----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

W lutym tego roku dwóch republikańskich senatorów - Tom Cotton oraz David Perdue - zgłosiło projekt ustawy o nazwie Reforming American Immigration for a Strong Economy Act, w skrócie RAISE Act, mający ograniczyć liczbę legalnej imigracji do USA m.in. poprzez zmianę systemu przyznawania przybyszom stałego pobytu oraz likwidację loterii wizowych. Na początku sierpnia publiczne poparcie dla projektu wyraził prezydent Donald Trump, ogłaszając wraz ze wspomnianymi senatorami zmodyfikowaną wersję ustawy podczas konferencji prasowej w Gabinecie Roosevelta w zachodnim skrzydle Białego Domu. Niemal natychmiast propozycja uzyskała poparcie grup domagających się zaostrzenia prawa imigracyjnego, wywołała sprzeciw części organizacji proimigracyjnych, natomiast w Waszyngtonie zauważono, iż pomysł ten wcale nie jest nowy, bo w różnych wersjach znany jest politykom co najmniej od kilkudziesięciu lat.

„Nareszcie, reformy zawarte w RAISE Act pozwolą nowoprzybyłym do naszego wspaniałego kraju na asymilację, odniesienie sukcesu i spełnienie amerykańskiego marzenia” – mówił prezydent przedstawiając projekt w Białym Domu. Wtórowali mu senatorowie Cotton i Perdue, którzy w ramach swych propozycji przewidują zmniejszenie legalnej imigracji do USA o 50 procent w okresie najbliższych 10 lat.

“Widok prezydenta u boku sponsorów ustawy daje nadzieję dziesiątkom milionów Amerykanów wykonujących zawody bez perspektyw rozwojowych lub znajdujących się poza rynkiem pracy” – powiedział po konferencji Roy Beck, prezydent grupy NumbersUSA od lat nawołującej do ograniczenia imigracji. W podobnym tonie wypowiedział się na łamach prasy Mark Krikorian, dyrektor wykonawczy Center for Immigration Studies, organizacji mającej zbliżoną misję, stworzonej w 1985 roku w celu „dostarczania politykom, społecznościom akademickim, mediom i obywatelom informacji na temat socjalnego, ekonomicznego, finansowego i kulturowego wpływu legalnej imigracji na Stany Zjednoczone”.

Zgłoszony niedawno projekt zmienia przede wszystkim rodzinny komponent uchwalonego przez Kongres w 1965 r. Immigration Act. Ponieważ na ten temat w ostatnich tygodniach pisano i mówiono bardzo dużo, w skrócie można przypomnieć, iż ogranicza przyznawanie wiz pobytowych wyłącznie do członków najbliższej rodziny obywateli, a także likwiduje loterię wizową. W to miejsce wprowadzony miałby być system w pierwszej kolejności przyznający stały pobyt osobom o wysokich kwalifikacjach zawodowych i wyższym poziomie edukacji. W wyniku tych zmian, po 10 latach od podpisania ustawy, liczba imigrantów przybywających legalnie do USA wynosiłaby ok. 540 tysięcy rocznie, czyli o 50 procent mniej, niż obecnie.

Nic więc dziwnego, że pomysł poparła administracja Donalda Trumpa, który ograniczenie imigracji ustanowił jednym z najważniejszych punktów swej wyborczej kampanii, a zgłoszoną propozycję potraktował jako najlepszą formę realizacji obietnicy. Sama ustawa RAISE Act jest pozostałością, a właściwie zmodyfikowaną wersją rekomendacji zgłoszonych w latach 90., które miały zreformować amerykański system imigracyjny i ograniczyć liczbę przybywających na stałe do USA. Od prawie miesiąca Biały Dom blisko współpracuje z obydwoma senatorami, podobnie jak czyni to Lamar Smith z Teksasu, starający się podobne zmiany przepisów przepchnąć przez Izbę Reprezentantów od prawie ćwierć wieku.

„Prowadzę dyskusje z członkami Kongresu oraz administracją rządową od momentu objęcia stanowiska przez Donalda Trumpa, współpracowałem też z senatorami Cottonem i Perdue nad projektem RAISE Act” – przyznał Smith w liście do dziennikarzy zajmujących się tym tematem.

