----- Reklama -----

Monitor 11/30/2018

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 381

LEGATEE (inna nazwa: beneficiary) – zapisobiorca / beneficjent: spadkobierca własności osobistej na mocy testamentu.

LESSEE – najemca / lokator: formalne określenie występujące w umowach najmu. W mowie potocznej lokator określany jest jako tenant.

LESSOR – wynajmujący: formalne określenie występujące w umowach najmu. Właściciel wynajmowanej nieruchomości jest określany potocznie jako landlord.

LETTER OF INTENT – pismo o zamiarze zawarcia umowy: pismo informujące właściciela nieruchomości o chęci potencjalnego nabywcy / lokatora do zawarcia kontraktu kupna / najmu; zwykle stosowane jest w skomplikowanych transakcjach dotyczących nieruchomości komercyjnych i jego celem jest wstępne zapoznanie właściciela z warunkami ewentualnej umowy bez wyrażenia żadnych zobowiązań do jej zawarcia; informuje o terminie wpłynięcia oferty, proponowanej cenie, dacie zamknięcia transakcji, itp.

LICENSE – licencja / zezwolenie: tymczasowe zezwolenie na korzystanie z czyjejś nieruchomości w określonym celu, np. w celu przejazdu na pobliską plażę lub parkowania pojazdu. W odróżnieniu od udogodnienia / służebności gruntowej (easement appurtenant), która jest przekazywana wraz z tytułem własności, zezwolenie ma charakter tymczasowy i może być w każdej chwili odwołane przez właściciela nieruchomości.   

LIEN – prawo zatrzymania; zastaw: roszczenie wobec nieruchomości mające na celu wyegzekwowanie spłaty zadłużenia. Nieruchomość stanowi w tej sytuacji „zastaw” aż do chwili spłaty obciążeń finansowych. Prawo zatrzymania może mieć następujące cechy: 1) ogólne prawo zatrzymania (general lien), kiedy kredytodawca ma prawo zatrzymać zarówno własność nieruchomą jak i osobistą dłużnika, 2) specyficzne prawo zatrzymania (specific lien), tzn. obejmujące określoną nieruchomość lub działkę, 3) dobrowolne prawo zatrzymania (voluntary lien), kiedy właściciel z własnej woli obciąża finansowo nieruchomość, np. przez zaciągnięcie pożyczki hipotecznej, 4) mimowolne prawo zatrzymania (involuntary lien), kiedy dana nieruchomość objęta jest prawem zatrzymania wbrew woli właściciela, np. poprzez nałożenie podatków od nieruchomości przez władze stanowe.

LIENHOLDER – strona posiadająca prawo zatrzymania: osoba lub instytucja mająca prawo zatrzymania nieruchomości aż do czasu spłaty zadłużenia przez właściciela. Np. bank udzielający pożyczki hipotecznej (mortgage) jest instytucją posiadającą prawo zatrzymania nieruchomości do momemtu spłaty ostatniej raty przez pożyczkobiorcę.

LIFE ESTATE – dożywotnie prawo własności: niedziedziczone prawo własności typu freehold trwające przez okres życia właściciela lub wyznaczonej osoby. Właściciel nieruchomości z dożywotnim prawem własności określany jest jako dożywotni lokator (life tenant), który posiada wszystkie prawa do użytkowania nieruchomości tak jak w przypadku absolutnego prawa własności (fee simple absolute) z tą tylko różnicą, że wygasają one w chwili śmierci dożywotniego lokatora. Nieruchomość przechodzi wtedy w posiadanie osoby lub osób, które wcześniej zostały wyznaczone jako przyszli właściciele. Dożywotni właściciel ma prawo sprzedać nieruchomość, którą dysponuje, jednak ten typ własności nie jest bardzo pożądany, gdyż nowy właściciel nieruchomości utraciłby do niej wszelkie prawa w chwili śmierci dożywotniego lokatora. Istnieją dwie kategorie dożywotniego prawa własności: konwencjonalne dożywotnie prawo własności (conventional life estate), które jest celowo utworzone przez właściciela, oraz prawne dożywotnie prawo własności (legal life estate), które nie jest utworzone dobrowolnie przez właściciela, lecz powstaje w wyniku działania prawa stanowego.

