamy, nawet po nasz stan cywilny.”

Takie upolitycznienie wszystkiego to swego rodzaju przypadłość, choroba wręcz, która tworzy samo segregujące się, jednolite społeczności w całym kraju, gdzie nawet poszczególne dzielnice stają się czerwone lub niebieskie.

Polityka wprowadza coraz więcej napięć w znajomościach, przyjaźniach, małżeństwach – mówią sondaże. Republikański ankieter, Frak Luntz, zaskoczony był wynikami badania, w którym około jedna trzecia pytanych przyznała, iż przestała utrzymywać kontakty z przyjacielem lub członkiem rodziny po wyborach prezydenckich w 2016 roku.

Przeprowadzone niemal w tym samym czasie badanie Pew Survey wykazało, iż ponad połowa demokratów obawia się republikanów i ich światopoglądu, niemal tyle samo wyborców partii GOP ma podobną opinię o demokratach.

Zaledwie dwadzieścia lat temu konserwatywny myśliciel, William Bennet, pisał w swej książce o zaniku społecznego oburzenia w sprawie skandalu seksualno-obyczajowego z udziałem Billa Clintona. Przekonywał, iż kultura apatii ignorująca tak niemoralne zachowania niszczy tkankę demokracji, delikatnego systemu politycznego potrzebującego do funkcjonowania ludzi z poczuciem obywatelskiej cnoty.

Jak to się więc stało, że społeczeństwo amerykańskie wykonało tak gwałtowny zwrot w tak krótkim czasie? Jedno z wytłumaczeń może mieć związek z różnicą pomiędzy sprawiedliwym gniewem, a gniewem wynikającym z przekonania o swej nieomylności. Psychologowie wyróżnili „gniew narcystyczny” jako odpowiedź na najmniejszą choćby zniewagę lub upokorzenie, które odbierane jest jako zamach na poczucie tożsamości i przekonań danej osoby.

Byle tylko ktoś nie pomyślał, iż w przeszłości Amerykanie byli potulni i z trudem wpadali w złość. Byłoby to błędne założenie. Historycy zwracają uwagę, iż polityczne tradycje tego kraju bogate są w przejawy wściekłości. Wybuchy politycznego gniewu też nie są niczym nowym, wręcz obecne są w polityce Stanów Zjednoczonych od samego początku. Złość i gniew były wielokrotnie motywatorem dla wielu politycznych grup.

„Możemy porozmawiać o początkach kraju i wszechobecnym gniewie, który wcześni rewolucjoniści - jak Thomas Paine lub nawet George Washington – wydobyli na powierzchnię, pobudzili i rozkrzewili w koloniach” – mówi Nancy Koehn, historyk z Harvard Business School w Cambridge.

Choć ludzkie emocje związane z gniewem są skomplikowane i zmienne – uważają eksperci – to z drugiej strony są łatwe do wykorzystania przez ludzi posiadających polityczna włądzę.

„Wykorzystywanie oburzenia ludzkiego w polityce zaczyna jednak w pewnym momencie przeważać na umiejętnością jego kontrolowania” – dodaje prof. Koehn – „Gniew jest częścią polityki od zarania dziejów, ale musimy zdawać sobie sprawę, że żyjemy w czasach, gdy został on szczególnie pobudzony”.

Małżonkowie z 20-letnim stażem ze stanu Georgia przestali nagle się do siebie odzywać. Gdy on wychodząc do pracy zostawi w zlewie swój kubek po kawie z napisem popierającym prezydenta Trumpa, ona nawet go nie dotknie, choć umyje pozostałe naczynia. Nastolatkowi z Teksasu w jednym z fast-foodów siłą zdjęto z głowy czapkę z napisem Make America Great Again, po czym w twarz rzucono mu kubek ze słodkim napojem. Matka z Nowej Anglii poprosiła o pomoc profesjonalego negocjatora rodzinnego, gdy przed zbliżającymi się świętami jej dwie córki przestały ze sobą rozmawiać – jedna była zwolenniczką obecnego prezydenta, druga jego przeciwniczką. Podobnych przykładów są tysiące, po obu stronach politycznego muru.

Nawet w Białym Domu się to zdarza. Przecież Kellyanne Conway, doradczyni prezydenta, a wcześniej kandydata na ten urząd, publicznie pokłóciła się ze swym mężem, zresztą znanym adwokatem, na temat jej niezachwianego niczym wsparcia dla Donalda Trumpa.

Napięcia, emocje, a nawet okazjonalna przemoc zawsze były elementami amerykańskiej demokracji – w czasach wojny i pokoju, podczas masowych protestów i dyskusji na temat impeachmentu jakiegoś prezydenta. Jednak badania przeprowadzane wśród wyborców i analizy politologów specjalizujących się w podziałach politycznych sugerują, że polityka zmienia ludzi i to w dość niepokojący sposób.

Może na to mieć wpływ natłok i wszechobecność informacji związanych z polityką, co w połączeniu ze zdolnością Amerykanów do natychmiastowego, publicznego wyrażania opinii na temat poglądów innych ludzi sprawia, iż polityczny dialog staje się coraz głośniejszy. Do tego kraj rządzony jest przez osobę, która podsyca tego typu wymiany słowne niemal codziennie, wyśmiewając swych przeciwników na Twitterze i prowokując niemal natychmiast dziesiątki tysięcy komentarzy.

 

Właśnie w tym momencie, w środku cyfrowej rewolucji, nie tylko zmieniamy sposób komunikowania się ze sobą, ale także wyrażania swych emocji. To, co kiedyś było uznawane za cnotę, dziś postrzegane jest jako słabość. Wyrażanie emocji, często negatywnych, to już globalny trend. Obecny prezydent USA w przeciwieństwie do swych poprzedników publicznie okazuje złość, kpi z przeciwików i poprawności politycznej. Zyskuje tym samym wsparcie tych, którzy zdegustowani są klasą polityczną i kryzysem demokracji. Z drugiej strony pozostają ci, którzy bardzo podejrzliwie traktują emocje w polityce i toczą walkę z populistami i manipulatorami domagając się racjonalnych argumentów.

