----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

***

„Amaruk stał na szczycie góry i obserwował wielkiego, szarego wilka oraz jego stado rozproszone po lesie. Postanowił nazwać go Najuaktutuk – Dziki” (s.92)

***

Literatura meksykańska ma się zupełnie dobrze w polskich przekładach. Mażemy się w niej przeglądać, czytając twórców bardzo znanych, jak i tych dopiero nam przedstawianych. Pisałem już parokrotnie o zdumiewającej błyskotliwości literatury meksykańskiej, która w swej mnogości i różnorodności zachwyca unikalną umiejętnością dotykania wydarzeń i postaci. Czym jest ta unikalność? Wydaje się, że lokuje się ona na pograniczu tego, co jest i tego, co być może istnieje. Jednym słowem pozwala sobie na budowanie świata w części tylko racjonalnego. Cała reszta pozaracjonalna odsyła nas w rejony niesprawdzalnego doświadczenia, którego istnienie wprawdzie przeczuwamy, ale nie bardzo wiemy, jak go dotknąć.

Jeśli przyjrzymy się tylko tym tekstom, które już omawiałem, szczególnie powieściom Eleny Poniatowskiej, to łatwo zobaczymy to, o czym mówi Gabriel García Márquez:

/Życie codzienne w Ameryce Łacińskiej świadczy o tym, że rzeczywistość obfituje w nadzwyczajne zjawiska... Rejon Karaibów nauczył mnie widzieć rzeczywistość w inny sposób, nauczył mnie akceptować nadnaturalność jako coś, co tworzy nasze życie codzienne... Historia Karaibów jest wypełniona magią. Magią wypełniony jest cały rejon Ameryki Łacińskiej./

Ta magiczność, termin już znacznie zużyty i coraz mniej precyzyjny, nabiera nowego wymiaru w prozie młodego pokolenia pisarzy meksykańskich. Jeśli przypomnimy sobie „Jankeskiego fajtera” Laury Xilonen, autorki zaledwie dwudziestoparoletniej, to brutalna realność codzienności jest w tej powieści łagodzona przez wydarzenia pozornie niemożliwe. Ta niemożliwość jakkolwiek napędza akcję i sprawia, że śledzimy losy Liborio, młodego, nielegalnego emigranta, z innej perspektywy, aniżeli tylko dokumentalnej czy pamiętnikarskiej.

Podobnie, aczkolwiek w znacznie większym skomplikowaniu, mają się sprawy w najnowszej książce Guillermo Arriagi „Dziki”. Historia w niej opowiedziana ma wiele poziomów czasowych, różne perspektywy narracyjne, mnogość wątków i cała plejadę świetnie naszkicowanych postaci. Jest bardzo filmowa, bardzo wizualna w swym charakterze. Skupienie się na obrazowaniu, na pokazywaniu, na „widokowaniu” sprawia, że bliższa jest w swej istocie serialowi telewizyjnemu nowej generacji, niż powieści sensu stricto.

Wszystko co się w „Dzikim” dzieje, dzieje się dynamicznie i dzieje się nieustannie – nie mamy chwili oddechu. Tempo narzucone przez Arriagę jest często zawrotne i dalekie od statycznego opisu świata przedstawionego. A co jest przedmiotem owego świata: oczywiście Mexico City. Miasto, które jest kosmosem samym w sobie i samym dla siebie. Żeby uświadomić sobie skalę tego molocha, wystarczy wyobrazić sobie, iż wszyscy mieszkańcy Polski, trochę ponad trzydzieści milinów ludzi, mieszka w jednym mieście, bo tyle mniej więcej liczy Miasto Meksyk. Mexico City jest tym dla Ameryki Łacińskiej, czym dla świata zachodniego jest Nowy Jork. Miastem dającym niesłychane możliwości, wyjątkowym w swej brutalności i wspaniałości.

„Dziki” jednakowoż nie jest tylko ironiczną czy sarkastyczną apoteozą miasta. Jest przede wszystkim opowieścią o śmierci i miłości. To poprzez te dwie kategorie postrzegamy wszystko i wszystkich w „Dzikim”. Absolutne skrajności jakie dotykają, czy też raczej jakich dotykają bohaterowie powieści mają swe lustro w charakterze miasta. Od skrajnej nędzy do niewyobrażalnego bogactwa, od błyskotliwego wykształcenia i wyjątkowej erudycji po porażające prostactwo, od franciszkańskiej dobroci po śmiertelną brutalność, od wyrafinowanego piękna, po śmierdzącą brzydotę. Te skrajności widać doskonale w konstrukcji narracyjnej. Od poezji po legendę, przypowieść, słownik wyrazów obcych i trudnych, kartki z podróży, modlitwy, slang, wspomnienia, pamiętniki i wiele jeszcze innych technik pisarskich tworzy ten wyjątkowy melanż świata „Dzikiego”. Wszystko to służy jednemu: pokazać albo przynajmniej próbować dotknąć sensu istnienia poprzez miłość i śmierć. I nie byłoby to w żaden sposób odkrywcze czy nadzwyczajne, mogłoby być wręcz pretensjonalne i banalne, ale nie w „Dzikim” Guillermo Arriagi. Dlaczego? Powodów jest przynajmniej parę

