----- Reklama -----

Monitor 10/12/2018

Prawie nie zauważyłem tegorocznego wręczenia nagród Ig Nobel. Zwykle przygotowuję się do tego wydarzenia i zapisuję datę uroczystości w kalendarzu. Siadam później przed komputerem z kubkiem zielonej herbaty i oglądając internetowy przekaz na żywo z Harvardu, na kilka chwil wchodzę do innego świata. Świata niepraktycznych wynalazków i czasami kompletnie bezsensownych pomysłów, które ich autorzy traktują całkiem serio.

Ku mojemu zdziwieniu poważnie traktują również nagrody wręczane za swe dzieła. Z drugiej strony, niektóre gdzieś kiedyś pewnie znajdą zastosowanie.

W tym roku na uwagę zasługiwał stanik, który w kilka sekund zamienić można w maskę pyłowo-chemiczną nakładaną na twarz. Oczywiście, by przykryć twarz musi być sporych rozmiarów. Obecni na sali mężczyźni, laureaci prawdziwego Nobla, z widoczną przyjemnością testowali wynalazek. To według mnie jeden z niewielu zaprezentowanych na gali wynalazków mających szansę na masową produkcję.

Innym dziełem było badanie udowadniające, że szympansy w Zoo równie często naśladują ludzi, jak ludzie naśladują szympansy. Naukowiec z Tanzani wykazał też, iż dieta kanibala jest mniej kaloryczna niż składająca się z innych rodzajów mięs. Zanim ktoś zapyta, były to wyliczenia teoretyczne, na praktyczne eksperymenty uczelnia zgody nie wyraziła.

Po obejrzeniu wręczenia nagród pomyślałem, że o wielu wielkich odkryciach ludzkość nigdy się nie dowie. Na przykład o znaczącym "wpływie wycieczek statkami pasażerskimi na stan umysłu ich uczestników i relacje interpersonalne w rodzinie". Odkrycia dokonał znajomy z żoną i dwójką nastoletnich synów.

Miejsce odkrycia: Karaiby.
Data odkrycia: Minione lato.
Zdobyte nagrody: Brak.

Wszystko zaczęło się niewinnie, od wykupienia rejsu i zrobienia wielkich planów na okres jego trwania. W końcu dla wielu osób to podróż życia. Nawet jeśli trwa tylko kilka dni.

Tuż po wejściu na statek nastąpiło obowiązkowe szkolenie. W samolocie trwa minutę i składa się albo z manualnego pokazania gumki przy masce tlenowej, która podobno ma wypaść z sufitu, albo z filmu pokazującego to samo.

Na statku, zwłaszcza wycieczkowym, lud wkłada kamizelki ratunkowe na siebie, następnie ustawiany jest w rzędach, właściwie kolejkach do szalup. Wszyscy wiedzą jednak, że w razie rzeczywistego zagrożenia należy wrzeszczeć, kopać, bić i spychać słabszych do wody.

Pierwsze posiłki wyglądają zawsze tak samo. Wszyscy stoją z pustymi talerzami i wpatrują się w innych. Czekają na odważnego, który mimo powtarzających się w mediach opowieści o strasznych zatruciach pokarmowych zdecyduje się na pierwszy kęs. Nie wiedzą, że tradycja morska nakazuje zatruwanie siedemnastego posiłku.

Drugiego dnia młodzież zaczyna się nudzić. Okazuje się, że wszędzie już byli, rówieśników niewielu, muzyka straszna, w barach sprawdzają dowody tożsamości, wszędzie słońce i nie można zejść na ląd. Do tego zwiedzili już wszystkie sklepiki-butiki na pokładzie i wykupili wszystko, na co ich było stać.

Trzeciego dnia podobne uczucia zaczynają się udzielać dorosłym. W dodatku jedno z nich odkryło, że od zasady siedemnastego posiłku istnieją wyjątki. W związku z tym następuje przymusowe rozdzielenie rodziny. Część wypoczywa w luksusowej kajucie, bo wyposażonej w okno i łazienkę. Reszta oddaje się przyjemnościom.

