----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Pewnego pięknego, słonecznego dnia, postanowiłem zrobić wiosenne porządki. Wprawdzie była połowa sierpnia, ale przecież nigdy nie jest za późno na pozbycie się niepotrzebnych przedmiotów. Poza tym wiosną zabrakło czasu.

W pierwszym wydobytym na światło dzienne pudle znalazłem kilkaset płyt kompaktowych. Tradycyjnie, jak czynię to od wielu lat, po obejrzeniu kilku, przesłuchaniu dwóch, wszystko ładnie odłożyłem na miejsce.

W drugim były filmy, kilka nawet jeszcze na taśmie VHS. Niczego nie oglądałem, bo przecież znam je na pamięć. A jak je wszystkie znam, to chyba je lubię. A jak się coś lubi, to się tego człowiek nie pozbywa.

W trzecim było sporo ubrań. Ulubionych oczywiście. Tyle, że wszystkie gdzieś kiedyś się zbiegły, chyba w praniu. Czekają więc, aż poznam magiczny sposób na powiększenie ich rozmiarów, ewentualnie dopasowanie siebie do nich. Zostają.

Potem były jakieś zeszyty wypełnione niewyraźnym pismem, chyba jakieś notatki sprzed lat. Oczywiście nie miałem czasu, by to wszystko przeczytać i podjąć decyzję co z tym zrobić, więc odłożyłem na miejsce.

I tak to wygląda od kilkunastu lat, co uświadomiłem sobie przy piątym chyba pudełku.

Postanowiłem zmienić coś w tym dorocznym rytuale. Wzrok padł na narty zjazdowe.

Nie, jeszcze ich nigdy nie użyłem choć mają kilka lat. Najpierw nie było okazji. Potem była, ale wyjazd nastąpił w pośpiechu, więc nie mogłem nawet po nie wstąpić i musiałem parę wypożyczyć. Potem był sezon bez wyjazdów, potem zapomniałem, że je mam, itd.

Postanowiłem przymierzyć i zobaczyć, czy się jeszcze nadają do użytku. Wiedziałem, że się nadają, ale z jakiegoś powodu postanowiłem to sprawdzić. Wyniosłem więc cały sprzęt na zewnątrz, a dzień był wyjątkowo piękny. Ponad 90 stopni w cieniu, bujna trawa, dojrzewające pomidory. Włożyłem buty narciarskie, przypiąłem się do desek, naciągnąłem grube, żółte gogle znajdujące się w zestawie i chwyciłem kijki w ręce. Ubrany zresztą w krótkie spodenki. Postąpiłem tak kilka niezdarnych kroków po trawniku za domem i w tym momencie zauważyłem, że przygląda mi się sąsiad. Poczciwy, spokojny, starszy człowiek. Irlandczyk z pochodzenia, więc niejedno w życiu widział i niewiele jest go w stanie zaskoczyć. Stał w absolutnym bezruchu. Chyba wstrzymywał oddech. Próbował dokonać rzeczy niemożliwej, czyli rozszerzyć oczy ze zdumienia mrużąc je jednocześnie przed słońcem. Zwykle ucinamy sobie krótką pogawędkę o pogodzie, podatkach i ogrodowym urodzaju. Tym razem powiedział tylko haj, choć ja usłyszałem aajjj...

No trudno. Kiedyś widział jak nożem kuchennym próbowałem przeciąć grubą deskę. Na swoją obronę wyjaśnię, że piłę zgubiłem, nóż miał ząbki, a deska musiała być natychmiast przecięta.

Stałem tak na środku trawnika w tym sprzęcie, okulary wypełniły się parą wodną, widziałem więc na biało, prawie jak zimą. Pomyślałem, że jak tylko spadnie śnieg trzeba się wybrać w końcu na narty. Najlepiej do Wisconsin. A potem przypomniałem sobie, że ostatnio słyszałem w Wisconsin okrutny dowcip o Illinois i jestem wciąż obrażony. To może przytoczę:

"Gubernator Illinois (nie wiem który, ale to nie ma znaczenia, bo każdy tu pasuje) biegał sobie dla zdrowia z psem po ścieżce w parku stanowym. Nagle z gęstwiny leśnej wypadł wilk i zaatakował psa. Oto w punktach przebieg wypadków.

1. Gubernator zaczął bronić psa, ale po chwili doszedł do wniosku, że taka jest natura wilka i się wycofał.

2. Zadzwonił po Straż Leśną, która złapała wilka, zbadała na obecność wirusów i bakterii, po czym wypuściła na wolność w innej części stanu. Koszt podatnika to kilka tysięcy dolarów.

3. Wezwany weterynarz potwierdził śmierć psa, zabrał go z lasu i wystawił dla stanu rachunek na kilka tysięcy dolarów.

4. Gubernator udał się do szpitala, by zbadano zadrapanie na ręce. Przy okazji zrobiono wszelkie możliwe testy. Znów kilka tysięcy dolarów.

5. Straż leśna zamknęła odcinek szlaku na którym doszło do ataku i kosztem kilkuset tysięcy przeprowadzono badanie mające ustalić, skąd wilk wziął się w tym parku.

6. Na wniosek gubernatora, kosztem pół miliona dolarów, stan wydał broszurkę dla turystów z ostrzeżeniem przed wilkami.

7. Pracę stracił ochroniarz, który nie ochronił psa gubernatora przed wilkiem. Mimo młodego wieku przeszedł na emeryturę stanową, gdzie pobiera 90 procent ostatnich zarobków. Jego miejsce zajął nowy, którego kosztem 80 tysięcy trzeba było przeszkolić w odpieraniu wilczych ataków.

8. Organizacje ochrony przyrody podały stan do sądu za czasowe uwięzienie wilka i narażenie go na wstrząs emocjonalny. Odszkodowanie wyniosło 5 mln.

A teraz ta sama sytuacja w Wisconsin:

Tamtejszy gubernator biegał z psem po lesie. Z krzaków wypadł wilk.

1. Zanim zdążył zaatakować padł strzał z osobistej broni gubernatora i wilk też padł. Całkowity koszt to 50 centów za nabój.

2. Gubernator pobiegł dalej."

By wszystko było jasne, wilki uwielbiam, uważam je za wspaniałe zwierzęta i żałuję, że gubernator Wisconsin zastrzelił jednego. W tej bajce wolę rozwiązanie Illinois. W rzeczywistości dowcip ten doskonale obrazuje problem naszego stanu. Wcale mnie nie śmieszy. W ogóle. Na narty zimą pojadę do Michigan.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location