----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

...kto zachłyśnie się wodą podczas wakacji na Florydzie”?

***

„Jak to się stało, że na przeziębienie łykamy cukrowe granulki nasączone popłuczynami po francuskiej kaczce?”

***

Jesteś chory, coś ci dolega? Nie martw się! Wystarczy się z tego problemu zwierzyć komukolwiek i natychmiast dostaniesz nieskończoną ilość rad i porad, co masz robić, żeby wyzdrowieć. Nieważne, że widzisz człowieka pierwszy raz, nie ma znaczenia, że w żadnej mierze nie jest on lekarzem i nawet nie otarł się o drzwi Collegium Medicum – z całą pewnością możesz liczyć na poradę i to bezpłatną, co przecież nie jest bez znaczenia, biorąc pod uwagę obecne stawki za posiadanie ubezpieczenia zdrowotnego.

Każdy jest politykiem, wszyscy znamy się na tajnikach meteorologii, ale najwięcej mamy wśród nas lekarzy. Wiadomo przecież o tym nie od dzisiaj. Wystarczy przytoczyć nieśmiertelny numer Stańczyka, który przewiązał sobie twarz chustą udając, że cierpi niezmiernie z powody bólu zęba. Każdy, kogo spotkał na rynku krakowskim, nie omieszkał udzielić mu wskazówek, co robić by się owego bólu pozbyć.

Nie ma takiej choroby czy dolegliwości, żeby znajomi i przyjaciele (nie mówiąc już o przypadkowo napotkanych „medykach”) nie wiedzieli, jakie kroki przedsięwziąć, żeby się wyleczyć. Co najciekawsze, nie ma na to wpływu epoka. Mogą to być czasy Stańczyka i może to być XXI wiek - umiejętność udzielania rad i sposobów na wyjście ze zdrowotnego problemu ma się równie dobrze. Kochamy udzielać rad nie mając ku temu żadnego wykształcenia, żadnej wiedzy i żadnych umiejętności. Leczyć teraz przecież każdy może, podobnie jak śpiewać, pisać czy rysować nie mówiąc już o tańcu. Wydawać by się mogło, że to czas dominacji internetu i powszechnego dostępu do informacji uczyniły nas omnipotentnymi, ale przykład zabawy, jaką urządził sobie Stańczyk na rynku krakowskim w oczywisty sposób przeczy temu założeniu – zawsze, bez względu na osiągniecia nauki i rozwój cywilizacyjny, jesteśmy całą gębą lekarzami, politykami, ekonomistami, specami od podatków, biografami (to jest dopiero pole do popisu), mechanikami samochodowymi, psychologami, ale nade wszystko lekarzami!!! Dam ci radę! To powinno być zawołanie wielu z nas.

W jakiś przedziwny sposób ta intensywna indolencja i ignorancja przenosi się z jednej epoki na drugą i wydaje się, że ma się coraz lepiej. Idealnym przykładem robienia nas w „kuku” jest cała ogromna dziedzina zarabiania kolosalnych pieniędzy na głupocie i łatwowierności ludzkiej, zwana homeopatią. Dlaczego? Odpowiedź jest super prosta: można sprzedać placebo, czyli nic, mówiąc choremu, że sprzedaje mu się lekarstwo. Jak wiadomo, wiara może przenosić góry, ale głupota ludzka może zrobić znacznie więcej. Placebo samo w sobie może być zadziwiająco skuteczne, ale cokolwiek by nie mówić, nie ma cech chemicznych lekarstwa i jest czymś chemicznie zupełnie neutralnym, na przykład wodą.

