----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Piękne, kolorowe, jesienne liście pokryły już niemal każdy skrawek ziemi. Nie ma problemu, jeśli to skrawek ziemi niczyjej lub należący do miasta. Gorzej, gdy należy do nas, wówczas czeka nas wielkie sprzątanie. 

W dawnych czasach ujęlibyśmy w dłonie grabie i zrobili ładną kupkę z tych liści, potem może przenieśli je do worka i w odpowiedni, zgodny z prawem sposób poddali utylizacji.

Dziś wynosimy z garażu, piwnicy lub poddasza wielką dmuchawę i zaczynamy doroczny taniec.

Prawdę mówiąc, to nadejście jesieni rozpoznajemy po odgłosach tysięcy niewielkich motorków zamkniętych w tych urządzeniach. Podobnie zresztą jak wiosnę.

Taka dmuchawa to fajna jest. Pół biedy, jeśli zasilana jest elektrycznie. Gorzej, gdy ma silnik spalinowy. Ryczy, smrodzi i powoduje utratę słuchu. Sprawia też, że sąsiedzi przestają odpowiadać na nasze pozdrowienia.

Z jednej strony faceta posługującego się taką diabelską dmuchawą trzeba zrozumieć. Ma to silnik, jest głośne i można tym wymiatać na wszystkie strony siejąc spustoszenie w szeregach przeciwnika.

Z drugiej strony przeciętna dmuchawa spalinowa to trudny do udźwignięcia dla naszego słuchu hałas na poziomie ok. 100 decybeli. Osoby postronne, znajdujące się w pewnej odległości, narażone są na 70 - 80 db. Jeeezu! Strzał z armaty to 130 db, przy którym bolą już uszy i utrata słuchu jest niemal gwarantowana.

Warto wiedzieć, że urząd zajmujący się kontrolą bezpieczeństwa w miejscach pracy, tzw. OSHA, sugeruje ochronę słuchu już przy 85. Nigdy nie widziałem, by facet obsługujący dmuchawę używał słuchawek lub zatyczek. Nigdy.

Maseczki, owszem. Zdarza się, że widzę czasami jakiegoś bardziej dbającego o siebie z zakrytym otworem gębowym. To słuszna idea, bardzo zdrowa.

Najsilniejsze dmuchawki wyrzucają bowiem strumień powietrza z prędkością do 185 mph. To więcej niż huragan 5 kategorii. Oczywiście dachu tym nie zerwiemy, nie przewrócimy drzewa. Skutecznie jednak oderwiemy od ziemi i z różnych zakamarków chodnikowych kurz, ptasie odchody, pestycydy, trujące cząsteczki pozostałe ze spalania benzyny w samochodach, grzyby, pleśnie i wiele innych, szkodliwych elementów. Jeśli ktoś nie ma problemu z wdychaniem tego świństwa, proszę bardzo, maseczka niepotrzebna.

Poza tym ten mały, ryczący silniczek na plecach to morderca planety. Wydaje się to niemożliwe, ale sprawdzono i potwierdzono to wielokrotnie. Pod względem emisji zanieczyszczeń 30 minutowe używanie spalinowej dmuchawy równe jest przejechaniu prawie 4 tysięcy mil Fordem F-150. Powód jest prosty: oprócz spalin z silnika wydostaje się na zewnątrz ponad jedna trzecia paliwa w postaci aerozolu zmieszanego z olejem. Żadnych filtrów czy katalizatorów. Jak w latach 20-tych.

W Bostonie, a właściwie na jego eleganckich przedmieściach, zapytano kilku tysięcy właścicieli domów o najbardziej denerwujące zachowania sąsiadów. Oczywiście było tam koszenie trawy o nieprzyzwoitych porach, głośna muzyka i pijackie śpiewy. Na pierwszym miejscu znalazły się jednak odgłosy dmuchawy do liści, której dźwięk powoduje skurcz lewej półkuli mózgu u większości normalnych ludzi.

Okazało się też, że jak to bywa z większością czynności, denerwują one przede wszystki słuchających lub obserwujących, a nie wykonujących je ludzi.

Ta wiedza i tak w najmniejszym stopniu nie wpływa na nasze zachowanie. To nałóg, któremu ulega połowa męskiej populacji. Kilka lat temu kraj obiegła wiadomość o utarczce sąsiedzkiej, której powodem były jesienne liście, a narzędziami zniszczenia właśnie dmuchawy spalinowe.

Zaczęło się niewinnie.

Najpierw jeden sąsiad zdmuchnął liście na posesję drugiego, bo nie miał pomysłu, co można z nimi innego zrobić. Wydawałoby się, że w tej sytuacji drugi poprosiłby grzecznie pierwszego o zabranie ich, ewentualnie o unikanie podobnych akcji w przyszłości. Mógłby również zignorować sprawę. Może sam zebrałby je w celu uniknięcia sąsiedzkich podjazdów. Tyle teoria.

Widząc obce liście na swej trawie, drugi sąsiad wyniósł z garażu własną dmuchawę, odpalił ją, po czym zwrócił pierwszemu niechciany prezent.

No w tym momencie pewne było, iż pierwszy znajdzie inne rozwiązanie w celu uniknięcia eskalacji zbrojeń. Nic z tego. Zdmuchnął wszystko z powrotem do drugiego.

Ponieważ panowie mieli różne godziny pracy i zajęć pozadomowych, pierwszy wykonywał tę czynność rano, pod nieobecność drugiego, drugi po południu, gdy pierwszy był w pracy.

Jak łatwo się domyślić, wzajemne przedmuchiwanie liści trwało kilka dni. Żaden nie ustępował. Pierwszy drugiemu, drugi pierwszemu, i tak w kółko...

Aż przyszedł weekend, gdy obydwaj mieli wolne. Podobno stanęli naprzeciw z dmuchawami w dłoniach - tak przynajmniej zapisano później w policyjnym raporcie - i zaczęli walkę.

Nie chodziło już o liście. Chodziło o zniszczenie przeciwnika. W powietrzu latało wszystko, co udało się podnieść ostrym strumieniem powietrza. Kawałki drewna, małe kamienie, patyki, trawa, liście, kurz, fragmenty plastikowych i szklanych butelek, etc.

Gdy przyjechała wezwana przez trzeciego sąsiada policja, pierwszemu krwawiło oko, drugi na kolanach próbował złapać oddech ksztusząc się i plując kawałkami przyrody. Obydwaj mieli podrapane twarze i ręce.

Trudno było ustalić sprawcę zamieszania, bo obydwaj wskazywali siebie nawzajem, więc po udzieleniu ostrzeżenia stróże prawa odjechali. Podejrzewam, że sąsiedzi albo się do dziś pozabijali, albo zmienili miejsce zamieszkania. Innej wersji nie ma. Nie wierzę, by po czymś takim wspólnie organizowali grilla lub oglądanie meczu.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location