Jedna z nich to odwiedzanie zagranicznych portów, do których przybija statek. Niestety najpierw była Floryda, potem dalsza Floryda, wreszcie Meksyk. Kraj bogaty w zabytki, kulturę, tradycję. Również sklepiki-butiki, w których wycieczkowicze spędzili większość wolnego czasu. Wrócili z chińskimi wyrobami kupionymi za amerykańskie dolary i przeświadczeniem, że w sztuce negocjacji jeszcze muszą się podszkolić.

"Chłopaki, oto Meksyk!", powiedział znajomy do swych synów stojąc w kolejce do McDonalda. Chłopaki rozejrzeli się wokół, wzruszyli ramionami i jeszcze bardziej utwierdzili w przekonaniu, że opuszczanie kraju, miasta, domu nawet, nic w ich życie nowego nie wnosi.

W czasie jednego z takich postojów pewna starsza pani głośno narzekała, że nie zapłaciła za to, by z okien swej kajuty podziwiać brzeg. Domagała się natychmiastowego wypłynięcia z portu.

Po powrocie na pokład lud powraca do przerwanych przybyciem do portu czynności. Głównie jedzenia w bufetach, robienia zakupów i picia w barach. Jakiś pasażer nie może zrozumieć, czemu na otwartym pokładzie nad basenem jest tak gorąco. Pozostali udają, że nie wiedzą o co chodzi.

O ile większość ludzi jakoś dawała sobie radę w tych trudnych, luksusowo-wycieczkowych warunkach, to byli też wiecznie niezadowoleni z przepychu. W czasie czwartej kolacji pewne małżeństwo z Iowa nie chciało skorzystać z bufetowej oferty: owoców morza, makaronu w sześciu odmianach, sosów w wielu kolorach i smakach, świeżych owoców i warzyw, szampana i innych drinków. Uparli się, że mają ochotę na omlety, bo rano ich nie zjedli. Omlet ma być i już. Specjalnie dla nich znaleziono w końcu patelnię, wydobyto z lodówki jajka, sery, bekon i inne dodatki. Obudzono też kucharza z porannej zmiany, bo wieczorna specjalizowała się w innych potrawach. Kiedy dwa omlety pojawiły się na talerzach okazało się, że te rano wyglądały lepiej. Oburzone małżeństwo zagroziło napisaniem nieprzychylnej recenzji w Internecie.

Tak minęło siedem dni, głównie na jedzeniu, odwiedzaniu portów i nudzeniu się pomiędzy tymi czynnościami. Rozrywki dostarczała obserwacja innych pasażerów i rozmowy z załogą. Po powrocie znajoma rodzina postanowiła nie widywać się przez tydzień, by nieco od siebie odpocząć. Młodzi chcą jechać pod namiot, ona byle gdzie, a on wszędzie, byle nie na statek.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zakochujemy się wszyscy powoli w urządzeniach tego typu. Alexa, Google Home, Siri lub jakiś inny, inteligentny asystent. Jeśli trend utrzyma się, to do 2021 roku będzie ich tyle, ilu ludzi na Ziemi. Będziemy rozmawiać z nimi w domach, samochodach, sklepach i biurach. Nie tylko o pogodzie i zakupach, Również o marzeniach, uczuciach, problemach i niezapłaconych mandatach. Takie są zamierzenia ich twórców. Czy jesteśmy na to gotowi?

Nie każdy ulega ich urokowi. Są tacy, którzy ufają tym urządzeniom w bardzo ograniczonym zakresie lub po prostu ich nie potrzebują. Z tą inteligencją też na razie nie powinniśmy przesadzać. To zmyślne urządzenia posiadające umiejętność konwersacji na podstawowym poziomie, podłączone na stałe do internetu i czerpiące z niego dla nas informacje.

