Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Jest coś niepojętego w historiach wielu narodów, a co można by nazwać, trawestując oczywiście Hannah Arendt, „banalnością wydarzenia”. Ta banalność ma jednakowoż zupełnie niebanalne konsekwencje, w wyniku których świat już nigdy nie pozostaje taki sam, jak uprzednio. Owe banalności mają specyficzną strukturę przestrzenną i czasową. Są efektem działania pojedynczego doktrynera lub wielu ludzi, w różnych miejscach na świecie, w jakimś przedziale czasowym. Jeśli przypomnimy sobie, co sprowokowało pierwszą wojnę światową, to z łatwością zobaczymy, że „banalność wydarzenia” może obrócić oblicze poszczególnych krajów, czy całych kontynentów, w przysłowiową perzynę.

Zabójstwo księcia Ferdynanda mogłoby być przecież nieznaczącym epizodem, jednym z wielu zamachów na znanych ludzi. Wydarzeniem tragicznym, ale tak bardzo powszechnym, że zdecydowanie nacechowanym „banałem”. Takich zabójstw możemy w historii samej tylko Europy liczyć na pęczki, a jeśli nie chce się nam przeczesywać historii innych krajów, to przypomnijmy, że w Polsce pod zaborami, tuż po odzyskaniu niepodległości, a potem w czasie drugiej wojny światowej i po niej „patriotycznych” szaleńców-egzekutorów było na pęczki. Wystarczy przejrzeć książkę Marcina Szymaniaka „Polskie zamachy”, żeby się o tym przekonać:

/Polowanie na Aleksandra II stanowiło zwieńczenie fali terroru wywołanej przez organizacje narodnickie. Przeprowadzono na niego aż siedem zamachów, z których jeden uwzględniał wysadzenie w powietrze petersburskiej siedziby carów! Władca miał dużo szczęścia – uniknął śmierci aż sześć razy. Dopiero 13 marca 1881 doszło do skutecznej próby zabójstwa. Car jechał do Pałacu Zimowego, kiedy Nikolaj Rysakow wrzucił do karety bombę. Aleksander II ocalał, lecz chwilę później kolejny wybuch dokończył dzieła. Drugim zamachowcem okazał się Polak, Ignacy Hryniewiecki. […] Królestwo Polskie, w którym nominalnie rządził, tyko na tym straciło. Nowy car położył nacisk na dominację języka rosyjskiego, jednocześnie dyskryminując polski. Obiektem prześladowań stali się również Żydzi. Zabójstwo Aleksandra II przeszło do historii jako akt bezmyślnego terroru, powodowanego nie ideologią, a… politycznym ogłupieniem. […]

Przed feralnym dniem 16 grudnia 1922 roku Gabriel Narutowicz otrzymał serię anonimowych listów z pogróżkami, których autorzy podpisywali się jako „patrioci”. Prezydent zignorował je jednak, nie chciał też asysty straży podczas przejazdu przez miasto i ceremonii otwarcia Salonu Zachęty Sztuk Pięknych. Skutki tej niefrasobliwości były opłakane.

Funkcję głowy odrodzonego państwa Narutowicz sprawował zaledwie od pięciu dni, kiedy Eligiusz Niewiadomski, malarz i krytyk sztuki oraz sympatyk nacjonalizmu, trzykrotnie wystrzelił z rewolweru, zabijając go na miejscu. Śmierć prezydenta wywołała natychmiastową chęć odwetu ze strony środowisk lewicowych, które zostały jednak powstrzymane przez czołowych działaczy PPS.

Sam Piłsudski zdecydowanie potępił kierowanie się zasadą „oko za oko”. Tymczasem nowy rząd miał wkrótce utworzyć Stanisław Wojciechowski, który nie skorzystał z prawa łaski względem zamachowca. Niewiadomski zginął rozstrzelany przez pluton egzekucyjny 31 stycznia 1923 roku. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski. […]

Polacy nieszczególnie kochali Bolesława Bieruta. Przeprowadzono na niego co najmniej cztery zamachy, z czego jeden – według niektórych – był udany. Jak to możliwe, skoro oficjalnie przywódca PZPR zmarł 12 marca 1956 roku po zjeździe radzieckiej partii komunistycznej w Moskwie, przeżywszy Stalina o 3 lata? Powodem śmierci Bieruta miał być zły stan zdrowia, który doprowadził do zawału serca. Tak przynajmniej orzekli lekarze.