Otwarcie drzwi

W początkach lat 90. Stany Zjednoczone zaczęły odczuwać gwałtowny wzrost liczby przybywających tu osób, korzystających z zapisów Immigration Act z 1965 r. Ustawa ta otworzyła drzwi do USA milionom ludzi z całego świata, a dodatkowym dla nich motywem było prawo przyjęte w 1986 r. pozwalające na przyznanie obywatelstwa nieudokumentowanym dotąd przybyszom. Dodatkowo, w 1990 r. ówczesny prezydent George H. W. Bush podpisał kolejną ustawę podwyższającą limit legalnie wpuszczanych tu osób urodzonych poza krajem, choć należy zaznaczyć, iż jednocześnie powołał on specjalną komisję d/s reformy imigracji, której celem była analiza obowiązujących przepisów i wyznaczenie kroków na przyszłość. Na jej czele stanęła Barbara Jordan, była demokratyczna reprezentantka Teksasu w Kongresie.

„Celem komisji nie było koniecznie ograniczenie imigracji, ale raczej wyznaczenie jej poziomu tak, by korzystała na tym ekonomia i nie ucierpieli rodzimi pracownicy” – przypomina Rosemary Jenks ze wspomnianej wcześniej organizacji NumbersUSA.

Próby przymknięcia drzwi

W pierwszych latach ostatniej dekady XX wieku do USA przybywało już rocznie około 850 tysięcy obcokrajowców z zamiarem osiedlenia się na stałe. W 1995 r. wspomniana powyżej komisja zarekomendowała ograniczenie legalnej imigracji do 700 tysięcy osób w okresie następnego roku fiskalnego, po czym w kolejnych latach utrzymanie jej na poziomie nieprzekraczającym 550 tysięcy. Poza tym zasugerowano wprowadzenie restrykcji w preferencjach sponsorowania dalszych członków rodziny przez obywateli i rezydentów, co do tej pory gwarantował akt prawny z 1965 r. To nie wszystko, bo eksperci pracujący w komisji doszli do wniosku, iż najkorzystniejsze dla kraju byłoby przyjmowanie imigrantów na podstawie ich kwalifikacji i wykształcenia. To właśnie był pierwowzór obecnie przedstawianych zmian prawnych.

Do pewnego stopnia rekomendacje te odzwierciedlały prowadzoną wówczas w społeczeństwie dyskusję, która dotyczyła wpływu urodzonych poza USA pracowników na gospodarkę kraju. Z jednej strony związki zawodowe i organizacje zrzeszające pracowników nisko wykwalifikowanych przeciwne były imigracji, z drugiej duże korporacje popierały wszelkie sposoby jej zwiększenia, włączając w to amnestię, bo zatrudniały wykwalifikowanych w określonych zawodach przybyszów.

„W tamtych latach w kraju przebywało bardzo wiele osób, którym skończyła się wiza i jakiekolwiek dokumenty pobytowe, a mimo to wykonywały one odpowiedzialne prace w sektorze naukowym, technologicznym, prowadziły własne biznesy. Była to grupa lepiej wykształconych imigrantów, co było plusem dla dużych firm poszukujących pracowników o określonych umiejętnościach” – mówi prof. Alan Kraut, wykładowca historii z American University.

Sytuacja ta postawiła partię demokratyczną w trudnym położeniu, bo jej polityka była jednocześnie proimigracyjna i sprzyjająca związkom zawodowym. Bill Clinton wierzył, że będzie w stanie zachować lojalność grup broniących praw pracowniczych współpracując jednocześnie ze zwolennikami imigracji, bo przecież nie miały one niemal żadnej alternatywy. Sprawa skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy kolejne badania wskazały, iż w związku z ułatwieniami w otrzymaniu dokumentów pobytowych diametralnie zmienia się baza wyborcza demokratów. Jeszcze w 1992 roku 76 proc. osób sprzyjających partii i głosujących na nią stanowiły osoby białe, a Latynosi znajdowali się w zdecydowanej mniejszości. Dziś biali to już tylko 57 proc. a ich miejsce stopniowo zajmują osoby pochodzenia latynoskiego.

Administracja Clintona skłonna była wprowadzić zasugerowane przez komisję Barbary Jordan zmiany, jednak skapitulowała wobec gwałtownego oporu coraz silniejszych grup proimigracyjnych i części republikańskich kongresmenów. „Większość dzisiejszych imigrantów nie wykorzystuje systemu, to ciężko pracujący ludzie wyznający zasady etyczne, które uczyniły ten kraj wielkim” – mówił ówczesny lider republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów, Dick Armey z Teksasu.

Zalecenia komisji wykorzystało w projektach nowych ustaw kilku polityków w Senacie i Izbie, dołączając do tego zapisy o konieczności ograniczenia nielegalnej imigracji. W obydwu izbach plany zmniejszenia liczby legalnych imigrantów upadły, pozostawiając administracji Clintona decyzję, czy poprzeć wyłącznie zaostrzenie prawa wobec nieudokumentowanych przybyszów. Zdecydowano tego nie robić zapowiadając weto przepisów nieuwzględniających całości projektu. Komentatorzy z tamtego okresu wspominają, że prezydent uległ naciskom różnych grup społecznych, religijnych i biznesowych uznających zaostrzenie wyłącznie przepisów dotyczących nielegalnej imigracji za postępowanie nieetyczne. Poza tym coraz silniejsza była presja Latynosów i Azjatów coraz częściej głosujących za demokratami. Tak ugruntowała się opinia, że demokraci sprzyjają imigrantom.

