----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Holandia, Szwajcaria, Belgia, Australia, Kanada, Kolumbia, kilka stanów USA... Kolejne kraje i regiony decydują się na ułatwienie swym obywatelom wyboru miejsca, czasu i rodzaju śmierci. Jednak lekarze pracujący w światowej stolicy eutanazji zaczynają się martwić o konsekwencje jakie niosą ze sobą te zmiany. Coraz częściej słychać opinie, iż posuwamy się za daleko.

Dr Bert Keizer wezwany został do umierającego na raka płuc mężczyzny. Jego zadaniem było zakończyć życie chorego. Kiedy przybył na miejsce z asystującą mu pielęgniarką, zastał ponad 35 osób zebranych wokół łóżka pacjenta, popijających drinki i głośno rozmawiających, niemal jak na okolicznościowej imprezie. W pierwszej chwili poczuł się nieswojo, nie wiedząc jak ma w takiej atmosferze wykonać zadanie. Jednak chory doskonale wiedział co robić. W pewnym momencie głośno powiedział: „Ok, kochani”, po czym w pomieszczeniu zapadła przejmująca cisza. Szklanki z drinkami odstawiono, najmłodsze dzieci zostały wyprowadzone, i chwilę później wezwany lekarz podał choremu śmiertelny zastrzyk. 

Dr Keizer jest jednym z około 60 lekarzy pracujących dla holenderskiej Levenseindekliniek, czyli Kliniki Końca Życia, która ułatwia kontakt lekarzy gotowych przeprowadzić eutanazję z pacjentami pragnącymi zakończyć swe życie. W 2017 r. z usług tylko tej kliniki skorzystało ok. 750 osób. Dla Keizera, który zajmował się filozofią zanim został lekarzem, powszechny dostęp do tej usługi oznacza nową erę dla ludzkości.

„Po raz pierwszy w historii stworzyliśmy przestrzeń, w której ludzie przekraczają próg śmierci w naszej obecności. To zupełnie co innego, niż odbieranie sobie życia, gdy żona jest a zakupach, a dzieci w szkole. To najgorsze, co możemy zrobić, ponieważ takie rany nigdy się nie zabliźniają. Jesteśmy ludźmi połączonymi z innymi i znaleźliśmy sposób na zerwanie tych więzi w znośny dla bliskich sposób.”

Problem w tym, że ten „znośny” sposób zakończenia życia stał się ostatnio normą. Niemal każdy w Holandii znał kogoś, kto poddał się eutanazji. Każdy też wie, jak wyglądają imprezy pożegnalne. Opisana przez dr Keizera nie była niczym wyjątkowym i nadzwyczajnym. Oczywiście, idea wyboru miejsca, czasu i sposobu własnej śmierci jest w tym kraju bardziej powszechna niż gdziekolwiek indziej. Jednak przyszłe konsekwencje tych zmian dopiero zaczynają być widoczne. Kraj ten przez dziesięciolecia był pionierem liberalnych reform i zmian prawnych, więc można założyć, iż widzimy tam dziś to, co resztę świata czeka w niedalekiej przyszłości. Nie wszystkim podoba się to, co widzą.

Coraz bardziej popularna

W 2002 r. parlament w Hadze zalegalizował eutanazję dla pacjentów doświadczających „ogromnego cierpienia bez perspektyw poprawy ich stanu zdrowia”. Od tamtej pory eutanazja oraz pokrewna jej „pomoc w umieraniu”, zostały zalegalizowane przez kilka innych krajów, choćby Belgię i Kanadę, podczas gdy w pozostałych, jak na przykład Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, czy Stanach Zjednoczonych, opinia publiczna zaczyna coraz częściej wyrażać się na ten temat pozytywnie.

Wydaje się, że to proces, którego nie da się powstrzymać. W 2015 r. zezwoliła na to u siebie Kolumbia, w 2017 r. zrobił to australijski stan Victoria, wkrótce kolejną, dużą jurysdykcją o podobnych prawach może stać się Hiszpania. W tej chwili już co szósty Amerykanin żyje w stanie, w którym tzw. śmierć w asyście jest legalna (choć większość pochodzi z Kalifornii), natomiast w Szwajcarii, gdzie obowiązuje najstarsze prawo dotyczące eutanazji, mogą z niego również korzystać obcokrajowcy.

Jeśli zachodnie społeczeństwa pójdą śladem wymienionych krajów, to za kilka dekad eutanazja będzie powszechną opcją w menu możliwych sposobów zakończenia życia, włączając w to pigułkę na życzenie dla tych, którym życie wydaje się zbyt trudne lub po prostu nudne.

