----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

*****

Coca-Cola może wyczyścić tłuste plamy z ubrań, odrdzewić metale, rozpuścić ludzki ząb, a nawet posłużyć w naprawie baterii samochodowej.

W zasadzie trudno się dziwić, że mieszkańcy San Juan Chamula w stanie Chiapas uważają coca-colę za leczniczy napój święty, który powodując bekanie, ma moc uzdrawiającą, z tego prostego powodu, że bekając, wyrzucamy nieczyste duchy i wszystkie inne świństwa z siebie. Jeśli przypomnimy sobie lata 70-te w PRL-u i gierkowskie „szaleństwo luksusu”, jak się nam wtedy wydawało i jak nam się wtedy o tym mówiło, nie tylko kubańskie pomarańcze stanowiły przedmiot zupełnie niemrocznego pożądania, ale także coca-cola i pepsi-cola. Obydwie kompanie podzieliły zresztą Polskę na strefę wpływów. Wiadomo było, iż jeśli ktoś spytał w warszawskiej kawiarni o pepsi, musiał być z południa, jeśli tak się stało w Krakowie, to oczywiście był to ktoś z północy kraju. Coca-cola to jednak było coś w zgrzebnym bogactwie made in PRL. Nie mogło być festynu, wolnej soboty czy prezentacji małego Fiata 126p bez jakiejś wersji coli. Co ciekawe jednak, Polacy w przeciwieństwie do mieszkańców Chiapas, nie przypisywali coca-coli jakiś nadzwyczajnych atrybutów cudowności, może poza przekonaniem, że znakomicie oszałamia po zmieszaniu z dużą ilości wódki, szczególnie tej najpodlejszej zwaną Bałtycką. Polska coca-cola ukazywała jednak czasami swoje zbawcze działanie, bo powodując bekanie, pozwala wydalić pijącemu karbid i wszelkie inne chemikalia, które czyniły wódkę „Bałtyk” kultową i niezapomnianą.

Jak pisze Ola Synowiec w fascynującym zbiorze reportaży, zatytułowanym „Dzieci szóstego słońca – w co wierzy Meksyk” - „modlitwy w kościele Świętego Jana wyszeptywane są w Tsotsil. To jeden z języków majańskich, którymi posługuje się ludność stanu Chiapas na południu Meksyku, gdzie leży San Juan Chamula”. (s. 123) To właśnie tam w ramach zawirowań tradycji ze współczesnością, nieomalże kompletnie zastąpiono lokalny bimber, który nosi nazwę POX, coca-colą. Pox, co znaczy w tsotsil lekarstwo, był i ciągle w jakiejś formie pozostaje rytualnym napojem, który nie tylko uzdrawia, ale służy też jako zapłata w wymianie między członkami społeczności. Płacąc owym bimbrem, można sobie kupić na przykład żonę. Nie ma dokładnych danych, czy w Polsce też można, albo można było, za samogon (niekoniecznie uznawany za napój kultowy) zrobić to samo. Warto by to sprawdzić, biorąc pod uwagę, że Polak i Meksykanin to dwa bratanki.

To jednak nie byłoby nawet takie wszystko straszne, gdyby nie fakt, że coca-cola spożywana na terenach stanu Chiapas, a ostatecznie w całym Meksyku, spowodowała ogromne, przerażające spustoszenia zdrowotne wśród mieszkańców. Cukrzyca i otyłość zbierają tam potężne żniwo. „Doktor Neftali Rodriguez mówi, że w Meksyku z powodu powikłań cukrzycowych amputuje się kończynę co siedem minut; w jednym tylko 2013 roku przeprowadzono aż siedemdziesiąt pięć tysięcy takich zabiegów. Mieszkańcy Los Altos de Chiapas boją się iść do szpitala z powodu pogłosek, że tam od razu, bez pytania, obcina się nogi. Bo to o wiele tańsze niż leczenie. Chorych wypisuje się już dzień po operacji. (s. 131)

Co nie trudno przewidzieć, przekonanie tubylców o świętości coca-coli jako napoju rytualnego, mającego moc uzdrawiania, tak jak wcześniej pędzony z kukurydzy, a potem z trzciny cukrowej pox – wykorzystali w całej pełni przedstawicie tej ponad narodowej korporacji produkując i rozprowadzając swój produkt na potęgę i powodując powszechne uzależnienie ludzi od tego wysoko cukrowego napoju, a jak wiadomo cukier uzależnia tak samo jak papierosy, alkohol czy narkotyki. „Meksyk jest obecnie największym na świecie konsumentem napojów firmy z Atlanty. O ile średnia światowa wynosi około stu szklanek coca-coli na osobę w ciągu roku, w USA spożycie sięga czterystu, w Meksyku sześciuset”. (s.128)

