----- Reklama -----

Monitor 12/07/2018

Atak był nagły i wstrząsnął Stanami Zjednoczonymi. W pierwszym momencie wydawało się, że cios zadany przez wroga był powalający. 7 grudnia 1941 roku Japończycy zaatakowali bazę marynarki amerykańskiej w Pearl Harbour na Hawajach. Rozpoczęła się II wojna światowa na Pacyfiku.

Według opinii niektórych historyków II wojna światowa rozpoczęła się nie 1 września 1939 roku w Polsce, a 7 lipca 1937 roku w Chinach. Tego dnia doszło do tzw. incydentu na moście Marco Polo w pobliżu Pekinu, który doprowadził do wybuchu wojny cesarskiej Japonii z Chinami. „Kraj Kwitnącej Wiśni” od końca XIX wieku prowadził ekspansję terytorialną w Azji – podbił Koreę, wygrał wojnę z Rosją o Mandżurię, zaangażował się w I wojnę światową po stronie aliantów i coraz bardziej agresywnie spoglądał w kierunku Chin. „Państwo Środka” było osłabione konfliktami wewnętrznymi – najważniejszym był spór władz Republiki i przywódcy Kuomintangu Czang Kaj-Szeka z komunistami, na których czele stał Mao Zadeong. Dodatkowo, część chińskich terytoriów było rządzonych przez wojskowych watażków. Z tego powodu Japończycy, posiadający nowoczesną i dobrze zorganizowaną armię, łatwo poradzili sobie z zajęciem dużej części Chin.

Cesarstwo japońskie posiadało sprawną gospodarkę, która cierpiała na jedną chorobę – braki surowców. Stąd właśnie ekspansja terytorialna w kierunku Azji, której celem było pozyskanie zaplecza gospodarczego dla rozwijającego się przemysłu. W 1938 roku Japończycy rozpoczęli przygraniczną wojnę ze Związkiem Radzieckim, w której najpierw odnieśli sukces w walkach nad jeziorem Chasan, rok później jednak przegrali z oddziałami dowodzonymi przez Gieorgija Żukowa w bitwie nad Chałchin-Goł. Zainteresowanie cesarstwa skupiło się więc na południu – po upadku Francji w 1940 roku Japończycy wymusili przejęcie kontroli nad Indochinami Francuskimi (Wietnamem i Laosem) oraz podporządkowali sobie Tajlandię. Ideą, która im przyświecała było stworzenie Strefy Wspólnego Dobrobytu Wielkiej Azji Wschodniej. Japończycy przedstawicieli swoje działania jako wyzwalanie ludów azjatyckich spod wpływów białych kolonizatorów z Europy. W praktyce ich podboje służyły raczej stworzeniu japońskiego imperium.

Przeszkodą w realizacji planów ekspansji stanowiły Stany Zjednoczone. Waszyngton od przełomu XIX i XX wieku dążył do kontroli sytuacji na Pacyfiku, który również stanowił jego strefę wpływów gospodarczych i przemysłowych. W wyniku wojny z Hiszpanią w 1898 roku Amerykanie przejęli kontrolę nad Filipinami – archipelagiem położonym na wysokości Indochin. Władali także wieloma innymi wyspami, które stanowiły bazy dla marynarki wojennej, zabezpieczającej wpływy na Stanów Zjednoczonych na Dalekim Wschodzie. Ekspansja japońska wzbudzała niepokój w USA, co wiązało się z przebazowaniem części głównych sił Floty Pacyfiku do bazy Pearl Harbor na wyspie Oʻahu na Hawajach.

Wojna musiała więc wybuchnąć. Japońscy admirałowie Isoroku Yamamoto i Chūichi Nagumo przygotowali śmiały plan ataku w samo serce amerykańskiej floty – właśnie Pearl Harbor. Celem było zniszczenie przy pomocy lotnictwa najważniejszych okrętów znajdującego się tam zgrupowania, przede wszystkim zdolnych do przenoszenia samolotów lotniskowców oraz uzbrojonych w potężne działa pancerników. Unieszkodliwienie Floty Pacyfiku dałoby Japończykom czas na zajęcie kolejnych baz i uniemożliwienie Amerykanom kontrataku.

