----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Choć częściowy paraliż rządu trwa już ponad dwa tygodnie, w związku z czym setki tysięcy pracowników federalnych przebywa na przymusowych zwolnieniach lub wykonuje pracę bez wynagrodzenia, a polityczne konsekwencje zaczynają być dla wszystkich odczuwalne, to żadna ze stron ustąpić nie chce. To jednak nie pierwszy raz, gdy podobne gierki rozgrywane są w Waszyngtonie.

Kryzys rządowy trwa. Tak przynajmniej wygląda to w tej chwili i choć w każdym momencie strony mogą się porozumieć, to niewiele wskazuje, by nastąpiło to w tym tygodniu. Środowe spotkanie liderów w Kongresie z prezydentem nie przyniosło spodziewanych rezultatów, zaplanowane na piątek może coś zmienić, ale oznaczałoby to, iż jedna ze stron gotowa jest na ustępstwa. Na to jednak się nie zanosi.

W rozmowie z Chuckiem Schumerem, przewodniczącym demokratycznej mniejszości w Senacie, prezydent Donald Trump zapowiedział, iż nie chce stracić twarzy przed swymi wyborcami godząc się na kompromisy w sprawie budowy muru.

Demokraci z kolei nie mogą ustąpić prezydentowi, bo uzyskali ostatnio spory kapitał polityczny, który łatwo mogliby utracić ustępując żądaniom Białego Domu i republikanów.

Rozmawiając z dziennikarzami przed środowym spotkaniem z ustawodawcami prezydent powiedział, że zawieszenie prac części rządu „potrwa tyle, ile będzie potrzeba”, po czym dodał: „Może to być długi czas, może to też nastąpić szybko”.

Po środowym spotkaniu, które nie przyniosło zbliżenia stron, wiele wskazuje, iż raczej mówimy o wersji pierwszej. Mitch McConnell, przewodniczący republikańskiej większości w Senacie, uznał je za mało owocne, ale stwierdził, że przynajmniej rozmawiano w cywilizowany sposób. Wyraził nadzieję, że może uda się osiągnąć kompromis w ciągu kilku dni lub kilku tygodni. Postępu nie zauważyli też demokraci, którzy planowali w czwartek, tuż po zaprzysiężeniu nowego Kongresu, przedstawić dwie ustawy wprowadzające częściowe finansowanie rządowych operacji na kilka miesięcy bez konieczności decydowania w tej chwili o budowie muru na południowej granicy. Czy zostały one wprowadzone, w momencie powstawania tego tekstu nie było wiadomo. Nawet jeśli tak, to ich wprowadzenie nie zmienia wiele, jedynie łagodzi na pewien czas skutki kryzysu budżetowo-politycznego w Waszyngtonie.

Nancy Pelosi, która zapewne zajmie stanowisko przewodniczącej Izby Reprezentantów w nowym Kongresie, zaproponowane ustawy porównała do podobnych, wprowadzonych przez Senat w ubiegłym roku i przy okazji pytała: “Nasze pytanie do prezydenta i republikanów jest następujące: czemu nie zaakceptujecie tego, co już uczyniono w celu przywrócenia prac rządu? Tego, co dałoby nam 30 dni na dalszą, spokojną dyskusję na temat bezpieczeństwa granic?”.

Ponad dwa tygodnie i żadna ze stron nie chce ustąpić. Trump zapowiedział, że nie podpisze niczego, co nie będzie zawierało 5 miliardów dolarów na budowę muru na południowej granicy, a republikanie z Senatu słowami rzecznika McConnella potwierdzili, iż nie zgodzą się na nic, czego prezydent nie podpisze.

Trudno wyobrazić sobie, by ustąpili demokraci. Wielokrotnie powtarzali, że nie poprą budowy muru w zaproponowanej przez Biały Dom formie. Gotowi są na wiele ustępstw, gdy chodzi o bezpieczeństwo granic, co zapowiedział Schumer, choćby przeznaczenia sporych funduszy na elektroniczne zabezpieczenia i zwiększenie stanu liczebnego działających tam formacji. Jednak powracająca do gry i mająca za sobą większość w Izbie Reprezentantów Nancy Pelosi nie jest jeszcze gotowa do ustępstw.

