----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Dobrze mówię,
że trzeba długiego czasu,
aby poznać osobę,
i że nie masz nic pewnego w tym życiu.
(Sanczo Pansa)

Czy można sobie wyobrazić baśnie Andersena bez ilustracji Szancera? Pewnie można, ale co to byłyby za baśnie? To tak, jakby mówić o elementarzach i nie wiedzieć, kto to Falski, albo o literaturze dla dzieci i nie znać Tuwima i Brzechwy! Literatura polska to swoisty fenomen, jeśli popatrzymy na cud przywiązania czytelników do pewnych nazwisk i tytułów – są wieczne! Mogą przemijać pokolenia, możemy przeżyć parę wojen światowych, przetrwać komunizm i jego upadek, a Szancer, Falski, Tuwim i Brzechwa oraz parę jeszcze innych, nieśmiertelnych twórców zawsze będą przedmiotem lektury.

Jak się okazuje, Jan Marcin Szancer wpisał się w ten nurt artystów „wiecznie żywych” nie tylko przez swoje fenomenalne ilustracje, które na wiele lat ukształtowały pewien model „rysowania” dla dzieci, ale też „uplastycznił” wyobraźnię młodych czytelników. Niezwykle płynna, delikatna jak puch, bajkowa kreska jego prac, wpisuje się cudownie w kreowanie wyrafinowanej wyobraźni czytelniczej młodych ludzi. Szancer jakkolwiek nie tylko rysował, ale również pisał:

„Był najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Wcześnie pobierał naukę rysunku od Leonarda Stroynowskiego, który jako sublokator jego rodziców w ten sposób spłacał zaległy czynsz. Mimo oporu rodziców, późniejszy ilustrator podjął studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Pogłębiał wiedzę we Włoszech i Francji. Od 1 maja 1945, kiedy to ukazał się pierwszy numer pisma „Świerszczyk”, był jego kierownikiem artystycznym i twórcą wielu jego okładek. Współpracował z „Płomykiem”, także jako fotograf. Zasłynął jako autor ilustracji do ponad 200 książek, m.in. do Akademii Pana Kleksa, O Janku, co psom szył buty, Pinokio, Pan kotek był chory, O krasnoludkach i o sierotce Marysi, Brzechwa dzieciom, Lokomotywa, Rzepka, Ptasie radio, Dziadek do Orzechów, Baśni Andersena; dla dorosłych ilustrował Bajki i Satyry Krasickiego, Pana Tadeusza Mickiewicza, Trylogię Sienkiewicza, książki Amicisa, Carlo Collodiego, Cervantesa, Haška, Edith Nesbit, Puszkina, Swifta, Twaina.

Najstarsza ze zilustrowanych przez niego książek to Nasze miasto – czytanka polska dla uczniów II klasy szkół powszechnych, wydana we Lwowie w roku 1935. Kolejna książka z okładką Szancera to Krysia i karabin Jadwigi Gorzyckiej z roku 1935. Według katalogu w Muzeum, przez Szancera został zilustrowany również tytuł Telewizja, czyli jak człowiek nauczył się widzieć na odległość z roku 1936. Nie ma jej jednak w księgozbiorze, prawdopodobnie zaginęła. Natomiast w 1939 roku zilustrował Pokój na poddaszu Wandy Wasilewskiej. Sygnatura jms pojawiła się po raz pierwszy w 1944 w książce Koziołeczek. Odtąd była stale obecna na wszystkich jego rysunkach.

Jan Szancer również pisał bajki i felietony. Zaistniał jako scenarzysta i reżyser w filmie Teatr mój widzę ogromny z roku 1946. Zajmował się też tworzeniem scenografii teatralnych i filmowych. Był pierwszym kierownikiem artystycznym polskiej TV.

Projektował kostiumy do pierwszego programu Zespołu Pieśni i Tańca Budowlanych Warszawy „Starówka” w roku 1953.

Od 1951 był profesorem ASP w Warszawie. (za:Wikipedia)

Jedną z ciekawszych prac Szancera jest uproszczona wersja Don Kichota z Manczy, którą przystosował dla młodego wiekiem czytelnika, by oszczędzić mu trudów przedzierania się przez ogromną i skomplikowaną narracyjnie opowieść. Szancer kochał przygody błękitnego rycerza i ta miłość emanuje z jego wersji tekstu Cervantesa. Jest w tym zresztą coś niesamowitego, że udało mu się stworzyć, wersję równie fascynującą i równie inspirującą jak tekst zasadniczy, mimo istotnych skrótów i cięć.

