----- Reklama -----

Monitor 10/19/2018

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 375

FHA 203 (b) MORTGAGE INSURANCE – ubezpieczenie pożyczki FHA 203 (b): program FHA ubezpieczający pożyczki na zakup lub przefinansowanie domu, w którym będzie mieszkał pożyczkobiorca (principal residence). Mogą to być domy najwyżej czterorodzinne, tzw. czwórki; nieruchomości zawierające więcej niż 4 mieszkania są traktowane już jako nieruchomości komercyjne i nie są właczone do programu FHA.

FHA 203K REHAB MORTGAGE INSURANCE – ubezpieczenie remontowej pożyczki FHA 203k: program FHA ubezpieczający pożyczki na zakup domów (maksymalnie czterorodzinnych) wymagających remontów i napraw (z programu wyłączone są nieruchomości przeznaczone na inwestycje). FHA 203k oferuje ubezpieczenie długoterminowej pożyczki o stałym oprocentowaniu, która pokryłaby zarówno sumę potrzebną na zakup nieruchomości jak również koszty remontu. Proces uzyskania finansowania jest dłuższy niż przy pożyczkach innego typu. Jeśli wyceny napraw i remontu są wykonane w ciągu 2 tygodni po podpisaniu kontraktu kupna, transakcja powinna zamknąć się w ciągu 3 miesięcy. Jest to świetne rozwiązanie dla kupującego, gdyż typowe pożyczki przeznaczone na naprawy są zwykle długoterminowe i wysokooprocentowane.

ILLINOIS CONDOMINIUM PROPERTY ACT – Akt Prawny Illinois o Mieszkaniach Własnościowych: akt prawny regulujący tworzenie osiedli opartych na zasadach mieszkań własnościowych w stanie Illinois. Prawo zabrania tworzenia tego typu osiedli na ziemi dzierżawionej. Do deklaracji o utworzeniu mieszkań własnościowych (condominium declaration) musi być dołączona mapka geodezyjna (survey) określająca granice działki, na której położone jest osiedle, oraz wymiary i rozkład każdego mieszkania.  

ILLINOIS HUMAN RIGHTS ACT – Ustawa Stanu Illinois o Prawach Człowieka: prawo stanu Illinois zabraniające dyskryminacji określonych chronionych grup w transakcjach związanych z obrotem nieruchomości, przy uzyskaniu zatrudnienia oraz dostępie do obiektów użyteczności publicznej. Oprócz grup chronionych przez prawo federalne, prawo stanu Illinois chroni również przed dyskryminacją ze względu na wiek, stan cywilny, orientację seksualną oraz status służby wojskowej.

INCOME APPROACH – metoda wyceny nieruchomości oparta na analizie dochodu: metoda najczęściej stosowana przy wycenie wszelkich nieruchomości przynoszących dochód, takich jak budynki apartamentowe, biurowce, banki, sklepy, budynki przemysłowe, itp. Metoda ta oparta jest na założeniu, że wartość danej nieruchomości komercyjnej uzależniona jest od wysokości dochodu, jaki ona przynosi.

INCOME STREAM – strumień dochodu: regularny dochód, który przynosi dana nieruchomość komercyjna.

INDUSTRIAL PROPERTY – własność przemysłowa: nieruchomości komercyjne wykorzystywane m.in. do produkcji fabrycznej lub dystrybucji.

INDUSTRIAL ZONE – strefa przemysłowa: kategoria zagospodarowania przestrzennego obejmująca nieruchomości użytkowane do celów przemysłowych – produkcji (manufacturing) oraz składowania i dystrybucji (warehousing and distribution).

INSPECTION CONTINGENCY – warunek przeprowadzenia inspekcji: jeden z warunków zawartych w kontrakcie kupna / sprzedaży nieruchomości chroniących nabywcę, który ma prawo w określonym terminie, zwykle w ciągu pięciu dni roboczych od daty podpisania kontraktu, przeprowadzić profesjonalną inspekcję nieruchomości; defekty ujawnione w wyniku inspekcji mogą stać się podstawą unieważnienia umowy.

INSPECTION PERIOD – okres inspekcji: okres dokładnie określony w kontrakcie kupna / sprzedaży nieruchomości, w którym nabywca może przeprowadzić, na swój koszt, różnego rodzaju inspekcje – w przypadku zwykłej inspekcji domu jest to zwykle okres 5 dni roboczych (5 business days) od daty podpisania umowy.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645       
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com

Facebook ogłosił zdjęcia 3D w trakcie konferencji F8. Po kilku miesiącach od zapowiedzi nowa funkcja w końcu jest wdrażana u wszystkich użytkowników popularnej społecznościówki. W ten sposób zdjęciom portretowym można nadawać efekt trójwymiarowości.