Atak rozpoczął się przed godziną ósmą rano 7 grudnia 1941 roku. Ponad 300 samolotów z lotniskowców „Akagi”, „Kaga”, „Hiryū”, „Sōryū”, „Zuikaku” i „Shōkaku” nadleciało nad Pearl Harbor zupełnie zaskakując obronę amerykańską (Japonia nie wypowiedziała zresztą oficjalnie wojny USA). W krótkim czasie nad Hawajami rozpętało się piekło, wkrótce zaś Japończycy nadali hasło „Tora! Tora! Tora!”, oznaczające, że atak się powiódł. Rzeczywiście, Amerykanie ponieśli spore straty: zatopiono pięć pancerników – USS „Arizona” i USS „Oklahoma”, USS „California”, USS „Nevada” i USS „West Virginia” – i trzy mniejsze okręty, kilka innych zostało zaś uszkodzonych. Na lotniskach japońskie bomby i broń maszynowa zniszczyła i uszkodziła ponad 300 maszyn bojowych. Śmierć poniosło 2335 marynarzy amerykańskich (z czego prawie połowa, bo 1177, na USS „Arizona”), kolejnych 1143 zostało rannych. Sami Japończycy stracili 29 samolotów, 5 miniaturowych okrętów podwodnych i tylko 65 ludzi.

Dzień po ataku prezydent Franklin Delano Roosevelt wygłosił orędzie do narodu, mówiąc m.in.: „Wczoraj, 7 grudnia 1941 roku – w dniu hańby – Stany Zjednoczone Ameryki zostały w niesprowokowanym i tchórzliwym ataku z premedytacją zaatakowane przez morskie i lotnicze siły Cesarstwa Japonii”. Stany Zjednoczone rozpoczęły wojnę z Japonią, a kilka dni później ze sprzymierzonymi z nią Niemcami i Włochami.

Co ciekawe, dwa lotniskowce amerykańskie wyszły z Pearl Harbor kilka dni przed atakiem, uniknęły więc losu pancerników. Budzi to do dziś kontrowersje – czy Roosevelt wiedział, że atak nastąpi i pozwolił na niego, by wstrząsnąć opinią publiczną? Tego na pewno nie wiemy. Uderzenie Japończyków, choć spektakularne i godzące w amerykańskie morale, nie złamało jednak siły Floty Pacyfiku. Oprócz lotniskowców uratowały się również zbiorniki paliwa oraz cała infrastruktura bazy, która służyła dalej US Navy.

Wojna na Pacyfiku rozpoczęła się z hukiem, a Japończycy przez kolejne miesiące odnosili nowe sukcesy. Ostatecznie jednak przegrali wojnę, ulegając sile amerykańskiej floty, lotnictwa, piechoty morskiej i gospodarki.

Tomasz Leszkowicz

Właściwie to nikt do końca nie wiem, jak narodziła się idea “otwartych drzwi” – tzw. “open house”. Czy zaczątkiem zapraszania do środka był pomysł agentów zajmujących się obrotem nieruchomości, a może rozpoczęły to gościnne gospodynie zapraszające do swoich domów znajomych na niezobowiązującą herbatę.

Dziś z idei “open house” korzystają głównie agenci nieruchomości, którzy w weekendy pokazują pięknie przygotowane do sprzedaży domy wszystkim, którzy chcą je kupić, szukają okazji a często pomysłu jak urządzić własny dom.

Od 1992 roku ideę tę zaadoptowały miasta, które przez weekend w trakcie tzw. “open house” pokazują najpiękniejsze lub najciekawsze swoje budynki na co dzień niedostępne dla zwiedzających bądź gości z zewnątrz. London Open House funkcjonuje od 1992 roku. Pierwszym amerykańskim miastem, które zainteresowało się tą ideą był Nowy Jork, który pokazuje swoje budynki od 2002 roku. Chicago dołączyło do wydarzenia w 2011 roku.

