----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Antagonizując amerykańskie stosunki z południowym sąsiadem Donald Trump popełnił poważny błąd, gdyż nie docenił przeciwnika. Okazało się, że kraj ten jest znacznie ważniejszym partnerem strategicznym dla USA, niż się to obecnemu prezydentowi w czasie walki o Biały Dom wydawało, ma do dyspozycji szereg środków mogących zaszkodzić Stanom Zjednoczonym, a co najważniejsze, ratując urażony honor mieszkańcy Meksyku gotowi są do znacznie większych poświęceń, niż politycy po tej stronie granicy sądzili.

W czasie kampanii wyborczej Trumpa Meksyk stał się jednym z tematów przewodnich, a dokładnie eksport przestępców, gwałcicieli i nielegalnych imigrantów przez ten kraj. Zagrożenie było tak wielkie, że pojawiła się konieczność budowy muru. Bezradność i głupota mieszkańców i polityków w Meksyku tak ogromna, że mieli za to sami zapłacić. Hasła spodobały się wielu wyborcom, zwłaszcza mniej zorientowanym w stosunkach międzynarodowych, jednak po drugiej stronie granicy zagotowało się. W pierwszej chwili prezydent Enrique Peña Nieto zbagatelizował te słowa licząc, iż po chwili stosunki pomiędzy obydwoma krajami powrócą do normy. Tak się nie stało.

W sierpniu ubiegłego roku licząc się z ewentualnością zwycięstwa Trumpa w wyborach Nieto zaprosił go do siebie, mając nadzieję na polepszenie kontaktów i wyjaśnienie spornych kwestii. Nie przeciwstawił się populistycznym hasłom republikańskiego kandydata i nie potraktował go jak zagrożenia dla swego kraju, za co słono zapłacił. Jego notowania spadły do poziomu 12 proc., a wielu rodaków zaczęło nazywać go zdrajcą. Lekcja dla elit i polityków była jasna – jeśli chcieli zaistnieć i zdobyć zaufanie wyborców, musieli rozpocząć walkę z północnym sąsiadem. Przynajmniej słowną.

Na rok przed wyborami w Meksyku, w których obecny prezydent ze względu na ograniczenia kadencji nie uczestniczy, obowiązkowym elementem kampanii jest odzyskanie splamionego przez USA honoru i ewentualny odwet za niesprawiedliwe potraktowanie. Okazuje się, że zemsta Meksyku może być dla Stanów Zjednoczonych bolesna. Na dłuższą metę nawet bardzo.

Granica amerykańsko-meksykańska jest długa, ale historia bliskiej współpracy obydwu krajów stosunkowo krótka. Jeszcze w latach 80. wzajemna niechęć była wyraźnie odczuwalna. Meksyk nie popierał antykomunistycznych działań USA w Ameryce Środkowej do tego stopnia, że ówczesne władze ostrzegły Waszyngton, by przez swą politykę i pokaz siły nie zagroził bezpieczeństwu i równowadze w regionie. Zbiegło się to w czasie z porwaniem i brutalnym zamordowaniem w tym kraju agenta DEA, Enrique “Kiki” Camarena, który jak się później okazało zgładzony został przez kartel narkotykowy przy wydatnej pomocy lokalnej policji. Sytuacja stała się bardzo napięta, niektórzy politycy w USA zastanawiali się nawet nad użyciem siły wobec Meksyku. Jednak stosunków nie ocieplili dyplomaci, ale obietnica współpracy gospodarczej.

NAFTA

W przypadku tych dwóch krajów oddzielonych Rio Grande umowy handlowe zrobiły więcej, niż sto lat zabiegów dyplomatycznych. Już w kilka lat po podpisaniu North American Free Trade Agreement Stany Zjednoczone i Meksyk zaczęły być od siebie coraz bardziej zależne. Antyamerykanizm, wcześniej standard za południową granicą, zaczął zanikać. Przepływ imigrantów na północ stał się mniejszy. Zaczęły ze sobą współpracować wywiady obydwu krajów, policja, a przede wszystkim biznesy. I choć korzyści z podpisania umów handlowych okazały się mniejsze od obiecywanych, to integracja obydwu krajów w krótkim czasie przekroczyła najśmielsze oczekiwania. Do czasu ubiegłorocznych wyborów.

Przedwyborcze wypowiedzi Donalda Trumpa i późniejsze działania jego administracji prawie zniszczyły tę współpracę. Na pewno sprowadziły na USA nieoczekiwane zagrożenie.