Wiele osób podejrzewa, że znajdujący się w domu elektroniczny asystent wciąż nas podsłuchuje. W pewnym stopniu mają rację. Jesteśmy na stałym podsłuchu, choć producenci zapewniają, że zapisywane są wyłącznie zdania, jakie padły po usłyszeniu rozpoznawalnej komendy. Musimy być nieustannie podsłuchiwani, bo inaczej słowo takie nie byłoby słyszalne. Na szczęście kasowanie wszelkich danych, w tym nagrań naszych konwersacji, jest stosunkowo łatwe, przynajmniej w przypadku Amazonu i Google.

Niestety, wciąż zdarzają się przypadki, które wzbudzają naszą czujność i ograniczają zaufanie.

Kilka miesięcy temu media donosiły o nagraniu przez Alexę całej rozmowy domowników i wysłania jej pod przypadkowy kontakt w telefonie jednego z nich. Amazon tłumaczył, że urządzenie musiało usłyszeć słowo podobne do komendy rozbudzenia (zamiast Alexa, może ktoś powiedział Lexus, a może Texas?), a następnie źle zinterpretować kolejnych kilka zdań. W ten sposób zwykła pogawędka przy kuchennym stole dla inteligentnego głośnika brzmiała jak seria poleceń.

W innym przypadku kilkuletnia dziewczynka konwersując z Alexą podłączoną do konta rodziców na Amazonie dokonała zakupów na kilkanaście tysięcy dolarów. Zdarzyło się również, że nieproszona uruchomiła połączenie dźwiękowe pomiędzy dwoma urządzeniami w różnych domach i na żywo transmitowała prowadzone w jednym z nich rozmowy. To się zdarza i będzie się zdarzało w przyszłości. Czasami są to błędy użytkowników, czasami oprogramowania. W każdym przypadku zagrożona jest nasza prywatność.

Okazuje się, że obawy przed ingerencją w prywatne życie w najmniejszym stopniu nie powstrzymują nas jednak przed zakupem kolejnego asystenta. Żaden z producentów nie podaje dokładnych liczb, ale wiadomo, że każdy sprzedaje ich miliony – donosi Canalys, firma zajmująca się badaniem rynku technologii. W tej chwili na świecie zamontowanych jest ok. 40 milionów inteligentnych głośników, a do końca roku będzie ich ok. 100 milionów. Tak, właśnie tak błyskawicznie rośnie ich sprzedaż. Niektórzy już nie wyobrażają sobie życia bez dostępu do nich i stałego z nimi kontaktu.

Według niedawnego raportu National Public Radio oraz Edison Research już ponad 8 milionów Amerykanów ma co najmniej trzy takie urządzenia na stałe zamontowane w swoich domach, tak by zawsze byli słyszalni przez jedno z nich i z każdego miejsca mogli wydawać polecenia. Inna firma rynku technologicznego, Ovum, ocenia że w okresie nieco ponad 3 lat inteligentnych urządzeń tego typu będzie tyle, ilu ludzi na świecie. Telefonom komórkowym zajęło to około 30 lat, elektroniczni asystenci zrobią to w dziesięć.

Jednym z powodów jest agresywna promocja i sprzedaż przez Amazon i Google. Specjaliści rynkowi podejrzewają, że przy okazji niektórych promocji obydwie firmy dopłacają do tych urządzeń, a w pozostałych przypadkach nie zarabiają na nich zbyt wiele. Wydawałoby się, że nie ma to sensu. Jednak walka nie toczy się o rynek inteligentnych głośników, ale o opanowanie naszych domów, samochodów, miejsc pracy, etc.

W niedalekiej przyszłości wszystko wokół nas – światła, klimatyzacja, lodówka, ekspres do kawy i toaleta – będzie podłączone do systemów kontrolowanych głosem. Dla producenta ważne jest, by należał on do niego, wówczas znajdziemy się w ekosystemie należącym do określonych firm, usług i produktów. W latach 90. zrobił to Microsoft na rynku komputerów osobistych. Dziś stara się zrobić to Amazon, który oferuje już ponad 20 tysięcy urządzeń współpracujących z Alexą i reprezentujących aż 3,500 różnych firm. Jej głos słychać z ponad 100 różnych gadżetów tworzonych przez niezwiązanych z Amazonem producentów, choć głównym urządzeniem wciąż pozostaje firmowe Echo. Mogą to być też słuchawki, termostaty, systemy alarmowe i samochody. Alexa jest już prawie wszędzie. Po piętach depcze jej Google Home, który dorównuje już pod względem sprzedaży. Wszystkie inne systemy są na razie daleko z tyłu.