Dla wielu osób, walczących z nieuleczalnymi, wyniszczającymi chorobami lub ograniczeniem fizycznymi i psychicznymi wynikającymi z podeszłego wieku, godna śmierć na życzenie jest czymś, czego nie powinno się im odmawiać. Coraz częściej słyszy się jednak, że stan zdrowia nie powinien być jedynym czynnikiem decydującym.

Puszka Pandory

Legalizując eutanazję Holandia odkryła, że rozwiązuje to jeden problem etyczny, ale jednocześnie wprowadza kilka nowych. Pojawia się na przykład pytanie, w którym miejscu należy wyznaczyć granicę?

W okresie ostatnich kilku lat niewielka, ale bardzo wpływowa grupa wykładowców akademickich i prawników podniosła alarm i wskazała, iż społeczeństwo powoli stacza się po równi pochyłej. Wprowadzone pierwotnie zmiany, mające pomóc cierpiącym na raka pacjentom, rozszerzono w kolejnych latach o tych, którzy mogliby żyć długo - od osób z dystrofią mięśniową, poprzez demencję, nawet po młodych ludzi chorych psychicznie.

Jednym z przeciwników zachodzących zmian jest Theo Boer, wykładowca etyki z Uniwersytetu Teologicznego w Kampen. W latach 2005-2014 Boer był członkiem jednej z pięciu komisji powołanych przez rząd do kontroli wszystkich przypadków eutanazji w kraju. W razie stwierdzenia nieprawidłowości sprawa przekazywana była prokuraturze. Wkrótce potem w Holandii odbyła się pierwsza rozprawa przeciw lekarzowi, który dopuścił się nadużyć podczas przeprowadzania eutanazji, a w kolejnych miesiącach ich liczba spadła w całym kraju o ok. 9 proc.

"Wprowadzanie ustawodawstwa dotyczącego eutanazji rozpoczęło się od chęci pomocy w najcięższych przypadkach, naprawdę okropnych formach śmierci” – mówi Boer – „Ale nastąpiły poważne zmiany w egzekwowaniu tego prawa. Uruchomiliśmy coś, co niesie ze sobą poważniejsze konsekwencje, niż sobie wcześniej wyobrażaliśmy.”

W miarę jak ludzie przyzwyczajali się do nowych praw dopuszczających eutanazję na określonych warunkach, liczba jej przypadków rosła. W pierwszych latach było ich kilkaset, w 2007 już 2 tysiące, ponad 6,600 w roku 2017. Jednocześnie tyle samo odnotowano podań odrzuconych przez komisje kwalifikacyjne z braku podstaw prawnych. W 2017 r. 1,900 osób samo odebrało sobie życie, a ponad 32 tysiące zdecydowało się na jakąś formę niesankcjonowanego zakończenia go podczas opieki paliatywnej. Oficjalne dane mówią, że w sumie we wspomnianym roku 2017 ponad jedną czwartą zgonów w Holandii stanowiły przypadki śmierci wywołanej na życzenie, choć tylko cześć spełniała wszystkie wymogi prawne.

Definicja cierpienia

Jednym z powodów, dla których po roku 2007 eutanazja stała się bardziej powszechna, było rozszerzenie definicji „nieznośnego, ogromnego cierpienia”, która jest kluczowa dla tego prawa.

Wielu starszych Holendrów wydaje pisemne polecenia, by w przypadku znacznego pogorszenia się ich stanu psychicznego – na przykład niemożności rozpoznania członków rodziny – zostali poddani eutanazji bez względu na to, czy wciąż zgadzają się z podjęta w piśmie decyzją. Dochodzi więc do tragicznych, kontrowersyjnych sytuacji.

Choćby cierpiącej na demencję kobiety, która na piśmie wydała polecenie dotyczące eutanazji we „właściwym momencie”. Gdy rodzina uznała, że nadszedł ten czas, wezwano lekarkę mającą przeprowadzić zabieg. Kobieta jednak na jej widok zaczęła się opierać i próbowała uniknąć śmiercionośnego zastrzyku. Musiano ją obezwładnić, co uczyniła rodzina kobiety, podać środki odurzające i dopiero wtedy, już bez przeszkód lekarka dokończyła cały proces. Teraz sprawa ta na polecenie komisji rewizyjnej trafiła do sądu, ale prawdopodobieństwo ukarania kogokolwiek jest znikome. W końcu wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Lekarka przekonuje, że spełniła wyrażoną w piśmie prośbę pacjentki, a ponieważ według rodziny była już niekompetentna, jej protesty przed śmiercią nie miały znaczenia.

