----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

***

Co Morze Karaluchów ma wspólnego z Trans-Atlantykiem, poza oczywistym skojarzeniem morskim? Niby nic, ale jak się w tym zaczniemy grzebać, a tak w istocie pluskać, to nagle okazuje się, że literacka ojczyzna synczyzna ma znacznie większy zasięg, niż nam się to by wydawać mogło. Jest zatem Gombrowicz wdzięczność dłużny Landolfiemu, czy może odwrotnie wdzięczność tę postrzegać powinniśmy, o ile w ogóle to robić jesteśmy zobligowani? Może by tak pojedynek na miny zrobić? Może, ale niekoniecznie. Obydwaj panowie mogli się znać, ale nie musieli. Jest ogromne prawdopodobieństwo, że gdzieś, jakoś, kiedyś na siebie wpadli, jeśli nie dosłownie, to tekstowo. Jak mówi biograficzna notatka:

„Tommaso Landolfi urodził się w 1908 roku w Pico w rodzinie o szlacheckich korzeniach. Studiował nauki humanistycznie w Rzymie i we Florencji, gdzie uzyskał dyplom na podstawie pracy o Annie Achmatowej. Debiutował w roku 1930. Po wielu kryzysach zdrowotnych, powodowanych niespokojnym trybem życia, zmarł 8 lipca 1979 roku w szpitalu w Ronciglione”.

Gombrowicz natomiast: „urodził się w 1904 r. w Małoszycach pod Opatowem w rodzinie szlacheckiej. Ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, studiował też filozofię i ekonomię w Paryżu. Krótko pracował w sądownictwie, po czym całkowicie poświęcił się literaturze. W sierpniu 1939 wyjechał do Argentyny, W 1963 r. Gombrowicz wrócił do Europy, początkowo na stypendium do Berlina Zachodniego, a następnie osiadł we Francji, gdzie mieszkał już do śmierci. Zmarł w 1969 r. w Vence we Francji

***

Prawdopodobieństwa spotkania zatem, w tych pięknych okolicznościach europejskiej, a nawet światowej literatury, oczywiście istnieje. Ale nawet, gdyby nie miało miejsca i obaj nie mieli o sobie zielonego pojęcia (co jednak jest mało prawdopodobne), to i tak jest zadziwiające, jak są do sobie niesłychanie podobni w swej niepodobności.

***

Gombrowicz jest: pomieszamy i poplątany, awangardowy i groteskowy, otwarty i niedokończony, operetkowy i niedojrzały, ironiczny i niedookreślony. Nie opowiada historii dla nie samej, a jedynie służebna mu ona jest, żeby samego siebie pokazać. Żeby swe przekonania ujawnić. Skacze w nich od sasa do lasa, często bez pozornego ładu i składu.

***

Landolfi natomiast jest zdecydowanie: uporządkowany, mocno osadzony w tradycji XIX-wiecznego stylu i stylizacji literackich, jest wycyzelowany i dokończony. A jednak: „Proza Landolfiego, sytuująca się – by przywołać tytuł posłowia Anny Wasilewskiej – ‘pomiędzy tradycją a nowatorstwem’, wymyka się prostym klasyfikacjom i w znacznej mierze nie daje się przyporządkować do jakiegokolwiek nurtu literackiego. Pisarz zbyt wiele zawdzięcza bogatej tradycji literackiej, by określanie go surrealistą czy symbolistą miało jakikolwiek sens. Autor Dialogu o dwóch głównych systemach, choć związał się w latach 30. z grupą tzw. ‘hermetyków’ (do której należeli m.in. Montale i Ungaretti), nie angażował się ani w literackie, ani społeczne, ani polityczne spory, jakimi żyła cała ówczesna Europa”.

***

Obydwaj panowie pogrywają sobie jednakowoż z czytelnikiem z całej siły i w gruncie rzeczy robią, albo usiłują z nim robić, co im się żywnie podoba. Jeśli Gombrowicz jest super mistrzem owej zabawy w kotka i myszkę z tymi, których literacko stara się dopaść, to Landolfi robi to znacznie mniej nachalnie, ale równie skutecznie i intensywnie. Jak już pisałem, Tommaso Landolfi uwodzi czytelnika niezwykłymi pomysłami z pogranicza snu i jawy. Jest taka scena w tytułowym opowiadaniu „Morze Karaluchów”, w której dochodzi do pojedynku erotycznego między robakiem i kapitanem statku. Razem mają uwieść Lukrecję, której piersi tryskają mlekiem, niczym fontanny. Całe opowiadanie jest oczywiście wielką metaforą drogi w dążenia do nieosiągalnego. Super absurdalne wydarzenia i postaci tej wyprawy do i poprzez Morze Karaluchów jest oczywistym nawiązaniem do konceptu homeryckiego podróżowania w poszukiwaniu sensu, ale też jest bliska tradycji teatru absurdu.