LOG HOUSE – dom z bali: ogólna nazwa domów, którego wspólną cechą jest główny materiał, z którego są wykonane – drewniane bale; w odniesieniu do mniejszych domków letniskowych i wakacyjnych położonych na terenach leśnych używa się wyrażenia log cabin – chata z bali / domek z bali.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645       
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com

Niedawno na Twitterze pokazało się zdjęcie, na którym widać było pracownika Apple przechadzającego się ulicami z różnymi czujnikami. Wiele osób podejrzewało wtedy, że chodzi o część programu ulepszenia Apple Maps przez zbieranie danych na poziomie pieszego, a nie w postaci jazdy samochodem.

Apple teraz potwierdziło, że właśnie takie ma plany dotyczące uszczegółowienia Apple Maps. Firma poinformowała, że w niektórych miejscach w Stanach Zjednoczonych zbiera dane tradycyjnie, czyli samochodem, a także na poziomie pieszego.

Celem jest oczywiście stworzenie najlepszej na świecie aplikacji z mapami.

Nowa aktualizacja Google - Znajdź Moje Urządzenie

Producenci smartfonów nierzadko oddają swoim użytkownikom do dyspozycji oprogramowanie służące do lokalizowania zgubionego sprzętu. Jednak do najpopularniejszych należy program Google, znany jako Znajdź Moje Urządzenie. Wraz z nową aktualizacją może stać się on jeszcze bardziej przydatny. Z opisu wynika, że nowa wersja pozwoli odszukać zgubę wewnątrz dużych obiektów - lotnisk czy galerii handlowych. 

Jak to jest zatem możliwe, że aktualizacja pozwoliła zwiększyć dokładność lokalizacji? Wynika to przede wszystkim z faktu posiadania przez Google dostępu do map licznych obiektów na całym świecie. Nowo wprowadzona funkcja zależeć będzie więc od miejsca, w którym pozostawiliśmy sprzęt.

Aplikacja - Znajdź Moje Urządzenie jest już dostępna dla każdego, a sama funkcja działa na wszystkich dzisiejszych smartfonach z Androidem na pokładzie. Na tym jednak nie kończy się jej przydatność - zdalnie możemy ustawić hasło w telefonie, a nawet wyczyścić wszystkie dane osobiste, czyniąc telefon bezużytecznym w rękach złodzieja. 

Mobilny internet szybszy niż Wi-Fi w 33 krajach

Stereotypowo przyjmujemy, że Wi-Fi jest zawsze znacznie szybsze od tradycyjnej transmisji danych. W wielu krajach jest jednak odwrotnie. To Wi-Fi sprawia więcej problemów niż korzystanie z pakietów internetowych. OpenSignal przeprowadzili badania, z których wynika, że wiele krajów ma... lepszy niż Wi-Fi internet mobilny.

Z badań OpenSignal wynika, że średni transfer danych jest szybszy w wersji mobilnej niż Wi-Fi w aż 33 krajach. Niektóre różnice są naprawdę spore. W krajach takich jak Australia czy Czechy mamy np. różnicę 10 Mbps. Oczywiście wciąż jest wiele krajów, gdzie połączenie komórkowe i Wi-Fi są dość konkurencyjne. Wi-Fi wygrywa zresztą w takich krajach jak Hongkong, Korea Południowa, Stany Zjednoczone czy Singapur. Dzieje się tak dlatego, że w krajach tych domowe łącza z reguły są stosunkowo szybkie.

Wnioskiem z takich badań może być to, że nie zawsze Wi-Fi jest lepszym wyjściem. Wszystko zależy od tego, jakie pakiety internetowe mamy w danym kraju. Wi-Fi królowało wtedy, gdy smartfony były jeszcze świeżym produktem na rynku i kiedy faktycznie ciężko było o dobry transfer komórkowy. Czasy się jednak zmieniły.

iPhone X - będzie wznowienie produkcji

Apple, uznawane dotychczas za wręcz nieomylnego pioniera branży, prawdopodobnie przeliczyło się z oszacowaniem popytu na tegoroczne iPhone’y XS, XS Max oraz XR. Nie jest to oczywiście żaden powód do radości, jednak jeszcze we wrześniu informowano nas o sukcesie sprzedażowym nowych modeli. Zdjęto zresztą zeszłoroczne modele X ze sklepów Apple, jak i z oficjalnej strony firmy, aby tę sprzedaż tylko podkręcić. Później z raportów firmy dotyczących sprzedaży telefonów zniknęły konkretne dane liczbowe. Teraz zaś, według najnowszych doniesień Wall Street Journal, Apple przymierza się do wznowienia sprzedaży swojej zeszłorocznej innowacji, jak również do obniżki ceny iPhone’a XR. Przynajmniej w Japonii, czyli na jednym z najważniejszych rynków dla tytułowej firmy. 

