----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Był ktoś ostatnio na kempingu? Spał w wielkim, willowym lub wojskowym namiocie? Było wielkie, wygodne łóżko? Ekskluzywne mydło, moskitiera, klimatyzacja?

Jeśli nie, to wypoczywał w niemodny już, tradycyjny sposób. Czyli na dmuchanym materacu i w śpiworze. Teraz liczy się „glamorous camping”. Czyli „glamping”. Kemping eksluzywny. Z wszelkimi wygodami i pięknym widokiem. Bez niepotrzebnego wysiłku i brudzenia rąk.

Całkiem przypadkowo dowiedziałem się o tej formie spędzania wolnego czasu. Z reklamy na stronie internetowej poświęconej wędrówkom, wycieczkom i wyjazdom na łono natury. Było nawet zdjęcie mężczyzny w wygodnym fotelu, siedzącego pod daszkiem obok wejścia do wielkiego, wojskowego namiotu, z kieliszkiem wina w dłoni, zapatrzonego na pobliskie szczyty górskie.

Z tekstu dowiedziałem się, że wynajął to miejsce w odpowiedniej aplikacji, zabrał kilka ubrań na zmianę, podał numer karty kredytowej i wyjechał. Na miejscu, czyli na pięknie położonej polance z widokiem na masyw górski, czekał rozłożony namiot w stylu safari (wojskowy znaczy), z łóżkiem piankowym rozmiaru king. Ułożone było już ognisko gotowe do podpalenia i zebrana wiązka drewna. Do kontaktu w namiocie podłączona była lodówka, klimatyzacja, kuchenka i kilka innych drobiazgów.

Bajka!

A przynajmniej tak na pierwszy rzut oka to wygląda.

Bo naprawdę to w pewien sposób odzwierciedla nasze współczesne, portalowe - internetowe – smartfonowe, miejskie życie. Sam nie doświadczyłem glampingu, wciąż mam dmuchany materac i wsuwam ciało w śpiwór, więc powtórzę to, co mówią inni.

A mówią, że taka forma spędzania wolnego czasu działa jak lustro i odbija XXI wiek. Z portalami społecznoścowymi, wygodami, brakiem elementarnych umiejętności przetrwania. To dla ludzi, którzy chcą przeżyć przygodę, ale nie rezygnując z własnej sypialni, zawartości lodówki, kontaktu z resztą świata. To wszystko najlepiej w promieniu maksymalnie kilkudziesięciu mil od domu.

Oczywiście kosztuje to znacznie więcej, niż załadowanie samochodu niezbędnymi na takim wyjeździe przedmiotami i wynajęcie polanki w parku stanowym, jednak chętnych nie brakuje.

Posiadacze kawałka ziemi z ładnym widokiem zamieniają je teraz w „glamping”, stawiając wielkie namioty, kupując przyczepy kempingowe z demobilu, czy budując naprędce dziurawe chatki z drewna. Bo chodzi o to, by wyglądało to dziko, archaicznie wręcz, ale posiadało ukryte luksusy.

Oczywiście my, mieszkańcy Środkowego- Zachodu wielu takich miejsc nie zobaczymy. Duże firmy inwestycyjne ładują w tę formę wypoczynku miliony dolarów, ale głównie w stanach słynących z dobrych warunków do zarabiania pieniędzy na turystach przez cały rok. Więc korzystają z tej mody przede wszystkim Utah, Nowy Meksyk, Teksas, Arizona, Kalifornia, etc. Choć i u nas miejsc takich jest kilka.

Okazuje się, że koszt budowy takiego miejsca, powiedzmy na osiem rodzin, jest niezmiernie niski. Zyski natomiast znacznie przewyższają posiadanie hotelu. Jak tu nie inwestować? No jak?

Słowo „glamping” też nie powinno już dziwić, podobno już w 2016 r. trafiło do słownika oxfordzkiego. Istnieje kilkaset stron pośredniczących w wynajmie glampingowych miejsc. Są to namioty, domki na drzewach, stare szopy, tipi, odrestaurowane farmy i inne budynki. Ale przede wszystkim namioty w ładnym miejscu. Z wygodnym łóżkiem i kilkoma ekskluzywnymi drobiazgami.

Kemping jest coraz popularniejszą formą spędzania wolnego czasu w USA. Trudno uwierzyć, ale w 2018 r. na łono natury w ramach kilku wolnych dni wyjechało aż 78 milionów Amerykanów. To najwięcej w historii. Połowa z nich zapowiedziała, że planuje w najbliższym czasie spróbować glampingu, częściowo z ciekawości, częściowo dla poprawy doznań. Bo prawie nic nie trzeba ze sobą zabierać. W glampingu jeszcze jeden element jest bardzo ważny. Ogień. Musi być ognisko, najlepiej rozpalone przez kogoś innego. Nazywa się to fachowo „fire experience”. Dla doświadczonych kempingowiczów może się to wydać śmieszne, ale dla przeciętnego millenialsa, który świat ogląda głównie na ekranie tabletu lub telefonu, to wielka, WIELKA, bardzo wielka przygoda.

Na koniec, mówiąc miłego weekendu, dla rozweselenia, poprawy humoru, albo jako przestroga, stary dowcip związany z kempingiem:

„Sherlock Holmes i dr Watson wybrali się w weekend pod namiot. Po obfitej kolacji i butelce dobrego wina poszli spać. W środku nocy detektyw trąca łokciem śpiącego obok przyjaciela i pyta:

-Drogi Watsonie, co widzisz nad nami?

-Widzę rozgwieżdżone niebo, miliony gwiazd...

-A co ci to mówi?

Watson zachęcony pytaniami Sherlocka i chcąc się wykazać, zastanawia sie kilka minut, po czym odpowiada:

- Z astronomicznego punktu widzenia mówi mi to, że istnieją miliony galaktyk i że mogą istnieć miliardy planet pełnych życia. Z astrologicznego punktu widzenia zauważam, iż Saturn znajduje się w konstelacji Lwa. Patrząc chronologicznie dedukuję, że jest mniej więcej kwadrans po trzeciej nad ranem. Z teologicznego punktu widzenia widzę wyraźnie, iż Bóg jest potężny, a my jesteśmy jedynie małymi istotami bez znaczenia. Z meteorologicznego punktu widzenia przewiduję na jutro ładną pogodę. A ty, Sherlocku, jakie wnioski wyciagasz?

Po 30 sekundach Sherlock odpowiedział:

- Ja, drogi Watsonie wnioskuję, że ktoś nam gwizdnął nam namiot.

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location