Gdyby demokraci ustąpili teraz prezydentowi i republikanom, utraciliby odzyskane poparcie wyborców, ale przede wszystkim mogliby doprowadzić do podziału wewnątrz własnej partii.

Prezydent Trump też na pierwszy rzut oka nie ma wielu powodów, by godzić się na kompromis. Budowa muru na granicy była jedną z najważniejszych obietnic przedwyborczych, więc wycofanie się z niej mogłoby być odebrane przez jego zwolenników jako zdrada, co na progu kolejnej kampanii wyborczej nie jest pożądane. Z drugiej strony tuż przed świętami Biały Dom był gotów na kompromis i tylko pod wpływem konserwatywnych mediów, głównie opinii wyrażanych przez Laurę Ingraham, Annę Coulter oraz Rusha Limbaugh prezydent zmienił zdanie. Wtedy właśnie publicznie, podczas spotkania z Pelosi i Schumerem zapowiedział, że bierze na siebie odpowiedzialność za ewentualny paraliż prac rządu.

Wygląda na to, że prezydent żadnego planu w tej sprawie nie ma. Poza nieustannym domaganiem się pieniędzy na budowę muru żadnej konstruktywnej propozycji nie przedstawił. W rozsyłanych Tweetach często wręcz sam sobie zaprzecza, na przykład pisząc, iż mur jest już częściowo zbudowany, co nie jest prawdą. Zapewnia, iż granica jest bezpieczna, w związku z czym wiele osób pyta, po co mur? W jednym z wpisów pojawiła się informacja, że Meksyk już płaci za jego budowę, co zmusza do pytania, po co mu Kongres i jego zgoda?

W środę zasygnalizował, iż gotów jest zgodzić się na nieco mniejszą sumę, były to jednak mgliste zapowiedzi. Choć prezydent znany jest z tego, że podczas negocjacji nagle potrafi ustąpić, to w tym przypadku chodzi o głośną sprawę i może wykazać większą odporność na presję.

Pomiędzy demokratami i prezydentem znajdują się republikanie w Senacie, którzy mają dwa wyjścia. Mogą w dalszym ciągu trzymać stronę prezydenta w nadziei, że sytuacja ta na dłuższą metę okaże się niekorzystna dla demokratów, lub stracić cierpliwość wobec Białego Domu i przegłosować niższą sumę na zabezpieczenie granicy. Jak by nie było, w grudniu kontrolowany przez republikanów Senat przyjął już ustawę przewidującą 1.6 mld. dol. na związane z granicą wydatki, co było przecież sumą znacznie niższą od oczekiwanych 5 mld.

Paraliż prac rządu? Nic nowego

Od 1976 roku, gdy Kongres przegłosował nowy proces przyjmowania budżetu, nieudane negocjacje doprowadziły do podobnej sytuacji już 19-krotnie. W większości przypadków, włączając w to dwukrotne zawieszenie prac w ubiegłym roku, przerwy były bardzo krótkie – zwykle trzydniowe lub na okres weekendu – co tak naprawdę nie wpływało znacząco na jakiekolwiek działania federalne.

Jednak we współczesnej historii poważne przerwy w pracy amerykańskiego rządu miały miejsce już kilkukrotnie. Pierwszy raz doszło do takiej sytuacji na przełomie lat 1995/96, gdy kontrolowany przez GOP Kongres próbował wprowadzić tzw. „Contract for America”. Ówczesny prezydent, Bill Clinton, wstępnie zgodził się z republikanami co do celu działania, jednak zdecydowanie odmówił poparcia metod potrzebnych do realizacji projektu. GOP chciało obciąć fundusze na programy socjalne i uchylić prawa podatkowe wprowadzone przez administrację Clintona w 1993 r. Konflikt pomiędzy prezydentem i ustawodawcami doprowadził do paraliżu w dniach 14 – 20 listopada 1995 r., a następnie do ponownego, poważniejszego kryzysu w dniach 16 grudnia 1995 – 5 stycznia 1996. W sumie wstrzymanie finansowania prac rządu trwało 26 dni.