Marketingową strategię otwartych drzwi stosują też małe i średnie biznesy, które tym sposobem zachęcają klientów do odwiedzenia ich i zapoznania się z ofertą i asortymentem danego biznesu.

Dla instytucji edukacyjnych, szkół, uczelni, uniwersytetów “open house” jest integralną częścią rekrutacji. W Stanach Zjednoczonych przyszli studenci oraz ich rodzice przed dokonaniem decyzji o wyborze szkoły średniej, czy uczelni wyższej odwiedzają średnio kilkanaście szkół. Szkoły przez cały rok oferują tzw. dni otwartych drzwi, w trakcie których przyszli studenci i ich rodzice mogą zwiedzić szkołę, poznać wykładowców i ofertę placówki edukacyjnej, porozmawiać z doradcami edukacyjnymi, rozważyć opcje finansowania nauki, oraz zakwaterowania. Odwiedzając szkołę osobiście nabieramy przekonania, co do słuszności wyboru. Instynktownie czujemy czy lubimy dane miejsce, czy ta placówka edukacyjna spełnia nasze oczekiwania i jakie drzwi otworzy przed nami jej dyplom albo certyfikat po ukończeniu nauki.

Prowadząc szkołę medyczną zauważyłam, jak ważna jest funkcja tzw. dni drzwi otwartych i jak bardzo pomaga to studentom w podjęciu słusznych, świadomych decyzji dotyczących nauki i przyszłej ścieżki kariery.

Uczniowie ostatnich lat szkoły średniej stoją w obliczu ważnych decyzji, które będą mieć niebagatelne znaczenie przez następne lata. Proces wyboru szkoły wiąże się z dylematami, przemyśleniami, czasem frustracją.

Sytuacja powtarza się po paru latach, kiedy absolwenci uczelni stoją przed decyzją o wyborze pierwszego albo kolejnego miejsca pracy. W związku z tą potrzebą szkoły organizują dni otwarte dla rekruterów, albo targi pracy, na które zapraszają pracodawców, którzy chcą zatrudnić absolwentów danej szkoły.

Potrzebę organizowania spotkań między studentami a przyszłymi pracodawcami zauważyłam bardzo dawno. Ta praktyka służy znakomicie jednej i drugiej stronie. Studenci na terenie szkoły, w mniej stresującej atmosferze mogą spotkać przyszłych pracodawców, zadać pytania, których być może nie zadaje się w trakcie rozmowy o pracę. Pracodawcy mogą osobiście przyjrzeć się przyszłym pracownikom, porozmawiać z nimi, ocenić ich cechy charakteru, sposób zachowania i zdecydować, czy pasują do zespołu i sprawdzą się w nowym miejscu pracy.

Większość absolwentów naszej szkoły ma taką szansę. Organizujemy seminaria, w trakcie których osoba z agencji stanowej zajmującej się pośrednictwem pracy uczy studentów napisać dobre resume. Zauważyliśmy, że wyzwaniem dla studentów może być wypełnienie aplikacji w internecie, że nie każdy z nich radzi sobie z napisaniem dobrego listu motywacyjnego. Zaczęliśmy zapraszać do szkoły rekruterów ze szpitali, domów opieki społecznej, przychodni.

Okazało się, że ten system działa z sukcesem dla wszystkich - studentom otwiera drzwi kariery, pracodawcom oszczędza czas, a nam daje satysfakcję.

Szkoły, które organizują dni kariery, targi pracy czy dni otwarte dla rekruterów zmieniają na lepsze życie studentów.

