Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

„Połowa mieszkańców Ameryki nigdy nie przeczytała gazety. Połowa nigdy nie bierze udziału w głosowaniu. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że chodzi o tę samą połowę” – te słowa znaleźć można w jednej z książek Gore Vidala, pisarza i polityka.

W życie polityczne zaangażowana jest więc niewielka grupa społeczeństwa, która wcale niekoniecznie musi być tą decydującą o późniejszym wyborze. Wszyscy dyskutujemy, słuchamy opinii na temat różnych kandydatów, chłoniemy wyniki sondaży, a na koniec i tak zwykle jesteśmy zaskoczeni, bo w dniu głosowania zostaliśmy w domu.

A przecież nie musi tak być.

Podobno przebieg kampanii i wynik głosowania można łatwo przewidzieć, należy tylko uważnie wypatrywać znaków. Podobno im bliżej wyborów, tym jest ich więcej.

Skoro nie możemy polegać na merytorycznej dyskusji wyborców i kandydatów, musimy zdać się na nietypowe sygnały nam przesyłane. Każdy z nas, czy tego chcemy, czy nie, w każdej sprawie podświadomie ma od początku wyrobioną opinię. Słuszną lub nie. Chodzi tylko o to, by nas właściwie odczytać.

Tak jest z kostiumami na Halloween. W polityce amerykańskiej fajnie się składa, że święto to poprzedza jesienne wybory (nie, to dopiero za rok), w związku z czym w specjalistycznych sklepach kupić można maski reprezentujące czołowych kandydatów. Przebranie się za polityka jest wyrazem wielkiej odwagi, a kostium taki faktycznie straszy. Dlatego ok. 10 proc. mieszkańców USA sięga po nie w noc Halloween i ryzykując życiem udaje się na imprezę do pobliskiego klubu. Lub baru. Albo do znajomych. Kablowe sieci informacyjne podjęły kiedyś trud porównania wyników ich sprzedaży z późniejszymi  wynikami wyborów. Okazało się, że od 1980 r. zawsze sprzedano lub pożyczano w tym okresie więcej masek reprezentujących późniejszego prezydenta. Oczywiście niektórzy na przekór wkładają strój przeciwnika, ale to zdecydowana mniejszość. W ten sposób, nawet nie wiedząc jeszcze jak głosować będziemy w listopadzie, już w październiku dajemy znać o swoim wyborze.

Na nieco podobnej zasadzie działała sprzedaż kawy w sieci 7 Eleven. Działała, bo podczas ostatnich wyborów sieć zrezygnowała z tego pomysłu. Szkoda. Na dwa miesiące przed wieczorem wyborczym pojawiały się tam dwa rodzaje kubków. Niebieskie i czerwone, a więc reprezentujące demokratów i republikanów. Klienci sieci wybierali jeden, jeśli chcieli napić się porannej kawy. Od początku lat 90. gdy wprowadzono tę sprzedaż, sieć 7 Eleven była w stanie za każdym razem przewidzieć zwycięzcę prezydenckiego wyścigu.

Nie możemy zapominać o dzieciach, które doskonale wiedzą, jakie poglądy reprezentują ich rodzice, nawet jeśli w domu się na ten temat otwarcie nie rozmawia. Wystarczy jednak niewinny komentarz w czasie wieczornych wiadomości lub krzywy uśmiech podczas reklamy któregoś z kandydatów. Poza tym dzieci są naszym odbiciem i podświadomie dokonują podobnych naszym wyborów. Postanowiono to wykorzystać.

Już bardzo dawno, bo pod koniec lat 50. ubiegłego wieku zaczęto w szkołach podstawowych organizować próbne wybory. Oficjalnie chodziło o to, by dzieci poczuły się dorosłe i od wczesnej młodości przyzwyczajały do tego obywatelskiego obowiązku. Od 1964 roku niemal każdy wynik szkolnego głosowania był identyczny z późniejszym, organizowanym dla dorosłych. Dziatwa szkolna pomyliła się tylko dwa razy. W 1948 i 1960 roku. Ale różnica pomiędzy kandydatami wynosiła wtedy poniżej 1 proc. i były to pierwsze, jeszcze niedoskonałe próby na ograniczonym terenie. Jeśli kogoś to interesuje, to na tydzień przed każdymi wyborami prezydenckimi strona Scholastic News zamieszcza szkolne wyniki. Można porównać. Śmiało.

Żadnej z powyższych metod nie można nazwać naukową, ale każda może się taką wydawać przy kolejnej, którą mam zamiar opisać. Wchodzimy bowiem w sportowe klimaty. Lubujący się w zestawieniach i statystykach Amerykanie znajdą każdą zależność w życiu i przyrodzie, jeśli tylko taka występuje.

Dlatego miłośnicy futbolu zauważyli, iż obserwując wyniki gry Washington Redskins można ze sporym prawdopodobieństwem przewidzieć, kto zajmie Gabinet Owalny. Wygląda to następująco: jeśli ostatnie przed wyborami spotkanie na własnym stadionie wspomniana drużyna wygrywa, wówczas partia trzymająca władzę w Białym Domu ją zachowuje. Jeśli jednak mecz ten jest przegrany, wtedy zwycięża kandydat partii będącej do tej pory w opozycji do rządu.

Przez kilka dziesięcioleci zasada ta sprawdzała się i cytowana była wielokrotnie przez komentatorów sportowych, a także speców politycznych. Pojawiło się nawet określenie „Redskin Rule”, będące przedmiotem wielu naukowych, kompletnie niepotrzebnych badań. Od 1940 do 2000 roku dzięki tej drużynie można było dokładnie przewidzieć wynik wyborów. Potem nagle, z niewyjaśnionych powodów system zaczął zawodzić. W 2004 r. George W. Bush zachował urząd, mimo że sportowcy z Waszyngtonu zostali u siebie na kilkanaście dni przed głosowaniem rozgromieni przez Green Bay. Uznano jednak, że Bush wygrał głosami elekcyjnymi, ale przegrał w głosowaniu powszechnym, czyli jednak uzyskał mniej głosów. Jednak później była porażka systemu w 2012 r. i klęska w 2016. Co nie znaczy, że za rok wszystko nie wróci do normy...

Jest jeszcze kilka innych metod. Można na przykład obserwować sympatie polityczne mieszkańców powiatu Vigo w Indianie, którzy od kilkudziesięciu lat głosują zgodnie z późniejszymi wynikami z całego kraju.

Wreszcie korelacja pomiędzy treścią filmu otrzymującego głównego Oskara, a późniejszym gospodarzem Białego Domu. Ale ta teoria jest tak kosmiczna, a wręcz komiczna, że nawet nie zadałem sobie trudu, by ją poznać w całości.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location