Wybudowano w Chiapas ogromną fabrykę-rozlewnię coca-coli, co spowodowało tragiczne i nieodwracalne zniszczenie unikalnego środowiska naturalnego i tak ogromne zużycie lokalnych zasobów wody, że stała się ona droższa dla mieszkańców niż sama coca-cola. Można ją bowiem kupować tylko w wersji butelkowanej. Ta płynąca w wodociągach nie nadaje się do spożycia nawet po przegotowaniu. „Podstawową dietę mieszkańców regionu daje się określić trzema słowami: kukurydza, fasola i coca-cola. Ta ostatnia dotarła do najdalszych górskich zakątków i stała się w Los Altos de Chiapas bardziej popularna od wody. Zwłaszcza, że bywa od wody kilka pesos tańsza”. (s. 129)

„Obecnie Meksyk jest jednym z najbardziej cierpiących z powodu otyłości krajów świata. Siedmioro na dziesięcioro jego obywateli ma nadwagę, w tym troje z dziesięciorga dzieci. Meksyk przoduje także w światowym rankingu zachorowań na cukrzycę, która dotknęła ponad dziewięć procent mieszkańców i powoduje ponad osiemdziesiąt tysięcy zgonów rocznie.” (s. 130)

A co w bajkowym kraju nad Wisłą? „Bo my takie misie jesteśmy - mówi Tomasz, lat 44, 142 kg żywej wagi, który wraz z żoną Marianną (107 kg) prowadzi sklep w centrum Krakowa. Co schodzi? Najlepiej słodkie soczki i słone chrupki. Zresztą to samo uwielbiają dzieci Tomasza i Marianny: syn Łukasz, lat 16 (117 kg) fan pizzy i córka Joanna lat 12, waga 94 kilogramy, która uwielbia frytki. Razem rodzina waży prawie pół tony”. (za: Anna Szulc, w: Nadwaga. Polska tyje na potęgę)

„Jeżeli spojrzymy na książkę Oli Synowiec jako na reportaż, który ma nam opowiedzieć o świecie, którego nie znamy, dostrzeżemy w nim pewne braki. W niektórych rozdziała książki brakuje szerszego kontekstu. Jest to książka o zmianach, jakie dokonały się w społeczeństwie meksykańskim w dziedzinie religijności i wierzeń. Synowiec świetnie te zmiany opisuje, ale nie daje skali porównawczej tych zmian. Ile osób i w jakim czasie zmieniło swoje zapatrywania religijne? Jak liczne są grupy wyznaniowe, o których Synowiec pisze? Z jaką dynamiką się rozwijają, albo zwijają w okresie opisywanym w książce? Jaki rzeczywiście jest ich udział w całym religijnym krajobrazie Meksyku? Dowiadujemy się więc o pewnych procesach, ale nie jesteśmy w stanie określić ich skali.

Jeśli natomiast potraktujemy „Dzieci szóstego słońca” jak uniwersalną opowieść o religii jako narzędziu osiągania celów, te braki przestają być takie ważne. Liczą się procesy, które Synowiec opisała, oraz ich powszechność – wiele z nich możemy dostrzec także w Polsce. W ogóle próba porównania tego, co pisze o wierze Meksykanów Synowiec z życiem religijnym w Polsce, to naprawdę ciekawa zabawa intelektualna.

„Dzieci szóstego słońca” to udany debiut. Książka rozkręca się wraz z każdym rozdziałem. Synowiec ma tendencję do popadania w akademicki ton, tworzenie szczegółowych opisów, co widać zwłaszcza w pierwszym rozdziale, gdzie fragmenty reporterskie stanowią niewielką część tekstu. Ale z każdym rozdziałem teksty stają się coraz bardziej reporterskie, a więc i przystępniejsze dla czytelników. Książka koniecznie do przeczytania przed podróżą do Meksyku! (z: Rafał Hetman, za: Czytamrecenzuje.pl)

Kontynuacja za tydzień

Zbyszek Kruczalak

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc. Sign up or login to your account.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location