----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

***

Przeszłość zbankrutowana. Teraźniejszość jak noc. Przyszłość nie dająca się odgadnąć. W niczym oparcia. Załamuje się i pęka Forma pod ciosami powszechnego Stawania się... Co dawne, jest już tylko impotencją, co nowe i nadchodzące, jest gwałtem. Ja, na tych bezdrożach anarchii, pośród strąconych bogów, zdany jedynie na siebie. (W. Gombrowicz – Trans-Atlantyk)

***

Czy można albo nie można wielkim filozofem być i mieć ten dar przewidywania, by wieszczyć, albo nie wieszczyć, ale z pewnością wielką, bez niej jednocześnie żyjąc, takie wielkie i małe zarazem wizje świata naszego marnego, który wszech wielki jest, mieć?

***

Dajmy już spokój parafrazowaniu Mistrza, bo bawić się jego stylem można z łatwością wielką, a przecież wielki szacunek mu się należy, bo widział to, co innym zakryte było.

***

Niesamowity fragment wyjęty z tekstu Trans-Atlantyku: „Przeszłość zbankrutowana. Teraźniejszość jak noc. Przyszłość nie dająca się odgadnąć. W niczym oparcia. Załamuje się i pęka Forma pod ciosami powszechnego Stawania się...”, jest nieomalże idealną prefiguracją tego, o czym wiele lat później pisał Zygmunt Bauman w swej bestsellerowej „Płynnej nowoczesności”:

„Rzeczywistość wydaje się nas z jednej strony przerastać w swym przytłaczającym skomplikowaniu, z drugiej jednakowoż jest nam to kompletnie obojętne. Cóż bowiem z tego, że świat wokół nas ma charakter ciała płynnego i zatracił w gruncie rzeczy jakiekolwiek znamiona stałości, skoro i tak jakoś trzeba z tym żyć.

Co ciekawe, jeśli na moment zastanowimy się nad tym fenomenem ciągłej zmiany, braku stałości, nieustannego przepływu wszystkich i wszystkiego w każdym możliwym kierunku, to trudno oprzeć się wrażeniu, że tęsknota za czymś trwałym i niezmiennym jest kompletną paranoją, wynikającą z myślenia życzeniowo magicznego, które może jest i sercu miłe, ale z faktami wspólnego ma tyle, co nic.

„Ruch jako płynność, to brak ostatecznego celu owego dryfowania, gdyż osiągalny cel zakłada trwałość i statyczność. Sama mobilność informacji, obiektów, artefaktów czy ludzi jest czymś trwałym, bowiem trwałym stanem jest stan przejściowy, bycie in status nascendi. Zatem tym, co niezmienne, jest właśnie sama zmienność. W kulturze płynności dochodzi do głosu wartość prędkości i przemijania, nie zaś trwania – prędkość zmian, modyfikacji, adaptacji, przemieszczania się, prędkość wysyłania danych i informacji. […] Jak pisał Bauman, „życie w epoce płynnej nowoczesności przypomina codziennie o powszechnej przemijalności wszystkiego bez wyjątku. Nie ma na świecie niczego trwałego (…). Z paroma wyjątkami, wszystkie użyteczne i niezbędne dzisiaj przedmioty jutro powędrują na śmietnik. Nic nie jest absolutnie konieczne, nic nie jest niezastąpione. Każda rzecz schodzi z taśmy produkcyjnej z wyznaczonym jej „terminem ważności” (…). Żaden krok i żaden wybór nie są ostateczne i nieodwołalne. Żadne zobowiązanie nie trwa na tyle długo, by nie można się było z niego wycofać. Wszystko wokół istnieje do odwołania. Nad mieszkańcami świata płynnej nowoczesności unosi się widmo: widmo zbędności. Płynna nowoczesność jest cywilizacją nadmiaru, zbędności, odpadów i ich uprzątania” (Bauman 2006, s. 152-153, za: Marcin Urbaniak w: Gorzki smak płynnej nowoczesności …)

Niesamowicie to gombrowiczowskie i baumanowskie jednocześnie. Mistrz satyry, groteski, dwuznaczności, uników i kamuflażu trafia w samo sedno. Być, to zmieniać się, stawać się i ciągle dorastać przy obezwładniającym, fundamentalnym pragnieniu niezmienności i stałości, które człowiek ma pierwotnie zakorzenione w sobie. Nieusuwalna sprzeczność, z której słynie Gombrowicz. Stąd też jego filozoficzne skoncentrowanie się nad egzystowaniem jednostki w powiewie myśli Schopenhauera i wszystkich tych, którzy po nim starali się człowieka zobaczyć w rozdarciu między tym czym jest, a tym, czym być pragnie – jednym słowem nad jego stawaniem się.