Jednak powodem takiej decyzji nie muszą być jedynie niezadowalające liczby tegorocznych smartfonów z nadgryzionym jabłuszkiem. Jak wskazuje raport WSJ, może mieć to związek z koniecznością dopełnienia umowy z Samsungiem, na mocy której koreański Gigant miał dostarczyć firmie z Cupertino określoną liczbę ekranów OLED. Idąc dalej tym tropem, w związku z niezadowalającą sprzedażą i wiążącym się z tym ograniczeniem produkcji modeli z 2018 roku, ruch ten mógłby pomóc dopełnić kontraktu. Poza tym sama produkcja iPhone’a X może być tańsza ze względu na zastosowane w nim podzespoły. 

Google Chrome jest 15 razy większe od Microsoft Edge

Google Chrome zdołało poprawić swój udział rynkowy w segmencie przeglądarek internetowych. Według statystyk NetMarketShare program radzi sobie coraz lepiej i zwiększa dystans do konkurencji. Dodatkowo, choć Microsoft Edge także powoli rośnie, to jest znacznie słabszym pod kątem adaptacji produktem niż Chrome.

Przeglądarka Google we wrześniu plasowała się na 66.28-procentowym udziale rynkowym, zaś w październiku podskoczyła do poziomu 66.43 procent udziałów. To nadal numer jeden, jeśli chodzi o wybór programu do przeglądania treści w sieci. Na drugim miejscu, daleko za Chrome, znajduje się Firefox z 9.25% udziałów, zaś za nim Internet Explorer 11 oraz Microsoft Edge.

Z drugiej strony najnowsza przeglądarka Microsoftu zwiększyła udział z 4.08 procent do 4.28 procent. To w tej chwili czwarta pod kątem popularności przeglądarka internetowa. Co ciekawe, Internet Explorer, choć nie dostaje już nowych funkcji, wciąż jest nieco przed Edge'em.

Opracował: Daniel Odroniec               
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Każdego roku w okresie przedświątecznym pojawia się w mediach lista niebezpiecznych zabawek. To oczywiście wina mediów, że drukując ją nadają rozgłosu organizacji tworzącej zestawienie, w związku z czym kolejne święta bez takiej publikacji nie mogą być obchodzone. Zaklęte koło.

Sama lista, jak również istnienie tworzącej ją grupy ludzi, nie mają większego sensu. Są szkodliwe i niepotrzebnie wywołują w rodzicach poczucie winy i strachu.

Spośród wymienionych tam każdego roku kilkudziesięciu zabawek, producent wycofał z rynku zaledwie jedną. Może dwie. Bo faktycznie coś w ich konstrukcji szwankowało i nie do końca była ona przemyślana. Wszystkie pozostałe sprzedawały się dobrze i nie były powodem okaleczenia, wybitego oka, czy połamanych kończyn u kilkuletnich dzieci.

W końcu jeśli malec ma sobie zrobić krzywdę, to nawet na prostej drodze może potknąć się o poduszkę rozłożoną na podłodze dla jego bezpieczeństwa. Wyrzucić z domu wszystkie poduszki!

Organizacja ta przypomina mi nieco osiedlowe rady mieszkańców. Gdy przed laty mieszkałem na takim osiedlu, podszedł do mnie szef rady i zasugerował, bym nie parkował motocykla na parkingu przed budynkiem.

Czemu?

Bo bawiące się w pobliżu dzieci mogą się na niego wspiąć i spaść na twardy beton albo, nie daj Boże, motocykl może się na nie przewrócić.

Grzecznie wysłuchałem tej sugestii i zapytałem o alternatywne miejsce do parkowania. Nie było takiego, więc pojawiła się sugestia, bym dla dobra dzieci pozbył się motocykla.