Ostatni raz poważna przerwa miała miejsce w październiku 2013 r., gdy podobna sytuacja trwała 16 dni. Wówczas poszło o Affordable Care Act, popularnie zwany Obamacare. Kontrolowana przez republikanów Izba Reprezentantów starła się z demokratami kontrolującymi Senat w sprawie finansowania reformy ubezpieczeń. Demokraci nie chcieli przyjąć republikańskich poprawek, bez których Izba nie miała zamiaru podchodzić do głosowania. Strony w końcu uchwaliły prowizorium budżetowe na kilka miesięcy, co pozwoliło przywrócić prace rządu i toczeni dalszej walki bez ryzyka głębszego kryzysu.

Widzimy więc, że w przeszłości dochodziło już do poważnych problemów wynikających z braku porozumień budżetowych. Na razie nie ma się więc czym martwić. Z drugiej strony trudno przewidzieć, jak obecna sytuacja odbije się na popularności poszczególnych polityków i reprezentowanych przez nie partii.

Zawieszenie prac rządu, całkowite i częściowe, nigdy nie jest popularne wśród mieszkańców kraju i wyborców. Dlatego wzięcie winy na siebie przez prezydenta zaskoczyło wiele osób i nie wróżyło mu dobrze w sondażach. Przeprowadzone w ostatnich dniach potwierdzają, iż większość badanych wini prezydenta za kryzys, choć aż 33 proc. uważa, iż wina leży po stronie demokratów.

Jeśli w okresie najbliższych dni strony nie dojdą do jakiegoś porozumienia (możliwe jest, że w momencie oddawania tego tekstu do druku już do jakiegoś doszło) kryzys budżetowy będzie coraz bardziej odczuwalny. W okresie pierwszych dni agencje rządowe korzystały z oszczędności i dokonywały koniecznych zmian. Teraz jednak pieniędzy nie ma, co zaczyna być widoczne. W środę zamknął swe podwoje The Smithsonian, w tym National Zoo, robią to kolejne agencje i urzędy. W parkach stanowych piętrzą się tony śmieci, do publicznych WC turyści wchodzą na własną odpowiedzialność. Ponad 800 tysięcy pracowników federalnych odczuwa już problemy finansowe. Część z ich przebywa na przymusowych zwolnieniach, pozostali pracują bez wynagrodzenia, choć oczywiście dostaną zwrot w momencie zażegnania kryzysu.

Wiele osób w okresie świąteczno-noworocznym nie przywiązywało wielkiej uwagi do wiadomości płynących z Waszyngtonu, teraz jednak zacznie się wszystkiemu uważnie przyglądać. To wpłynie na wyniki sondaży.

Można założyć, że to dopiero początek problemów i nawet w przypadku uchwalenia prowizorium powrócą one w niedalekiej przyszłości.

Zapytany przez dziennikarzy, czemu demokraci wciąż popychają projekt wydatków budżetowych odrzucony przez prezydenta i republikanów, Chuck Schumer odpowiedział: „Mamy nadzieję, że zmienią zdanie”.

To dosyć optymistyczne założenie, zwłaszcza że jego polityczni przeciwnicy wyraźnie dali do zrozumienia, iż nic z tego nie będzie. Opinia społeczna też na razie nie ma większego wpływu na decyzje polityków, skoro tylko 35 proc. badanych popiera budowę muru, a 25 proc. doprowadzenie przez prezydenta do zawieszenia prac rządu. Pozostali być może zdają sobie sprawę, że te sporne 5 miliardów dolarów to początek ewentualnych wydatków. Warto przypomnieć, iż całkowity koszt budowy wyceniono na 23 miliardy. Czy to oznacza, że osiągając kompromis w walce o niewielką część środków politycy świadomie rozpoczną wieloletnią walkę o pozostałe 18 miliardów? Być może w przyszłości czeka nas cała seria podobnych kryzysów budżetowych, które według ekspertów politycznych świadczą nie tylko o nieprawdopodobnej polaryzacji społeczeństwa i polityki, ale również niedoskonałym systemie budżetowym w USA. Ale to już osoby temat.

Na podst.: reuters, csmonitor, theatlantic, politico
opr. Rafał Jurak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location