----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Za najważniejszą książkę ubiegłego roku uznano powieść Elizabeth Strout zatytułowaną „Mam na imię Lucy”. Uznał tak przynajmniej prestiżowy magazyn „Książki”, zestawiając dziesięć tekstów wydanych w roku 2016, które niosły ze sobą na tyle znaczenia i na tyle istotności, by się nimi specjalnie zainteresować i zająć.

Dlaczego akurat „Mam nam imię Lucy” jest na pierwszym miejscu tej listy? Pytanie jest tylko częściowo idiotyczne, bo przecież zawsze można coś w tym układzie poprzestawiać, w zależności od upodobań i preferencji. Tak czy owak książce Elizabeth Strout należy się bliżej przyjrzeć, z co najmniej z dwu powodów:

Pierwszy to szukanie odpowiedzi na pytanie; dlaczego uznano ją za numer jeden i drugi – czy na pewno powinna zajmować tak wysoką pozycję w rankingu „Książek – magazynu do czytania”. Oczywiście pozostaje jeszcze pytanie: dlaczego z końcem roku 2017 zajmujemy się wydarzeniami literackimi z roku 2016? Ta ostatnia sprawa nie wymaga jakiegoś specjalnego wysiłku, by znaleźć jej wyjaśnienie. W roku 2017 wydano po prostu kolejne powieści Elizabeth Strout w polskim tłumaczeniu i dzięki temu mamy teraz znacznie lepszy wgląd w warsztat pisarski autorki.

Pierwsza kwestia, która natychmiast nasuwa się przy czytaniu „Mam na imię Lucy” to problem gatunkowy. Czy to jest na pewno powieść? Mamy bowiem mocne, a nawet samonarzucające się przekonanie, że jest to swoisty zapis seansu terapeutycznego, jakaś forma osobistego dziennika, coś na kształt autobiografii. I mimo że tytułowa bohaterka ma na imię Lucy, a nie Elizabeth - nie mamy złudzeń, że dotyka nas niezwykle intymna historia, istotnie naznaczona doświadczeniami samej autorki. Nie ma natomiast w tekście tego, co dla powieści charakterystyczne: wielowątkowości, manipulacji czasem i przestrzenią, a co najważniejsze: zredukowana fabuła ogranicza akcję do przeżyć jednej osoby, której wszystkie inne są podporządkowane. Całość fabuły „dzieje się” z punktu widzenia Lucy (mimo ważności osoby jej matki, jako rozmówczyni) i ma służyć wyłącznie budowaniu postaci Lucy. Jak już pisałem:

„Kameralna, rozpisana na dialog dwóch głównych bohaterek. Pozornie oddalona od współczesnych realiów. Krótka, bo da się ja przeczytać w jeden wieczór, nie zarywając nocy. […] Dostrzegamy w niej powieść o kimś zepchniętym na dno, kto – za sprawą wewnętrznej siły, ale też napotkanych po drodze ludzi – buduje w sobie poczucie godności, niezbędne, by mógł się stać etycznym człowiekiem i pełnowartościowym członkiem wspólnoty”. (s.10)

O książce tak piszą inni:

„Powieść jednej z najważniejszych pisarek ostatnich lat, nagrodzonej Pulitzerem autorki powieści "Olive Kitteridge", przeniesionej na ekran w serialu HBO.

Lucy Barton, dojrzałą kobietę, pisarkę wychowującą dwójkę dzieci, podczas przedłużającego się pobytu w szpitalu odwiedza niewidziana od lat matka. Niewinne rozmowy o ludziach z przeszłości otwierają furtkę do bolesnych wspomnień: biedy, wykluczenia i rodzinnych tajemnic.

W oszczędnej narracji Strout buduje kruchą nić porozumienia pomiędzy kobietami, dla których ta niespodziewana pięciodniowa wizyta staje się najintymniejszym momentem ich relacji. Strout misternie konstruuje, wydawać by się mogło, uporządkowany świat, który na naszych oczach się rozpada. Nie znajdujemy w tym jednak dramatu, lecz cichą akceptację i zrozumienie dla ludzkich słabości.