Chińska karta przetargowa

Gdy na początku lat 90. Związek Radziecki przestał zagrażać zachodowi, Stany Zjednoczone przestały tak mocno interesować się Ameryką Środkową. Miejsce to zaczęły zajmować Chiny, które w poszukiwaniu surowców dla swego przemysłu i dynamicznie rozwijających się miast zapuszczały się głęboko w dotychczasową strefę wpływów USA. Chińczycy zaczęli bardzo mocno inwestować w Peru, Brazylii, Wenezueli i wielu innych krajach, gdzie budowali drogi, rafinerie, elektrownie i kolej. W latach 2000 – 2013 wymiana handlowa Chin z Ameryką Łacińską wzrosła o 2300 procent! Podpisane już umowy przewidują, iż w okresie najbliższych kilku lat wyniesie ona ponad pół biliona dolarów. Działania Chin są zaplanowane, mają określony cel i powinny martwić strategów w Waszyngtonie. Do tej pory przynajmniej Meksyk, bezpośredni sąsiad i partner USA, nie poddawał się presji azjatyckiego giganta. Działo się tak z kilku powodów. Po pierwsze kraj ten nie posiada surowców i towarów, na których Chinom zależy najbardziej, po drugie ewentualna ekspansja gospodarcza na teren tego kraju wywołałaby gwałtowny i głośny alarm w USA.

Alarm w Stanach Zjednoczonych jest teraz dokładnie tym, co chcą sprowokować władze w Meksyku. Nazywają to „chińską kartą przetargową”, czyli groźbą związania się z największym obecnie światowym konkurentem USA. Obecność chińskich firm i nieograniczonych pieniędzy tuż za południową granicą jest realnym zagrożeniem dla ekonomii Stanów Zjednoczonych, a niedawne słowa i działania Donalda Trumpa tylko to zagrożenie zwiększyły.

Bolesne dla południowych sąsiadów ostatnie miesiące uświadomiły Meksykanom, że największą słabością ich gospodarki jest zbytnie uzależnienie od rynku USA.

Kevin Gallagher, ekonomista z Boston University, który specjalizuje się w rynkach Ameryki Łacińskiej uważa, że władze w Mexico City zauważyły tę zależność już jakiś czas temu, ale do tej pory nie działały zbyt aktywnie nad wprowadzeniem niezbędnych zmian.

„Każdy kraj, w którym 80 proc. eksportu stanowi wymiana z USA, ma problem” – mówi Gallagher i przekonuje, że nawet z przyjaznym sobie prezydentem USA kraj ten dążyłby do zmiany proporcji. Z dążącym do nacjonalizmu gospodarczego i zapowiadającym nowe opłaty celne Trumpem w Białym Domu, Meksyk będzie starał się zmniejszyć swą zależność od USA jak najszybciej.

Do tej pory bliska współpraca Chin i Meksyku była nie do pomyślenia. Kontakty gospodarcze były wręcz chłodne, bo Meksyk traktował Chiny jako konkurenta w dostępie do rynku amerykańskiego. Tuż po podpisaniu umowy NAFTA w 1995 r. gospodarka za południową granicą ruszyła z kopyta. Oczywiście pomagała w tym dobra sytuacja ekonomiczna w USA w tamtych latach. Jednak gdy w 2001 r. Chiny przyjęto do Światowej Organizacji Handlu, Meksyk zaczął odczuwać negatywne skutki tej decyzji niemal od razu. Fabryki nie były w stanie konkurować z tańszymi towarami chińskimi, produkcja zaczęła odpływać do Azji, w krótkim czasie pracę straciły miliony osób.

Meksyk pozostał jednak lojalny wobec USA i zwykle na prośbę Waszyngtonu rezygnował z płynących do tego kraju lukratywnych ofert. Niedawno, bo za czasów Baracka Obamy, Chiny zaproponowały Meksykowi budowę superszybkiej kolejki łączącej Mexico City z Querétaro, dynamicznie rozwijającym się centrum przemysłowym w tym kraju. Inwestycja opiewała na 3.7 miliarda dolarów. Na prośbę amerykańskiej administracji umowę zerwano, choć biorąc pod uwagę stan meksykańskiej infrastruktury była to inwestycja bardzo potrzebna.

Chiński produkt z Meksyku?

Chiny jednak nie rezygnują i z godną podziwu cierpliwością prowadzą przemyślaną grę. W okresie ostatnich 10 lat stawka godzinowa w przemyśle w tym kraju potroiła się i wynosi obecnie $3.60. Mało kto w USA zdaje sobie sprawę, że w tym samym czasie w Meksyku stawki godzinowe spadły i dziś w przemyśle wynoszą średnio $2.10. Nawet biorąc pod uwagę wysoką produktywność azjatyckich pracowników, czy wyższy koszt wytwarzania w Meksyku ze względu na przestrzeganie przez ten kraj umów handlowych i pracowniczych, to południowy sąsiad Stanów Zjednoczonych zaczyna być coraz bardziej interesującym rynkiem dla inwestorów. Widzą to wszyscy, poza USA.

Zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale za chwilę Chinom będzie opłacało się budować fabryki w Meksyku, bo będzie taniej i bliżej największego odbiorcy ich dóbr, czyli USA.

Współpraca Chin i Meksyku trwa już od jakiegoś czasu, choć w ostatnich miesiącach nabrała gwałtownego przyspieszenia. W październiku kontrolowane przez rząd w Pekinie media poinformowały, że obydwa kraje nawiązały wojskową współpracę. Pojawiła się możliwość wspólnych operacji, ćwiczeń i wsparcia logistycznego.

Miesiąc później Meksyk sprzedał chińskiej firmie petrochemicznej prawo do wydobywania ropy w dwóch rejonach Zatoki Meksykańskiej.

Z kolei w lutym tego roku miliarder Carlos Slim, który jest nie tylko jednym z najbogatszych ludzi świata, ale też doskonałym barometrem nastrojów wśród meksykańskich elit, odpisał umowę z firmą Anhui Jianghuai Automobile na produkcję samochodów SUV w miejscowości Hidalgo. W wyniku tego porozumienia fabrykę w Meksyku opuszczać będzie rocznie 40 tysięcy chińskich samochodów. W niedalekiej przyszłości wiele z nich trafi na amerykański rynek, bo proces homologacji dobiega końca i mimo głośnego niezadowolenia w Waszyngtonie praw wolnego rynku nie da się powstrzymać jednym dekretem.

Mając na myśli wynik wyborów w USA i kierunek obrany przez nową administrację, chiński ambasador w Mexico City w grudniu ubiegłego roku stwierdził, że współpraca obydwu krajów będzie coraz bliższa.

Zastanówmy się teraz przez chwilę nad tym wszystkim. Donald Trump powtarza, że Chiny są największym zagrożeniem ekonomicznym i militarnym dla USA. Oskarżył wręcz ten kraj o „grabienie Ameryki”. Choć analitycy rynkowi nie do końca podzielają jego opinię, to zgodnie twierdzą, że w interesie Stanów Zjednoczonych jest powstrzymanie światowej ekspansji Chin. Poprzednia administracja starała się uchronić inne państwa azjatyckie przed wciągnięciem w strefę wpływów tego kraju, między innymi za pomocą odrzuconego już porozumienia transatlantyckiego. Za sprawą kilku głośno wyrażonych opinii podczas kampanii wyborczej, a także kilku decyzji nowej administracji, Chiny są obecnie w najlepszym położeniu, by zaistnieć na kontynencie północnoamerykańskim, jednocześnie wbijając klin pomiędzy USA i Meksyk. Nie pomagają w tym konserwatywne, prawicowe media w Stanach Zjednoczonych, które donoszą o terrorystach masowo przenikających przez południową granicę, egzemplarzach Koranu porzuconych w jej pobliżu, obozach jihadystów w rejonie Ciudad Juárez. Informacje te, choć w większości wyssane z palca, wpływają na wrogie nastawienie mieszkańców południowych stanów do Meksykanów, a mieszkańców Meksyku mobilizują do obrony dobrego imienia i honoru.

Warto wspomnieć jeszcze o jednym. Nie każda osoba przekraczająca nielegalnie południową granicę jest Meksykaninem. W rzeczywistości stanowią oni mniejszość. Od kilku lat liczba opuszczających USA imigrantów z Meksyku jest wyższa od przybywających tu obywateli tego kraju. Zdecydowaną większość imigrantów stanowią osoby z Centralnej Ameryki, którzy w drodze do USA nielegalnie przedostają się na teren naszego południowego sąsiad z terenu Gwatemali. Gdyby nie działania służb w Meksyku, ich liczba byłaby znacznie wyższa. W wyniku umowy z 2014 r. Meksyk zobowiązał się do zaostrzenia kontroli na swojej południowej granicy i przez okres dwóch lat zatrzymał aż 425 tysięcy osób próbujących nielegalnie dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. Wyobraźmy sobie teraz, że zerwałby tę współpracę z USA i pozwolił na swobodny przepływ ludzi.

Stany Zjednoczone potrzebują dobrych kontaktów z Meksykiem, tak jak Meksyk potrzebuje USA. Traktując ten kraj jako kozła ofiarnego we własnych rozgrywkach politycznych wyrządzamy sobie więcej szkody, niż pożytku. Jest to dziś lojalny partner ekonomiczny i polityczny, którego łatwo możemy zrazić, a czego konsekwencje jak się okazuje, mogą być poważne.

Na podst.: theatlantic, slate, ibtimes,
opr. Rafał Jurak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location