Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

"Ocalałeś, bo byłeś pierwszy.
Ocalałeś, bo byłeś ostatni.
Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo.
Bo padał deszcz. Bo padał cień.
Bo panowała słoneczna pogoda."

(Wisława Szymborska "Wszelki wypadek")

„w Izraelu jestem za polska, w Polsce za żydowska, wśród religijnych - ateistka, wśród ofiar - za kolorowa”

***

„Przeszłość żyje obok mnie, ale ja nie żyję przeszłością”

***

„Ja nie wierzyłam, gdy mówili, że Boga trzeba kochać więcej niż wszystkich. Myślałam zawsze: ja moją mamę kocham więcej niż Boga, więcej niż wszystko”

***

Świat w zawirowaniu kolejnego cyklu, w wiecznym powrocie do tego samego, bo dziwnym zrządzeniem historii, a raczej w efekcie ludzkich postanowień i działań, wydaje się, że nie potrafimy wywinąć się z chocholego tańca absurdalnej historii. W.B. Yeats w 1919 roku, czyli tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej, napisał ten tajemniczy i mroczny tekst, który jednym wersem punktuje istotę współczesności, a w istocie wskazuje na przyczynę tego, co nazywamy absurdem nieustannego rozwoju w dążeniu do konceptu idealnego człowiek w idealnym społeczeństwie:

„Powtórne przyjście”

„Zataczający coraz szersze kręgi
Sokół przestaje słyszeć sokolnika;
Nie ma już osi, wszystko się rozpada.
Nad światem chaos; mętna, krwawa kipiel,
Która zalewa falami i topi
Wszelkie misteria dawnej niewinności.
Najlepsi w nic nie wierzą, a najgorsi
Cali aż wrą od niespożytej pasji”

Rozpad międzyludzkich relacji w efekcie hałasu informacyjnego, demagogii i propagandy, a w rezultacie akceptacja tego, co jeszcze niedawno było absolutnie nieakceptowalne, to temat książki Haliny Birenbaum „To nie deszcz, to ludzie”. Jest to zapis rozmowy, jaką przeprowadziła Monika Tutak-Goll. Nieomalże przeźroczysta, prawie niewidoczna w tekście postać Moniki Tutak-Goll sprawia, że sokół, powoli zaczyna słyszeć sokolnika. Wspomnienia Haliny Birenbaum w zadziwiający sposób przywracają sytuację, w której to, co powiedziane, staje się usłyszane.

Nie jest to zadanie pozbawione wyzwań. Nie chcieli jej słuchać nawet jej synowie:

/Yakov, kiedy był mały, krzyczał w nocy. I ja wiem, że krzyczał moim strachem.

Opowiadałam synom o tym wszystkim, kiedy jeszcze byli mali. Gdy stali się dorośli, nie chcieli słuchać. Już mieli dosyć. Nie chcieli czytać moich wierszy, tych książek, bali się ich. Znam tych, co mówią, że przekazałam traumę. Ja tak nie uważam. Musiałam mówić, bo pytali.” (s.110)

/Kiedyś poprosiłam Beniego, mojego najmłodszego syna, by pomógł mi w tłumaczeniu Nadziei na hebrajski. Wzbraniał się, nie chciał: „Przecież mówiłem, że nie będę tego czytać”. Bał się książki o swojej rodzinie, miał dosyć Holocaustu. „zajrzyj tylko, czy dobrze postawiałam przecinki”, powiedziałam. „Przy okazji” - odparł./ (s.299)

W istocie czytając wywiad z Birenbaum jesteśmy w podobnej do Yakova i Beniego sytuacji. Mamy dosyć strasznych, dramatycznych, wstrząsających, niepojętych, okrutnych, przerażających i obezwładniających opowieści obozowych i to zarówno tych niemieckich, jak i tych radzieckich. Dlaczego?

Bo jest ich za dużo, bo nie wpisują się w paradygmat współczesnego świata, bo wytracają nas z dobrego mieniania o sobie, bo przypominają, jak bardzo łatwo jest mordować, donosić, denuncjować, jeśli jest tylko na to przyzwolenie społeczne, bo boimy się, że może nam się też przytrafić podobna sytuacja, bo jesteśmy super wrażliwi i wiedza o śmierci w komorach gazowych czy kopalniach syberyjskich może przyprawić nas o depresję, albo atak paniki?