Wraz z końcem roku myślimy o świętach, dobroczynności, ważnych uczynkach. Każdy z nas pamięta osobę, która pomogła nam odnaleźć się na rynku pracy. Każdy z nas jest wdzięczny za polecenie, podanie informacji o pracy, albo nazwiska osoby kontaktowej. Każdemu z nas ktoś kiedyś pomógł, powiedział co zrobić, polecił, doradził, zaufał i dał szansę. Pamiętajmy o tym.

Odwiedzając uczelnie, przed podjęciem decyzji zapytajcie, czy dana placówka pomaga w znalezieniu pracy po ukończeniu szkoły, współpracuje z pracodawcami i otwiera drzwi przyszłej kariery zawodowej.

Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia i w Nowym 2019 Roku.

Anna Tukiendorf-Wilhite
dyrektor TTI Medical Training School,
prezes Polish Women in Business
Tel. 773-774-2222

Kilkanaście dni poprzedzających Boże Narodzenie to bardzo trudny okres dla większości z nas. Staramy się znaleźć w sercu dobroć i wyrozumiałość, ulec powszechnie panującemu pogodnemu nastrojowi i anielskiej muzyce. Nic z tego, dni coraz krótsze, humory coraz gorsze, coraz bardziej zaawansowana nerwica, czasami początki depresji, pustoszejące konta bankowe, brak czasu, itd...

Do tego dla mężczyzn okres ten jest podwójnie stresujący. Obserwują oni bowiem kobiety, które już od miesiąca poukładane mają w jakimś kącie setki większych i mniejszych prezentów choinkowych. Dla najbliższych, dla nieco dalszych, dla całkiem nieznajomych i jeszcze kilka na wszelki wypadek. Ładne, kolorowe, ze wstążeczkami i kokardkami. Do tego w każdym pudełeczku jest coś innego.

My na dwa dni przed Bożym Narodzeniem wpadamy w panikę. Ta pcha nas do najbliższego centrum sklepowego, gdzie próbując zaparkować dostajemy pierwszych objawów zawału serca. Potem przedzieramy się przez tłumy kompletnie nierozumiejących naszej sytuacji ludzi, usilnie starających się nie dopuścić nas do wybranego stoiska. Zaczynamy opadać z sił, w ostatniej chwili chwytając pierwszą napotkaną rzecz i modląc się, iż żonie, narzeczonej, dziewczynie lub dzieciom przypadnie ona do gustu. Najgorsze jest to, że we własnych oczach w zakupy wkładamy mnóstwo wysiłku i staramy się, by wyszło jak najlepiej, a potem jest jak zawsze.

Dlatego obserwując świąteczne zamieszanie dochodzimy do wniosku, my, mężczyźni, że Mikołaj musi być kobietą.

Przede wszystkim zawsze wyrabia się na czas, ze wszystkim. Obdaruje każde dziecko i jeszcze część dorosłych. W jedną noc. Żaden, nawet najbardziej zdyscyplinowany facet nie byłby w stanie tego zrobić.

Jego wygląd o niczym nie świadczy, w końcu stworzono go lata temu na potrzeby reklamy. Jak naprawdę wyglądał Mikołaj nie wie nikt. Nie ma nawet pewności, że w ogóle istniał. Mógł więc zostać stworzony na podobieństwo jakiejś niewiasty. Zaradnej, pracowitej, poukładanej i pomysłowej.

Cały okres świąt, to każdego roku powtarzające się pasmo podobnych, następujących po sobie wydarzeń. Zawsze działa to jak w zegarku. Owszem, zegarek może stworzył mężczyzna, ale zapanować nad tak wielkim rozgardiaszem może tylko kobieta.

Zresztą same kobiety też podejrzewają, iż do legendy o Mikołaju zakradły się pewne nieścisłości. Przeczytałem niedawno listę powodów, dla których uparte przedstawianie Mikołaja jako mężczyzny nie ma większego sensu. Oczywiście tekst napisany ręką kobiecą, ale znalazły się tam trudne do obalenia argumenty...

