----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Wygląda na to, że rzeczywiście poczucie szczęścia jest uzależnione od doświadczenia miłości. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy przez siedemdziesiąt pięć lat i za dwadzieścia milionów dolarów próbowali znaleźć odpowiedź na to pytanie:

„Związki sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi. Pokazało to legendarne Grant Study Uniwersytetu Medycznego na Harvardzie. W badaniu tym – jak dotąd największym długoterminowym badaniu dotyczącym istot ludzkich – w latach 1938-1944 rozpoczęto obserwację 268 studentów płci męskiej na drugim roku. W celu określenia, jakie czynniki najbardziej sprzyjają ‘ludzkiemu dobrobytowi’, obserwowano tych mężczyzn przez 75 lat, mierząc zaskakująco szeroki zakres cech psychologicznych i fizycznych, od typu osobowości, poprzez IQ, nawyki alkoholowe, relacje rodzinne, aż po ‘długość moszny w swobodnym zwisie’. Badanie pokazało, że bliskość i znaczenie związków dla danej osoby jest najmocniejszym wskaźnikiem poziomu szczęścia”. (s. 128)

Badanie owo nakłada się jednakowoż na kontekst jeszcze zupełnie nie cyfrowy, nie elektroniczny i nie gadżetowy – ma zdecydowanie aspekt analogowy. Co to oznacza? Pozornie niewiele, bo emocje człowieka nie zmieniają się istotnie, co potwierdza lektura tekstów antycznych, a w szczególności greckich tragedii. Wyzwani przez fatum zachowujemy się tak, jak nasi poprzednicy tysiąc, dwa i więcej lat temu. Czym zatem różnią się wydarzenia grane na scenie greckiego amfiteatru od tego, co grane jest na deskach teatru współczesnego? Dekoracjami, gadżetami, kostiumami – bo przecież nie maskami, które zasłaniają nas nawet skuteczniej, niż aktorów starożytnego dramatu? Jesteśmy tak samo zaplątani w grę bogów, w której gramy jedynie rolę pionków na boskiej szachownicy, aczkolwiek bogowie nam się drastycznie pozmieniali. Kim są?

Zadziwiająco łatwo znaleźć odpowiedź na to pytania przy okazji czytania fascynującej książki Scotta Gallowaya „Wielka czwórka, FOUR. Ukryte DNA: Amazon, Apple, Facebook i Google”. To właśnie GAFA, czyli kartel cyberkorpów (Google, Amazon, Facebook i Apple) nosi znamiona boskości, dzięki którym otaczamy je nieomalże religijnym kultem.

Człowiek zawsze potrzebował boga do tłumaczenia sobie tajemnic i niezrozumiałości świata, w który został wrzucony nie z własnej woli. Ta niemożliwa do zracjonalizowania sytuacja - spotęgowana często obezwładniającym poczuciem samotności, nieumiejętnością komunikowania się, brakiem wzajemności, frustrującymi regułami stada, a przede wszystkim zagubieniem w poszukiwaniu doskonałości – została złagodzona przez działania GAFY. Jak?

„Jednym z powodów, dla których Google to nasz współczesny bóg, jest to, że zna nasze najgłębsze sekrety. Jest jasnowidzem prowadzącym rejestr naszych myśli i zamierzeń. Zadając pytania, ludzie wyznają Google rzeczy, których nie ujawniliby księdzu, rabinowi, matce, najlepszemu przyjacielowi ani lekarzowi.

Wszystko jedno, czy chodzi o prześladowanie byłej dziewczyny, czy ustalenie, co wywołało wysypkę, albo sprawdzanie, czy ma się niezdrową obsesję, czy tylko lubi się stopy – zwierzamy się Google z taką częstotliwością, jaka wystraszyłaby każdego przyjaciela, nawet najbardziej wyrozumiałego. Zaufanie, jakim darzymy tę maszynę jest ogromne. Mniej więcej jedno na sześć wyszukiwani to pytanie, które nie było zadawane nigdy wcześniej. Jaka inna instytucja – naukowa czy wyznaniowa – jest na tyle wiarygodna i obdarzona takim zaufaniem, żeby ludzie zwracali się do niej z pytaniami, na które wcześniej nie było odpowiedzi? Albo który guru jest taki mądry, żeby zainspirować tyle oryginalnych pytań?”. (s. 164)

„Bóg jest jednak czymś więcej – jest wszechwiedzący, wszechmocny i nieśmiertelny. I spośród tych trzech Google ma tylko to pierwsze. Albo raczej coś w tym rodzaju. Jeżeli Apple udało się osiągnąć pewna formę nieśmiertelności dzięki przekształceniu w firmę produkującą dobra luksusowe, to Google osiągnęła coś przeciwnego – stało się obiektem użyteczności publicznej. Jest wszechobecne, coraz bardziej niezauważalne w codziennych użytkowaniu i, jak kiedyś Coke, Xerox czy Wite-Out, musi wzmacniać prawa do nazwy swojej marki, żeby nie stać się zwykłym czasownikiem”. (s. 189)