Dodanie zdjęcia 3D na Facebooku jest naprawdę proste. Najpierw musimy zrobić zdjęcie w trybie portretowym. Następnie zacząć tworzyć nowy post w aplikacji. Potem z dostępny opcji trzeba wskazać 3D Photo.

Po dodaniu zdjęcia 3D na Facebooku zobaczycie, że poruszając telefonem elementy na fotce będą "ruchome". Funkcja jest już wdrażana, ale nie widzą jej jeszcze wszyscy użytkownicy społecznościówki Zuckerberga.

 

Huawei Mate 20 oraz Mate 20 Pro

Huawei w londyńskim centrum konferencyjnym Excel pokazało swoje nowe flagowce, czyli Huawei Mate 20, Mate 20 Pro, Mate 20 X oraz Porsche Design Mate 20 RS. Smartfony mają na pokładzie m.in. pierwszy na świecie 7-nanometrowy mobilny chipset AI Kirin 980.

Huawei Mate 20 dostanie wyświetlacz 6,53 cala FHD+ o rozdzielczości 2244 na 1080 pikseli o jasności 820 nitów i niskim zużyciu energii. Mate 20 Pro z kolei będzie mieć wyświetlacz 6,39 cala 2K+ OLED o rozdzielczości 3120 na 1440 pikseli. Telefonu będą miały także czytnik linii papilarnych umieszczony pod ekranem.

Smartfony dostaną także po trzy aparaty główne. Huawei Mate 20 będzie miał aparat 16+12+8 Mpix. Huawei Mate 20 Pro z kolei dostanie aparaty 40+20+8 Mpix, przy czym to najpotężniejszy obiektyw będzie szerokokątny, a ten o matrycy 20 Mpix ultraszerokokątny. Aparat 8 Mpix dostanie potrójny teleobiektyw, czyli pozwoli na potrójny zoom optyczny.

Co ciekawe, w smartfonach tych będziemy mogli zastosować nowy typ karty pamięci, czyli NM Card (Nano Memory Card). Huawei uważa, że będzie to nowy standard kart o 45% mniejszych od microSD. Jest to rozwiązanie o tyle wygodne, że większość nowych telefonów i tak jest wyposażona w sloty na kartę nanoSIM, a nie microSIM.

Mate 20 będzie dostępny w aż pięciu kolorach – Black, Twilight, Pink Gold, Midnidht Blue oraz Emerald Green.

 

Google Pixel 3 XL ma najlepszy ekran wśród smartfonów

Google Pixel 3 XL według specjalistów z DisplayMate ma najlepszy ekran wśród smartfonów. Tym samym iPhone Xs Max musiał ustąpić pola telefonowi firmy z Mountain View. Wyświetlacz OLED smartfona Pixel 3 XL otrzymał ocenę A+. Specjaliści zachwalają m.in. świetne odwzorowanie kolorów oraz dobre podświetlenie w trakcie patrzenia pod kątem.

Google Pixel 3 XL ma najlepszy ekran wśród smartfonów i tym samym detronizuje iPhone'a Xs Max, który do tej pory pod tym względem był liderem. Specjaliści z DisplayMate, którzy wydali taką opinię, przyjrzeli się nowemu ekranowi OLED od Google z bliska.

Ekran smartfona Google Pixel 3 XL wyróżnia się świetnym odwzorowaniem kolorów, czego nie można było powiedzieć o Pixelu 2 XL. Specjaliści wspominają również o rekordowo niskim spadku jasności ekranu w trakcie patrzenia pod kątem. 30-stopniowy kąt jest w stanie spowodować zmniejszenie jasności wyświetlaczy smartfonów nawet o 55%. W Pixelu jest to tylko 28%. Smartfon ma też rekordowo niski współczynnik odbicia, który wynosi zaledwie 4,3%. To rekord wśród telefonów.

 

iOS 12 i Android 9.0 Pie – który, który bardziej popularny?

W zaledwie miesiąc po oficjalnej premierze iOS 12 połowa posiadaczy iPhone'ów i iPadów zdecydowała się na aktualizację oprogramowania systemowego. Takie dane przedstawiła firma Apple w oparciu o informacje pozyskane z AppStore. Okazuje się, że 54% urządzeń z logo nadgryzionego jabłka wyprodukowanych w ciągu ostatnich 4 lat pracuje już pod kontrolą iOS 12. Jeśli spojrzymy na wszystkie aktywne sprzęty od Apple, to odsetek ten jest nieco mniejszy, ale nadal sięga 50%.