W niewielkiej książce „Kurs filozofii w sześć godzin i kwadrans” Gombrowicz pokazał swą nadzwyczajną umiejętność analizowania i syntetyzowania jednocześnie. Zaczyna te super prywatne wykłady od Kanta, a kończy na Nietzschem – umiera dwa miesiące później.

M.P. Markowski we wstępie do „Kursu filozofii w sześć godzin i kwadrans” pisze:

/2. Bo Gombrowicz był egzystencjalistą—egzystencjalistą przed wszystkimi—ale nie w takim technicznym rozumieniu, w jakim filozofię tę definiował Sartre. Gombrowicz był egzystencjalistą, gdyż przedkładał to, co w człowieku jedyne, własne, konkretne, niepowtarzalne, nad pojęcia, system i naukę. Egzystencjalizm Gombrowicza nie był ani doktrynerski, ani udawany, Gombrowicz nie musiał nosić czarnych swetrów, ani afiszować się z książką Sartre’a pod pachą. To Sartre mógłby nosić pod pachą Ferdydurke, gdyby znał hiszpański (bo w tym języku powieść ta najprędzej zobaczyła świat) i miał dość wyobraźni. Ferdydurke ukazała się w 1937 r. L’Etre et le Neant sześć lat później.

3. Egzystencjalizm Gombrowicza jest raczej rodem z Kierkegaarda, który pierwszy był tak bezczelny, by odrzucić Heglowskie abstrakcje i powiedzieć, że egzystencja wymyka się pojęciom. Ale by to powiedzieć, Kierkegaard musiał użyć pojęć, a więc natychmiast zdradzić egzystencję. W ten właśnie sposób filozofia wpadła w koleiny tragicznego konfliktu, z którego tylko literatura mogła ją wyswobodzić. Literatura świadoma filozoficznych problemów, lecz nie starająca się o ich dyskursywne rozwiązanie. To właśnie była odpowiedź Gombrowicza na temat zdiagnozowany przez Kierkegaarda.

„Filozofii potrzebujemy do uzyskania ogólnej wizji kultury. Jest to ważne dla pisarzy.” Ale z drugiej strony „literatura przekonana, że można jakoś urządzić świat, jest czymś najgłupszym pod słońcem”. Co więc?

„Literatura nie wykoncypowana z góry”. Literatura otwarta na nieprzewidywalne. „Pasztet, który wstawiłem już do pieca, zaprawiony będzie ingrediencjami, które wyrzucą was z konwenansu prosto w ciemną i bezdenną paszczę Życia”. Tak napisał kilka lat wcześniej.

4. Na dwa miesiące przed śmiercią, między 27 kwietnia, a 25 maja Gombrowicz wygłasza trzynaście wykładów z filozofii dla Rity Gombrowicz i Dominika de Roux, który właśnie przygotowuje numer „Cahier de l’Herne” poświęcony Gombrowiczowi.

„Pierwsze wykłady o Kancie — wspomina żona pisarza—odbyły się w sypialni Witolda. Leżał bokiem na łóżku w długim szarym palcie, które nosił aż do końca, mimo upału. Głowę opierał na łokciu, przed sobą trzymał plik pożółkłych notatek z czasów argentyńskich wykładów, ale nie zaglądał do nich, tylko mówił z pamięci, wyraźnie i powoli, żebyśmy zdążyli zanotować. Był wspaniałym profesorem—mówił z werwą, precyzyjnie, wydobywając, co najważniejsze. Siedzieliśmy naprzeciwko niego i notowaliśmy na kolanach każde jego słowo”.

Gombrowicz zaczął od Kanta, omówił potem Schopenhauera, Hegla, egzystencjalizm, Marksa, Nietzschego, chciał wyłożyć strukturalizm, ale nie zdążył. Tekst urywa się na Levi-Straussie. Wydrukowany został po raz pierwszy w Cahier de L’Herne, dwa lata po śmierci pisarza, w roku 1971. Gombrowicz nic nie wspomina o domowych wykładach w swoich skromnych zapiskach z roku 1969, choć w Dzienniku pisze o egzystencjalizmie dokładnie to, co wygłaszał w apartamencie Val-Clair, w obecności Rity, Dominika i psiny […]./

***

Witold Gombrowicz, Kurs filozofii w sześć godzin i kwadrans, przełożył Ireneusz Kania, wstęp Michał Paweł Markowski, Wydawnictwo literackie 2017.

Zbyszek Kruczalak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location