Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

To ostatnie dni, by w miarę przyzwoitych warunkach pogodowych spędzić trochę czasu z własnym dzieckiem na placu zabaw, jeżdżąc rowerem, czy spacerując po parku. Na przykład zbierając kolorowe liście. Robię to więc, obserwując przy okazji poczynania dzieciaków w różnym wieku, w różnych miejscach.

Weźmy taki plac zabaw. Rewelacja.

Wszystko przemyślane i bezpieczne. Miękkie osłony, gumowe podłoże, czasami nawet siatki zabezpieczające przed upadkiem. Do tego krążący wokół rodzice, udzielający wskazówek, ostrzeżeń, itp. Niektórzy wchodzą na drabinki i zjeżdżalnie, by być bliżej akcji, trzymać rękę na pulsie i na ramieniu dziecka, oraz łypnąć groźnie okiem na innych, próbujących zastąpić drogę, wyprzedzić lub odsunąć na bok ich pociechę. Dzieci ze sobą prawie nie rozmawiają, żadnej interakcji. Każdy robi swoje. Zero zabaw grupowych.

Czasami jakiś rodzic niezadowolony z postawy obcych dzieci wyrazi na głos uwagę typu: widać, że ten chłopiec w żółtej kurtce nie potrafi się bawić w grupie. Całkiem przypadkowo oczywiście słyszalną przez dorosłych stojących metr dalej.

Wszędzie tabliczki z zakazami, nakazami, sugestiami. Czasami, ale tylko czasami, pojawi się na nich jakieś pozwolenie. Taki plac zabaw odzwierciedla w pewien sposób dzisiejsze społeczeństwo. Kontrola, nadzór, pełne podporządkowanie i potępienie dla łamiących zasady. Nie wszystko jest złe, sporo zmieniło się na lepsze. Ale nie wszystko.

Kiedyś, czyli w latach mojego dzieciństwa, znaczy chwilę temu, zasady obowiązujące na takim placu tworzone były na bieżąco przez uczestników zabawy. Zwykle najstarszych lub najsilniejszych pod blokiem. Oni decydowali, czy można było wejść na trzepak, drzewo lub zagrać w piłkę. Tak przy okazji, moim placem zabaw była najczęściej pobliska budowa, gdzie powstawały bloki mieszkalne z wielkiej płyty. Ach, te betonowe rury, ściany, stosy cegieł i doły pełne błota. To była jazda. Nauczyłem się wtedy, między innymi, że upadek z wysokości grozi poważnymi uszkodzeniami ciała, że rzucanie kamieniami w innych nie jest sposobem rozwiązywania problemów, że nie należy głaskać każdego napotkanego psa, że wjechanie rowerem w drzewo grozi wypadkiem, a gra w piłkę na mokrej trawie kończy się ostrym poślizgiem i startą skórą na kolanach. Choć akurat to nikogo wtedy nie martwiło tak bardzo, jak podarte spodenki sportowe lub zabrudzona trawą koszulka.

Współczesne, wychowane w ten sposób dzieci czeka wielkie rozczarowanie, gdy później napotkają na swej drodze życia inne, też już wyrośnięte dzieci, których nikt nie trzymał za rączkę, nie chronił przed upadkiem, nie pocieszał przy każdym niepowodzeniu. Nie będzie to zderzenie równych sobie.

Dzisiejsze dzieciaki nie nauczą się, że nieodzownym elementem fizycznego rozwoju jest siniak, obite kolano, zadrapanie, potłuczony tyłek. Że wiąże się z tym rozwój innego rodzaju i wiedza, iż o swoje trzeba walczyć z większymi, starszymi, silniejszymi, czasami głupszymi lub mądrzejszymi. W wieku kilku lat uczymy się strategii, umiejętności rozpoznawania przeciwnika, planowania i realizacji. Czasami zaboli, ale smak zwycięstwa smakuje lepiej niż załatwianie wszystkiego przez nadopiekuńczych rodziców i kontrolujące wszystko społeczeństwo. Może nauczą się czegoś później w życiu. Ale zamiast wyciągnąć wnioski, pewnie wyleją swoje żale w mediach społecznościowych, skarżąc się wszystkim na swój ciężki los i licząc, że ktoś inny powalczy za nich.

Świat się zmienia, my się zmieniamy, wszystko i wszyscy wokół nas. Od nas zależy, jak do nieuchronności zmian podejdziemy. Jedni poddadzą się im, inni będą stawiać zaciekły opór. Podobno najlepiej wybrać rozwiązania leżące gdzieś pomiędzy. Tak przynajmniej twierdzą wielcy guru, sprzedający pomysły na życie i nawołujący do szczęścia. Ale robią to bez poczucia humoru, a już dawno przekonałem się, że ludzie bez poczucia humoru nie są godni zaufania. Jedyną osobą, która potrafiła przekazać mądrości życiowe pozostając przy tym zabawnym i złośliwie ironicznym, był Mark Twain. To on pouczał młodzież, by była posłuszna rodzicom, ale tylko gdy są w pobliżu.

Wszystko się zmienia. Zmieniają się rozmiary naszych ubrań, dzieci odchodzą na swoje, rodzice zaczynają chorować. Nasze ciała przestają funkcjonować jak dawniej, oceniamy nasze miejsca pracy, z pewnym opóźnieniem planujemy zmiany, zaczynamy myśleć o niezrealizowanych marzeniach. Czasami ktoś nam w tym pomoże, przyspieszając nieuchronną decyzję, podejmując ją za nas. Zauważamy, iż z wiekiem mniej przejmujemy się wszystkim, nie wpadamy w panikę z byle powodu. Przecież statystyki mówią, że grubo ponad dziewięćdziesiąt procent tego, co nas martwi, nigdy się nie zdarza. Uff...

Zmiana jest dobra. Świadczy, że żyjemy, oddychamy, posuwamy się do przodu. Może z wyjątkiem zasad obowiązujących na placu zabaw, gdzie raczej nam nie służy. Ale to tylko moje zdanie.

Przede mną też sporo zmian w niedalekiej przyszłości, wiele decyzji do podjęcia, sporo planów do realizacji. Z pewną niecierpliwością oczekuję tego, co pojawi się za zakrętem.

Po ćwierć wieku pracy z mikrofonem, a właściwie za mikrofonem, przygoda z radiem gwałtownie zakończyła się. Przynajmniej tymczasowo, może na chwilę, może na zawsze. Nie jest to regułą, choć akurat chyba też nie jest wielkim zaskoczeniem, że nie dane mi było pożegnać się ze słuchaczami. Skorzystam więc z okazji i tutaj zabiorę nieco miejsca, by podziękować za wspólne chwile. Bywało różnie, wiem. Ale będę wspominał każdy, nawet trudny moment. Ponieważ taka zmiana nie leżała w moich planach, przynajmniej na razie, nie wiem, co się wydarzy w przyszłości. Mam nadzieję, że gdzieś, kiedyś jeszcze się usłyszymy...

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location