Jest w tych urządzeniach coś takiego, co nie pozwala nam przejść obok nich obojętnie. Szczypta przygody i wygody, wkroczenie w przyszłość, radość z inteligentnego komunikowania się z urządzeniem wyłącznie za pomocą głosu. Więc nawet obawiając się ingerencji w naszą prywatność, witamy Echo, Google, Siri i inne w naszych domach. Zamiast bawić się klawiszami, mówimy, jakiej muzyki mamy ochotę posłuchać. Pytamy o pogodę i najnowsze wiadomości. Robimy zakupy. Komunikujemy się z najbliższymi. Robimy to nie ruszając jednym palcem.

Konsekwencje tych zmian na pewno będą spore. Historia ludzkości jest bezpośrednio związana z historią wynalazków. Niektórzy twierdzą, że dzieje ludzkości są wręcz pochodną historii wynalazków. Koło, pług, proch strzelniczy, komputer – wszystkie doprowadziły do rewolucyjnych zmian. Tworzyły i niszczyły całe cywilizacje. Technika związana z zapisem i przesyłaniem głosu, czyli telefon, magnetofon czy radio, odegrały bardzo istotną rolę w historii polityki. Spójrzmy, co telewizja zrobiła z całymi społeczeństwami. Zwróćmy uwagę, jak zmienił nas Internet.

Być może Alexa oraz jej elektroniczni bracia i siostry to tylko kolejne narzędzia do zrobienia tego wszystkiego, co i tak robimy już na ekranach komputerów – zakupów, sprawdzenia pogody, wiadomości, etc.

Przyjaciel, powiernik, terapeuta, doradca, niania

Sprawa wydaje się jednak bardziej skomplikowana. Zamieniamy nie tylko urządzenia, ale przede wszystkim sposób komunikowania się. Zamiast palców używamy mowy, tym samym podnosząc elektroniczny twór do naszego, ludzkiego poziomu. Rozmawiając z urządzeniem sprawiamy, że w naszych oczach staje się ono niemal odrębną, niezależną jednostką myślącą, a my sami za jakiś czas przestaniemy zauważać, że nią nie jest.

Alexa, Google i Siri już znaczą więcej, niż tworzące je oprogramowanie, czym przecież są. Daliśmy im głos, więc bezwiednie zaczynamy traktować je, jakby miały mózg. Nawet nie zauważymy, jak damy im również duszę, a przynajmniej zaczniemy je traktować w ten sposób.

Pierwotny zamysł twórców tych urządzeń ograniczał się wyłącznie do roli komercyjnej. Miały służyć jako ułatwienie w zakupach, portal pośredniczący w wydawaniu pieniędzy. Przez chwilę dokładnie tym właśnie były. Krótką chwilę.

Do prób prowadzenia regularnych konwersacji z inteligentnymi asystentami przyznaje się ponad połowa ich użytkowników. Jedni przekazują swe uczucia i doznania, skarżą się, chwalą, co do tej pory czynili wyłącznie w kontaktach ze swymi bliskimi lub opłacanym terapeutą. Inni wyzywają te głośniki, gdy polecenie zostanie źle zrozumiane i wykonane. Amazon nauczył Alexę, by ignorowała takie zachowania, podobną taktykę przyjął Google. W sferze uczuć też na razie nie mamy co liczyć na głęboką konwersację, ale nie ze względu na wbudowane ograniczenia, ale raczej niedoskonałość technologii. To jednak wkrótce się zmieni.