Dzięki jego pracy młody człowiek może wejść w świat europejskiej literatury, wprawdzie na skróty, ale za to w powiewie tego, co najlepsze. Bierze udział w prawie wszystkich „szaleństwach” wielkiego rycerza z Manczy i towarzyszy mu w nich aż do końca. Walczy z wiatrakami, rozpędza armie, które okazują się stadami owiec i baranów, przyjmuje ślubowanie i pasowanie rycerskie od karczmarza, biorąc karczmę za rycerski zamek. Kocha się w Dulcynei, dla której jest w stanie zrobić wszystko, a która jest tylko zdrową i silną na schwał chłopką i z księżniczką ma tyle wspólnego, co Sanczo Pansa z prawdziwym giermkiem.

Sanczo Pansa zresztą jest nie mniej ciekawym charakterem, który marzy o posiadaniu wyspy szczęśliwej, co się staje, ale ostatecznie przerasta jego potrzeby i Sanczo rezygnuje z gubernatorstwa. Woli dobrze zjeść i żyć w zgodzie z samym sobą, niż funkcjonować w urojonym świecie marzeń. Zdrowo rozsądkowe myślenie zwycięża.

Zupełnie odwrotny cykl wydarzeń obserwujemy u Don Kichota. Dla niego, fascynata ideą błękitnego czy błędnego rycerstwa, pozbawienie możliwości życia w ułudzie, w marzeniu - to skazanie na umieranie.

Wszystkie te dziwne, śmieszne, straszne, zabawne, groteskowe przygody są, rzecz jasna archetypicznym i symbolicznym wyobrażeniem sensu ludzkiego życia.

Jan Marcin Szancer, skracając i uproszczając wielki tekst Cervantesa, pozwala młodemu i niedoświadczonemu jeszcze literacko czytelnikowi na obcowanie z tym, co stanowi istotę tego arcydzieła: przekonaniem, że marzenia trzeba realizować, nawet za cenę śmieszności, bo to one pozwalają nam być sobą. Mało tego, trzeba je realizować nawet wbrew oczekiwaniom, sugestiom i radom innych ludzi.

„Wychudzony na więziennym wikcie Miguel de Cervantes Saavedra, poborca podatkowy, w miarę upływu czasu coraz bardziej upodabniał się do Don Kichota z Manczy, bohatera swoich opowiadań słuchanych chętnie przez współwięźniów i dozorców więziennych. Ponieważ nigdy nic o sobie nie opowiadał, niektórzy ze słuchaczy kojarzyli go nie tylko z poborcą podatkowym, ale mówili między sobą, że Cervantes to dzielny rycerz walczący i zraniony pod Lapanto. Nigdy do niczego się nie przyznawał, ale też niczemu nie zaprzeczał... Historię słynnego rycerza Don Kichota z Manczy opowiedział w całości w czasie wojny wybitny polski ilustrator i autor tego opracowania Jan Marcin Szancer małemu chłopcu, którego zainteresowały fragmenty znalezionej niekompletnej książki, pozbawionej początku i końca. Zrobił to wspaniale oddając charakter epoki, w której „skończyła się legenda błędnego rycerstwa”. W 1946 zainspirowany tą przygodą wykonał wspaniałe ilustracje, a już w1947 roku ukazało się pierwsze wydanie Don Kichota z Manczy w opracowaniu i z ilustracjami Jana Marcina Szancera”. (recenzja wydawcy)

Co ciekawe, w tym roku ukazało się nowe, pełne tłumaczenie tekstu Don Kichota, już niekoniecznie przeznaczone dla dzieci i młodzieży w „doskonałym przekładzie Wojciecha Charchalisa. Miguel de Cervantes Saavedra swoim „Don Kichotem” położył podwaliny pod nowoczesną powieść. Przygody oszalałego od czytania książek szlachcica i jego giermka od z górą czterystu lat bawią i wzruszają kolejne pokolenia czytelników. Dzięki nowemu polskiemu przekładowi dzieło zostało odświeżone, więc współczesny miłośnik literatury będzie mógł cieszyć się tą historią jak nigdy przedtem. Wspaniały przekład wspaniałego dzieła. Okazuje się, że mimo swego sędziwego wieku „Don Kichot” to książka interesująca, wciągająca i pouczająca, a przede wszystkim śmieszna, jak informuje sam autor na kartach swojej powieści. Do tej pory trudno było tę śmieszność dostrzec. Dopiero teraz w pełni możemy docenić humor i doskonałe pióro wielkiego Hiszpana”.

Zbyszek Kruczalak

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location