----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Wyczytałem dziś, że muzyka mi szkodzi. Naukowcy nie mają wątpliwości. Nie każda, ale gatunek świąteczny. Tak jest, te wesołe, bogate w dzwoneczki nagrania towarzyszące nam w okresie Bożego Narodzenia. Okres ten, jak doskonale wiemy, trwa od Halloween do początku stycznia, z krótką przerwą na zakupy podczas czarnego piątku wypadającego tuż po Thanksgiving. W niektórych sklepach nawet dłużej, bo przecież trzeba upchnąć towar. Choinki, światełka i ozdoby nam nie szkodzą. Tylko muzyka. Wytłumaczono to tak...

Każdy z nas ma wiele problemów. W okresie świąt jest ich więcej, bo trzeba się odpowiednio przygotować, czyli: kupić prezenty, ozdobić dom lub mieszkanie, wysłać kartki, ugotować coś, przybrać stół, zaprosić rodzinę i znajomych, znosić zaproszone towarzystwo przez kilka godzin i siedzieć cicho gdy zaczynają się polityczne rozważania wujków i ciotek. Do tego pod koniec roku w większości firm trwają porządki i podsumowania. Wyrzucą, nie wyrzucą? Zabiorą miejsce parkingowe koło drzwi, czy nie? Czy dodatek świąteczny wystarczy na rodzinne wakacje na Hawajach? Podobno takie pytania zadają sobie niektórzy, więc mamy poważny stres prywatny i zawodowy. Nie pomaga nam też pora roku, gdyż brak światła i niskie temperatury wywołują depresję.

Jednak tak długo, jak nie zdajemy sobie sprawy z nadchodzących świąt, nasza psychika nie cierpi. Podobno. Głęboki stres uwalnia dopiero muzyka świąteczna, która zaczyna nas prześladować na każdym kroku. Zamiast cieszyć się najpiękniejszym podobno świętem w roku, zaczynamy myśleć o obowiązkach, problemach, upływającym czasie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale skoro grono znakomitych psychologów i psychiatrów doszło do takich wniosków, nie będę się sprzeczał. Ja to nic, czasami włączę radio i posłucham świątecznych nagrań, czasem wpadną w ucho podczas zakupów. Najbardziej narażeni na utratę zdrowia psychicznego są pracownicy sklepów i centrów handlowych. Muzyka świąteczna non stop. Każdego dnia przez 3 miesiące. Od dziś, dzięki naukowcom, najgorszy okres w roku.

My, ludzie, i tak mamy dobrze. Tylko przez chwilę coś nam szkodzi. Na przykład bombowcom strategicznym B2 pogoda szkodzi przez cały rok. Jest to w sumie trochę śmieszna historia.

Najpierw na zlecenie rządu amerykańskie firmy zbrojeniowe wymyśliły samolot zdolny do przenoszenia wielkich ładunków jądrowych głęboko w teren przeciwnika. Były to lata 80. więc chodziło o Rosję. Stworzono samolot o charakterystycznym wrzecionowato-trójkątnym kształcie, ultra nowoczesny, szybki, pojemny, nafaszerowany elektroniką. Wyprodukowano ich 21 sztuk kosztem kilkudziesięciu miliardów dolarów. Drogo, ale dobre rzeczy kosztują. Ich kadłuby zostały pokryte specjalną farbą zmniejszającą odbicie na radarach. Tak powstały „niewidzialne” samoloty bojowe. Sukces! Miały być rozmieszczone w kilku bazach na terenie całego świata i stanowić zabezpieczenie na wypadek jakiegoś konfliktu zbrojnego. Tak zrobiono.

Jednak dość szybko okazało się, że po każdym locie, a nawet dłuższym postoju na płycie lotniska, farbę trzeba nakładać ponownie, bo byle podmuch wiatru i kilka kropli deszczu skutecznie likwidowało jej właściwości. Im samolot szybciej i dłużej leciał, tym bardziej był widoczny. Można powiedzieć, że lot szkodził tym samolotom. Rzuciły się do pracy tęgie umysły. Co robić? Co robić?? Po żmudnych, drogich badaniach okazało się, że niewiele można zrobić. Należy zapewnić samolotom jak najlepsze warunki, nie latać byt często i nakładać kolejne warstwy niewidzialnej farby. Jednak to kosztowało strasznie dużo, więc wymyślono co innego. Wycofano wszystkie bombowce B2 z baz rozsianych po świecie i umieszczono je w jednym miejscu, bazie lotniczej w stanie Missouri. Tam klimat jest odpowiedni, do tego wybudowano specjalne hangary z klimatyzacją, w których B2 spędzają większość swego życia. Nie narzeka też obsługa, bo w ramach obniżania kosztów lotów jest niewiele, więc pracy też nie za dużo. Społeczeństwo przekonano, iż samolot ten jest w stanie z terenu Missouri zaatakować każdy punkt na ziemi. Nie powiedziano, że natychmiast, ale że taka możliwość istnieje. Nie jestem specjalistą, więc nie będę przekonywał, że jest inaczej. Skoro twierdzą, że do Moskwy jest taka sama odległość z Missouri jak ze Szwecji, niech będzie.

W tym tygodniu jeszcze jedna informacja utkwiła mi w pamięci. Wpis na blogu pewnej młodej Brytyjki sugerował, że wszyscy, którzy urodzili się przed powstaniem internetu to dinozaury nierozumiejące budowy świata i współczesnego społeczeństwa. Młoda dziewczyna broniła swego prawa do spoglądania w telefon wszędzie i o każdej porze. Na przejściu dla pieszych, w kolejce po iPhona, podczas posiłków i w kinie na pierwszej randce. Przekonywała, że nie zawsze są to portale społecznościowe, ale czasami poważne artykuły i opracowania. Jasne... Starzy, czyli ja, kompletnie tego nie rozumieją i chcieliby cofnąć czas... W pierwszym odruchu chciałem szukać tego bloga i odpisać coś w obronie starszego pokolenia, ale na szczęście miałem inne problemy – szybko jechałem samochodem, padał deszcz, niewidzialna farba zaczynała mi schodzić z karoserii, byłem coraz bardziej widoczny dla policyjnych radarów... Chciałem napisać, że któregoś dnia może zabraknąć prądu, padnie internet, zamilkną satelity. Wtedy młode pokolenie z przerażeniem pochowa się po kątach i ze łzami w oczach stukać będzie w martwe ekrany nieprzydatnych do niczego telefonów. Starsze pokolenie wyjdzie na zewnątrz, popatrzy w niebo, odetchnie głęboko... W tym momencie dotarł do mnie bezsens własnych myśli. A jak naprawdę zabraknie prądu???

Miłego weekendu

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location