----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Takie pytanie zaczyna sobie zadawać coraz więcej osób. Nie tylko w Waszyngtonie, ale również w niewielkich miasteczkach do tej pory stojących murem za prezydentem. Ostatnie sondaże mówią o rekordowo niskim, zaledwie 38 proc. poparciu społecznym(Gallup), mnożą się nawoływania do impeachmentu, powołana została specjalna komisja do zbadania wpływu Rosji na listopadowe wybory.

Wszystko to w wyniku wydarzeń z okresu zaledwie kilkunastu dni, które sprawiły, że prezydentura Donalda Trumpa chwieje się w posadach.

8 maja pełniąca do niedawna obowiązki Prokuratora Generalnego Sally Yates zeznała pod przysięgą, że Biały Dom wiedział, iż Michael Flynn skłamał w rozmowie z wiceprezydentem i może być obiektem szantażu ze strony Rosji już na 18 dni przed jego zwolnieniem.

9 maja prezydent nagle zdymisjonował dyrektora FBI, Jamesa Comey`a, który nadzorował dochodzenie w sprawie rosyjskich wpływów na wybory i możliwej współpracy ze sztabem Donalda Trumpa. Powody tej decyzji były niejasne. Podobno chodziło o rekomendację zastępcy Prokuratora Generalnego sugerującego nieodpowiednio prowadzone dochodzenie w sprawie Hillary Clinton, konkretnie nadużycie stanowiska. Potem jednak sam prezydent stwierdził, zaprzeczając oficjalnej wersji, iż Comey był zbyt pobłażliwy dla Clinton. Tego samego dnia dowiedzieliśmy się, że nieco wcześniej Comey poprosił o dodatkowe fundusze na prowadzenie dalszego śledztwa.

10 maja w związku z oburzeniem zastępcy prokuratora, który kategorycznie zaprzeczył jakoby jego raport był głównym powodem zwolnienia szefa FBI, Biały Dom przyznał, iż były też inne. Tego dnia media donosiły o niezadowoleniu prezydenta z faktu prowadzenia rosyjskiego śledztwa, czy tego, że Comey zeznał przed Kongresem, iż zarzuty dotyczące założonych przez Obamę podsłuchów nie mają żadnych podstaw.

11 maja tygodnik The Economist opublikował wywiad z prezydentem, w którym wykazał się on sporą niewiedzą na temat głównych problemów ekonomicznych i własnych projektów ustaw gospodarczych. Tego samego dnia wieczorem w wywiadzie telewizji NBC na pytanie Lestera Holta dotyczące powodów dymisji szefa FBI, Donald Trump zaprzeczył wcześniejszej wypowiedzi własnego wiceprezydenta oraz rzeczniczki prasowej przyznając, iż Rosja była głównym powodem zwolnienia Comey`a. Ponadto prezydent stwierdził, iż były już szef FBI trzykrotnie zapewniał go, że nie jest on obiektem śledztwa, a następnie poprosił o wspólny obiad starając się utrzymać posadę. Zaraz po emisji wywiadu współpracownicy Comey`a zarzucili prezydentowi kłamstwo. Według nich to prezydent miał zaprosić Comey`a na obiad, podczas którego domagał się lojalności od szefa FBI.

12 maja nawiązując do niepotwierdzonych doniesień o przebiegu rozmowy podczas spotkania, Donald Trump dwuznacznie zagroził Comey`owi mówiąc „lepiej, żeby nie istniały żadne taśmy” z zapisem ich rozmów. Zapytana o istnienie nagrań z zamkniętych spotkań w Białym Domu administracja ani nie zaprzeczyła, ani nie potwierdziła. Jego rzecznik prasowy stwierdził potem, iż stanowisko prezydenta jest jasne i nie wymaga wyjaśniania. Nieco później tego samego dnia Trump opublikował list od swych prawników mający stanowić dowód na brak jakichkolwiek związków biznesowych z Rosją. Jednak i on nie wypalił, bo znalazła się w nim informacja o przychodach w wysokości ponad 100 mln. dolarów stanowiących „kilka wyjątków podatkowych”. Eksperci zgodnie stwierdzili, że list niczego nie wyjaśnia.

Weekend upłynął w miarę spokojnie.

