Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Zaczęło się od niepokojącej informacji z lotniska JFK w Nowym Jorku, że ponad 100 pasażerów linii Emirates zachorowało po starcie z Dubaju, w związku z czym załoga poprosiła służby medyczne o asystę po wylądowaniu. Samolot otoczył szczelny kordon pojazdów, w tym karetek należących do Centrum Kontroli Chorób, co tylko nasiliło spekulacje na temat możliwych zagrożeń. Na szczęście okazało się, że tylko kilkanaście osób poczuło się źle, prawdopodobnie z powodu wirusa grypy. Dwie godziny po wylądowaniu zdecydowana większość pasażerów opuściła lotnisko. Tym razem nie wydarzyło się nic złego, ale zdarzenie to przypomniało nam o potencjalnych zagrożeniach na pokładach samolotów.

Wywołanie paniki w podobnej sytuacji nie jest trudne. W szczelnie zamkniętym kadłubie samolotu już widok kichającej osoby często wywołuje poczucie zagrożenia. W przypadku opisanego lotu z Dubaju kilkanaście osób kaszlało, miało podwyższoną temperaturę, często korzystało z łazienki. W ciągu 14 godzin, w sprzyjających warunkach, wirus może łatwo się rozprzestrzenić. Widok chorych współpasażerów wywołuje strach i zmusza do obronnych zachowań. Jedna z kobiet na pokładzie poprosiła o ochronną maskę na twarz. Niestety, były one niedostępne, więc przykryła głowę kocem i tak spędziła kilka godzin lotu, a po wylądowaniu była jedną z pierwszych, jakie poddały się badaniu.

Chorzy na pokładach samolotów zdarzają się często. W 2013 r. podczas lotu z Chile do Australii aż 26 pasażerów zaczęło nagle wymiotować i dostało biegunki. Przez kilkanaście godzin okupowali cztery łazienki na pokładzie, a na lotnisku przygotowano na ich powitanie specjalną ekipę lekarską. Obawiano się najgorszego, czyli groźnego, śmiertelnego wirusa. Okazało się, że wszyscy chorzy należeli do tej samej grupy, która gdzieś złapała drobnoustroje wywołujące sensacje żołądkowe. Epidemii uniknięto, choć kilkanaście osób trafiło do szpitala, w tym kilka na noszach.

Podczas wybuchu epidemii Eboli w 2014 r. amerykańskie Centrum Kontroli Chorób zalecało pracownikom sektora medycznego narażonym na kontakt z chorymi, by w miarę możliwości korzystali z prywatnych lotów. Chodziło o zmniejszenie ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa poza skażony teren. Więc gdy jedna z pielęgniarek pracujących w tamtej części świata skorzystała z linii Frontier, a później stwierdzono u niej Ebolę, panika sięgnęła zenitu. Samolot, którym podróżowała odkażano trzy razy, a jej współpasażerów poszukiwały wszystkie służby mundurowe w kraju. Kobieta została publicznie napiętnowana w mediach, miała też problemy w pracy.

Nie ma się co dziwić, bo tydzień wcześniej pewien mężczyzna kichnął na pokładzie samolotu opuszczającego Filadelfię. Zamiast podziękować za życzenie zdrowia, poinformował, że ma Ebolę i wszyscy w samolocie mają teraz przechlapane. Po tych słowach wydarzenia potoczyły się szybko – awaryjne lądowanie, na pokład wkraczają poważni panowie w niebieskich kombinezonach z butlami na plecach i pokonując opór izolują mężczyznę. Na szczęście był to tylko niesmaczny żart.

Nad ziemią, bez opieki

Okazuje się jednak, że linie lotnicze w ogóle nie są przygotowane na wypadek medycznego kryzysu na pokładzie samolotu. Szacuje się, że podczas lotów międzykontynentalnych jeden na 10 do 40 tysięcy pasażerów będzie wymagał natychmiastowej pomocy. Informacje na ten temat są trudno dostępne, bo szczegółowe raporty wymagane są jedynie w przypadku awaryjnego lądowania z powodu choroby na pokładzie lub śmierci pasażera. W pozostałych przypadkach linie nie mają obowiązku interesowania się losem chorego po wylądowaniu i zwykle nie zamieszczają na ten temat żadnej informacji.

Latamy coraz częściej. Tylko w Stanach Zjednoczonych ok. 800 milionów osób korzysta rocznie z usług lotniczych, a w 2024 r. liczba ta przekroczy miliard. Starzejące się społeczeństwo oznacza, że na pokłady samolotów wsiadają ludzie z różnymi problemami zdrowotnymi i do nagłych wypadków dochodzi coraz częściej. Mimo tego nikt nie planuje zmiany przepisów, ani nawet uzupełnienia listy niezbędnego ekwipunku medycznego na pokładach samolotów.

