----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Z wiekiem nabywamy podobno doświadczenia i wiedzy, w związku z tym jesteśmy coraz mądrzejsi. Tyle teoria. W praktyce różnie bywa. Dochodzę na przykład do wniosku, że z każdym zakupionym gadżetem moja wiedza na temat obsługi tych urządzeń jest coraz uboższa.

Po pierwsze są one coraz bardziej skomplikowane i mają coraz więcej funkcji. Taki telefon choćby. Jako przeciętny użytkownik wykorzystuję go w ułamku procenta. Podobnie jak większość ludzi na świecie. Dzwonię, piszę wiadomości, przeglądam pocztę i wybrane portale internetowe, komunikuję się na kilka sposobów z bliskimi i znajomymi, używam map, aparatu fotograficznego i kamery, a od czasu do czasu zamontuję sobie jakąś sprytną aplikację. Zwykle w celach rozrywkowych i na chwilę.

Mało? Okazuje się, że tak.

Telefon może znacznie więcej, a jeśli użytkownik jest sprawny i obeznany z tematem, to prawie wszystko. Często producenci na pytania dotyczące wysokich cen odpowiadają, że o kosztach decyduje liczba posiadanych funkcji i szybkość.

No więc bulimy grubą kasę za najnowsze modele, ale poza nielicznymi wyjątkami nie potrafimy z nich korzystać.

Smartphone zastąpił nam wiele innych przedmiotów. Są to między innymi: budzik, radio, odtwarzacz audio-wideo, skaner dokumentów i kodów paskowych, krótkofalówka, konsola do gier, przenośna pamięć, latarka, nagrywarka, aparat fotograficzny, kamera, tradycyjny telefon, papierowe mapy, kompas, poziomica, notatnik, gazeta, książka, karta kredytowa, album zdjęciowy, gry planszowe, krzyżówki, termostat, żyroskop. Gdyby nie ten niewielki cud techniki, musielibyśmy to wszystko kupować i w razie potrzeby nosić w wielkiej torbie. A przecież to nie wszystko. Bo w telefonie mamy jeszcze kupione bilety lotnicze, pilot do telewizora, coraz częściej kluczyki do samochodu, i wiele innych przedmiotów, bez których żyć się nie da.

Kiedyś przeczytam instrukcję obsługi telefonu, oczywiście w formacie pdf, ściągniętą z internetu, bo przecież w pudełku z produktem takich rzeczy już nie ma. Dowiem się wtedy, co jeszcze potrafi. Na razie nie wiem, bo instrukcji przeczytać nie jestem w stanie. Jak większość ludzi, ona mnie nudzi. Podobnie ta od mikrofalówki, telewizora, lodówki, czy drukarki.

Kilka lat temu duże firmy elektroniczne przeprowadziły badania rynkowe. Chciały się dowiedzieć, czemu ludziska instrukcji nie czytają, i czy można zaoszczędzić na kosztach w ogóle ich nie drukując. Okazało się wtedy, że powodów jest kilka.

Instrukcje składają się przede wszystkim z ostrzeżeń. Czasami nieprawdopodobnych. Nie używaj otwartego ognia w obecności gazów łatwopalnych. Nie wrzucaj urządzeń wpiętych w gniazdko elektryczne do wanny wypełnionej wodą. Nie wsadzaj palców pomiędzy wirujące ostrza. Nie świeć laserem po oczach.

No jakim trzeba być durniem, by to robić!

Okazuje się, że tacy się trafiają. Są to dziś ludzie zamożni, choć startowali z niewielkim zapasem procesów myślowych. Fortunę zdobyli pozywając kolejne firmy. Zwykle za sprawą własnej głupoty. Niemal wszystkie ostrzeżenia związane są z jakimś zdarzeniem w przeszłości. Ktoś słuchał radia stojącego na brzegu wanny. Kto inny włożył rękę pomiędzy wirujące ostrza kosiarki. Znamy przypadki, gdy z ciekawości ktoś wypił płyn do przetykania rur, bo słyszał że ma słodki smak. Dlatego większość z nas nie jest w stanie przebrnąć przez rosnąca liczbę ostrzeżeń, które jednak do kogoś są skierowane.

Nie czytamy więc instrukcji, a potem nie wiemy na przykład, że nasza domowa drukarka może być uruchomiona z wakacji w Meksyku i na nasz przyjazd wypluć z siebie zaprojektowane w telefonie podczas lotu kartki świąteczne. Nie wiemy też, że każdy współczesny telewizor ma funkcję wyświetlania dwóch lub trzech obrazów jednocześnie, więc możemy oglądać mecz, podglądać losowanie lotka i prowadzić wideokonferencję z kolegą w Berlinie. Właściwie to wiemy, że coś takiego jest, ale nie wiemy jak to włączyć. Osobiście nigdy jeszcze nie widziałem, by ktoś z tej funkcji korzystał.

Inna sprawa, że większość kupujących gadżety to mężczyźni, a facet nie może być przyłapany na czytaniu instrukcji.

Wstyd i hańba.

Przecież wiemy wszystko, wystarczy że spojrzymy na dane urządzenie. Mamy też silnie rozwinięte umiejętności ich reperowania, zwykle walimy dłonią lub stukamy czymś cięższym. Wydaje nam się, że od czasów wynalezienia koła nic się nie zmieniło i wszystko poznamy intuicyjnie. Różnie bywa, więc najczęściej wolimy z czegoś korzystać częściowo lub nie korzystać w ogóle, niż poświęcić choćby pięć minut na lekturę.

Zdarzyło się jakiś czas temu, że kupiłem w sklepie internetowym niesamowicie tanio, niesamowicie fajny telewizor. Z początku do okazji podchodziłem nieufnie, bo wiadomo... jak coś wygląda zbyt dobrze, to pewnie dobre nie jest. Z wyjątkiem sernika oczywiście.

Skusiłem się jednak. Do domu dostarczono mi wielkie pudło, w nim piękny sprzęt. Wyjąłem, postawiłem, podłączyłem. Żadnych problemów, obraz jak żyleta, funkcji w bród.

Okazało się, że niska cena wynikała z niskiej oceny użytkowników. Niska ocena związana była z wielką zawodnością tych konkretnych urządzeń. Zawodność z kolei związana była z pilotem, który prawie nikomu nie chciał współpracować z odbiornikiem. Ludzie wyjmowali telewizor, podłączali do prądu, sięgali po pilota, nic nie działało, pakowali, odsyłali i wystawiali najniższą ocenę. W związku z tym spadała cena, z 1200 dolarów do zaledwie 250. Okazało się, że pilota trzeba było najpierw zaprogramować. Po podłączeniu odbiornika należało jednorazowo wklepać 12345 enter. To wszystko. Informacja ta znajdowała się w instrukcji, której nikt nie czytał. No bo jak to?? Ja telewizora nie uruchomię?!

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location