Jak na takim tle wypada Android 9.0 Pie? Już nie tak dobrze. Przez dwa miesiące od premiery tylko 0.1% wszystkich aktywnych urządzeń została zaktualizowana do tej wersji systemu operacyjnego. Nie jest to dobry wynik, ale platforma od Google znana jest z dużej fragmentacji. Takie porównanie jest jednak nieco krzywdzące dla firmy z Mountain View, bo ma ona wpływ jedynie na aktualizacje wydawane na smartfony z serii Nexus oraz Pixel. Jeśli weźmiemy tylko te pod uwagę, to okaże się, że aż 75% użytkowników korzysta już z najnowszej wersji Androida.

 

Photoshop CC zostanie udostępniony na iPady

Photoshop na iPada nie jest w rzeczywistości dokładnie tą samą aplikacją, która dostępna jest na komputery. Adobe musiało ją trochę zmodyfikować. Głównie po to, aby dostosować funkcje pod kątem ekranów dotykowych. Narzędzie oferuje jednak znacznie więcej możliwości od okrojonego Photoshopa na urządzenia mobilne, który dostępny jest od kilku lat.

Photoshop na iPada jest częścią projektu Gemini. W jego ramach Adobe chce umożliwić twórcom pracę nad różnych urządzeniach. Synchronizacja odbywa się poprzez chmurę, a więc rozpoczęte projekty na jednym urządzeniu można kontynuować później na innym.

Photoshop na iPada będzie dostępny dla użytkowników Creative Cloud bez dodatkowych opłat.

Opracował: Daniel Odroniec               
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

***

„Homeopatia nie ma prawa działać – we współczesnym światopoglądzie naukowym i medycznym po prostu nie ma na nią miejsca. Wbrew temu, co twierdzą jej zwolennicy, nie tylko farmakologia jako taka, ale też dynamika i struktura wody czy etanolu – a to przecież rozpuszczalnik, siłą rzeczy, musiałby stanowić „nośnik” leczniczego oddziaływania preparatów homeopatycznych – znane są już dziś wystarczająco dobrze, aby stwierdzić to z wysokim stopniem pewności”.

***

Wróćmy jeszcze na moment do niebezpiecznego aspektu fenomenu, jakim jest homeopatia. Przytoczyłem w ubiegłym tygodniu obszerne fragmenty tekstu Łukasza Lamży zatytułowanego „Wysokie stężenie absurdów”. Mało jest tak dobrze opracowanych krytyk leczenia homeopatycznego, jak ten właśnie artykuł zamieszczony w Piśmie – Magazynie Opinii z września tego roku. Pokazuje on jasno i wyraźnie wszelkie zagrożenia związane z konceptem „leczenia” produktami, bo przecież nie lekami, homeopatycznymi.

Jakie to niebezpieczeństwa? Przyjrzyjmy się jeszcze raz głównym tezom tekstu Łukasza Lamży:

- leczenie jest pozorne, działa na zasadzie efektu placebo

- leki nie są lekami, mają jedynie charakter placebo

- lekarze przepisują owe produkty, bo mają z tego korzyści i to wcale nie o charakterze placebo, ale bardzo wymierne

- „leczenie” homeopatyczne nie pomaga, na szczęście także nie szkodzi

- homeopatia nie ma nic wspólnego z ziołolecznictwem, mimo to jest często z nim mylona

- środki homeopatyczne generują wielomilionowe zyski dla korporacji je produkujących

- owe zyski są efektem wykorzystywania naiwności i głupoty ludzkiej.

Można by spytać – i co z tego? Jeśli mam ochotę wydać swoje pieniądze na taki „lek”, co to kogo może obchodzić? W istocie – nic to nikogo nie powinno obchodzić – ale czy rzeczywiście?

Jeśli dziecku przepisuje się na kaszel i zapalenie górnych dróg oddechowych wyciąg z wątroby i serca kaczki francuskiej w rozcieńczeniu tak wysokim, że z owej kaczki nic w tym leku już nie ma, to chyba jednak nie jest to sytuacja, która nikogo nic nie powinna obchodzić! Po pierwsze, w jaki sposób wyciąg z wnętrzności kaczki może leczyć przeziębienie, po drugie, jeśli już nawet przyjmiemy, że można tym ekstraktem coś wyleczyć (cuda się przecież ponoć zdarzają), to czemu w owym leku, zwanym zresztą Oscillococcinum, nie ma nic z owej wspomnianej, francuskiej kaczki, bo poziom rozcieńczenia „leku” jest tak wysoki, że w istocie zażywamy granulki jakiejś neutralnej substancji.

No to co z tego? Mógłby ktoś pytać dalej, z uporem maniaka. Moja kasa, moje dziecko, moja sprawa, a poza tym jest tyle opracowań i tyle publikacji na całym świecie, we wszystkich językach, które mówią coś zupełnie przeciwnego – „udowadniają”, że homeopatia to jest to!!!