Podobna sytuacja w większości innych krajów uznana byłaby za morderstwo, w Holandii stanowi temat dyskusji i kontrowersji, nic więcej. Przynajmniej na razie. Bowiem coraz więcej osób zastanawia się, czy sprawy nie posunęły się za daleko. Wielu lekarzy w podobnych sytuacjach, czyli występowania dokumentu nakazującego eutanazję na wniosek rodziny w przypadku postępowania demencji, odmawia wykonania usługi.

Młody, nieszczęśliwy, martwy

W listopadzie 2016 r. małżeństwo de Gooijer z miejscowości Tilburg zasłynęło w lokalnych mediach za sprawą syna Eelco, który poddany został eutanazji. 38-letni otyły mężczyzna cierpiał na chorobę psychiczną. Od lat był nieszczęśliwy, w depresji, nie potrafił sobie ze swą ułomnością poradzić. Po długich rozmowach z rodzicami podjął decyzję, by zakończyć życie. Żartował później na ten temat ze wszystkimi, nawet pracownikiem cmentarza, który przyszedł dokonać pomiarów na trumnę dla niego. Po przeprowadzeniu zabiegu większość komentujących wydarzenie poparło rodziców i ich decyzję. Uznano to rozwiązanie za lepsze od na przykład samobójstwa, które w podobnych sytuacjach popełniają często ludzie z takimi problemami. Przynajmniej pożegnał się z rodziną i wyjaśnił powody.

“Chcesz uczynić swe dziecko szczęśliwym” – mówiła po fakcie matka mężczyzny – “Ale Eelco nie był szczęśliwy w życiu. Nie chciał już cierpieć i śmierć była dla niego jedynym rozwiązaniem”.

W krajach gdzie jest legalna, eutanazja traktowana jest jak podstawowy serwis medyczny, opłacany przez ubezpieczenie. Lekarze tam mają jednak prawo, by w tych zabiegach nie uczestniczyć. W końcu to unikalna forma usługi medycznej. Jedyna, gdzie po udanym jej przeprowadzeniu nie można porozmawiać o tym z pacjentem. Niektórzy lekarze domawiają ze względów moralnych i etycznych, inni religijnych. Część po prostu nie może pogodzić się, że musieliby zabić człowieka po złożeniu przysięgi Hipokratesa.

Śmierć w tajemnicy

W czasach, kiedy eutanazja nie była jeszcze legalna, ale już powszechnie tolerowana, lekarze przed wykonaniem prośby pacjenta musieli skonsultować się z rodziną. Ponieważ jednak chodziło o poufność kontaktów lekarz-pacjent, podczas tworzenia prawa warunek ten nie został umieszczony w ustawie. W związku z tym często rodzina o wszystkim dowiaduje się po fakcie, przez telefon. Nie może zaprotestować, przekonać chorego lub lekarza, zmienić decyzji.

Doświadczył tego Mark Weld, który od pewnego czasu podejrzewał, iż jego matka planuje eutanazję. Nie miał jednak okazji, by lekarzowi wyjaśnić, iż jej cierpienia nie są ogromne, ani nie do zniesienia, oraz że za pomocą lekarstw kobieta jest w stanie kontrolować przebieg swej choroby. Pewnego dnia zadzwonił telefon i poinformowano go, iż pół godziny wcześniej jego matka, 76-letnia Marike, poddana została zabiegowi. Jedyne co mógł zrobić, to napisać do niej list, w którym wyraził ból, żal i sprzeciw wobec jej decyzji, a następnie włożył zapisaną kartkę w dłoń matki leżącej w trumnie.

Doświadczenia holenderskiego społeczeństwa uważnie obserwują parlamentarzyści z krajów, gdzie trwają przymiarki do wprowadzenia podobnego prawa. Zbierane są opinie pozytywne i negatywne na ten temat. Theo Boer, cytowany już wcześniej wykładowca etyki z Uniwersytetu Teologicznego w Kampen dorzuca:

„Kiedy pokazuję statystyki i dane ludziom w Portugalii, Islandii lub gdziekolwiek indziej, mówię by przyjrzeli się doświadczeniom Holandii, ponieważ jest ona w miejscu, w którym ich kraj może być za 20 lat.”

Na podst. theguardian, vox, arch. Monitor
opr. Rafał Jurak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location