----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

... czyli ile można wybrać grochu mieszając w kapuście?

Rzeczywistość wydaje się nas z jednej strony przerastać w swym przytłaczającym skomplikowaniu, z drugiej jednakowoż jest nam to kompletnie obojętne. Cóż bowiem z tego, że świat wokół nas ma charakter ciała płynnego i zatracił w gruncie rzeczy jakiekolwiek znamiona stałości, skoro i tak jakoś trzeba z tym żyć.

Co ciekawe, jeśli na moment zastanowimy się nad tym fenomenem ciągłej zmiany, braku stałości, nieustannego przepływu wszystkich i wszystkiego w każdym możliwym kierunku, to trudno oprzeć się wrażeniu, że tęsknota za czymś trwałym i niezmiennym jest kompletną paranoją, wynikającą z myślenia życzeniowo magicznego, które może jest i sercu miłe, ale z faktami wspólnego ma tyle, co nic.

„Ruch jako płynność, to brak ostatecznego celu owego dryfowania, gdyż osiągalny cel zakłada trwałość i statyczność. Sama mobilność informacji, obiektów, artefaktów czy ludzi jest czymś trwałym, bowiem trwałym stanem jest stan przejściowy, bycie in status nascendi. Zatem tym, co niezmienne, jest właśnie sama zmienność. W kulturze płynności dochodzi do głosu wartość prędkości i przemijania, nie zaś trwania – prędkość zmian, modyfikacji, adaptacji, przemieszczania się, prędkość wysyłania danych i informacji. […] Jak pisał Bauman, „życie w epoce płynnej nowoczesności przypomina codziennie o powszechnej przemijalności wszystkiego bez wyjątku. Nie ma na świecie niczego trwałego (…). Z paroma wyjątkami, wszystkie użyteczne i niezbędne dzisiaj przedmioty jutro powędrują na śmietnik. Nic nie jest absolutnie konieczne, nic nie jest niezastąpione. Każda rzecz schodzi z taśmy produkcyjnej z wyznaczonym jej „terminem ważności” (…). Żaden krok i żaden wybór nie są ostateczne i nieodwołalne. Żadne zobowiązanie nie trwa na tyle długo, by nie można się było z niego wycofać. Wszystko wokół istnieje do odwołania. Nad mieszkańcami świata płynnej nowoczesności unosi się widmo: widmo zbędności. Płynna nowoczesność jest cywilizacją nadmiaru, zbędności, odpadów i ich uprzątania” (Bauman 2006, s. 152-153, za: Marcin Urbaniak w: Gorzki smak płynnej nowoczesności …)

Trudno jednak zaprzeczyć, że łudzimy się gdzieś w naszych podświadomie zakodowanych pragnieniach - żyjąc w dziecięcym złudzeniu, że jakoś, ktoś coś zrobi (najlepiej za pomocą czarów-marów dobrej wróżki lub wstawiennictwu niebios) – iż wrócimy do czasów, gdy znowu będziemy mogli lojalnie pracować całe życie w jednym miejscu, być przyzwoicie wynagradzani i czerpać różne „benefity”, które zapewni nam dobry pracodawca. Łudzimy się, że wrócimy do stanu równowagi między tym, co akceptowalne, a co nie, że otaczający nas ludzie to będą nasi znajomi, a my będziemy mieszkać przez wiele lat w jednym miejscu, płacąc podatki, których lwia część wróci do nas i naszych społeczności. Mamy nadzieję na odrodzenie mitycznego i nostalgicznie pożądanego „złotego wieku”, w którym świat byłby piękny, bezpieczny, prosty i zrozumiały.

Niestety, nie bardzo mamy co liczyć na wróżki, szczególnie te dobre, bo wydaje się, że przez wieki ciężkiej pracy dla niewdzięcznych ludzi, wyczerpały swoje magiczne możliwości prawie zupełnie. Warto prześledzić ten proces pozbywania się wróżek i wróżbitów z naszego życia czytając jeden z najbardziej magicznych zbiorów baśni uwspółcześnionych „Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy i inne baśnie dla dorosłych” autorstwa marokańskiego pisarza Tahara Ben Jelloun’a.