To prawda. Samych tylko książek na temat leczenia homeopatycznego jest nieskończona ilość. Wystarczy wymienić tylko te najpopularniejsze:

„Homeopatia – zdrowie i natura”, Christopher Hammond (2016): Praktyczny i wszechstronny poradnik przeznaczony dla każdego, kto chciałby pogłębić swoją wiedzę na temat preparatów homeopatycznych i zasad homeopatycznej metody leczenia. To starannie opracowane kompendium wiedzy o bezpiecznych i skutecznych lekach.

„Homeopatia – alternatywny sposób leczenia”, Beata Moksa-Kwodzińska (2014): Jak mówi już sama nazwa – homeopatia to metoda zwalczająca „podobne podobnym”. Taka specyfika działania ma na celu pobudzenie sił obronnych organizmu, a w konsekwencji – pomoc w samodzielnym poradzeniu sobie z chorobą, bez ingerencji środków farmakologicznych, które prócz efektu leczniczego mogą wywoływać również wiele skutków ubocznych.

„Homeopatyczna apteczka dla każdego”, Rajmund Andrzej Kozłowski (2012): Jeśli dręczą Cię uciążliwe dolegliwości i wypróbowałeś już wiele dostępnych środków, a wciąż nie czujesz ulgi, to dobrze trafiłeś. Trzymasz w ręku skarbnicę wiedzy na temat homeopatii - uznanej na całym świecie integralnej i komplementarnej części medycyny. Homeopatia pobudza naturalne możliwości obronne organizmu, natomiast leki homeopatyczne łagodnie i trwale przywracają zdrowie. Dzięki temu poradnikowi sam świadomie wybierzesz preparat, który pomoże Tobie i bliskim.

Nic dodać, nic ująć. Wszystkie trzy, wybrane losowo tytuły, rewelacyjnie manipulują potencjalnym nabywcą produktów homeopatycznych żonglując stereotypowymi i nadzwyczaj wątpliwymi argumentami. Pierwsza publikacja już przez tytuł i okładkę sugeruje leczenie oparte na ziołolecznictwie, co jest kompletnym nieporozumieniem. Moc ziół jest oczywista i opiera się na chemicznym ich składzie, który dopasowany do konkretnej dolegliwości działa tak samo jak lek sztucznie wygenerowany w laboratoriach, tyle, że jest naturalny i generalnie nieszkodliwy. „Lek” homeopatyczny ma w swych założeniach, ma działać na zupełnie odmiennych zasadach. Jakich?

Jak pisze Łukasz Lamża:

„Jest jednak jeszcze inny powód – mówią homeopaci – dla którego aspiryna wrzucona do Atlantyku nie leczy każdego, kto zachłyśnie się wodą podczas wakacji na Florydzie. Substancja rozcieńczona w stopniu homeopatycznym działa „na odwrót”. To nie jest tak, że zwykły lek przeciwgorączkowy obniża gorączkę „dwa razy”: raz w zwykłej, medycznie akceptowanej dawce efektywnej, a potem „drugi raz”, w dawce ultraniskiej. Homeopatycznym lekiem przeciwgorączkowym byłoby raczej coś, co w dawce efektywnej wywołuje gorączkę. Stąd, przykładowo, sprzedawany w Polsce produkt homeopatyczny Neurexan (produkcji Heel Polska), wskazany do stosowania „w zaburzeniach snu i stanach wzmożonego napięcia nerwowego”, zawiera jako jeden ze swoich głównych składników silnie rozcieńczoną kawę. Rozumowanie jest proste: ponieważ kawa pobudza, to w dawce homeopatycznej uspokaja.” (s.21)

Kolejna dwie wybrane książki manipulują czytelnikiem równie skutecznie jak pierwsza, mówiąc o alternatywnym sposobie leczenia chorób. Nie może być jednakowoż mowy o żadnej alternatywie leczenia tradycyjnego z tego prostego powodu, że homeopatia działa jedynie na zasadzie efektu placebo i nie ma absolutnie żadnych, niepodważalnych danych na jakakolwiek alternatywną skuteczność homeopatii, oczywiście z wyjątkiem siły naszej świadomości czy podświadomości, bo jak wiadomo wiara może zdziałać cuda łącznie z przenoszeniem gór, a działanie efektu placebo wielokrotnie to potwierdziło.

