----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Coraz niższa oglądalność, coraz więcej kontrowersji i krytyki, niezrozumiałe zagrania organizatorów, wieczne poszukiwanie tożsamości, nieudane próby odpolitycznienia. Do tego dość zaskakujący fakt, iż ponad połowa oglądających dziś ceremonię wręczenia statuetek nie widziała nawet jednego nominowanego w jakiejkolwiek kategorii filmu. Komu to służy i czy przynosi jeszcze jakiekolwiek korzyści?

Tegoroczne wręczenie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej już wywołało więcej kontrowersji niż jakakolwiek gala w przeszłości. Zaczęło się od problemów z prowadzącym, co wystraszyło innych, w związku z czym podjęto decyzję o rezygnacji z gospodarza programu. Prawdę mówiąc, dla wielu miłośników gali nie miało to większego znaczenia, bo najlepsi podobno już wystąpili.

Jeśli w ostatniej chwili organizatorzy nikogo nie znajdą, a nie zanosi się na to, wręczenie statuetek wyglądało będzie inaczej. Rolę gospodarzy poszczególnych elementów wezmą na siebie prezentujący nominacje, będą nawet skecze, wierszyki i piosenki. Byle nie była to powtórka z 1989 roku.

W tym roku będzie to konieczność, wówczas była to świadoma decyzja. Jakże chybiona, okazało się. Do dziś 61. ceremonia wręczenia Oscarów uznawana jest za największą porażkę akademii, choć scenariusz wyglądał nieźle. Większość kategorii przedstawiały pary aktorskie, czyli ludzie związani ze sobą poza planem filmowym. Byli więc: Geena Davis oraz Jeff Goldblum, Goldie Hawn z Kurtem Russellem, Bruce Willis wraz z Demi Moore, Don Johnson z trzymającą go pod rękę Melanie Griffith. Gdy zabrakło małżeństw i sławnych par, zaproszono całe rodziny. Pojawili się więc: Beau, Jeff oraz Lloyd Bridges, a także Donald i Kiefer Sutherland. Cher wręczyła statuetkę za najlepszy film, zdobył ją wtedy Rain Man, chwilę później po raz ostatni publicznie wystąpiła Lucille Ball.

Wszystko wyglądało przyzwoicie do momentu, gdy w miejsce prowadzącego zwykle gospodarza ceremonii zaprezentowano mini musical zatytułowany „Chcę dostać Oscara”. Było to coś tak koszmarnego i niezrozumiałego, że przez kolejne kilkadziesiąt lat na samo wspomnienie Oscarów bez prowadzącego ludzie tracili pracę w Hollywood. O tym, jakie to było okropne, niech świadczy fakt, że występujący w mini musicalu aktorzy otrzymali zakaz rozmawiania na ten temat z wszelkimi mediami. Nawet przychylnymi filmowcom, a nie ma ich zbyt wiele. Po wszystkim aż 17 największych Vip-ów Akademii wystosowało list do producentów oscarowej gali nazywając ją „kompromitacją dla Akademii i całego przemysłu filmowego”.

Może za dużo historii, ale ważne jest, by poznać powody, dla których do tej pory za wszelką cenę starano się znaleźć gospodarza ceremonii. Nawet jeśli musiał być nim James Franco w 2011 roku.

Zdarzyło się w przeszłości, że trzeba było w ostatniej chwili znaleźć zastępstwo dla gospodarza, bo zrezygnował on nagle z jakiegoś powodu. W 2012 r. Eddie Murphy powiedział „do widzenia”, gdy producent ceremonii, Brett Ratner, stwierdził, iż „próby sceniczne są dla pedałów”. Nawet gdyby użył jakiegoś bardziej akceptowanego określenia, Murphy też by zrezygnował. Wtedy znaleziono, choć z trudem, zastępstwo. Podjął się go Billy Crystal, zresztą ku wielkiej uciesze organizatorów i gawiedzi przed telewizorami. To on powiedział wtedy sławne zdanie, że „nic tak nie uśmierza niepokoju z powodu światowych problemów ekonomicznych, jak widok milionerów wręczających sobie złote statuetki”.

Czemu nikt nie chce prowadzić?

Tym razem nie udało się znaleźć nikogo. To dziwne, wydawać by się mogło, że to zaszczyt, przepustka do jeszcze większej sławy, występ przed najlepszą publicznością, itd. Możemy zgadywać, że kogoś o to poproszono. Możemy się tylko domyślać, że ktoś powiedział nie. Jakie mogą być ku temu powody?

