----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

W przyszłym tygodniu minie 35 lat od wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Dyskusje wokół niego wciąż zamykają się wokół pytania „czy był mniejszym złem?”. Warto jednak pamiętać, jakim złem był.

„Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom ulega ruinie. Struktury państwa przestają działać. Gasnącej gospodarce zadawane są codziennie nowe ciosy. Warunki życia przytłaczają ludzi coraz większym ciężarem. Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji”. Tymi słowami w swoim przemówieniu radiowo-telewizyjnym z 13 grudnia 1981 roku gen. Wojciech Jaruzelski rysował sytuację, w której przyszło mu podjąć decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego. Obraz wyłaniający się z tych zdań jest niewątpliwie czarny – przed oczami pojawia się państwo w stanie upadku, stojące na skraju anarchii lub, co gorsza, wojny domowej.

Wiele było w tym prawdy, chociaż generał w swoim przemówieniu nie wziął pod uwagę kilku istotnych czynników. Gospodarka znajdowała się w ciężkim stanie, ale był to skutek dłuższego procesu – charakterystycznego dla PRL złego zarządzania, niezważania na sprawy konsumpcji czy wreszcie przeinwestowania w latach 70. z użyciem zachodnich kredytów, które trzeba było spłacać, a nie było czym. Już od 1975/1976 roku gospodarka wchodziła w fazę stagnacji, czego symbolem stało się coraz gorsze zaopatrzenie czy utrudniające życie przerwy w dostawach prądu. Skutkiem tego była wielka fala strajków w lipcu i sierpniu 1980 roku, z której narodziła się „Solidarność”.

Okres od sierpnia 1980 roku do grudnia 1981 roku był pełen napięć politycznych pomiędzy rządzącymi komunistami a „Solidarnością”. Przez kraj przelewały się fale strajków i protestów. Warto jednak pamiętać, że aktywny udział w ich prowokowaniu miała też władza – w marcu 1981 roku na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy milicja pobiła miejscowych działaczy związkowych, w tym Jana Rulewskiego. W odpowiedzi doszło do zaostrzenia sytuacji oraz strajku ostrzegawczego, który sparaliżował cały kraj. Na kilka dni przed 13 grudnia, milicja stłumiła protest studentów Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie, domagających się traktowania ich jak studentów, a nie funkcjonariuszy.

W samej partii komunistycznej aż wrzało od napięć i wewnętrznych sporów. W PZPR, ale również w MSW czy w wojsku istniała silna frakcja „twardogłowych”, którzy gotowi byli „stłumić kontrrewolucję”, a jeśli trzeba było, to wezwać na pomoc ZSRR. Moskwa wspierała te grupy, podobnie jak pozostałe państwa sąsiedzkie – NRD czy Czechosłowacja, która była gotowa zemścić się na Polsce za to, że ta w 1968 roku wysłała żołnierzy by stłumić tzw. praską wiosnę. Z drugiej strony istniały w partii liczne środowiska (głównie wśród intelektualistów), które wierzyły, że możliwa jest zmiana systemu komunistycznego w Polsce i pogodzenie PZPR i „Solidarności”.

W tym wszystkim ekipa gen. Jaruzelskiego, który od zimy 1981 roku był premierem, a od października I sekretarzem KC PZPR, przyjmowała pozycję centrową. Musiała liczyć się z „betonem”, ale nie śpieszyło się jej do siłowego, a więc krwawego rozwiązania. Próbowała wciągać do swoich szeregów ludzi, których można było uznać w ówczesnej sytuacji za „liberalnych”, ale wszystkie propozycje „porozumienia narodowego” były w zasadzie próbą rozbrojenia „Solidarności”, nie zaś rozwiązania konfliktu.

Być może Wojciech Jaruzelski myślał, że ratuje Polskę przed „większym złem” – wojną domową i krwawą interwencją ZSRR. Wydaje się jednak, że ratował przede wszystkim siebie i swoją ekipę. Moskwa chciała, by kryzys w Polsce rozwiązać jak najszybciej – sama była zaangażowana w Afganistanie, władzę w USA przejął Ronald Reagan, zwolennik twardej polityki wobec komunizmu, dodatkowo obawiano się, że „polska choroba” zarazi społeczeństwa innych demoludów. Najlepszym wyjściem było, gdyby Polacy załatwili sprawę swoimi rękami, bez konieczności interwencji. Nie można jednak wykluczyć, że gdyby sytuacja potoczyła się naprawdę źle, to w grę wszedłby wariant siłowy. Jaruzelski musiał to wiedzieć, jak również pamiętać, że szybko można znaleźć się dla niego zmiennik, a on sam, jak Aleksander Dubczek w 1968 roku, zostanie aresztowany i wywieziony do Rosji.

Przyjął więc wariant, który na wojskowych planach operacyjnych mógł wyglądać obiecująco – uderzyć szybko, zastraszyć społeczeństwo i w celny sposób pozbawić „Solidarność” kierownictwa. Być brutalnym, ale unikać ofiar. Przy okazji odciąć Polskę od świata i pokazać się jako sprawiedliwy, aresztując skompromitowanych poprzedników, z Edwardem Gierkiem na czele. Zimowy spokój wykorzystać do tego, by naprawić gospodarkę i umeblować na nowo państwo.

Plan Jaruzelskiego udał się tylko w pierwszej części – udało mu się aresztować większość kierownictwa opozycji i rozbić „Solidarność” oraz zastraszyć społeczeństwo. Jednak gdy w kolejnych dniach zginęły pierwsze osoby, w tym górnicy w kopalni „Wujek”, okazało się, że stan wojenny nie będzie „chirurgiczną operacją”, ale „wojną polsko-jaruzelską”. Nie udało się też poprawić sytuacji gospodarczej. A beznadzieja ogarnęła Polskę na kolejne lata...

Tomasz Leszkowicz

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc. Sign up or login to your account.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location