I nie byłoby o co kruszyć kopii, gdyby nie dosyć zatrważający fakt, iż pogrążeni w oparach absurdalnych przekonań i stereotypów nabijamy kabzę firmom farmaceutycznym, które zarabiają miliardy na naszej łatwowierności, głupocie i wierze, na przykład w coś takiego jak „pamięć wody”:

„Zwolennicy homeopatii szybko zorientowali się, że zgodnie ze współczesną wiedzą nie można utrzymywać – co mógł jeszcze robić Hahnemann – że w fiolce ultrasilnie rozcieńczonego preparatu znajduje się jakikolwiek materialny element tego preparatu (na przykład wyciągu z kaczki). Szczególnie popularna stała się więc teoria „pamięci wody”: idea, że to sama woda, będąc w kontakcie z rozpuszczaną substancją, w jakiś sposób trwale zmienia swoją strukturę tak, że później wykazuje odmienne działanie, mimo że samej substancji już w niej nie ma. Jest więc zgoda, że leżące na półce w aptece Oscillo nie zawiera już nawet i jednego atomu pochodzącego od francuskiej kaczki, jednak informacja pochodząca od niej została przekazana, za pośrednictwem wody, cukrowym granulkom”. (s.23)

I co Wy na to?

***

Artykuł Łukasza Lamży można znaleźć w Piśmie- Magazynie Opinii nr 9, z tego roku.

Zbyszek Kruczalak

Biorę się za siebie! Ponownie. Znów. Po raz setny! Podobnie jak miliony innych mężczyzn w moim wieku. Jednak tym razem sprawę przemyślałem i inaczej swój przyszły wysiłek umotywowałem.

Nie chodzi o wygląd, o nie...

Wszystko zaczęło się kilka tygodni temu, gdy odwiedzili nas znajomi. Stojąc przy wyspie kuchennej i rozmawiając na różne tematy (10 proc. stanowiły zmieniające się pory roku, kolejne 10 proc. wychowanie dzieci, pozostałe 80 proc. zdrowie oczywiście), każdy z nas podgryzał jakąś przekąskę i popijał jakimś napojem.

W pewnym momencie na blacie pojawił się słoik, marynowanych grzybków chyba. Taki niewielki, zwykły... słoiczek wręcz. Jako gospodarz chwyciłem go w dłonie i wykonałem ruch mający na celu otwarcie wieczka. Nawet nie drgnęło. Poprawiłem chwyt i tym razem przerywając wypowiadane zdanie w celu nabrania większej ilości powietrza spróbowałem jeszcze raz. Nic. Spojrzałem na otaczające mnie twarze. Wszyscy milczeli i z zainteresowniem oczekiwali ciągu dalszego.

Machnąłem z lekceważeniem ręką i zwaliłem wszystko na tłuste od przekąsek dłonie. Wydawało mi się, że we wzroku współbiesiadników znalazłem zrozumienie. Sięgnąłem więc po ściereczkę do naczyń i korzystając ze wzmocnionego zjawiska tarcia, pewny siebie, ale na wszelki wypadek skupiony, silnie skręciłem obydwie dłonie zaciśnietę na słoiczku i zakrętce.

Oczy wyszły mi na wierzch jak podczas wycieczki na Marsa, w stawach chrupnęło, kolana zadrżały, w uszach zaszumiało. K.... Mać!!!!! - jęknąłem tekstem Jerzego Stuhra z jednej ze scen kultowego filmu.

Jestem już w takim wieku, że nie mam potrzeby robić z siebie herosa i bohatera, więc oddałem słoiczek głupio uśmiechającemu się koledze. Sam spróbuj, cwaniaczku - pomyślałem, a na głos powiedziałem: Coś słabo ze mną, chyba brak treningu.

Kolega ujął słoik, przygotowany na opór naprężył muskuły, zamknął oczy, nabrał powietrza, wzorem wojowników sumo wydał okrzyk i... przekręcił! Właściwie planował, bo nic z tego nie wyszło.

Słoik uparcie bronił swej zawartości.

W tym momencie mieliśmy kilka możliwości: rozbić, posłużyć się nożem i podważyć wieko lub zrezygnować z konsumpcji grzybków.

Żadna inna wersja wydarzeń nie przyszła nam do głowy.

Zwłaszcza taka, że żona kolegi, czyli koleżanka, sięgnie z niedowierzaniem po słoiczek i z łatwością przekręci wieczko. Pyknęło tylko bardzo głośno podczas wyrównania ciśnień i po kuchni rozszedł się zapach marynowanych skarbów leśnych. Lub hodowlanych. Nie pamiętam, jakie to były grzybki.

Sama nieco zdziwiona odstawiła szklany pojemnik na blat i uśmiechnęła się triumfalnie. Niemal natychmiast i równocześnie zaczęliśmy z kumplem wymieniać na głos możliwe wytłumaczenia zjawiska i ustaliliśmy, że swoimi próbami osłabiliśmy wieczko, złamaliśmy plomby i w ogóle umożliwiliśmy jej otwarcie. W głębi duszy obydwaj byliśmy równie zdziwieni jak ona, bo nasze wysiłki naprawdę nie mogły przynieść aż takich efektów.