- śmierć w tej powieści jest czymś nadzwyczajnie osobistym, intymnym, mimo swej powszechnej obecności

- jest wyzwaniem i motywacją do działania, jest impulsem do akcji, a nie do medytacji

- jest umieraniem, jest rozciągnięta w czasie, ma charakter czegoś trwającego, a nie momentalnego, umiera się długo

- jest konsekwencją zupełnie czegoś innego niż starzenie czy choroba

- jest stale obecna i dlatego ma inną „czasowość” i inny charakter, niż umieranie gdzie indziej w świecie

- jest czymś na kształt tego, co czuje człowiek stojący nad przepaścią: jeszcze nie spada, ale w gruncie rzeczy już podjął decyzję

Paradoksem pełnym ironii jest fakt, że owo umieranie wynika z miłości. Tu gdzieś, właśnie w tym nieomalże groteskowym paradoksie, mieści się ta nadzwyczajna umiejętności Meksykanów w odczuwaniu rzeczywistości, która literacko wydestylowana, nadaje tę specyficzną unikalność meksykańskiej prozie. Stąd też oscylujemy w powieści pomiędzy symboliką indiańskiej legendy, ekscytacją świata narkotykowego biznesu, hodowlą szynszyli, towarzystwem młodych katolickich fundamentalistów czy miłością do kobiety, która kocha się ze wszystkimi.

Magiczna realność zatem ewoluuje w „Dzikim” w nowe rojony doświadczenia i nowe wymiary rzeczywistości.

„Termin realizm magiczny zadomowił się w literaturze w latach dwudziestych ubiegłego wieku, natrafiając w Ameryce Łacińskiej na wyjątkowo sprzyjający grunt. Począwszy bowiem od czasów kolonialnych, kontynent ten był postrzegany – w opozycji do coraz bardziej racjonalnego Starego Świata – jako tajemniczy, podatny na działanie zagadkowych sił, jednym słowem – magiczny. Realizm magiczny – jak sama nazwa wskazuje – próbuje łączyć sprzeczne dążenia do opisania obiektywnej rzeczywistości z próbą odnalezienia w niej elementów tajemniczych, logicznie trudno wytłumaczalnych. Stąd świat przedstawiony jest w zasadzie podobny do tego, który nas otacza, i codzienność, w której żyją bohaterowie jest równie banalna jak nasza. Jednak jej odbiór „zakłóca” raz za razem jakieś fantastyczne zdarzenie lub przedmiot, który „wytrąca” czytelnika z iluzji obcowania ze światem rzeczywistym. W Stu latach samotności postać potrafi na przykład nagle zniknąć, pozostawiając po sobie jedynie „kałużę cuchnącej i parującej smoły”, co zresztą w najmniejszym stopniu nie wzrusza jej rozmówców. W wydaniu latynoskim, powieści realizmu magicznego z ochotą odwołują się do wierzeń ludów pierwotnych, tak jak one mieszając sferę sacrum ze sferą profanum. I tak na przykład, nie dość, że Piękna Remedios z powieści Garcíi Márqueza zostaje wzięta do nieba, to jeszcze jej szwagierka, Fernanda, martwi się, że zabrała ze sobą prześcieradło” [E. Kobyłecka-Piwońska, Mario Vargas Llosa dla początkujących, s.22]

Magia u Guillermo Arriagi nie jest innym, dodatkowym wymiarem rzeczywistości. Nie ma paradoksalnie charakteru czegoś magicznego. Magia „Dzikiego” nie jest wprawdzie namacalna, ale też nie jest z innego świata. Jest raczej sposobem patrzenia i próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego – czyli poszukiwaniem sensów w drążeniu przyczyn tego, co dotyka bohaterów powieści. Jest poszukiwaniem etymologii zdarzeń poprzez definiowanie takich pojęć jak: opuszczenie, bóstwo, bliski, zwierzę, embrion, wróg, ciemny, współczucie, namiętność, dziki, zdrada, chaos.

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location