15 maja portal Politico opublikował tekst o podsuwanych prezydentowi przez niektórych współpracowników i doradców fałszywych informacjach, tzw. fake news, za pomocą których otoczenie manipuluje decyzjami Donald Trumpa lub w obawie przed popsuciem mu humoru nie przedstawia artykułów krytycznych wobec niego. Przykładem była podrobiona w programie Photoshop okładka tygodnika Time z lat 70. na którą prezydent niemal powołał się publicznie, ale zdążył zareagować jego szef gabinetu wyjaśniając, że chodzi o fałszywkę.

Tego samego dnia The Washington Post zamieścił informację o spotkaniu prezydenta z rosyjskim ambasadorem i Ministrem Spraw Zagranicznych, podczas którego przypadkowo przekazana została ściśle tajna informacja wywiadowcza uzyskana od jednego z sojuszników.

16 maja New York Times i inne media poinformowały, iż najprawdopodobniej chodziło o Izrael i jego źródła w szeregach ISIS. Nieco później Times doniósł o notatce byłego szefa FBI, Jamesa Comey`a, sporządzonej po spotkaniu z Donaldem Trumpem 14 lutego (czyli następnego dnia po zwolnieniu Flynn`a), z której wynikało, iż Trump poprosił o zawieszenie śledztwa w sprawie byłego doradcy i jego ewentualnych powiązań z Rosją. Napisał w niej, że prezydent USA poprosił go o rozmowę na osobności, podczas której dał do zrozumienia, że śledztwo w sprawie kontaktów Michaela Flynna z Rosją nie powinno być kontynuowane. "Mam nadzieję, że da pan sobie spokój" - miał powiedzieć prezydent, przekonując, że jego były doradca jest dobrym człowiekiem.

Kolejne dni to już konsekwencja serii powyższych wydarzeń, burza medialna, dyskusje wśród polityków obydwu partii, czy pierwsze publiczne nawoływanie w Kongresie do rozpoczęcia procesu impeachmentu. Trudno określić znaczenie i powagę każdej wiadomości, trudno większość z nich potwierdzić. Nie chodzi o to, że jest to niemożliwe, ale raczej o brak czasu. Zwykle rewelacje tego kalibru pojawiają się raz na jakiś czas, dając mediom i politykom czas na złapanie oddechu, spokojną analizę i przeprowadzenie publicznego lub prywatnego śledztwa. W tym przypadku kolejne rewelacje dzieliły zaledwie godziny. Wydaje się jednak, że najbardziej szkodliwa dla prezydenta może okazać się ta ostatnia wiadomość, oczywiście jeśli zostanie potwierdzona.

Sporządzona w lutym przez byłego szefa FBI notatka ze spotkania (zapisywał on treść wszystkich ważnych rozmów) w pewien sposób spina ze sobą wydarzenia ostatnich miesięcy i nieco je tłumaczy – wciąż pozostające w sferze pytań powiązania z Rosją, rzekome próby wpływania na śledztwo obejmujące doradców i członków obecnej administracji, a nawet obsesję prezydenta dotyczącą przecieków informacji z Białego Domu. W końcu zanim Donald Trump sam zdradził tajemnicę wywiadowczą rosyjskiej delegacji, przekonywał Comey`a że dziennikarze korzystający z przecieków i otrzymujący tajne informacje powinni być wtrącani do więzienia.

Dla wielu osób, nawet konserwatywnych polityków, jest to dowód, że nie wszystko w Białym Domu działa jak powinno. Do tej pory otoczenie prezydenta bagatelizowało jego błędy i potknięcia składając to na karb niedoświadczenia, czy nieznajomości jakiegoś tematu, co już samo w sobie jest trudne do zaakceptowania. Donald Trump jednak do dziś nie zdaje sobie sprawy z problemu, jaki stwarza dla USA podwójna gra Flynn`a, nie podejrzewał też, że zwolnienie szefa FBI będzie miało większe znaczenie, a sugestia, iż jego wiceprezydent kłamie pojawiła się przecież przypadkowo. Jednak gdy na mównicę w otoczeniu kamer wchodzi H.R. McMaster, doradca d/s bezpieczeństwa narodowego i najpierw odmawia potwierdzenia, czy na spotkaniu z Rosjanami pojawiła się tajna informacja, a potem bagatelizuje to twierdząc, że prezydent i tak „nie wiedziałby, jaki ma ona status”, zaczynamy zastanawiać się, czy na pewno właściwa osoba zasiada na odpowiednim stanowisku.