Reszta wieczoru upłynęła miło, wszyscy starannie omijali temat grzybków i tylko od czasu do czasu wraz z kolegą rzucaliśmy na siebie niespokojne spojrzenia.

Następnego dnia postanowiliśmy wziąć się za siebie. Każdy ma swój plan i pewnie prędzej lub później wdroży go w życie. Mój jest prosty, bo nie zależy mi na włożeniu spodni sprzed trzech lat ani koszulki z ostatnich wakacji. Nie myślę już o przywróceniu sylwetki z czasów coraz bardziej odległej młodości, która mogłaby (ewentualnie) wywołać pełne podziwu spojrzenia mijanych kobiet i zazdrość u innych facetów.

Nie, nie bujajmy w obłokach. Trzeba się obudzić i zrealizować jakiś konkretny plan. Mój dotyczy otwierania słoików. Nie chcę przeżyć takiego upokorzenia ponownie.

Zacząłem od konsultacji z najpopularniejszym doradcą i lekarzem świata, czyli Googlem.

Wpisałem do przeglądarki kluczowe słowa, tj.: zwiotczenie kończyn, zanik mięśni ramienia i przedramienia, itp. Wypluło mi milion wyników, wśród których dominowały strony różnych szpitali, organizacji i związków medycznych. Prawie wszystkie zaliczyły wymienione przeze mnie objawy do jakiejś grupy niebezpiecznych schorzeń. Okazało się, że możliwe jest osłabienie wirusowe lub bakteryjne, ucisk nerwu jednego lub kilku, depresja, choroba wieńcowa, stwardnienie rozsiane, a nawet rak.

Trudno było mi w to uwierzyć, więc skonsultowałem się z prawdziwym lekarzem. Tego, co usłyszałem nie powtórzę, bo nie lubię o sobie źle mówić. A usłyszałem wiele niepochlebnych słów na temat swego stanu umysłowego. Choć jeszcze więcej usłyszał Google. Niesłusznie, uważam. Generalnie w otwieraniu słoików pomóc ma ruch na świeżym powietrzu, w sportowym ubraniu z paskiem lub bez. Kolor butów nie ma znaczenia. Dobrze, bym mniej jadł i czasem podniosł jakiś ciężarek. W celu polepszenia samopoczucia na początek jego wagę mogę zapisywać sobie w gramach, by liczba była wyższa. Jeśli po miesiącu wciąż nie będę w stanie otworzyć grzybków mam dwie możliwości: przestać jeść grzybki albo amputować sobie górne kończyny, bo do niczego już się nie przydadzą.

Po tej rozmowie siedzę teraz znów w Google`u i próbuję dowiedzieć się, jaka jest różnica pomiędzy złośliwością i złośliwą ironią.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Każdy z nas chciałby cieszyć się pięknym, zdrowym uśmiechem do końca życia. Nasz uśmiech jest jak nasza wizytówka. Uśmiech kształtuje pierwsze wrażenie i pozostaje niezapomniany.

Zwykło się uważać, że największym wrogiem naszego pięknego uśmiechu jest czas. Bo z czasem psują się nam zęby, z czasem je tracimy. Wydaje nam się, że to proces starzenia się odbiera nam uśmiech. Tymczasem okazuje się, że dbając właściwie o zęby, przestrzegając zasad higieny, odwiedzając regularnie lekarza dentystę, możemy cieszyć się własnymi, zdrowymi zębami do późnej starości.

Co w takim razie bezpośrednio przyczynia się do utraty zębów? Okazuje się, że największym wrogiem naszych zębów są choroby dziąseł, które mogą się pojawić w jamie ustnej bez względu na nasz wiek.

Paradontozą nazywamy choroby przyzębia, które rozwijają się powoli od drobnej infekcji, a nieleczone prowadzą do obsuwania się dziąseł, utraty zębów i kości w szczęce. Właściwie choroby dziąseł mogą pojawić się w każdym wieku. Nasilenie ich występowania obserwuje się po 35 roku życia. Zwykło się uważać, że to próchnica przyczynia się najbardziej to utraty zębów, okazuje się, że skutecznym złodziejem naszych zębów i uśmiechu może być również paradontoza.