Na przykład to, iż mężczyzna nie potrafi nie tylko ładnie zapakować prezentu, ale na pewno nie byłby w stanie spakować swej torby. Z torbą to nie jestem pewny, czy przypadkiem nie jest odwrotnie. Z zarzutem dotyczącym pakowania prezentów nie polemizuję. Widziałem dzieła własne i kolegów. Ładne to one nie były.

Inny argument to kolor i krój mikołajowego wdzianka. Tego czerwonego kubraczka. Żaden facet, nawet pod przymusem, nigdy by czegoś takiego na siebie nie włożył. Nawet dla żartu, nie mówiąc o poważnym święcie. Czy ktokolwiek, kiedykolwiek, na spokojnie przyjrzał się temu... przebraniu? Jakieś kudłate, białe dodatki w strategicznych miejscach, a wszystko spięte wielką klamrą. No i ta czapka...

Jeden z najbardziej przekonywujących argumentów dotyczy poczty. Otóż jak wiemy, z Mikołajem należy się kontaktować listownie. Natomiast obserwując mężczyzn dochodzimy do wniosku, że nie czytają ponad połowy z tego co jest do nich adresowane, a odpowiadają na co dziesiąty list. Jeśli w ogóle... No proszę, kilka linijek krytycznych wobec mężczyzn i już zaczynam pisać w taki sposób, jakby nie o mnie chodziło.

No i na koniec, jak zauważają kobiety, większości mężczyzn większy brzuszek po jakimś czasie przestaje przeszkadzać, nie zauważają go u siebie w ogóle. Jednak mało prawdopodobne jest, by pozwolili na uczynienie z niego, zwłaszcza ponadwymiarowego, symbolu wesołych świąt.

Ach, jeszcze jedno. Według kobiet mężczyznom kumanie się z Elfami nie przystoi. Nie bardzo wiem o co chodzi, żadnego Elfa osobiście nie znam, więc nic o obcowaniu z nimi powiedzieć nie mogę. Najwyraźniej kobiety posiadają jakieś nieupublicznione jeszcze informacje.

Dobra, wystarczy tych szalonych teorii i niepotwierdzonych spostrzeżeń...

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

***

„zbyt wiele śmierci i grozy wywołujecie, bogowie, jeśli już macie istnieć, to przynoście radość i dobrobyt, niech nikt nie zabija w waszym imieniu, niech nikt nie napada, nie porywa, nie kaleczy, nie gwałci, nie osądza, nie skazuje, nie pozwalajcie na to, powstrzymajcie wreszcie ręce zabójców […]”  (s.278)

***

„Wędrowcowi powiedziano, że na środku pustyni znajduje się wspaniała oaza, pełna najróżniejszych bogactw. Zapytał, jak ma ją znaleźć? Wskazano mu olbrzymią pustynię. Idź w jej stronę, aż ją odnajdziesz. Wędrowiec wyruszył w drogę […]. Wycieńczony, niemal na czworakach doczołgał się do jej wrót. Oaza, wspaniała oaza. Wędrowiec prędko się zorientował, że dodarł do tego samego miejsca, z którego wyruszył.” (s.246)

***

„Życie jest linią światła zawieszoną pomiędzy niczym, a niczym” (s. 172)

***

Kto to jest Juan Guillermo? Dlaczego wszystko, co dzieje się w „Dzikim” (El Salvaje), dzieje się przez niego?

„Dziki” ma wyraziście filmową kompozycję, a uściślając, jest skonstruowany jak serial telewizyjny, co sprawia, że dynamika zdarzeń jest potężna i często wstrząsająca. Przeskakujemy z jednego wątku w drugi, a wszystkie one są splątane w jedną, wielopoziomową historię, której głównym bohaterem jest Juan Guillermo. Nota bene warto przypomnieć, że autorem „Dzikiego” jest Guillermo Arriaga – zbieżność z pewnością nieprzypadkowa.

Na czym polega owa totalna sprawczość głównej postaci i na ile jest ona totalna?

