----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

“Nowy dowód” Jeffreya Eugenidesa to zbiór dziesięciu opowiadań, które dotykają tego wszystkiego w naszym życiu, czego chcemy uniknąć, co odsuwamy od siebie, spychamy na bok, udając, że są to rzeczy i sprawy nas niedotyczące: samotność, starość, choroba, rozpad małżeństwa i rodziny, brak możliwości samorealizacji, rozpad mitologii społecznej i brak możliwości realizacji swych marzeń.

Jak zawsze u Eugenidesa historie balansują na granicy banału i niezwykłości. Zupełnie normalni bohaterowie, wykonujący zupełnie normalne zawody i prowadzący absolutnie normalne życie, okazują się być dramatycznie niezwykli przez sytuacje, z którymi przyszło się im zmierzyć. Już pierwsze opowiadanie z cyklu, zatytułowane „Marudy” –  skupia naszą uwagę na doświadczeniu starości i choroby, a jednocześnie wskazuje, że literatura może być inspiracją do działań wbrew stereotypom. Jeśli mamy w sobie dość siły, żeby zaufać sobie i stawić czoła banałowi, to możemy przenosić góry.

Losy dwu przyjaciółek wpisane są w historię opowiedzianą w ulubionej przez obie kobiety, książce. Ten pozornie oczywisty i dosyć nieskomplikowany chwyt literacki, pozwala spojrzeć na życie w starości z zupełnie innej perspektywy niż ta, do której przywykliśmy. Otóż powieść owa, autorstwa Velmy Wallis, zatytułowana „Dwie stare kobiety” (książka nie jest fikcyjną rzeczywistością, wykreowaną na potrzeby opowiadania, zarówno ten tytuł jak i nazwisko autorki są zupełnie prawdziwe, publikacja ukazała się na rynku amerykańskim w 2013 roku) niesie zupełnie nieoczekiwane przesłanie, które zresztą staje się zawołaniem obu kobiet w momentach kryzysowych: „to jest pora topora” – czyli czas na działanie, a nie na marudzenie. Ta cudowna, literacka parabola pozwala autorowi mówić o samotności w starości, o odrzuceniu, a nawet porzuceniu przez rodzinę, o niezwykłości przyjaźni w sposób daleki od banału i płaczliwego współczucia. Okazuje się, że przy pewnej, sporej zresztą, ilości silnej woli, zdecydowania i wyobraźni można w życie w starości i demencji poukładać sobie nadzwyczajnie znośnie, ale potrzeba do tego osobowości, która umie posługiwać się owym toporem.

Podobnie mają się rzeczy w kolejnym opowiadaniu zatytułowanym „Poczta lotnicza”, jakkolwiek to podobieństwo należy postrzegać w swoistym odwróceniu. Historia młodego człowieka, który udaje się w podróż po świecie w poszukiwaniu sensu swego życia, kończy się dla czytelnika doznaniem przenikliwego poczucia zagubienia. Próba magicznego, nieomalże mistycznego funkcjonowania, w którym można kierować funkcjami swego ciała jedynie za sprawą mocy umysłu, kończy się dla bohatera „Poczty lotniczej” zdecydowanie przedwcześnie i w żaden sposób nie pozwala nam mówić o odnalezieniu drogi ku spełnieniu. Mitchell kieruje się ku śmierci bardziej, aniżeli ku temu, czego poszukuje, czyli sensowi istnienia.

Trzecie opowiadanie jest kompletnie zaskakujące, zestawiając tytuł „Pipeta do pieczeni” z jego treścią. Można by mieć podejrzenia, że historia będzie miała jakiejś kulinarne konotacje – nic bardziej błędnego! Cały tekst bowiem jest o sztucznym zapłodnieniu. Skąd zatem pipeta do pieczeni? Z bardzo prostego powodu. Zostawioną po masturbacji spermę, czymś trzeba wstrzyknąć do pochwy, a cóż może być w tym celu użyteczniejsze niż pipeta do pieczeni, jeśli nie ma się pod ręka specjalisty od unasienniania? Brzmi to może dziwnie, może nienormalnie, ale czy normalny jest świat, w którym skazani jesteśmy na życie w samotności. Świat, w którym liczy się tylko wygoda i przyjemność przy minimum wysiłku i odpowiedzialności. Skąd niby kobieta sukcesu, którą jest główna bohaterka tego tekstu o wdzięcznym imieniu Tomasina, ma znaleźć partnera na całe życie, który jednocześnie będzie odpowiedzialnym ojcem jej dziecka? Ma wielu znajomych, partnerów i kochanków, ale nikt nie zamierza wchodzić w małżeńskie związki. Tomasina organizuje więc erotyczne przyjęcie, podczas którego wydarzają się rzeczy przedziwne i zaskakujące. Cała historia ma dosyć przytłaczające zakończenie, żeby nie powiedzieć depresyjne – ale jest jednocześnie kapitalnym obrazem współczesnych relacji damsko-męskich, mocno zdeformowanych w swych elementarnych funkcjach, albo może – paradoksalnie - powracających właśnie do owego pierwotnego, zwierzęcego wymiaru funkcjonowania gatunku, czyli do zapładniania bez ponoszenia za to żadnej odpowiedzialności.