Przede wszystkim zajęcie to wymaga wielkich przygotowań. Na wiele miesięcy przed ceremonią zaczynają się spotkania z autorami scenariusza, którzy pomagają w przygotowaniu monologu przeplatanego dowcipami. Wbrew opinii Ratnera, trzeba dużo ćwiczyć, próby trwają tygodniami. Do tego nagrania promocyjnych materiałów, spotkania w mediach, konieczność odłożenia na bok innych projektów. To wszystko, jak na warunki Hollywood, nie przynosi wielkich kokosów... Jimmy Kimmel podobno dostał 15 tysięcy za prowadzenie Oscarów w 2017 r. Dla znanych aktorów i komików to śmieszne pieniądze i Akademia będzie musiała podwyższyć stawki, jeśli ma zamiar w przyszłości zwabić najlepszych.

Innym powodem niechęci do prowadzenia gali, jest wystawianie się na powszechną krytykę. Wszyscy w świecie filmowym to oglądają. Nie umknie najdrobniejszy szczegół. Nigdy chyba nie zdarzyło się, by wszystkie recenzje następnego dnia były pozytywne.

Najtrudniejsza jest jednak publiczność. Oscary to różnorodni widzowie. W różnym wieku i mający inne poczucie humoru. Młody komik zadowoli swych rówieśników, może obrazić starszych. Starszy komik zadowoli swoje pokolenie, prawdopodobnie zanudzi młodych. Nikt nie chce ryzykować. Skoro Akademia nie jest w stanie zwabić tych z górnej półki, to...

Spada oglądalność

Największą cieszyło się wręczenie statuetek w 1998 roku, gdy przed telewizorami zasiadło ponad 57 milionów osób. Jeśli ktoś nie pamięta, to Titanic zdobył wtedy 14 nominacji i 11 statuetek, w wyniku czego James Cameron, reżyser tego filmu, okrzyknął się królem.

Od tamtej pory oglądalność spada, w ubiegłym roku wynosiła połowę rekordu z 1998 r. Oczywiście dane telewizyjne nie są już najlepszym miernikiem. Wiele osób przeniosło się do internetu, część podgląda tylko najważniejsze dla siebie kategorie, wielu miłośników filmu podziwia galę na specjalnie zorganizowanych imprezach.

Młodszych denerwuje napuszony styl prowadzenia ceremonii, starszych próby przemycenia elementów młodzieżowych. Krytykę wywołuje zbytnie upolitycznienie Oscarów, z drugiej strony ceremonie całkowicie ich pozbawione w opinii widzów były takie... nijakie. Jednym pasują występy artystyczne, innych nudzą. Dla części widzów prowadzący był najlepszy, dla pozostałych najgorszy w historii.

Tak jak wszędzie, również podczas ceremonii wręczenia statuetek Amerykańskiej Akademii Filmowej nastąpiła nieprawdopodobna polaryzacja poglądów i opinii.

Nie jest to jednak powód, by nie oglądać. Przecież to nie filmy i nie prowadzący nas przed telewizory lub komputery przyciągają.

Okazuje się, że ponad połowa widzów w oscarową noc nie ma pojęcia, o czym jest nominowany film. Wielokrotnie potwierdzone badania wykazały, iż zaledwie co druga osoba emocjonująca się ceremonią wręczenia nagród oglądała jakiś film z nominowanych tego wieczoru. Pozostali widzieli kilka. Prawdopodobnie nikt nie widział wszystkich.

Na co to i komu?

Oscary, Golden Globy, Grammy, Emmy i wiele innych, znanych bardziej lub mniej nagród. Błyszczących statuetek w przemyśle rozrywkowym nie brakuje, ktoś to wszystko ogląda. Zwykle są to te same osoby, choć w przypadku Oscarów, jako najstarszej instytucji w tym gronie, dochodzi tradycja. Dlatego może spośród wszystkich imprez tego typu wciąż cieszą się one najwyższą, choć przecież słabnącą, oglądalnością.

Większość z zasiadających przed telewizorami nie zna aktorów, reżyserów i filmów. Nie potrafi wymienić nominowanych kategorii, może z wyjątkiem dwóch lub trzech. Występujący na scenie panowie w czarnych smokingach czytający kilka linijek z telepromptera są tak rozrywkowi, jak nakazywał zwyczaj w latach 70. Dla kobiet to okazja do pokazania się na czerwonym dywanie, zaprezentowania sukni i butów, może fryzury (zresztą relacja z czerwonego dywanu wydaje się ostatnio ciekawsza, niż sama ceremonia wręczenia Oscarów).

