----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Kilka dni temu dostałem krótki tekst od znajomego o następującej treści: Cholera, bylibyśmy dziś milionerami! Dołączony był do tego link do artykułu w Business Insider. A tam pisano, że jeśli ktoś w listopadzie 2010 r. wydał na zakup bitcoinów niecałe 10 dolarów, to dziś zwrot wyniósłby ćwierć miliona. Wydając wtedy więcej, na przykład tysiąc, dziś można by rozglądać się za prywatną wyspą na ciepłym morzu.

Faktycznie, siedem lat temu rozmawialiśmy na ten temat. Wtedy bitcoin dopiero zaczynał funkcjonować, kosztował dosłownie grosze i mało kto orientował się, czym właściwie jest. To prawda, że zastanawialiśmy się wówczas, czy dla żartu nie zainwestować i nie kupić nieco tej cyfrowej waluty. Zrobiło to kilka innych osób, więc czemu nie? No nie, bo właściwie nie wiadomo co to jest, pewnie jakiś przekręt, szwindel i oszustwo. Poczekamy, zobaczymy...

Jak widać na powyższym obrazku, doradcą finansowym byłbym kiepskim, kolega zresztą też. Nie będę też ukrywał, iż wielu prawdziwych doradców, z którymi wtedy ten temat w rozmowach poruszałem, było podobnego zdania, dziś pewnie ze wstydu nie wychodzą z domów. W tamtym okresie wśród osób zajmujących się na co dzień finansami waluta, której nie można było wypłacić w banku, włożyć do kieszeni i normalnie pracując zarobić, nie miała prawa istnieć. Odradzali inwestowanie i zachęcali do kupna akcji cementowni w Ohio lub producenta żarówek.

Trzeba przyznać, że jazda cen bitcoina jest nieprawdopodobna. Dziś nie ma wątpliwości, że to, co się dzieje jest nadmuchaną do nieprzyzwoitości bańką, która lada chwila pęknie. Należy pogratulować tym, którym udało się kupić za grosze, trzymać kciuki za tych, którzy w ostatniej chwili wskoczyli do pędzącego pociągu wydając życiowe oszczędności, bo mogą je w jednej chwili stracić. Ja z kolegą do tematu na pewno nie powrócimy, dla zachowania dobrego samopoczucia będziemy go unikać jak ognia. Według specjalistów i samych inwestorów zaangażowanych w obrót bitcoinami, ta elektroniczna moneta warta jest dziś ok. 100 dolarów, a nie około 10 tysięcy płaconych za nią w tym tygodniu. Wartość rzeczywista nie ma jednak żadnego znaczenia, bo przecież ważne jest, ile inni chcą zapłacić. Na tym polegają inwestycje, na tym też można się mocno przejechać, gdy kupujący nagle zmienią zdanie.

Kontynuując więc niejako temat, warto przypomnieć sobie, że w przeszłości ludzie stracili miliardy na wydawałoby się pewnych inwestycjach. Na myśl przychodzi choćby rozsławiony przez film „Powrót do przyszłości” samochód DeLorean. Tak, to ten z otwieranymi do góry drzwiami, którym bohater przemieszczał się w czasie. Wtedy inwestorzy pchali się do producenta drzwiami i oknami. Ale z różnych powodów nie sprzedano ich zbyt wiele, w związku z czym firma stanęła na krawędzi bankructwa. Może by się i udało wyjść z tarapatów, gdyby nie akcja FBI, podczas której przyłapano właściciela firmy DeLorean Motors z walizką kokainy wartości 24 milionów. Na nagraniu z ukrytej kamery zachwala towar agentowi federalnemu mówiąc, że jest lepszy od złota. Po tym DeLorean zwinął się szybciej, niż jesienny liść i dziś jedynie kilku kolekcjonerów może pochwalić się funkcjonującymi samochodami tej marki.

Kolejna opowieść sięga czasów dawniejszych i funkcjonuje dziś już tylko jako ostrzeżenie przekazywane studentom ekonomii przez oczytanych profesorów. Chodzi o tulipany, kwiaty znane chyba każdemu. Popularne i wszechobecne. Kiedyś jednak było inaczej. W pierwszej połowie XVII w. jakiś holenderski podróżnik przywiózł do domu kilkanaście cebulek pochodzących z Turcji. W krótkim czasie w całym kraju zapanował tulipanowy szał. Ludzie zaczęli sprzedawać swe posiadłości i inwestować w importowane cebulki. Dosłownie, wartość kilku sztuk równa była kilku hektarom ziemi z budynkami i inwentarzem. Nie trwało to długo, okazało się bowiem, że tulipany można z powodzeniem hodować na miejscu, co zaczęło robić tysiące ludzi. Ceny gwałtownie, bardzo gwałtownie spadły, inwestorzy poszli z torbami. Do dziś Holandia pozostaje królestwem tulipanów, a sam kwiat kojarzy się ze złym rozpoznaniem rynku.

Można by teraz przypomnieć historię Enronu lub Washington Mutual, ale to było niedawno i wszyscy pamiętają. Są jeszcze różne piramidki finansowe, inwestycje w kosmosie i prawa do wydobywania nieistniejących minerałów. To z kolei byłaby raczej opowieść o ludzkiej głupocie.

Więc kilka słów o papierosach bez dymu. Tak, zanim w ogóle pojawił się pomysł elektronicznych papierosów, jakże dziś popularnych, firma R.J.Reyolds pracowała nad zdrowszymi pałeczkami tytoniowymi. Chodziło o wyeliminowanie pewnych skutków ubocznych palenia, wiadomo... raka, chorób płuc, zawałów, czy wylewów krwi do mózgu. W latach 80. wymyślono Premier Smokeless Cigarette, ekskluzywnego papierosa bezdymnego. Było to urządzenie dostarczające nikotynę do organizmu, które wyglądało jak papieros i... na tym koniec podobieństw, podobnie jak w przypadku dzisiejszych pałeczek elektronicznych. Przewidywano, iż sprzedaż będzie błyskawiczna i lawinowa. Na wymyślenie urządzenia, zrobienie kilku prototypów, budowę linii produkcyjnej i akcję promocyjną wydano ponad miliard ówczesnych dolarów. Okazało się jednak, że papieros ten pozostawia w ustach smak węgla i jest doskonałym sposobem dostarczania organizmowi innych, trujących substancji poza nikotyną. Klapa była wielka, choć Reynolds nie odczuł tego boleśnie, to były wciąż złote czasy dla firm nikotynowych. Problem w tym, że jak każda porządna firma, do inwestycji wykorzystała pieniądze innych.

Wracając do bitcoinów, na razie szaleństwo trwa. Zainteresowani mogą jednak poczytać sobie o flozz.com, firmie oferującej dokładnie to samo w 2001 r. Może się skończyć podobnie, ale nie musi. W końcu czasy inne i towar nieco lepszy.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location