Lot jest sporym obciążeniem dla naszego ciała. Najpierw zajmujemy się ciężkim bagażem, stresujemy odprawą. Następnie pokonujemy strefy czasowe, zmieniamy klimat. Niektórzy dla przyjemności, inni ze strachu przed lataniem nadużywają alkoholu i środków uspokajających oraz nasennych. Czasami korzystają ze wszystkiego jednocześnie.

Choć większość nagłych przypadków medycznych w samolotach jest wynikiem wcześniej nabytych schorzeń oraz zarażenia wirusami i bakteriami, sam samolot może przyczynić się do pojawienia się poważnych objawów. Ciśnienie powietrza w kabinie podobne jest do obserwowanego na wysokości 6–8 tysięcy stóp nad poziomem morza. To oznacza, że w naszej krwi znajduje się ok. 10 proc. tlenu mniej. Dla wielu osób może to oznaczać poważne problemy. Uznaje się, że jeśli jesteśmy w stanie pokonać schody jednego piętra bez wystąpienia duszności, lub przejść żwawym krokiem odległość 50 metrów bez żadnych problemów, to na dużej wysokości aparat tlenowy nie będzie nam potrzebny.

Powszechnymi zaburzeniami zdrowotnymi na pokładach samolotów są: zawroty głowy, omdlenia, biegunka, wymioty, duszności, kołatanie serca, ból w klatce piersiowej, czy ból głowy. Oczywiście czasami sprawy przybierają poważniejszy obrót. Ataki serca, problemy sercowo-naczyniowe, wylewy i padaczka są najczęstszymi powodami zawrócenia samolotu lub awaryjnego lądowania. Często okazuje się, że była to wina samych pasażerów, którzy najpierw zażyli valium na uspokojenie, a później skorzystali z pokładowego barku alkoholowego.

Czy leci z nami lekarz?

Wymaga się, by załogi samolotów przeszkolone były w zakresie udzielania pierwszej pomocy i korzystania z podręcznej apteczki. Jednak w rzeczywistości pracownicy linii liczą na obecność lekarza, który pomoże w zdiagnozowaniu i ustabilizowaniu chorego. Zwykle mają szczęście, bo prowadzone badania wskazują, iż na pytanie „czy leci z nami lekarz?” aż w 80 proc. przypadków zgłaszał się ktoś z pasażerów.

Problem w tym, że zwykle była to specjalizacja niezwiązana z zaistniałym, nagłym przypadkiem. Lekarz taki, nawet najlepszy w swoim fachu, może nie być w stanie rozpoznać objawów lub skorzystać ze znajdujących się na pokładzie urządzeń. A to z kolei czasami rodzi problemy...

Dr Michelle Hsiag wracała z konferencji poświęconej chorobom zakaźnym wśród dzieci, gdy w samolocie rozległ się apel obsługi poszukującej na pokładzie lekarza. Okazało się, że starszy mężczyzna cierpi na odwodnienie, ma biegunkę i traci przytomność. W czasie 12-godzinnego lotu asystowała mu w miarę możliwości, zdając sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu zajmuje się dorosłym pacjentem.

Poza tym lekarze na pokładzie zamieniają się w zwykłych pasażerów i również korzystają z alkoholu i środków nasennych, co często ogranicza ich możliwości niesienia pomocy innym. W wielu przypadkach nie zgłaszają więc swej obecności, w obawie przed popełnieniem błędu i ewentualnymi konsekwencjami.

Prawo przewiduje taką ewentualność, w związku z czym podpisany w 1998 r. Aviation Medical Assistance Act mówi, iż osoba niosąca pierwszą pomoc na pokładzie samolotu zwolniona jest z odpowiedzialności za swoje czyny, chyba że popełniła rażący błąd lub celowo doprowadziła do pogorszenia stanu pacjenta. Niestety, wielu lekarzy o tym nie wie.

Niepełna apteczka

Federalna Administracja Lotów reguluje, jaki sprzęt medyczny powinien znaleźć się na pokładzie samolotu. Ostatni raz jednak zrewidowano tę listę w 2001 r. Na pewno na wyposażeniu powinien znaleźć się automatyczny defibrylator, którym przywracana jest akcja serca. Poza tym środki przeciwbólowe, płyny nawadniające na wypadek niskiego ciśnienia lub odwodnienia organizmu, preparaty przeciwalergiczne, inhalatory dla osób cierpiących na astmę, aspiryna i nitrogliceryna na wypadek ataku serca, środki znieczulające, a także adrenalina wspomagającą akcję serca. Poza tym na wyposażeniu powinien znaleźć się stetoskop i sprzęt do pomiaru ciśnienia krwi.