- Juan wyjawia religijnym zbrodniarzom kryjówkę Carlosa, swego brata; to jedno wyznanie sprawia, że dynamika akcji sięga zenitu. Carlos zostaje zamknięty w zbiorniku na wodę i tam umiera. Jego śmierć jest jednym z najważniejszych wydarzeń powieści, które pociąga za sobą cały łańcuch kolejnych.

- Juan ratuje Kła – psa/wilka, którego właściciele chcą uśpić; dlaczego tak się dzieje? Nie wiadomo, ale determinacja, z jaką wyciąga Kła z opresji jest nadzwyczajna i ociera się o jakiś inny wymiar, daleki od racjonalnych przesłanek. Ta konkretna sytuacja wpisuje się istotnie w skomplikowany ciąg wydarzeń, które ukazują losy wilków i ludzi w niezwykłym splątaniu. Wszystko i wszyscy, którzy pozornie ze sobą nic wspólnego, uczestniczą w przedziwnie, ale jednak zaprogramowanej i bardzo sensownej grze/układance, jaką jest życie.

- Juan jest bliźniakiem, który przeżył w łonie matki kosztem swego brata. Ten motyw dojmującego poczucia winy ocierającego się o śmierć, powraca nieustannie w powieści. Można założyć, że śmierć i poczucie winy to najważniejsze aspekty „Dzikiego”, które stanowią główną oś kompozycyjną całości.

- Juan postanawia unicestwić Humberto w akcie zemsty za śmierć brata; jest to jeden z najbardziej wstrząsających epizodów powieści, który stawia całość zdarzenia w kontekście rozdarcia między winą i karą, dobrem i złem, zemstą i wybaczeniem. Całość nabiera perwersyjnego charakteru przez fakt, że Humberto jest katolickim fundamentalistą, który zabija w imię boga i religii. To etyczne rozdarcie naznacza wszystko, co ma miejsce w „Dzikim”.

- Juan jest zakochany do szaleństwa w Chelo, która cierpi na dwubiegunowość. Związek ich obojga dynamizuje akcję w sposób często nieprawdopodobny.

- Juan postanawia uwolnić Kła, ocalonego psa/wilka i wypuścić go na wolność w bezkresne tereny podbiegunowej Kanady, gdzie przyszedł na świat. Ta decyzja jest nieomalże magicznym, a już z pewnością symbolicznym zatoczeniem koła i powrotem do początku. Jadą samochodem w fascynującą drogę ku wolności przez Meksyk, Stany Zjednoczone do Kanady.

Dlaczego wszystkie istotności skupiają się prawie wyłącznie w postaci Juana Guillermo? Skąd ta potężna koncentracja znaczeń w jednej osobie. Oczywiście Juan jest centralną figurą świata przedstawionego, w związku z tym wszystko poprzez i z nim – jakkolwiek zastanawia owa wspomniana kondesacja tej postaci. Jaki jest Juan Guillermo?

Wszyscy pamiętamy, z czasów wczesnoszkolnych, wypracowania z języka polskiego, które miały rozwijać wyobraźnię i budować słownictwo. Polegały one na tym, że uczniowie dostawali kilka czy kilkanaście słów przygotowanych przez nauczyciela i trzeba było stworzyć w oparciu o nie sensowne opowiadanie. Sensowne, to znaczy takie, które opowiadało sprawnie jakaś historię. Jak można się domyślać, ilość wersji tych wypracowań była identyczna z liczbą uczniów. Identyczność „materiału” przekładała się na nieskończoną nieidentyczność jego realizacji.

Byłoby czymś wyjątkowym spróbować napisać taki tekst w oparciu o wyrazy, które wybrał Juan, gdy zapytano go w szkole, jakich dziesięciu słów by użył „w przypadku klęski żywiołowej, żeby móc się porozumieć z innymi i przeżyć”. (s. 306) Inni pisali: picie, dach, jedzenie, ubranie, ty, my, miłość. Co wybrał Juan?

