----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Latem tego roku pewna restauracja ze stanu Missouri zdecydowała się na zmianę kształtu serwowanych frytek. Właściwie kształt pozostał ten sam, podobny do słupka. Rewolucja dotyczyła powierzchni ścian tego słupka, które przez lata były faliste, a teraz są już proste. Takie zwykłe. Tradycyjne.

Właściciele restauracji doszli do wniosku, że comiesięczna wymiana specjalnych ostrzy w nożach do krojenia ziemniaków kompletnie się nie opłaca, bo pożera połowę zysku ze sprzedaży potrawy.

W miasteczku zagotowało się. Klienci zaczęli obrażać kelnerki, w poczcie tradycyjnej i elektronicznej znaleziono kilka gróźb pozbawienia życia właścicieli przybytku. W sprawę wmieszała się policja. Na miejsce przyjechały wozy transmisyjne największych sieci telewizyjnych.

Do dziś sytuacja nieco się uspokoiła, kilku klientów w ramach protestu zrezygnowało z usług restauracji, inni zauważyli, że w okolicy innego miejsca z jedzeniem nie ma i pogodzili się ze stratą.

Ta historia przypomniała jednak, że w pewnych sytuacjach nie jesteśmy w stanie zaakceptować zmian.

Osobiście ze zmianą raczej nie mam problemu, przynajmniej tak mi się wydaje. Muszę jednak przyznać, iż w przypadku potraw do pewnego stopnia jestem konserwatywny. Nie zrobię awantury z powodu kształtu frytek, bo to znaczyłoby, iż mam poważniejsze problemy w życiu. Ale jeśli upodobam sobie smak jakiejś potrawy, to z trudem akceptuję zmianę przepisu.

W przypadku frytek kłótnia nie ma najmniejszego sensu, bo najlepsze i tak podobno serwują w Belgii i Holandii, do tego ze specjalnym sosem. Znawcy mówią, że wszystko dostępne w naszej okolicy z prawdziwymi frytkami wiele wspólnego nie ma.

Sama nazwa - French fries - też wprowadza w błąd, podobnie jak w przypadku popularnej kromki chleba smażonej na słodko, o nazwie French toast.

Mało kto wie, że ten drugi przysmak na rynek amerykański wprowadził Joseph French, urodzony w New Jersey właściciel lokalnej noclegowni i gospody. Był pierwszy i nazwa została. Same tosty oblepione słodkawą masą i wrzucone na patelnię serwowano podobno już w starożytnym Rzymie.

Nazwa French fries pochodzi z kolei od staroangielskiego słowa "frenching" oznaczającego krojenie czegoś w podłużne paski.

W ogóle to wszystko się strasznie pogmatwało, bo po jakimś czasie smażenie czegokolwiek w oleju zaczęto nazywać w Stanach Zjednoczonych francuskim smażeniem, choć Francuzi nic z tym wspólnego nie mają.

Biorąc to wszystko pod uwagę wyobraźmy sobie, jaką niewiedzą wykazał się kilkanaście lat temu Kongresman Bob Ney, gdy zażądał zmiany nazw frytek i tostów w kongresowej stołówce. Skoro Francuzi odmówili pomocy w inwazji na Irak, to my od dziś będziemy mówić Freedom fries i Freedom toast! Na szczęście francuskiego pocałunku zmieniać nie chciał. Chwała mu.

W ogóle to nie o tym miało być. Chciałem przytoczyć wyniki badań łączących nasze upodobania kulinarne z charakterem. Bo podobno jest to ze sobą związane.

Jeśli uwielbiamy pizzę, jesteśmy podobno osobami otwartymi, lubiącymi towarzystwo, a przede wszystkim łatwo ulegającymi uzależnieniom. Pizza stanowi idealne połączenie tłuszczu i węglowodanów, więc odpowiedzialne za przyjemność ośrodki nerwowe w naszym mózgu zapalają się przy niej jak światełka na bożonarodzeniowej choince. Jeśli ulegamy tej kombinacji, nie odmawiamy sobie innych.

Jeśli co jakiś czas na naszym stole musi znaleźć się kawałek mięsa z ziemniakami i surówką, znaczy to, że bardzo jesteśmy konserwatywni i hołdujemy tradycji. Akurat kotlet z ziemniakami jest przykładem, bo może chodzić o jakąkolwiek inną potrawę pamiętaną z dzieciństwa. Spożywanie jej zbliża nas do rodziny, wywołuje ciepłe wspomnienia z młodości.

Badania wykazały też, że jeśli ktoś częściej używa grilla niż piekarnika i kuchenki, to jest osobą poważną, nieugiętą, o wyrobionych i niezmiennych poglądach. Obserwacje wykazały, iż ludzie z duszą artysty wolą popitrasić sobie coś na patelni i w garnku.

Jeśli wchodząc do sklepu na dział z warzywami potrafimy nazwać każdą ze sprzedawanych roślin i bez zaglądania do internetu coś z nich ugotować, znaczy to, że na pierwszym miejscu stawiamy zdrowy styl życia i nowinki medyczne. To nie przypadek, że osoba zjadająca co dwa dni duży stek wołowy zna trzy rośliny: ziemniaki, sałatę i pomidora.

Przykładów jest więcej, zainteresowani mogą znaleźć je na stronie Institute of Food Technologists, choć na koniec jeszcze tylko ostrzeżenie, iż osoby śliniące się na widok słodkości, zwłaszcza czekolady, też mają problem. Badania wskazały, że w większości przypadków nadmierne spożywanie słodyczy wiąże się z podwyższonym stresem, często niewidoczną depresją.

Wracając do przyzwyczajeń, musimy potraktować je czasami z przymrużeniem oka. Wszystko się zmienia, nawet przepisy kucharskie. Robienie komuś awantury z tego powodu nie świadczy o nas zbyt dobrze. Chyba, że nazwy zaczną wprowadzać nas w błąd. Choć hamburgerów nie jadam, to nie zgadzam się, by nazwę tę stosować do produktów z soi. Nie ma czegoś takiego jak boczek z indyka. Niedopuszczalne jest też mleko z migdałów. Alternatywne mogą być źródła energii czy metody leczenia. Kuchnia nie. Raczej nie. Chyba nie?

Miłego weekendu.

Rafał Jurak

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location