Kolejne, czwarte opowiadanie zatytułowane „Muzyka dawna” przerzuca nas z rejonów nasyconych seksualnością ku wymiarom naznaczonym wyrafinowaną muzyką barokową i światem nadzwyczajnie rzadkich instrumentów. „Utalentowany muzyk wykonuje poślednią pracę, by – z marnym skutkiem – zarabiać na rodzinę, tymczasem atmosfera w domu gęstnieje z każdym dniem, w miarę rosnącej natarczywości banku domagającego się spłaty kredytu za stary klawikord”. (za: Książki-Magazyn do Czytania, kwiecień 2018)

Po raz kolejny dotykamy absurdalności pewnych sytuacji, które pozornie tylko wydają się jasne i oczywiste. W końcu wszyscy jesteśmy zobowiązani spłacać swoje długi, obojętne czy zaciągnęliśmy je na samochód czy na super piękny i rzadki instrument, na którym gramy wyrafinowane kompozycje barakowych twórców. Opowiadanie „Muzyka dawna” jest pełne niejasnej nostalgii za utraconą miłością do rzeczy nieużytecznych, jakkolwiek pięknem zachwycających. Rodney, główny bohater opowiadanej historii jest utalentowanym wirtuozem klawikordu, który zaprzepaścił swoją, prawdopodobnie spektakularną, karierę z wielu powodów, głównie jakkolwiek z powodu młodzieńczego idealizmu. W ostatecznym rozrachunku, gdy przyszło do takich elementariów jak dom, rodzina i praca, Rodney nie bardzo wiedział, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Darline, jego żona wpadła wprawdzie na pomysł masowej produkcji zapachowych myszy, które miały być hitem w dobie powszechnej aromaterapii, ale jakoś ta masowość nigdy nie stała się faktem, w przeciwieństwie do narastających długów i nieustannych telefonów od żądających zwrotu pieniędzy banków i innych instytucji windykacyjnych.

Świat młodzieńczych idei, wielkich talentów i wyrafinowanej kultury drastycznie roztrwonił się na frustrujące niespełnienie w zderzeniu z nieuniknioną banalnością bezwzględnej codzienności.

„Apartamenty” - piąty z kolei tekst w tomie „Nowy dowód” to niesamowicie paranoiczne i poniekąd groteskowe opowiadanie, które przytłacza nas absurdalnością przekonania, że trzeba ciągle próbować, ciągle inwestować, wierzyć w sukces i nigdy nie ulegać przeświadczeniu, że może trzeba by przestać działać, a zacząć myśleć. Jest to nadzwyczajnie krótkie i nadzwyczajnie depresyjne wyznanie młodego człowieka, narratora, którego ojciec, rzeczywiście kiedyś bogaty inwestor, rzucił się w szereg skazanych na bankructwo inwestycji, na których stracił całą fortunę. „Apartamenty” to opowieść o ostatnim zakupie rozpadającego się hotelu na Florydzie, który ma być oczywiście inwestycją życia. W istocie poruszamy się po gnijących, zrujnowanych pomieszczeniach, których nikt nawet nie ma zamiaru wynajmować, co nie przeszkadza ojcu głównego bohatera tryskać optymizmem i wierzyć, że cała inwestycja będzie wspaniałym spadkiem dla jego syna. Niezwykła atmosfera opowiadania, nieomalże dotykalna wilgoć i przytłaczający rozpad owego motelu każą nam szczerze wątpić w amerykański optymizm ojca i jego przekonanie, że w końcu musi się udać! Mamy nawet pewność, że z tego nic nie będzie. Dosyć przerażający obraz amerykańskiej wiary w sukces.

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

Nowy dowód, Jeffrey Eugenides, wyd. Sonia Draga, 2018

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location