Jak to w bajkach bywa, wszystko zaczyna się „za górami, za lasami”, raczej niewinnie, potem jest znacznie gorzej, a bywa nawet drastycznie, ale ostatecznie postaci bajkowe żyją długo i szczęśliwie. U Jelloun’a ten koncept pozostaje prawie bez zmian, natomiast Kapturka w burce chce zabić terrorysta islamski, Sinobrody jest seryjnym mordercą, który kompensuje sobie okrucieństwem niewielki rozmiar członka, a Kopciuszek podpisuje akt zaślubin zrównujący prawa kobiety z prawami mężczyzny, co jest wstrząsające dla muzułmańskich urzędników udzielających jej ślubu. Mamy zatem w owych „bajkach nie bajkach” świat współczesnego pomieszania kulturowego i religijnego, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, traci wymiar agresywnej i opresyjnej utopii, przenosząc nas w inne zakończenia i inne rozwiązania. Jakie? Te, o których pragniemy usłyszeć, te które podświadomie nosimy w sobie, te które pozwalają bohaterom żyć długo i szczęśliwie. Autor, we wstępie do owego zbioru na nowo napisanych bajek Charlesa Perroault’a, pisze:

„Nie usiłowałem opatrywać każdej baśni morałem. Nie bardzo to przystaje do naszych czasów, a wynik mógłby się okazać przeciwny do zamiaru. Ograniczyłem się do prostego stwierdzenia, które jest nicią przewodnią, łączącą Sokratesa, Spinozę i Ciorana: człowiek zachowuje swoją istotę i nic go nie nigdy nie zmieni, ani w jego skrajnym okrucieństwie, ani w nieskończonej dobroci”.

„Należy wszak pamiętać, że w dobie płynnej nowoczesności nie istnieje ostateczna prawda, konieczny sens czy wiekuista harmonia. „Wartości są wartościami, dopóki nadają się do natychmiastowej konsumpcji” (Bauman 2006, s. 189).

„Elegia dla bidoków” (Hillbilly Elegy) to właśnie rzecz o świecie, którego postaci nie chcą zaakcentować tego oczywiście oczywistego faktu. Napisana jako przypowieść biograficzna, roztacza dosyć poruszającą wizję wewnętrznej, amerykańskiej emigracji / imigracji / migracji ludzi w poszukiwaniu lepszego życia. Autor, J.D. Vance jest jednym z nielicznych „bidoków” (hillbilly), któremu udało się wyrwać z zaklętego kręgu, głupoty, przesądów, biedy, toksycznych relacji rodzinnych, wiary w stereotypy i wszelakich uprzedzeń wobec wszystkich i wszystkiego. Niezwykle szczegółowa relacja doświadczeń, które określiły życie autora, pokazuje jak bardzo bliskie, czasem identyczne (wyłączając kategorie języka) są losy emigrantów / imigrantów spoza USA i wewnętrznych imigrantów (obywateli USA) przemieszczających się za pracą w obrębie Stanów.

„J.D. Vance dzieli społeczeństwo […] w poprzek, opisując mniej nagłaśniany fragment współczesnej historii USA: twardą klasowość. W swej genialnej książce autor ze swadą, ale i bezwzględną szczerością obala stereotypy na temat rzekomych przywilejów białych Amerykanów. Bo owszem, są uprzywilejowani, ale nie wszyscy. Klasa robotnicza, Amerykanie wywodzący się ze Szkoto-Irlandczyków, wykonuje głównie pracę fizyczną, o awansie społecznym może sobie pomarzyć, rzadko zdobywa lepsze wykształcenie, klepie biedę. Mówi się o tej grupie nieco pogardliwie: hillbillies (bidoki), rednecks (buraki), białe śmiecie. Ludzie, których dotknął kryzys i którym Ameryka ma niewiele do zaoferowania. Sami też nie są bez winy, bo nie zawsze chcą zadbać o swój interes.

Vance wywodzi się z tej grupy, ale udało mu się skończyć prawo na Yale. „Teraz ludzie patrzą na mnie, na moją pracę, dyplom prestiżowej uczelni i myślą sobie, że jestem jakimś geniuszem, że tylko naprawdę nadzwyczajny człowiek dopiąłby tego, co dziś mamy. Z całym należnym im szacunkiem, sądzę, że ta opinia to srogie pierdolenie” – pisze. Jego książka (ma zostać zekranizowana) jest autobiograficzna, ale choć pisarz polega w dużej mierze na własnej pamięci, to jego opowieść układa się w rzetelną, nierozliczoną historię o rozwarstwionych Stanach Zjednoczonych. Rozbraja przy okazji amerykański sen, który kusi, ale łatwo zmienia się w koszmar”. (za: A. Żelazińska, Upiorny sen, w: Polityka, 03/13/2018)

J.D. Vance, Elegia dla bidoków, przeł. Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018, s. 304

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc. Sign up or login to your account.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location