Birenbaum ma jednak znakomity pomysł na te wszystkie „przerażenia i niemoce poznawcze” na nasze zaniechania w rozpoznawaniu sytuacji, gdy ”sokół już nie słyszy wołania sokolnika” – każe nam sprawdzać przecinki. Neutralna czynność edytorska, która w swej istocie zmusza nas do skupienia na tym, co ma do powiedzenia w tym wywiadzie, a ma o czym mówić:

/ Miała trzynaście lat, gdy straciła ukochaną matkę na Majdanku, gdzie zostały wywiezione z warszawskiego getta. Była też więźniarką Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück oraz Neustadt-Glewe. Przywraca pamięć o tych, których nie pamiętałby już nikt. Odważnie mówi o sprawach, o których zazwyczaj się milczy. Jeden z najmocniejszych od lat głosów z głębi Shoah, niezwykle poruszające świadectwo siły życia, kobiecości i pamięci. W głębokiej i osobistej rozmowie z Moniką Tutak-Goll Halina Birenbaum wspomina swoje dzieciństwo w Warszawie, dojrzewanie w getcie, zamordowanie rodziców, pierwszą miłość w Auschwitz, a także odzyskaną wolność, drogę do Izraela oraz budowanie na nowo państwa i rodziny./ (z recenzji wydawnictwa)

Stawianie przecinków zmusza nas do aktywnego rozumienia tekstu, nie będziemy nigdy dobrzy w interpunkcji bez umiejętności czytania ze zrozumieniem:

/Każda wojna niszczy. Każdy pogrom niszczy. Każde pijaństwo, choroba niszczy rodzinę. Życie jest trudne, ale trzeba je kochać takim, jakie jest. Wiele razy pytali mnie: Ty po Auschwitz nie chciałaś popełnić samobójstwa? Jak to – mówię? Oni mnie chcieli zabić, ja się chciałam ratować za wszelką cenę, dlaczego miałam myśleć o samobójstwie? Wiem, że byli ludzie, którzy rzucali się na druty, bo nie miele siły tego przetrwać. Ja przetrwałam i będę opowiadać. To mój obowiązek./ (str. 110-111)

/Chciałam, żeby świat dowiedział się, co wtedy przeżywaliśmy, co czuliśmy. Tego na procesie Eichmanna nie było. Mówiono o zabijaniu, ale nie mówiono o obozowym życiu, o ludziach, o poświęceniu, współczuciu, miłości. Nie mówiono o tym, że życie jest silniejsze od śmierci./ (s. 271)

Halina Birenbaum mówi nie tylko o swoich doświadczeniach z okresu wojny. Jej życie w Izraelu, praca w kibucach, toksyczne pierwsze małżeństwo, rola matki i gospodyni domowej, relacje z Izraelczykami – pozwalają nam spojrzeć na jej życiowe podróżowanie przez meandry historii świata w rozbiciu i destrukcji w sposób, który przypadkowi nadaje rangę nadrzędności. Nie musiała wyjeżdżać do Izraela (wtedy jeszcze Palestyny), gdzie nikt na nią nie czekał, nie musiała pracować w kibucu, gdzie łajno krowie wlewało się do jej namiotu, mogła studiować i robić karierę w Paryżu, nie musiała wchodzić w toksyczny związek małżeński, nie musiała doświadczyć biedy i odrzucenia – ale doświadczyła. Dlaczego i po co?

Podejmujemy zawsze decyzje w nieświadomości ich konsekwencji. Nawet te najbardziej przewidywalne mogą okazać się rozczarowaniem albo katastrofą. Brat Haliny nigdy nie wybaczył jej zupełnie decyzji o porzuceniu Paryża na rzecz Izraela. Ona sama miała momenty wątpienia w słuszność tej decyzji:

„Jak was witano w Izraelu? Ci urodzeni w Palestynie nie rozumieli naszego położenia. Nie wiedzieli, co przeżyliśmy, czym było getto, Auschwitz, kryjówki. Uważali, że jesteśmy słabi, nędzni, że przybyliśmy do Palestyny prawie na gotowe, podczas gdy oni od lat budują tu państwo, na błocie. Kiedy oni tu przybyli, były tylko komary, malaria i bryja. Oni je wznosili. My reprezentowaliśmy dla nich zhańbiony świat. Czuliśmy się od nich gorsi. […] przy tym o nas mówiono, że daliśmy się zaprowadzić na śmierć, jak barany na rzeź. Publicznie powiedział tak nawet Aba Kowner, działacz ruchu oporu, poeta. Nigdy nie mogłam mu tego wybaczyć. Uważał, że powinniśmy byli się buntować, stawiać opór. Jak?” (s.226)

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location