Nic – wszystko; „moje życie waha się między wszystkim, a niczym. Tak właśnie postrzega się egzystencję, kiedy niszczy cię śmierć. Wszystko-nic. Żyć albo umrzeć.

Ratunek; rozbitek z katastrofy śmierci, jakim się stałem, traktuje ratunek jako cel w życiu. Uratować Kła, żeby zbawić siebie samego.

Odrzucić; kogo odrzucić? Odrzucić Chelo? Nienawidzić jej za rozwiązłość? A może, jak prosił mnie ojciec, odrzucić nienawiść, pragnienie zemsty, dawne urazy? Co odrzucić?

Zagrożenie; jakiego zagrożenia się wystrzegać? Tych, którzy zamordowali mojego brata i kiedyś upomną się o mnie?

Wybaczenie; wybaczyć Chelo? Wybaczyć sobie samemu? Wybaczyć śmierci jej brutalne wtargnięcie?

Spokój; jak zachować spokój, kiedy w wieku siedemnastu lat cierpię absolutną samotność? Jak zachować spokój i spojrzeć Humbertowi w oczy, zanim go zabiję?

Zwierzę; z jakim zwierzęciem powinienem się identyfikować? Które zwierzę kocha, które się mści?

Udomowiony: nie mogę pozwolić nikomu ani niczemu się okiełznać.

Dziki; będę Dzikim. Nie zatrzymają mnie. Jeśli muszę się zemścić, to się zemszczę. Jeśli muszę przebaczyć, przebaczę. Jeśli muszę kochać, będę kochał. […] Oddam życie za życie, zawsze za życie.

„Jestem w szoku – lista słów przypadkowo wybranych trzy lata temu najwyraźniej zapowiedziała to, co nadeszło” (s.344) mówi Juan po odkryciu swoich szkolnych notatek.

Dostaliśmy zatem dziesięć słów, które Juan wybrał stając w opozycji do banału określającego wybór innych. Ten wybór, dokonany w swoistym odwróceniu, pokazuje jak zabawy językowe mogą być zadziwiająco niebezpieczne. Słowa mogą ratować, ale mogą też pogrążać. Oczywiste i automatyczne konotacje zagrożenia życia z takimi rzeczownikami jak: woda, chleb, dach czy ubranie tylko pozornie różnią się od tych, które przytoczył Juan: ratunek, zagrożenie, spokój, zwierzę. Różni ich kategoria ogólności i pojemności. Juan sam siebie zadziwił wyborem słów, które przybrały realne kształty konkretnych wydarzeń w jego życiu, Wcieliły się w konkret. Wydarzyły się. Stały się.

Te dziesięć kategorii określa specyficzność postaci Juana Guillermo i jego odmienny od innych bohaterów powieści sposób postrzegania rzeczywistości. Ta odmienność to niewytłumaczalne wyczucie przeczucia czegoś istotnego, to funkcjonowanie w powiewie tajemnicy, która czasem wymyka się z ukrycia, że zaraz czmychnąć z powrotem. Juan jest wyczulony literacko. Jest tekstem.

Zbyszek Kruczalak

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 382

LEGAL LIFE ESTATE – prawne dożywotnie prawo własności: prawo własności, które nie jest utworzone dobrowolnie przez właściciela, lecz powstaje w wyniku działania prawa stanowego, np. prawo własności typu homestead, dower lub curtesy.

LIFE ESTATE pur autre vie – prawo własności na okres życia drugiej osoby: rodzaj dożywotniego konwencjonalnego prawa własności, które wygasa nie w momencie śmierci dożywotniego lokatora, lecz w chwili zgonu innej określonej osoby. Przykładowo, pan A przekazuje dom pani B, która może z niego korzystać aż do śmierci swojej matki, pani C. W chwili śmierci pani C dom powraca w posiadanie pana A, co określane jest jako powrót do stanu pierwotnego (reversion), lub zostaje przekazana wyznaczonej osobie w formie prawa własności absolutnego (fee simple absolute). Wyznaczona osoba, która przejmuje nieruchomość po wygaśnięciu dożywotniego prawa własności, określana jest jako remainderman.