Zwierzamy się Google i Facebookowi z najskrytszych przekonań, nie wstydzimy się swoich tajemnic, odkrywamy swoje intymne pragnienia i polityczne poglądy – czyżby nowa forma spowiedzi? A może tylko terapeutyczne afiszowanie się z mroczną stroną naszego wewnętrznego księżyca, bo nie ponosimy jakichkolwiek konsekwencji owych wynurzeń? Nie jesteśmy skazani na żadne odpokutowanie win i nikomu niczego nie musimy zadość uczynić. Im ostrzej tym lepiej! Dlaczego? Bo skrajne zachowanie są nadzwyczajnie pożądane przy generowaniu algorytmów koniecznych do opracowania detalicznych modeli idealnego konsumenta towarów rzeczywistych i wyimaginowanych (na przykład ideologii czy religii).

„Ludzi o umiarkowanych poglądach trudno zaangażować i nie są łatwo przewidywalni […]. Facebook i pozostałe media kierowane algorytmami nie zawracają sobie głowy ludźmi o umiarkowanych poglądach […], najwięcej kliknięć odbierają wpisy konfrontacyjne i wyrażające gniew. Takie kliknięcia podnoszą wskaźnik trafień wpisu, co winduje wpis w rankingu Google i Facebooka. A co z kolei przyciąga jeszcze więcej kliknięć i udostepnień. (s. 149)

Wygląda więc na to, że GAFA niezwykle skutecznie przejęła rolę bóstw gniewnych, które mogą nas kompletnie ignorować, a nawet odrzucać, jeśli nie pasujemy do ich modelu w kreowaniu zysku. Nie robią tego jednakowoż nigdy wprost. W bezpośrednim przekazie słyszmy o ich „miłującej i wszechogarniającej misji” łączenia ludzi, budowaniu mostów między kulturami i promowaniu wzajemnej miłości – naprawdę? Co jest nadrzędnym celem wszystkich korporacji, nie tylko tych tworzących GAFĘ? ZYSK! ZYSK!!ZYSK! – który jest jak heroina, skrajnie uzależnia.

Dla zysku, tak zresztą jak i dla heroiny, można zrobić wszystko i powiedzieć wszytko – nie ma żadnego znaczenia, czy ma to wartość plusową czy minusową – ważny jest efekt – Machiavelli byłby zachwycony skutecznością swoich idei, które rewelacyjnie funkcjonują w świecie korporacyjnym. Dobro i zło zrelatywizowały się tak bardzo i tak zleksykalizowały jak termin Google, który uczasownikowany wszedł do języka powszechnego i zatraca powoli znaczenie marki.

Ta relatywizacja znaczeń w walce o konsumenta opiera się w dużej mierze na żonglowaniu pierwotnymi instynktami, które stanowią o ludzkich zrachowaniach i pragnieniach. Facebook na przykład idealnie wpisał się w niesłychanie mocną, archetypiczną nieomalże, potrzebę bycia człowieka w jakiejś relacji z innymi i „…analizuje każdą zmianę zachowania w sieci za każdym razem, kiedy użytkownik zmieni informacje dotyczące związku. […] ludzie samotni zamieszczają na Facebooku więcej informacji. To część zalotów polegająca na obnoszeniu się z tym, co najlepsze. Kiedy wpisują status /w związku/, potrzeba komunikowania leci w dół. Silnik Facebooka śledzi zmiany i przetwarza informacje w procesie nazywanym ‘analizą uczuć’, kategoryzując wyrażane słowami i zdjęciami pozytywne i negatywne opinie na temat poziomu szczęścia danej osoby.” (s.130)

Mało tego, nie daje się łatwo oszukać naszymi unikami w prezentowaniu rzeczywistego stany naszej świadomości. Upozorowany obraz nieustannych wakacji, pięknych przedmiotów, egzotycznych podróży, promocji, sukcesów i wszelakich ceremonii bez cienia mizerii, która jest nieusuwalną częścią życia każdego człowieka – to oczywista fałszywka dla maszyny zwanej Facebookiem:

„… Facebook, operator kamery, nie daje się ogłupić. Facebook widzi prawdę, tak samo jak jego reklamodawcy. Właśnie to czyni firmę taką potęgą. Strona, na którą patrzymy my, użytkownicy Facebooka, jest przynętą i skłania nas do podporządkowania naszego prawdziwego ja.” (s.127)

A co z miłością, która daje szczęście w czasach zarazy?

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location