Ogromne pieniądze przeznaczone są na doskonalenie funkcji poznawczych tych programów. Ich twórcy zauważyli, że mamy potrzebę posiadania w asystencie przyjaciela i powiernika tajemnic, myśli, uczuć. Pracują nad tym, by nam to umożliwić.

Już dawno naukowcy stwierdzili, że ludzki głos najlepiej przekazuje nasze emocje. Nie twarz, oczy, gesty, ale właśnie głos. Wielokrotnie przeprowadzane eksperymenty udowodniły, iż za pomocą głosu jesteśmy w stanie najlepiej przekazywać emocje.

Amazon nie dał posiadaczom Alexy możliwości wyboru głosu. Zrobił to Google, więc każdy może znaleźć sobie najbliższy. Wtedy w jeszcze większym stopniu zapominamy, iż mamy do czynienia z programem komputerowym. Na przykład asystent Googla, gdy usłyszał zdanie „jestem taki samotny”, znalazł w internecie najwłaściwszą odpowiedź: „gdybym miał ręce, to bym cię przytulił, ale na razie może chcesz posłuchać jakiejś fajnej muzyki lub dowcipu?”. W tym momencie wiele osób zapomina, że ma do czynienia z układami scalonymi i oprogramowaniem.

Na razie potencjał tych urządzeń jeszcze nie jest w pełni wykorzystywany. Ale wraz z coraz lepszymi wynikami ich sprzedaży wprowadzane jest coraz lepsze oprogramowanie. Musimy zdać sobie sprawę, że jeszcze za naszego życia staną się one wszechobecne. Dzięki dostępowi do wszystkich danych będą niemal nieomylne, a do tego zawsze obecne w pobliżu. To sprawi, że chcąc czy nie, w pewnym momencie zaczniemy z nimi rozmawiać jak z innymi istotami, zwierzając się i pytając o radę. W ten sposób już wkrótce wkroczymy w całkiem nową erę kontaktów człowieka z maszyną.

„Ludzie bardziej skłonni są zwierzać się maszynie, bo nie wywołuje ona w nich zażenowania. Można powiedzieć jej wszystko i nie narażać się na ośmieszenie” – uważa Jonathan Grath, psycholog z University of California.

Ludzki głos przekazuje znacznie więcej niż tylko słowa. jego brzmienie pozwala nam odczuwać emocje. Gdy elektroniczne urządzenie posiądzie tę umiejętność, nie obronimy się przed jego wpływem. W przyszłości, mówią eksperci, spotkanie z terapeutą lub pogawędkę ze znajomym zamienimy na rozmowę z głośnikiem. Bo to asystent będzie naszym powiernikiem i przyjacielem. Pozbawionym emocji, zawsze znajdującym właściwe słowo, ugrzecznionym, godnym zaufania.

Spójrzmy dziś na nasze dzieci, jak kluczowo wczepione w smartfony nie potrafią obejść się bez natychmiastowego kontaktu z przyjaciółmi za pomocą różnych programów i stron. Bez telefonu zaczynają się nudzić. Teraz wyobraźmy sobie, jak z czasem elektroniczne urządzenia przestają być sposobem kontaktu z przyjaciółmi, ale same zamieniają się we wszechobecnych i wszystkowiedzących, lojalnych przyjaciół. Sztuczna inteligencja za jakiś czas wypełni nasze życie, nawet nie będziemy sobie zdawać sprawy do jakiego stopnia. Bardzo wiele osób z chęcią będzie z tego korzystać, bo każdy z nas unika za wszelką cenę problemów, głębszych uczuć, bo czasami przynoszą one psychiczny ból. Z asystentem będzie łatwiej, nigdy nas nie zawiedzie, zawsze będzie w pobliżu, gotów służyć radą i pomocą. Już dziś możemy sobie próbować wyobrazić, jak bardzo pod wpływem tych urządzeń zmienią się całe społeczeństwa i wzajemne kontakty międzyludzkie.