Kolejne próby

Od tamtego czasu kilkukrotnie jeszcze podejmowano próby reformy prawa imigracyjnego, choć nigdy na taką skalę. Temat ten jest natomiast od jakiegoś czasu wykorzystywany w rozgrywkach politycznych zależnie od sytuacji, nastrojów i potrzeb.

W 2007 roku, czyli za czasów prezydentury George W. Busha, pojawił się projekt przyznający status milionom nieudokumentowanych imigrantów, wprowadzający nowy system wiz pracowniczych i nagradzający za wykształcenie oraz kwalifikacje zawodowe. Upadł jednak w kontrolowanym przez demokratów Senacie.

Wybrany na stanowisko w 2008 r. Barack Obama też obiecywał reformę. Spróbował w 2013 roku, gdy grupa senatorów obydwu partii, nazywana potocznie Bandą Ośmiu, zaproponowała sposoby na ograniczenie nielegalnej imigracji przy jednoczesnych ułatwieniach otrzymania dokumentów pobytowych dla już przebywających w USA osób. Propozycja upadła w kontrolowanej przez republikanów Izbie Reprezentantów. W projekcie tym nie było jednak mowy o jakichkolwiek zmianach w systemie legalnej imigracji.

Czy uda się teraz?

Propozycja Cottona i Perdue jest niemal lustrzanym odbiciem rekomendacji komisji d/s reformy imigracji z 1995 r. i projektów wysuwanych co jakiś czas przez Smitha. Jakie więc ma szanse, skoro przez tyle lat podobne wnioski były odrzucane? Spore – mówią eksperci.

Przede wszystkim większość Amerykanów – według ostatnich badań ok. 70 proc. – domaga się reformy imigracyjnej w jakiejś postaci. Nie znaczy to jeszcze, że większość popiera konkretnie te rozwiązania. Ale jest im przychylna, jeśli korzyści miałby odnieść kraj i jego ekonomia. Zamiana rodzinnego systemu sponsorowania na bazujący na kwalifikacjach i edukacji ograniczyłaby liczbę przybywających tu legalnie pracowników, co podoba się związkom zawodowym. Nie jest to blokada imigracji, a raczej zmiana jakościowa, co z kolei mogłyby poprzeć niektóre grupy proimigracyjne.

Wielu polityków obydwu partii uważa rekomendacje z 1995 r. za korzystne na dłuższą metę, a ich sprzeciw w różnych okresach ostatniego ćwierćwiecza wynikał raczej z nastrojów społecznych i wyborczych rachunków. W Izbie Reprezentantów poparcie dla tych zmian jest niemal pewne. Choć do przyjęcia takiej ustawy w Senacie republikanom brakuje kilku głosów, to przy odpowiednich negocjacjach byliby w stanie pozyskać je w partii demokratycznej o wiele łatwiej, niż w przypadku niedawnej próby reformy ubezpieczeń zdrowotnych. Poparcie Białego Domu oznacza z kolei, że propozycji tej łatwo pod szafę nie uda się zamieść. Donald Trump potrzebuje jakiegoś zwycięstwa legislacyjnego i będzie naciskał na prowadzenie dalszych prac. Z drugiej strony proces może potrwać długo, bo w pierwszej kolejności legislatura zająć się ma reformą podatków.

Jakiekolwiek zmiany wpłynęłyby na demografię kraju. Według Homeland Security dwie trzecie zielonych kart przyznawanych jest w wyniku sponsorowań rodzinnych, 13 proc. na podstawie pracy, reszta to inne kategorie. Eksperci ostrzegają, że manipulowanie systemem jest trudne i może przynieść niespodziewane konsekwencje – dobre i złe. Krytycy ewentualnych zmian uważają, że ucierpią gałęzie przemysłu korzystające z niewykwalifikowanej siły roboczej. Zwolennicy wskazują na pozytywne zmiany chroniące rynek.

Na razie w Waszyngtonie zapanowała na ten temat cisza. Kiedy i czy w ogóle ktoś zajmie się ta sprawą, nie wiadomo. W tym momencie wciąż są to tylko słowa, jak przez ostatnie 30 lat.

Na podst.: theatlantic, wikipedia, travel. state.gov, nytimes, congress.gov
opr. Rafał Jurak

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc. Sign up or login to your account.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location