Zwolennicy teorii głoszącej, że w rzeczywistości Bierut był… podstawionym przez Sowietów sobowtórem, byli jednak przekonani, iż prawdziwego polityka zabił na początku lutego 1945 roku przebrany za funkcjonariusza NKWD zamachowiec. Istniała też inna wersja, mówiąca, że to specjalnie przygotowany agent do złudzenia przypominający Bieruta został zamordowany w krakowskim Hotelu Francuskim.

Prawdziwy czy nie – nie mógł czuć się bezpiecznie. W latach 1951, 1952 i 1953 wymierzono w niego kolejne próby zabójstwa. Wszystkie skończyły się fiaskiem. Zamachowcy ginęli, za to ich niedoszła ofiara żyła swoim życiem. Co ciekawe, nawet w 1956 roku, kiedy (wydawałoby się) Bierut definitywnie zniknął ze sceny politycznej, snuto domysły, czy to faktycznie jego ciało złożono do grobu…/

Wracając do zamachu na księcia Ferdynanda, cały ten, już w tej chwili nieomalże mityczny, a nawet archetypiczny, fenomen sprowokował wojnę na niespotykaną wczesnej skalę. Czy mógł przejść bez echa, albo z nieznaczącym odzewem? Pewnie mógł, ale układ ówczesnej, politycznej układanki i cały kontekst owej chwili, owego momentu sprawił, że jedno zabójstwo pociągnęło za sobą do grobu miliony istnień, które nie miały na to najmniejszej ochoty. Absurdalność „banalnych zdarzeń” jest przerażająca.

Jeszcze bardziej „fenomenalne” jest wydarzenie z zupełne innej części świata - coś, co zdecydowanie ociera się o paradoks banalności, bo cóż może być bardziej „zwykłego” od zamieszczonej w prasie fotografii dwu osób? Niewiele rzeczy. Takich fotografii są miliony, a przecież właśnie ta jedna wywróciła do góry nogami jedną z najwspanialszych kultur świata:

„W 1935 r. parlament przyjął uchwałę mówiącą, że Japonia jest ożywczym centrum świata, a cesarz jest jej środkiem, boską esencją. W uchwale tej stwierdzano, że dynastia cesarska istniała już przed powstaniem państwa japońskiego. Historycy podważający wiarygodność mitów o cesarzu Jimmu i bogini Amaterasu narażali się na szykany zawodowe. Shintō nie było wówczas oficjalną państwową religią Japonii, ale państwowe instytucje i szkoły wprowadzały światopogląd kokka shintō do umysłów ludzi niebędących szintoistami. Udział w religijnych rytuałach ku czci cesarza był wymagany.

[…]

Gdy 15 sierpnia 1945 roku cesarz Hirohito wygłosił radiowe przemówienie do narodu, dla znacznej większości Japończyków był to szok. Po raz pierwszy słyszeli głos swojego boga. Słuchali go więc, nisko kłaniając się do ziemi, zwróceni w stronę odbiorników radiowych i ulicznych głośników. Wiele słów cesarza było niezrozumiałych – mówił wszak archaiczną, dworską wersją japońskiego. Ale do wszystkich dotarło, że wojna jest przegrana, a ich bóg zda się na łaskę Amerykanów. Gdy wojska okupacyjne już nadeszły, zatrzymały się przy moście prowadzącym do Pałacu Cesarskiego w Tokio. Nie rozbroiły stojącego tam posterunku Gwardii Cesarskiej. Generał Douglas MacArthur, dowodzący alianckimi siłami okupacyjnymi w Japonii, nigdy nie przekroczył bram Pałacu. Cesarz złożył mu jednak sam wizytę 27 września 1945 r., w amerykańskiej ambasadzie w Tokio. Zrobili sobie wspólne zdjęcie. Niski, ubrany we frak i wyraźnie stremowany cesarz Hirohito stoi na nim obok wysokiego gen. MacArthura, „ostatniego szoguna”, który ma na sobie wymięty mundur bez krawata. Amerykański bóg wojny obok japońskiego wcielonego boga, odległego potomka bogini Amaterasu. Dla Japończyków to zdjęcie było szokiem. 

1 stycznia 1946 r. cesarz Hirohito wydał specjalny dekret, „Deklarację Humanitaryzmu”, w której ogłosił, że nie jest wcielonym bogiem. Gen. MacArthur postanowił zachować instytucję cesarza, który miał być od tej pory jedynie symboliczną głową państwa, uosabiającą jedność narodu i związki z tradycją. Państwowe shintō zostało oficjalnie zlikwidowane. Jego świątynie – w tym Yasakuni i Meiji – nadal mogły funkcjonować, ale z dala od ingerencji rządu”. [za: Shinto na wojnie, H. Koziel, w: Historia Uważam Rze, Maj, 2019, s.61-63)

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location