Jeśli potwierdzą się informacje zawarte we wspomnianej notatce ze spotkania, może to oznaczać poważne problemy dla prezydenta i całej administracji. Oznaczałoby to, że głowa państwa próbowała wpływać na toczące się dochodzenie, a to rozpatrywane jest już w innych kategoriach. Mielibyśmy do czynienia z utrudnianiem działań wymiaru sprawiedliwości, co absolutnie jest podstawą do rozpoczęcia procesu impeachmentu. Znamienny jest fakt, iż nawet konserwatywni komentatorzy telewizji Fox uważają zarzut za bardzo poważny, a to, iż żaden republikański polityk nie wystąpił przed kamerami w obronie prezydenta, świadczy o nastrojach w łonie całej partii.

Próbując zachować twarz konserwatywni politycy ulegli żądaniom demokratów i dopuścili do powołania specjalnej komisji mającej nadzorować dochodzenie w sprawie rosyjskich manipulacji podczas wyborów, włączając w to ewentualne powiązania ze sprawą osób ze sztabu wyborczego Donalda Trumpa, oraz wszelkich wątków jakie przy okazji śledztwa mogą się pojawić.

Decyzję w tej sprawie podjął zastępca Prokuratora Generalnego, Rod Rosenstein, na którego obowiązek ten spadł po wycofaniu się z udziału w dochodzeniu swego szefa. Jeff Sessions, Prokurator Generalny w administracji Trumpa, podjął taką decyzję po informacjach o jego spotkaniach z rosyjskimi politykami w ubiegłym roku, podczas kampanii prezydenckiej. Tak więc to Rosenstein zadecydował, że niezależna komisja jest niezbędna i w pewien sposób na kogo innego zrzucił dalszą odpowiedzialność za śledztwo.

Osobą tą został Robert Muller, szef FBI mianowany na to stanowisko przez George W. Busha, który służył w tej roli przez 12 lat przed Comey`em. Choć teoretycznie niezależny, to jednak podległy Departamentowi Sprawiedliwości i Rosensteinowi, który powołał komisję. Jeśli uzna on, że jakiś wątek nie dotyczy sprawy, może zakazać Mullerowi prowadzenia dalszego dochodzenia w tym kierunku. Gdyby tak się jednak stało, to wówczas Kongres musi otrzymać pisemne wyjaśnienie powodów takiej decyzji.

Rosenstein ogłaszając powstanie komisji wyjaśnił, że nie chodzi o uzyskanie dowodów popełnienia przestępstwa, czy postawienie kogoś przed sądem. Przypomniał, że nie ma na to dowodów. Jednak nagromadzenie różnych informacji sprawia, że konieczne jest powołanie niezależnego śledczego, pozostającego poza tradycyjną strukturą administracji – dodał Rosenstein.

Decyzja o powołaniu Mullera świadczy o powadze, z jaką w Waszyngtonie zaczęto traktować rozpoczęte w 2016 r. śledztwo. Jest też dowodem na rosnącą siłę demokratów, którzy od dawna domagali się podobnej komisji. Jest to również, należy powiedzieć otwarcie, dowód słabnącej pozycji prezydenta, który traci kontrolę nad własnym otoczeniem i wydarzeniami wokół siebie. Osobnym tematem są konsekwencje, jakie może przynieść potwierdzenie rzekomych zarzutów. Ewentualny proces impeachmentu, jeśli w ogóle kiedykolwiek miałoby do niego dojść, nie musi zakończyć się przecież usunięciem prezydenta ze stanowiska. Jednak nawet w takiej sytuacji nie pozostanie bez wpływu na rynki walutowe, sytuację polityczną, czy nastroje społeczne. Pogorszenie tych wskaźników w tej chwili jest czymś, czego dla własnego dobra Stany Zjednoczone powinny unikać. Gdyby okazało się, że jednak dochodzenie przyniesie nieprzychylne dla administracji wyniki, wówczas spodziewać się możemy znacznie gorszego scenariusza.

Na podst. theweek, washingtonpost, nytimes, forbes, IBT, bloomberg, theatlantic
Opr. Rafał Jurak

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location