Wtedy nie wytrzymałem i zakomunikowałem w miły, acz stanowczy sposób, że jak zobaczę jakieś dzieci bawiące się na motocyklu to sam im krzywdę zrobię. Było coś o wyrywaniu nóg. Temat został wyczerpany, nigdy nie powrócił.

No więc organizacja tworząca doroczną listę niebezpiecznych zabawek bardzo mi tę osiedlową radę przypomina. Siedzą i myślą, bo innych zajęć nie mają, w jaki to sposób można sobie zrobić krzywdę w czasie zabawy.

Prawdę mówiąc, krzywdę można sobie zrobić wykorzystując do tego najbardziej niewinne przedmioty. Nawet piórkiem można się zakrztusić. Takim małym, które wydostało się z puchowej kołdry. Puchowa kołdra do śmieci!!

Każdy w miarę rozgarnięty rodzic wie, że zabawy i zabawki należy dopasować do wieku dziecka. Wie również, by w młodych latach wszystko nadzorować, czuwać, pilnować. Nikt dwulatkowi nie da do ręki siekiery, noża, ani piły spalinowej. Raczej klocki, którymi przy odrobinie pecha też można sobie nabić siniaka, potknąć się o nie, nieszczęśliwie nadepnąć, albo rzucić w nowy telewizor lub stare akwarium.

Na zakazanej liście każdego roku pojawia się każda zabawka przypominająca białą broń. To nic, że z bajki, ma zaokrąglone krawędzie, wykonana jest z miękkiej i lekkiej gumy, a w ogóle to miecz przypomina tylko kolorem. Przy odrobinie wysiłku, kombinują członkowie organizacji, można sobie lub komuś krzywdę zrobić.

Jasne, zwłaszcza w myślach.

Minionego lata mój syn dostał od rodziny rakietkę napędzaną czymś przypominającym nożną pompkę. Połączona jest wężykiem z rurką, na którą nakłada się wykonaną z lekkiej pianki rakietkę. Następnie z całej siły nadeptuje się pompkę, a sprężone powietrze wypycha ją na wysokość kilkudziesięciu stóp. Rewelacja!

Razem z dzieciakami czekałem cierpliwie na swoją kolej. Zabawa była przednia, wszystkim się podobało. Polecam.

Oczywiście zabawka ta znalazła się na liście zakazanych i niebezpiecznych.

Czemu?

Bo przecież w czasie, gdy jedno dziecko naciska pompkę, drugie może się nad rakietką pochylić. Nieszczęście gotowe, oka brak!

Mój komentarz do ich spostrzeżeń? Niech się, do cholery, nad rakietką w tym czasie nie pochylają!

Ale co będziemy tu snuć rozważania teoretyczne. Mimo mrozu i śniegu wyszedłem na zewnątrz, spiąłem rurki, pompki i rakietki, pochyliłem się nad całością i ile pary w nodze nacisnąłem.

Walnęło w czoło, fakt. Gdybym był młodszy, pewnie bym zrobił niezłą aferę z wykorzystaniem łez i donośnego płaczu. Jednak do uszkodzenia ciała było daleko. Swoją opinię podtrzymuję.

Lista nie ma sensu, bo nawet dla niedorozwiniętych rodziców, a takich nie brakuje, na każdej zabawce wielkimi literami i wyraźnie określony jest dopuszczalny wiek dziecka i mnóstwo ostrzeżeń. Tego nie wolno, tego robić nie należy. Tu uważaj, a tym baw się tylko na zewnątrz.

Nawet jeśli, załóżmy, jakieś dziecko w nieodpowiedni sposób wykorzysta młot Thora lub maczugę Herkulesa i zdzieli kolegę lub siostrę, to za chwilę sam dostanie w podobny sposób. Lekcja pobrana, wie czym to grozi, w przyszłości będzie uważał. Tak wychowały się kolejne pokolenia i jest to jedyny sposób poznania świata oraz konsekwencji nieprzemyślanych interakcji z rówieśnikami.