Choroby dziąseł przez bardzo długi czas mogą być zupełnie bezobjawowe. Chory nie dostrzega żadnych zmian w jamie ustnej, nie skarży się na ból czy niedogodność. Pierwsze objawy paradontozy stają się widoczne dla pacjenta, gdy choroba jest już zaawansowana. Zdrowe dziąsło powinno być koloru bladoróżowego i wypełniać całkowicie powierzchnie między zębami i do zębów przylegać. Jeżeli dziąsło jest zaczerwienione i odsłania korzenie zębów to tworzy miejsce dla bakterii, które tworzą tzw. “kieszonki”. Lekarz dentysta w trakcie rutynowej kontroli zębów może bezbłędnie ocenić stan naszych zębów i dziąseł. Wielu pacjentów właśnie w trakcie rutynowych kontroli dentystycznych dowiaduje się, że posiada infekcje dziąseł. Wcześnie wykryta infekcja dziąseł jest uleczalna, a jej leczenie nie jest kosztowne.

Paradontozie sprzyjają wady zgryzu. Leczenie wad zgryzu to nie tylko kwestia estetyki, ale przede wszystkim zdrowia. Nieprawidłowe ustawienie zębów w szczęce prowadzi nie tylko do problemów z higieną, powstawaniu próchnicy, czy do wad wymowy, ale także do chorób dziąseł.

Początki paradontozy wyglądają niewinnie – żółty lub ciemno żółty osad na zębach, potem dochodzą zaczerwienione dziąsła, czasami lekkie krwawienie w trakcie mycia zębów albo nitkowania. Kolejnym etapem może być utrzymujący się nieświeży oddech z ust, nadwrażliwość zębów na gorące albo zimne płyny. Dolegliwości te mogą na chwilę ustąpić, aby po jakimś czasie ponownie powrócić. W zaawansowanej postaci paradontozy szyjki zębów są odsłonięte, zęby wydają się dłuższe. Nawet zdrowe zęby zaczynają się chwiać i są niestabilne, a z czasem mogą wypaść.

Rozwojowi paradontozy sprzyjają także czynniki genetyczne, niektóre choroby takie jak cukrzyca, przyjmowanie niektórych leków, palenie papierosów, picie w dużej ilości mocnej kawy, życie w ciągłym stresie, źle dopasowane protezy, próchnica albo źle dopasowane wypełnienia.

Te wszystkie czynniki statystycznie stanowią tylko kilka procent przyczyn powstawania paradontozy. W większości przypadków przyczyną chorób przyzębia i paradontozy jest niewłaściwa albo niedostateczna higiena jamy ustnej.

Choć zapalenie dziąseł może spowodować utratę zębów, to dobrą wiadomością jest fakt, że choroby dziąseł wcześnie wykryte są uleczalne, a rozwiniętą chorobę dziąseł lekarz, specjalista periodontolog może skutecznie kontrolować i zahamować jej dalszy rozwój.

Najprostszym sposobem poradzenia sobie z chorobami przyzębia jest niedopuszczenie do ich powstania – dzięki właściwej higienie jamy ustnej, używaniu tylko miękkich główek szczoteczek do mycia zębów, nitkowaniu zębów codziennie oraz odwiedzaniu gabinetu stomatologicznego przynajmniej raz w roku. Rutyną powinny być standardowe czyszczenia zębów w gabinecie dentystycznym.

Czyszczenie zębów w gabinecie przez wykwalifikowaną higienistkę ma na celu usunięcie trwałego osadu nazębnego oraz pozbycie się kamienia nazębnego. W trakcie czyszczenia higienistka ocenia także głębokość kieszonek powstałych między dziąsłami a zębami.

Leczeniem zaawansowanej paradontozy zajmuje się lekarz periodonta, którego celem jest naprawa lub regeneracja uszkodzonych struktur przyzębia. Zadaniem dobrego periodontologa jest ocalenie naszych zębów.

Nie lekceważmy pierwszych, niewielkich symptomów chorób przyzębia. Kontrolna, profilaktyczna wizyta u dentysty może ocalić nasze zęby i zaoszczędzić koszty poważniejszego leczenia periodontycznego.

Ważne by mieć świadomość, że leczenie choroby przyzębia przeprowadzamy nie tylko dla efektów estetycznych uśmiechu i dla zachowania funkcjonalności zębów i dziąseł, ale także zdrowia całego organizmu.

Nie pozwólmy, aby paradontoza skradła nam uśmiech i radość życia.

Dorothy A. Anasinski, D.D.S.
Specialist in Periodontics and Dental Implants
Assistant Clinical Professor,
Postgraduate Periodontics, University of Illinois
Diplomat, American Board of Periodontology
Dental Specialists of Niles, P.C.
8216 W. Oakton, Niles, IL 60714
Tel.: (847) 685-6686
www.dentalspecialistsofniles.com

Z Andrzejem Kulką w świat: Birma 2018, część 1

Niedziela 14 stycznia

Podróż z Chicago do Związkowej Republiki Myenmy (bo tak oficjalnie nazywa się teraz ten kraj) jest długa i uciążliwa, co zupełnie nie przeszkadza zaprawionym w podróżach obieżyświatom. A z takich właśnie sprawdzonych w bojach wojażerów składa się nasza dzisiejsza grupa! 