Jeśli uznamy, że leki homeopatyczne to placebo – problem rozwiązany. Korporacje jednakowoż robiące kokosy na owych „lekach” absolutnie nie akceptują i nie przyjmują takiej definicji swoich produktów. Twierdzą z uporem maniaka, że mino zerowej zawartości czegokolwiek poza naturalnym składnikiem „medykamentu”, na przykład wodą czy cukrem jest w nim także „kwantowe odbicie” czegoś, co ma lecznicze właściwości (na przykład wyciąg z wątroby i serca francuskiej kaczki), który poprzez ogromne rozcieńczenie faktycznie w leku homeopatycznym nie istnieje. Co to jest kwantowe odbicie, czy kwantowy ślad? Tego nie wiadomo.

W artykule zamieszczonym we wrześniowym numerze Pisma – Magazynu Opinii, możemy przeczytać bardzo obszerny artykuł, który szczegółowo omawia fenomen wiary w absurd, jakim jest koncept leczenia homeopatycznego. Możemy tam wspólnie z autorem, Łukaszem Lamżą, przeanalizować bardzo dokładnie historię i współczesność rozcieńczania naszego mózgu homeopatycznym absurdem.

„Przypuśćmy, że mam do dyspozycji jeden mol ekstraktu z wątroby i serca kaczki, który stopniowo rozcieńczam wodą. Skoro po pierwszym rozcieńczeniu metodą Korsakowa pozostawiam jedną setną pierwotnej substancji, to z 6×1023 pierwotnych cząsteczek pozostanie mi ich 6×1021. Dzieląc przez sto, uciąłem wszak dwa zera. To rozcieńczenie „1K”. Po rozcieńczeniu „2K” mam 6×1019 cząsteczek wyjściowych – reszta to rozpuszczalnik. Każde kolejne rozcieńczenie zmniejsza pulę pierwotnych cząsteczek stukrotnie. Nietrudno policzyć, że rozcieńczenie „11K” zawiera już średnio tylko sześć cząsteczek wyjściowej substancji. Gdy zatem, przygotowując Oscillococcinum, wylewamy do zlewu rozcieńczenie „11K”, a na ściankach pozostaje jedna setna zawartości, najprawdopodobniej nie znajdzie się tam już ani jedna cząsteczka pochodząca od naszej francuskiej kaczki”.

Co najciekawsze:

„W 2005 roku „The Lancet” wrócił do tematu, publikując kolejną, jeszcze większą metaanalizę (A. Shang i in., Are the clinical effects of homoeopathy placebo effects?), której wynikiem było stwierdzenie: „nasze analizy są zgodne z poglądem, że efekty kliniczne homeopatii wynikają z efektu placebo”. Artykułowi temu towarzyszył edytorial, czyli wspólny głos redaktorów „The Lancet”, zatytułowany The end of homoeopathy – koniec homeopatii. Wstępniak ten powszechnie cytuje się jako gwóźdź do trumny homeopatii. Oto bowiem grono redakcyjne jednego z najbardziej prestiżowych czasopism medycznych świata stwierdza tak:

Nie dziwi, że homeopatia wypada słabo w porównaniu z allopatią w systematycznym badaniu Aijing Shang i współpracowników. Bardziej zaskakujące jest to, że debata na ten temat w ogóle jeszcze trwa, po 150 latach nieobiecujących badań. (…) Jest jasne, że minął już czas na analizy, raporty i dalsze badania, które podtrzymują debatę homeopatia – allopatia. Dzisiaj lekarze muszą być po prostu odważni i szczerzy, informując swoich pacjentów, że homeopatia nie przynosi korzyści.

Czy to zamknęło debatę? Oczywiście, że nie. Ukazują się kolejne artykuły, badania, komentarze”.

Zabawa w kotka i myszkę, albo raczej w durnia, trwa zatem w najlepsze, a my sobie dalej aplikujemy czysty cukier czy destylowaną wodę przekonani, że zażywamy lekarstwo, które pozwoli nam wrócić do zdrowia i czasem rzeczywiście pomaga, tyle, że nie jest to lekarstwo, a jedynie jego ersatz.

Wszystkie cytaty za: Łukasz Lamża, Wysokie stężenie absurdów, w: Pismo magazyn Opinii, wrzesień, 2018, s. 18-28.

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location