Przynależność partyjna lub sympatie polityczne dzielą dziś bardziej, niż rasa, płeć, religia, czy poziom edukacji. Odkrył to Pew Research Center, który przez ponad 20 lat śledzi demograficzne i polityczne podziały w odniesieniu do bezpieczeństwa narodowego, imigracji, pomocy najuboższym, etc.

W pewnym sensie, zwłaszcza widoczne jest to wśród demokratów odrzucających styl Trumpa, przynależność partyjna jest czymś więcej, niż tylko oddaniem głosu na określoną opcję polityczną. To dziś świadectwo twojego charakteru. To, jaki masz stosunek do określonego polityka lub programu politycznego decyduje, czy ktoś będzie chciał utrzymywać z tobą kontakt.

Okazuje się, że aż 60 proc. republikanów i 65 proc. demokratów badanych przez Pew Research w marcu tego roku uznało, iż ludzie posiadający inne zdanie na temat prezydenta, niż oni sami, prawdopodobnie nie podzielają tych samych wartości i celów w życiu. Taki wynik dotyczący postrzegania jakiegoś polityka pojawił się po raz pierwszy w kilkudziesięcioletniej historii badań.

Tam gdzie występują różnice, pojawia się niechęć i gniew.

Specjaliści są zgodni - to co potęguje nasz gniew względem myślących i czujących inaczej, to media społecznościowe.

„Ludzie wyrażają emocje poprzez strony internetowe, co daje im poczucie anonimowości, a jednocześnie sprawia, że w rozmowie bezpośredniej prawdopodobnie nie zdobyliby się na taką szczerość z osobą o innych poglądach” – uważa Mark Smaller, prezydent American Psychoanalytic Association – „Media społecznościowe promują określony rodzaj grupowej psychologii, która ułatwia tworzenie podziałów.”

Gdy nie ma naturalnego, regulującego nasze zachowania spotkania oko w oko z przeciwnikiem, pojawia się trudna do opanowania potrzeba wyrażania gniewu, często z byle powodu. Jest to uzależniające, pozbawione empatii i moralnej refleksji – zgodnie twierdzą eksperci.

Mamy więc do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem: większość Amerykanów chce, by polityką przestał rządzić gniew, ale sami nie potrafią go w sobie wyciszyć.

23-letnia Savannah z Florydy jest jedną z tysięcy osób, które na własnej skórze doświadczyły negatywnych emocji. Własnych i osób sobie bliskich. Jej związek rozpadł się po kilku latach, gdy okazało się, że z narzeczonym mają zbyt rozbieżne poglądy polityczne. Co ciekawe, właśnie poglądy na kraj i politykę były tym, co ich wcześniej do siebie zbliżyło. Dziś Savanah nazywa siebie osobą raczej liberalną, ale nie może znieść konserwatywnego narzeczonego wyznającego inny system wartości.

65-letniej Maryann nigdy nie przeszkadzały zbytnio poglądy, pochodzenie i zainteresowania męża, z którym przeżyła ponad ćwierć wieku. Zawsze dochodziło między nimi do dyskusji i wymiany zdań, ale tłumaczyła to faktem, że mąż pochodził z Teksasu i kolekcjonował broń, podczas gdy ona z Brooklynu, gdzie była czynnym działaczem demokratycznym. Wszystko zmieiło się w 2016 r. gdy Trump doszedł do władzy. Drobne sprzeczki na tematy polityczne zamieniły się w pełne krzyków i agresji pyskówki. Wkrótce przestali razem oglądać telewizję, co wcześniej było zwyczajem. Gdy mąż wchodził do domu ukrywała laptop, by nie zauważył o czym czyta i by przypadkiem nie było to powodem kolejnego starcia. Przyznaje, że gdy widzi jego kubek z podobizną Trumpa, ma ochotę rozbić naczynie w drobny mak. „Tylko co by to dało?”- pyta samą siebie.

Przestawiciele odmiennych opcji politycznych już nie tylko patrzą na siebie wilkiem, ale otwarcie się nienawidzą.

„Dużo się zmieniło” – mówi wspomniany wcześniej konserwatywny ankieter, Frank Luntz – „Za czasów Obamy ludzie albo go kochali albo nienawidzili. Nikt jednak nie był uznawany za wroga tylko z powodu, jak oceniał prezydenta. Można było być uznanym za rasistę lub socjalistę. To wciążnie nie było to samo co dziś.”

Światełko w tunelu

Młodzi ludzie coraz częściej odcinają się od poglądów swych rodziców i nie wyznają tak wielkiego kultu jednostki – mówią specjaliści. Buntują się przeciw atmosferze wrogości i obcy jest im wszechobecny gniew. Dlatego głosują na ludzi, którzy jeszcze niedawno nie mieliby najmniejszych szans na zajęcie fotela w Senacie, czy Izbie Reprezentantów, zarówno po stronie demokratów i republikanów. Daje to nadzieję, że może w nieokreślonej przyszłości przyzwoitość powróci do publicznej debaty, a ludzie wybuchający złością na najmniejszą zniewagę lub próbę wyrażenia odmiennych poglądów odsunięci zostaną na margines polityki. Zanim tak się stanie, odnoszącymi największe sukcesy w polityce są ci, którzy potrafią wzbudzić i wykorzystać ludzki gniew.

 

na podst. csmonitor, slate, nytimes, theatlantic

opr. Rafał Jurak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location