Problemem są takie organizacje, tworzące durne listy niebezpiecznych zabawek, a także rodzice czytający je i bijący w raban przy każdej okazji, gdy coś potencjalnie "niebezpiecznego" pojawi się na rynku. Nie kupuj. Ale nie zabraniaj innym.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Z Andrzejem Kulką w świat: Birma 2018, część 4

Czwartek, 18 stycznia

Po trzech dniach aklimatyzacyjnego pobytu w stolicy Tajlandii lecimy w końcu do Birmy, a ściślej do Związkowej Republiki Mjanmy. Międzynarodowy port lotniczy Don Mueang w Bangkoku, godzina 11:10, wznosimy się w niebo odrzutowcem A320-200 linii lotniczej Air Asia, rejs FD 244. Nasz lot do Mandalaj potrwa tylko godzinę i czterdzieści minut, w sam raz, aby wypełnić formularz imigracyjny i przypomnieć sobie podstawowe informacje o nadal tajemniczym kraju w dolinie rzeki Irawadi.

O godzinie 12:20 lokalnego czasu lądujemy na niedawno zbudowanym lotnisku w Mandalaj, gdzie jest 30 minut wcześniej niż w Bangkoku. Jedziemy prosto do renomowanego hotelu Eastern Palace, zostawiamy bagaże i z marszu ruszamy na obiad. Znana mi już z poprzedniego roku restauracja Mingala Bar serwuje wyborne dania birmańskie z ogromnym wyborem egzotycznych jarzyn i owoców. Większość z nas wybiera lokalną rybę z płynącej niedaleko rzeki i miejscowe piwo o jakże adekwatnej nazwie Myanmar. 

Po obiedzie zatrzymujemy się w świątyni Shwe Nan Taw Kyaung czyli Złotym Klasztorze, który był jednym ze 114 królewskich apartamentów przeniesionym z pałacowego kompleksu. Pokryty płatkowym złotem, wzniesiony w 1837 roku pawilon z tekowego drewna uniknął w ten sposób zniszczenia, kiedy Anglicy zbombardowali i zupełnie zniszczyli cały zespół pałacu Mandalaj. Filigranowa świątynia pokryta jest setkami misternych płaskorzeźb a wewnątrz zachowały się ślady złoceń na ścianach i suficie. Akurat do klasztoru przybyli z wizytą buddyjscy mnisi i zgodzili się, żeby im wykonać serię zdjęć w jakże oryginalnej scenerii. 

Jest już późne popołudnie, najwyższy czas by wyjechać na szczyt dominującego nad miastem wzgórza Mandalay Hill, skąd mamy podziwiać zachód słońca nad potężną Irawadi. Droga na 240-metrową górę jest kręta, wąska i musimy przesiąść się z naszego wygodnego autobusiku na rozklekotanego "tuk - tuka". 

Wzgórze Mandalaj było traktowane jako święta góra, gdzie - zgodnie z legendą - przebywał sam Gautama Siddhartha (czyli Budda) i przepowiedział, że u stóp góry powstanie wielkie miasto. Na samym szczycie znajduje się teraz świątynia Su Taung Pyae oraz platforma widokowa ze wspaniałym widokiem na milionowe miasto, otaczające je tereny, pobliskie góry i rzekę Irawadi. 

Każdego popołudnia wychodzi (lub wyjeżdża ruchomymi schodami, jak my) tutaj mnóstwo turystów i pielgrzymów, by oglądać czerwony dysk słońca nurzający się w zachodni horyzont. Jest to chwila magiczna, zapadają ciemności, rozświetla się miasto i kolorowe lampki na świątynnych pagodach. 

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Birmy i Bangkoku w styczniu 2019. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773 237 7788.

Memento mori, mówili starożytni Rzymianie. Pamiętaj, że umrzesz. Ktokolwiek widział, jak umiera żywa istota, ten wie, że śmierć nie przychodzi w sposób definitywny i ostateczny. Śmierć to seria małych śmierci. […] Każda śmierć jest więc śmiercią licznego zbioru żywych istot. […] Przekonałem się o tym przy uboju szynszyli. (s. 83)

***

Czy „Dziki” Guillermo Arriagi wielką powieścią jest, a jeśli tak, to dlaczego i na ile? Jest powieścią zdecydowanie obszerną, bo liczy prawie siedemset stron. Co one kryją, albo raczej, jakie światy przed nami odkrywają?