Najpierw lecimy do Tokio, pokonując dystans 10,097 kilometrów (6274 mil) w 13 godzin i 20 minut. Linia lotnicza ANA (All Nippon Airlines) korzysta na tym odcinku z nowoczesnej maszyny Boeing 777 - 300, niosącej nas wygodnie ponad Kanadą, Alaską i Północnym Pacyfikiem. Wystartowaliśmy z międzynarodowego portu lotniczego Chicago O'Hare punktualnie o godzinie 10:30. Lecimy ponad Kanadą; Albertą, Kolumbią Brytyjską i zamarzniętym Jukonem. Po sześciu godzinach lotu pod skrzydłami samolotu ukazały się pokryte śniegiem góry Alaski z wulkanicznym masywem Wrangla św. Eljasza i majestatycznym Denali (McKinleyem), a potem Syberia z doliną rzeki Kołymy i Ojmiakonem. Świetna okazja, aby zaznajomić się z dyskretnym smakiem dobrej, japońskiej sake serwowanej na pokładzie tak długo, aż pasażer jest w stanie ujrzeć przechodzącą tuż obok stewardessę.

Obok mnie siedzi czarnoskóry młodzieniec, który leci służbowo na Okinawę. Po krótkiej i przyjaznej rozmowie wiem już, że on nie wie co to jest Iwo Jima, nie oglądał filmu Hacksaw Ridge i absolutnie nie jest zainteresowany historią tego regionu świata... no cóż, inne pokolenie, inny światopogląd. 

Lądujemy w Tokio/Narita o godzinie 14:45 lokalnego czasu, gdzie jest 15 godzin później niż w Chicago (23:45). Zmieniamy nie tylko godzinę, ale również datę! Tutaj jest już poniedziałek, a więc jeden dzień później niż w domu. Oczywiście, natychmiast przypomina się historia Fileasa Fogga z mojej ulubionej powieści "W 80 dni dookoła świata" Julesa Verne. On, przekraczając Międzynarodową Linię Zmiany Daty w kierunku wschodnim zyskał jedną dobę i wygrał swój życiowy zakład, a my... mamy "w plecy".

Degustacja sake nie przeszkadza, aby poruszyć delikatny temat zdrowia, a konkretnie wpływu długotrwałego siedzenia w rozrzedzonym powietrzu pasażerskiej kabiny. Poza ruszaniem kończynami i obowiązkowym spacerku po korytarzyku "raz na jakiś czas" przydają się specjalne skarpety, uciskowe podkolanówki, jakie można nabyć na lotniskach w USA np. na straganach Brookstone. Ten drobny (44USD) zakup bardzo pomaga pasażerom skarżącym się na puchnięcie nóg a obecność nici z jonami srebra znacznie podwyższa komfort podróży.

Jest więc piątek 15 stycznia, gdy po czterech godzinach oczekiwania (zbyt krótko) pośród kusząco zaopatrzonych sklepów wolnocłowej strefy tokijskiego lotniska, startujemy w końcu do Bangkoku, następnego miasta na drodze do docelowej Birmy. Tym razem to "tylko" 6 godzin i 30 minut lotu, co za ulga po wcześniejszym, trzynastogodzinnym brnięciu poprzez rzadkie i mroźne powietrze Arktyki! Bije północ, gdy pokonując dalsze 4,290 kilometrów lądujemy w stolicy Tajlandii. To jest najdłuższy z naszych dotychczasowych lotów, ale za rok robimy Australię! Będzie dalej, lecz - na szczęście - krócej. 
W uszach nam dzwoni. Słuchając głosu rozsądku mamy tutaj dwie noce, aby nasze organizmy odreagowały trudy długiej podróży i zaaklimatyzowały się do nowych rygorów czasowych. 

Kiedy w końcu docieramy do naszego hotelu w centrum miasta, jest już wtorek. 16 stycznia, godzina 2 nad ranem, a w Chicago zegarki wskazują pierwszą po południu ale... poprzedniego dnia.

Minęło nam 14,400 kilometrów i 30 godzin podróży, od progu domu do progu hotelu. Pora na zasłużony relaks, tylko jak tu odpoczywać, kiedy znaleźliśmy się w jednym z najbardziej egzotycznych miast Dalekiego Wschodu?

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży Exotica Travel, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Birmy i Bangkoku w styczniu 2019. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.