Wiadomo, że oglądanie tego widowiska ma niewiele wspólnego ze sztuką filmową. Zwłaszcza, iż rok w rok nominacji nie otrzymuje wiele dobrych filmów, godnych co najmniej kilku wyróżnień. Może dlatego w tym roku próbowano, nieskutecznie, wprowadzić nową kategorię – Najpopularniejszego Filmu. Byłby to ciekawy eksperyment, bo statuetkę otrzymałby pewnie najlepiej zarabiający obraz w kinach, który niekoniecznie nazwać można dziełem filmowym.

Ale skoro chcemy iść z duchem czasu, musimy zaakceptować zmiany. Może jeszcze nie tym razem, ale w końcu najwięcej Oscarów otrzymywać będzie kinowy bestseller, bo wymagać tego będzie widownia, sponsorzy i producenci. Jeśli za kilka lat najlepszym obrazem okaże się podrzędny horror, proszę sobie wtedy przypomnieć te słowa.

Niektórzy mówią, że oglądają galę dla fascynujących ubiorów. Trudno w to uwierzyć, jeśli te same osoby ubierają się na co dzień jak 99 proc. społeczeństwa. To trochę tak, jakby osoba z dużą nadwagą mówiła, iż lubi oglądać przekazy telewizyjne z olimpiad sportowych, gdyż zafascynowana jest ćwiczeniami fizycznymi.

Większość z nas przyznaje, iż Oscary istnieją, by sprawiać przyjemność znanym i bogatym ze świata rozrywki. To ich moment, to ich impreza. Spotykają się ze sobą, mówią do siebie. Jeśli włączamy się w nią, to jeszcze bardziej podwyższamy jej znaczenie. Oni robią to dla siebie, a my korzystamy z okazji, by popodglądać nieznany sobie świat.

Nieznany, bo mało zrozumiały. Przez kilkadziesiąt lat popularny producent filmowy wykorzystywał seksualnie młode aktorki starające się o rolę w jego filmach. Musiało upłynąć sporo czasu i wiele łez, by jedna z nich, stojąc przed kamerami telewizyjnymi w sukni za 100 tysięcy dolarów wskazała go palcem i nazwała zboczeńcem. Okazało się, że podobnych mu jest wielu. Potem okazało się, że jednak mniej, bo się aktorki trochę zapędziły.

Albo tzw. kosze prezentów, fundowane aktorom i aktorkom przez różnych sponsorów. Ich wartość to setki tysięcy dolarów, a znajdujące się w nich upominki odpowiadają najnowszym trendom światowym, a także kilku lub kilkunastu dochodom rocznym przeciętnej rodziny. W poprzednich latach były to drogie alkohole, wycieczki, obiady, ubrania. A w tym roku prawie połowę produktów stanowią rzeczy z dodatkiem marihuany. Są ciasteczka z marihuaną, czekoladki z marihuaną, wakacje w ośrodku wykorzystującym marihuanę do celów leczniczych, maści z olejkami CBD oraz THC. Na szczęście wciąż są tam jeszcze wycieczki w egzotyczne rejony świata, biżuteria i obiady, a także z jakiegoś powodu, to tajemnica, przepychacz sanitarny. Nie? Nic ta nazwa nie mówi? Więc jest to gumowe urządzenie z rączką do przepychania muszli klozetowych.

Widzimy więc, że nie dla filmów interesujemy się Oscarami, ale dla wszystkich towarzyszących im ciekawostek. Czy kogoś coś zawstydzi, czy ktoś zrobi komuś awanturę. Może puszczą komuś nerwy na czerwonym dywanie, a może pod wpływem alkoholu lub czekoladek z koszyczka z prezentami będziemy świadkami jakiegoś skandalu. Oglądając takie gale czujemy się lepiej, bo przez chwilę zapominamy o własnych problemach, poza tym krytykowanie innych zawsze daje sporą przyjemność. Wszystko związane z ceremonią wręczenia Oscarów to konsumeryzm w najczystszej postaci, czyli obecnie najważniejsza ideologia.

Na podst. Vox, theweek, dailybeast,Wikipedia, variety.com
Rafał Jurak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location