***

Gombrowicz w Operetce podobnie bawi się z widzem/czytelnikiem nagością i młodością, kostiumem i starością. Paranoja, groteska, ironia i absurd całej tej operetkowej historii, to przeciąganie liny między opozycjami, jakie stwarza i niszczy forma. Jest to proces formowania i deformowania w tragicznie groteskowym zawęźleniu tego, co subiektywne i obiektywne. Jak cytuje M.P. Markowski we wstępie do Kursu filozofii w sześć godzin i kwadrans:

„Najgłębsze rozdarcie człowieka, jego krwawiąca rana, to właśnie to: subiektywizm, obiektywizm. Podstawowe. Rozpaczliwe.

Rozpaczliwe. Właściwie można powiedzieć, że w ten oto sposób Gombrowicz formułuje swój podstawowy problem filozoficzny, który dzięki Sartre’owi (ma u siebie w Vence dwie jego książki) przybiera taką oto postać.

Jestem podmiotem, czyli świadomością, ale już w oczach innego, kiedy tylko na mnie spojrzy, staję się przedmiotem, obiektem dla cudzej świadomości. Myślę sobie, że jestem kimś, Ale w oczach tego drugiego jestem tylko czymś. Jak powiada Gombrowicz, odczucie tego pęknięcia jest jak „krwawiąca rana”.

***

Landolfi, podobnie jak Gombrowicz, każe nam udać się w podróż odmienną od naszych oczekiwań, każe być świadkiem wydarzeń niepojętych i dalekich od zdrowo rozsądkowego postrzegania rzeczywistości. W końcu erotyczna stymulacja przez robaka nie należy do zachowań zwykłych (raczej pisze się o niej w podręcznikach zajmujących się psychopatologią życia seksualnego) i nie każdy podejrzewa o zdradę i masturbowanie się żonę, która do tego jest manekinem. Może jednak właśnie dlatego, że ta podróż toczy się na przekór i na opak, jesteśmy w stanie dostrzec w niej swoją drogę, która może wydawać nam się daleka od paranoi, którą opisuje Landolfi, ale czy rzeczywiście nie jest na opak?

***

A skąd pochodzi ten cytat? Z Operetki czy z Morza Karaluchów? Zobaczmy: „A oto wreszcie i Lukrecja / Albertynka. Zjawiła się popychana gwałtownie przez dwóch dość muskularnych mężczyzn, przybranych w trójgraniaste pirackie kapelusze. Była półnaga, z jedną piersią na wierzchu, z której za każdym szarpnięciem jej towarzyszy tryskał strumień mleka. – Tędy, tędy – kapitan/hrabia Szarm prowadził prosto do mesy.  – Stójcie! – krzyknęła hardo Lukrecja/Albertynka. – Zatrzymajcie się, muszę załatwić pewną potrzebę! – Puścili ją na chwilę, a wówczas Lukrecja/Albertynka zbliżyła się do burty i, ująwszy sutki w dwa palce, siknęła w morze obfitymi strumieniami mleka, najpierw z jednej, potem z drugiej piersi. – Całkiem nieźle, jak na dziewicę! – odezwał się czyjś cyniczny głos”.

***

No i co? Skądże, a skądże ten tekst przybywa?

*** 

„Pierwszą regułą gry, jaka toczy się pomiędzy autorem a czytelnikiem, jest zasada, że prędzej czy później należy oczekiwać niespodzianki, i wiadomo, że niespodzianka ta nigdy nie będzie przyjemna ani pocieszająca, lecz w najlepszym razie wywoła efekt, jaki daje pociągnięcie paznokciem po szkle lub głaskanie pod włos, czy też wzbudzi skojarzenia, które jak najprędzej chcielibyśmy usunąć z pamięci”

*** 

Nie ma jednak w owej grze z czytelnikiem przesadnej kokieterii. To raczej świadomość bezwyjściowości sytuacji i pojawiająca się mimo wszystko chęć ucieczki pcha Landolfiego w stronę literatury. I jeśli uważa ją za „jedyne usprawiedliwienie tego stato di insufficienza (stanu niewystarczalności), jakim jest życie – absurdalne i z góry skazane na przegraną”, jak w posłowiu pisze Anna Wasilewska, to wie, że literatura nie przynosi nigdy ukojenia, nie zmienia świata, co najwyżej zaś – chwilowo go zastępuje.

***

A co na to Gombrowicz?

„Literatura przekonana, że można jakoś urządzić świat, jest czymś najgłupszym pod słońcem”

Zbyszek Kruczalak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location