Powieść zachwycająco prosta i powściągliwa... Rzeczy, o których trochę wiedzieliśmy, ale nie potrafiliśmy ich wyrazić, zostały nam wreszcie wytłumaczone. Czujemy ulgę, czujemy się zrozumiani. Myślimy sobie wtedy: »To właśnie to. Tak wygląda życie«."
(National Public Radio)

"Elizabeth Strout dowiodła po raz kolejny, że jest mistrzynią w tworzeniu niezapomnianych postaci. Jej opowieści otwierają się przed czytelnikiem w sposób, który wydaje mu się znajomy i może się z nimi utożsamiać, ale wtedy Strout uderza i można jedynie zachwycić się jej talentem."
(The Post and Courier)

Jak wynika z tych, wyrywkowo wybranych, recenzji głównym elementem zachwycającym i przykuwającym uwagę jest intymny charakter tekstu Strout. I coś rzeczywiście w tym jest, bo kolejne jej powieści, czy raczej rozbudowane opowiadania, zarówno „To, co możliwe” i „Bracia Burgess” są swoistą kontynuacją metody przedstawiania i opisu rzeczywistości, znanego nam z „Mam na imię Lucy”: ta sama główna bohaterka (wybitnie zdolna uczennica, której, jako jedynej z miasteczka, udaje się wyrwać z zaklętego kręgu istnienia „na uboczu” i dzięki stypendium zdobywa pozycję znanej pisarki), ten sam krąg tematyczny (rodzina), ten sam sposób budowania postaci, poprzez ukazanie rodzinnych relacji w świecie małomiasteczkowych układów i więzów. Jednym słowem znowu dostajemy coś na kształt zapisków z seansu u psychoanalityka. Szczególnie ostro widać to w „To, co możliwe”. Lucy wraca w niej do swego rodzinnego domu, jako znana już bardzo pisarka i spotyka się ze swoim rodzeństwem. To jest oczywiście jedynie pretekst ku temu, by przejrzeć się z bliska wszystkim tym, którzy w jakiś sposób byli częścią ich traumatycznego dzieciństwa, pełnego upokorzeń i bólu z powodu ostracyzmu, jaki dotykał ich rodzinę. Doświadczenie upokorzenia i społecznego odrzucenia z powodu życia w permanentnej biedzie i to takiej, gdy szuka jedzenia w śmietnikach, przytłaczające ubóstwo, dziwny układ między rodzicami, życie w świecie tak małym, że każdy wie o każdym wszystko, pozwala Strout zbudować postać Lucy Barton tak, byśmy mogli oglądać ją z wielu miejsc, perspektyw i punków widzenia. W efekcie, postać głównej bohaterki jest przefiltrowana przez osoby, miejsca i zdarzenia, które stanowią wprawdzie samodzielne rozdziały powieści (osobne historie, mini opowiadania), ale te autonomiczne „short stories” ostatecznie służą tylko i wyłącznie misternemu procesowi modelowania postaci Lucy. To warsztatowe mistrzostwo w kreowaniu świata głównej bohaterki sprawia, że koncept powieści zasadzający się na podobieństwie do seansu psychoanalitycznego, pozwala czytelnikowi wniknąć bardzo głęboko w „terapeutyczne” odszukiwanie siebie/jej. Po raz kolejny okazuje się, że freudowska psychoanaliza jest wiecznie żywa, i jeśli nawet odrzucimy jej skrajności typu seksualnego czy archetypicznego (choćby kompleks Edypa), to zawsze pozostaje nam do przepracowania to, co zdeterminowało i określiło nas w dzieciństwie, a raczej trzeba by powiedzieć to, co nas wtedy straumatyzowało tak mocno, że naznaczyło ową traumą całe nasze dorosłe życie. Lucy wprawdzie wraca po siedemnastu latach do rodzinnego domu, „by ostatecznie zamknąć drzwi do przeszłości”, ale to zamknięcie kończy się atakiem paniki i ucieczką z miejsca pełnego demonów nie do pokonania.

Zbyszek Kruczalak

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location