LIS PENDENS – sprawa sądowa w toku: łacińskie określenie oznaczające toczący się spór sądowy (pending litigation). Ponieważ sprawy sądowe mające wpływ na tytuł własności są długotrwałe, w chwili wniesienia roszczenia finansowego wobec danej nieruchomości rejestrowane jest zawiadomienie informujące potencjalnych nabywców i osoby zainteresowane o toczącej się sprawie, która może w przyszłości stać się rzeczywistym roszczeniem finansowym wobec danej nieruchomości.

LISTING MODIFICATION AGREEMENT – umowa o modyfikacji kontraktu: umowa dotycząca poprawek, uzupełnienia lub zmiany kontraktu zawartego pomiędzy brokerem a właścicielem nieruchomości wystawionej na sprzedaż lub wynajem; zwykle dotyczy zmiany ceny nieruchomości lub wysokości czynszu, przedłużenia daty wygaśnięcia kontraktu, wysokości prowizji, itp.

LITTORAL RIGHTS – prawo dostępu do jeziora, morza lub oceanu: prawo dostępu do wody, z którego może korzystać właściciel nieruchomości położonej nad jeziorem, morzem lub oceanem.

LLOCC (legal purpose, legally competent parties, offer and acceptance, consideration, consent) – niezbędne elementy ważnego kontraktu: prawny cel, prawnie kompetentne strony, oferta i akceptacja, wynagrodzenie, zgoda.

LOAN ORIGINATION FEE – opłata za przygotowanie pożyczki: opłata nałożona na pożyczkobiorcę (czasami w postaci punktów dyskontowych) pokrywająca koszty poniesione przez instytucję finansową w procesie przygotowywania pożyczki (m.in. koszty sporządzenia dokumentów, wynagrodzenie dla urzędnika przygotowującego pożyczkę, itp.) Urząd Skarbowy (IRS) traktuje tę opłatę podobnie jak odsetki od pożyczki i pozwala na odpisanie jej od dochodu w rozliczeniu podatkowym. 

LOAN STATUS DISCLOSURE – ujawnienie informacji dotyczących statusu pożyczki: dokument dołączony do kontraktu kupna / sprzedaży nieruchomości informujący sprzedającego o tym, na jakim etapie znajduje się finansowanie inwestycji.

LOAN-TO-VALUE RATIO (w skrócie: LTV) – współczynnik pożyczki do wartości: współczynnik pożyczki hipotecznej do szacowanej wartości nieruchomości. Przykładowo, jeśli kredytobiorca zaciąga pożyczkę na sumę $290,000 na kupno nieruchomości o wartości $340,000, współczynnik LTV wynosi $290,000 do $340,000, czyli 85%. Jeśli współczynnik LTV wynosi ponad 80%, zwykle wymagane jest prywatne ubezpieczenie długu hipotecznego (PMI).

LOCKOUT – uniemożliwienie dostępu: niezgodne z prawem uniemożliwienie lokatorowi dostępu do wynajmowanego lokalu lub korzystania z niego, np. poprzez wymianę zamków w drzwiach wejściowych lub wyłączenie użyteczności (utility shut-off), w celu zmuszenia lokatora do wyprowadzki lub uiszczenia zaległego czynszu.

LOFT APARTMENT – mieszkanie typu „loft”: mieszkanie zwykle o dużej powierzchni, położone w budynkach zaadaptowanych na potrzeby mieszkaniowe, np. w dawnych fabrykach, magazynach, zakładach przemysłowych, itp.; lofty charakteryzują się otwartą przestrzenią oraz niezabudowanym sufitem, na którym widoczne są pozostałości oryginalnej instalacji przemysłowej.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645       
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com