***

- ten, który oswobadza zwierzę trzymane w niewoli (etymologii zdarzeń, część trzecia, s. 347)

***

„Dziki” jest oczywiście głęboko osadzony w kulturze współczesnego Meksyku, a w szczególności w unikalnym mikroświecie wielkiego Mexico City. Nie jest to jednakowoż jedyna przestrzeń powieści. Jest jeszcze bezkresna, podbiegunowa Kanada. Dlaczego te dwa, zupełnie nieprzystające do siebie, obszary określają całą narrację? Żeby znaleźć odpowiedź, musimy przejrzeć się temu, co składa się na znaczenie i zakres tytułu książki. Ów „Dziki” jest kluczem do tej, nieomalże siedmiuset stronnicowej, historii człowieka i zwierzęcia, albo raczej istoty, która jest czymś/kimś zaistniałym w przenikaniu się tychże. Żeby zrozumieć o co w tym przenikaniu chodzi, musimy przyjrzeć się dość szczególnemu tekstowi innuickiemu zatytułowanemu „Magiczne słowa”. Ta hipnotyczna pieśń anonimowego autora zaczarowuje nas historią o złotym wieku, gdy wszystko było piękne i doskonałe, a jednocześnie zawęża znacząco obszar poszukiwań sensów skrywających się za tytułem powieści:

Na początku czasów

Na ziemi żyli ludzie i zwierzęta,

Człowiek, kiedy zapragnął, mógł się zmienić w zwierzę,

A zwierzę w człowieka.

Czasami byli ludźmi,

a czasem zwierzętami

I nie było między nimi różnicy.

Wszyscy mówili tym samym językiem.

W tamtych czasach słowa były magiczne.

Umysł ludzki miał tajemniczą moc.

Słowo wypowiedziane przypadkiem

Mogło spowodować niespodziewane konsekwencje.

Nagle nabierało życia

I to, co ludzie pragnęli, żeby się stało,

Naprawdę się działo, wystarczyło tylko wypowiedzieć słowo,

Nikt nie może tego wytłumaczyć,

Ale tak było wcześniej. (Dziki, s.678)

Ta magiczna, mitologiczna opowieść o rzeczywistości unikalnie harmonijnej, pozostawia nas w powiewie nostalgii za tym, co bezpowrotnie utracone i w istocie cała powieść Arriagi jest zasnuta takim właśnie niedefiniowalnym smutkiem za czasem utraconym, a głównym znakiem łączącym różne wątki tej powieści jest /wilk/ - ten rzeczywisty, bardzo wilczy w swej wilczości i ten symbolicznie i magicznie wilkiem podszyty. To intrygujące przenikanie się człowieka i zwierzęcia na u Arriagi fascynujące realizacje:

„Ten wilk będzie twoim bogiem. Nocą będziesz się wsłuchiwał w jego skowyt, pewny, że nie zwołuje innych wilków, lecz przywołuje ciebie. Któregoś dnia wasze spojrzenia się spotkają i z jego oczu wyczytasz, kim jesteś. Tym wilkiem jesteś ty. Codziennie będziesz wyruszał na poszukiwanie głosu, który cię przyzywa, głosu twojego boga, twojego niepojętego boga. A jeśli nie uda ci się go upolować w tym życiu, będziesz musiał go tropić w kolejnych życiach, aż w końcu go dopadniesz.

Amaruk stał na szczycie góry i obserwował wielkiego, szarego wilka oraz jego stado rozproszone po lesie. Postanowił nazwać go Nujuaktutuk – Dziki.” (s. 92) […] Chuck odparł, że nie ma pojęcia, ale że w inaktitut Amaruk oznacza /wilk/.” (s. 413)

To zdarzenie stanowi początek całej serii sytuacji, w których losy zwierząt i ludzi splatają się w „Dzikim” w jedną całość. Nic nie jest tu przypadkowe i nic nie jest samo w sobie. Wszystko i wszyscy są u Arriagi znaczącymi elementami logicznie skontrowanego, uporządkowanego kosmosu i wszyscy muszą odegrać swoją rolę w owych historiach, które mają ze sobą wiele wspólnego. I dzieje się tak bez względu na to, czy bohaterowie powieści tego chcą czy nie, czy zdają sobie z tego sprawę, czy też nie. Co najbardziej intryguje w „Dzikim” to obsesyjne wręcz nałożenie na owe relacje kategorii śmierci. Wszechogarniające epatowanie umieraniem, rozpadem, cierpieniem, torturami. Można przyjąć, że „Dziki” to powieść emanująca umieraniem:

- umiera w nieskończenie długich mękach topienia się brat Juana Guillermo, Carlos

- umiera w łonie matki brat bliźniak głównego bohatera

- umiera porażony paraliżem Amaruk, ale zanim to się stanie, powoli zjadają go kojoty

- giną w wypadku samochodowym rodzice Juana

- kona w szaleństwie psychicznej niemocy i własnych fekaliach sprawca śmierci Carlosa – Humberto

- popełni samobójstwo przez powieszenia farmer/szaman/schizofrenik, który widzi rzeczy dla innych zakryte

- ukochany pies Juana, King umiera w płomieniach palącego się domu

- szynszyle z hodowli Carlosa są zabijane setkami

Śmierć jest obsesyjnie widoczna w całej powieści, od jej początków, aż do samego końca. Ta obecność jednakowoż nie przeistacza jej w martwą naturę z wędzidłem czy też bez niego – paradoksalnie powieść nie jest martwa, jest żywa. Na czym ten paradoks polega? Na przenikaniu się różnych rzeczywistości, tych zwierzęcych i człowieczych, tych magicznych i realnych, niezwykle wyrafinowanych intelektualnie i potwornie prymitywnych, tych liberalnych i skrajnie konserwatywnych - na nieustannym ich splataniu się w poszukiwaniu, a czasem w odkrywaniu sensów, które albo niosą ze sobą, albo które skrywają.

Życie w „Dzikim” to nieustające umieranie, ale :

„ktokolwiek widział, jak umiera żywa istota, ten wie, że śmierć nie przychodzi w sposób definitywny i ostateczny. Śmierć to seria małych śmierci. […] Każda śmierć jest więc śmiercią licznego zbioru żywych istot. […] Przekonałem się o tym przy uboju szynszyli, […] Każde popołudnie spędzone na uboju szynszyli było dla mnie lekcją biologii, anatomii i filozofii. Dowiedziałem się, co to jest powieź, jak działają ścięgna, gdzie zbiera się tłuszcz, jaki kolor mają mięsnie, jak wygląda błona otaczająca serce, jak cienka jest linia między życiem a śmiercią. (s. 83)

Paradoksalnie umieramy nieustannie, zatem jesteśmy częścią swoiście odwróconego procesu nieśmiertelności, czegoś co trwa wiecznie. Widać to praktycznie w każdym, misternie wkomponowanym w całość, elemencie opowieści tworzącej „Dzikiego”. Co najdziwniejsze i szczególnie irytujące w tej wyrafinowanej technice aplikacji, która Arriaga posiadł w stopniu mistrzowskim, jest zakończenie, albo raczej zwieńczenie wszelkich wątków tekstu, czyli wypuszczenie na wolność potomka Nujuaktutuka, Kła. Niebywale banalizuje to całość konceptu – przypomina raczej radosne hollywoodzkie happy endy, aniżeli ostateczną decyzję w historii umierania człowieka i zwierzęcia.

Jest to o tyle dziwne, że jeśli spojrzeć na wszystkie, poprzednio już cytowane kategorie, tworzące cztery etymologie zdarzeń powieściowych, to wypuszczenie Kła na wolność nijak się ma do gatunkowego ciężaru spraw i tematów, wokół których powieść jest zbudowana. Przypomnijmy tylko niektóre z nich:

Etymologia zdarzeń (część pierwsza) /s.204/

opuszczenie, bezradność, zabójca, bóstwo, intymny, wprowadzać, zazdrość, zwierzę, embrion, wróg, dusić, rana, patrzeć, ciemny, namiętność, współczucie, dziki, zdrada i CHAOS

***

Etymologia zdarzeń (część druga) /s.261/

uzależniony, prawdziwy, wypadek, spuść psa z uprzęży, pragnienie, moje przeznaczenie

Ale czy takie zakończenie jest naprawdę dziwne, hollywoodzkie i kiczowate? Zobaczmy co się dzieje w etymologii zdarzeń części trzeciej i czwartej:

- ten, który oswobadza zwierzę trzymane w niewoli

***

- graviora manent; najgorsze dopiero nadejdzie

Kontynuacja za tydzień

Zbyszek Kruczalak