W wielu przypadkach załoga samolotu nawet nie wie, jakim sprzętem i środkami dysponuje, co niosącym pomoc lekarzom utrudnia zadanie. Często zamiast dożylnych płynów na odwodnienie podawane są doustnie napoje, masaż mięśnia sercowego odbywa się bez defibrylatora, a posługiwanie się stetoskopem w huku panującym na pokładzie jest niemożliwe.

Być może sytuacja zmieni się wkrótce, bo kilka międzynarodowych organizacji lotniczych współpracuje nad stworzeniem uniwersalnej listy niezbędnych środków medycznych na pokładach samolotów, dopasowanej do współczesnych osiągnięć medycyny. Na razie w przypadku zagrożenia medycznego załoga na pokładzie oraz zgłaszający się do pomocy lekarze mogą korzystać z naziemnych zespołów powołanych specjalnie w tym celu, czyli do konsultacji przez telefon. W USA istnieje kilka takich ośrodków, choćby MedAire w Phoenix, czy Mayo Clinic Aerospace Medicine, gdzie wykwalifikowani specjaliści różnych dziedzin gotowi są służyć doświadczeniem na odległość.

Wszyscy zgadzają się co do jednego, linie lotnicze muszą pomyśleć o zdrowiu swych pasażerów i przestać polegać na obecnych na pokładzie lekarzach.

„To nieprofesjonalne i potencjalnie niebezpieczne” – uważa dr Paul Alvares z Med Aire. Według niego nie chodzi wyłącznie o doświadczenie zawodowe, ale również umiejętność radzenia sobie w nietypowych warunkach i wykorzystania ograniczonych środków medycznych.

Kosztowne przystanki

Nie mówi się tym zbyt często, ale linie lotnicze za wszelką cenę starają się unikać awaryjnych lądowań i powrotów z trasy. Sytuacja musi być naprawdę poważna, by kapitan się na to zdecydował. Chodzi oczywiście o koszty. Wspomniane przypadki to dla linii dodatkowy wydatek rzędu 70–230 tysięcy dolarów. W takiej sytuacji lot często przestaje być opłacalny.

Lotnisko i pandemia

Poza opisanymi wyżej przypadkami czasami mamy do czynienia z chorobami nabytymi podczas podróży. Zwykle są to wirusy i bakterie, na szczęście w większości przypadków niegroźne dla ogółu społeczeństwa. Zdarzają się jednak wyjątki. Po zagrożeniu SARS w 2003 r., wybuchu świńskiej grypy w 2009 r. i późniejszych epidemiach Eboli naukowcy zainteresowali się rolą międzynarodowych lotnisk w rozprzestrzenianiu się zaraźliwych chorób. Naukowcy z MIT pokazali, w jaki sposób niebezpieczne drobnoustroje mogą rozprzestrzenić się w rejonach położonych w pobliżu wielkich lotnisk w ciągu zaledwie kilku dni. Rozpoznanie ich już na pokładzie samolotu jest mało prawdopodobne, więc wielką wagę przykłada się do zabezpieczenia lotniska i innych pasażerów. Obraz kilkudziesięciu karetek wokół samolotu linii Emirates w minioną środę nie powinien więc nikogo dziwić. Służby medyczne zachowały się wzorowo na wypadek niebezpiecznego wirusa. To, że była to tylko grypa, nie powinno usypiać naszej czujności.

Z drugiej strony naukowcy zwracają uwagę, że obrazy roznoszonych dzięki podróżom lotniczym chorób są nieco przesadzone, głównie za sprawą filmów opierających swe scenariusze na takich przypadkach. Warto też przypomnieć, że kojarzenie podróży lotniczych z zaraźliwymi chorobami to wynik artykułów prasowych sprzed lat, które opisywały pracującego w liniach Canadian Air Gaetana Dugasa, uznawanego za pierwszą osobę z chorobą AIDS i nazywanego często "pacjentem zero". Dugas był wyjątkowo aktywny seksualnie i prawdopodobnie zaraził setki osób, zanim wirus HIV został odpowiednio opisany.

Na podst.: theatlantic, healthmedicinet, washingtonpost,
opr. Rafał Jurak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location