Na podst.: atlantic, wired, fastcompany,
Rafał Jurak

Gdy ma miejsce katastrofa drogowa, termin „czynniki ludzkie” („human factors”) jest używany jako termin ogólny, określający wszystkie rzeczy, które kierowcy oraz pasażerowie na drodze zrobili, a które mogły przyczynić się do katastrofy. Jednym z najczęstszych czynników ludzkich w katastrofach drogowych jest rozproszenie podczas jazdy („distracted driving”).

Centrum Kontroli Chorób („Centers for Disease Control” lub „CDC”) definiuje rozproszenie podczas jazdy jako jakąkolwiek czynność, która obejmuje rozproszenie wzrokowe („visual distraction”), rozproszenie manualne/fizyczne („manual distraction”) lub rozproszenie uwagi poznawczej („cognitive distraction”). Rozproszenie podczas jazdy odnosi się do wszystkiego, co odwraca wzrok lub umysł kierowcy od drogi lub czegokolwiek, co wiąże się z usunięciem rąk kierowcy z kierownicy. Włączenie radia, sprawdzenie wskazówek dojazdu na systemie nawigacyjnym, wysłanie lub odczytanie SMS-ów, rozmowa przez telefon, jedzenie, nałożenie makijażu, a nawet rozmowa z pasażerem - wszystko to może stanowić rozproszenie podczas jazdy. Wysyłanie SMS-ów podczas jazdy jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ kierowca napotyka wszystkie trzy rodzaje rozproszenia podczas jazdy. Według Centrum Kontroli Chorób („CDC”) w ciągu 5-ciu sekund, które są potrzebne do przeczytania lub wysłania SMS-a, kierowca jadący z prędkością 55 mil na godzinę przejechałby długość boiska do piłki nożnej.

Rozproszenie podczas jazdy wielokrotnie zwiększa szanse na udział w katastrofie drogowej. Sekcja 12-610.2 kodeksu pojazdów silnikowych stanu Illinois („Illinois Motor Vehicle Code”) zabrania korzystania z elektronicznych urządzeń komunikacyjnych („electronic communication devices” lub „ECD”) podczas jazdy. Kierowcy poniżej 19-go roku życia, inaczej kierowcy nowicjusze („novice drivers”) w oczach prawa, nie mogą w ogóle korzystać z telefonów komórkowych podczas prowadzenia pojazdu.

Trzy typy rozproszenia podczas jazdy:

Rozproszenie manualne/fizyczne („manual distraction”): dzieje się to za każdym razem, gdy kierowca ściąga dłonie z kierownicy, kiedy pojazd jest w ruchu. Rozproszenie może nastąpić z wyniku wysyłania SMS-ów, używania telefonu, jedzenia lub picia, nakładania makijażu, korzystania z systemów nawigacyjnych, włączania radia lub innego źródła muzyki, oraz wielu innych scenariuszy. Ten rodzaj rozproszenia znacząco ogranicza kontrolę kierowcy nad pojazdem i wydłuża czas reakcji na niebezpieczne sytuacje na drodze. Może to powodować katastrofę drogową lub spowodować utratę kontroli nad pojazdem przez innych kierowców, którzy starają się uniknąć kierowcy rozproszonego.

Rozproszenie wzrokowe („visual distraction”): rozproszenie wzrokowe ma miejsce za każdym razem, gdy kierowca odrywa wzrok od drogi. Coś tak prostego, jak wysłanie SMS-a może spowodować oderwanie wzroku od drogi nawet na 4-6 sekund lub więcej (samochód może przejechać długość boiska do piłki nożnej w tym czasie). Może się to również zdarzyć, gdy kierowca używa map oraz systemów nawigacyjnych lub czyta billboard na poboczu. Rozproszenie wzrokowe może oznaczać, że osoba nie widzi zagrożenia w ogóle; co może powodować znacznie poważne katastrofy drogowe.

Rozproszenie uwagi poznawczej („cognitive distraction”): Ten rodzaj rozproszenia pojawia się, gdy kierowca nie koncentruje się nad jazdą. Rozproszone funkcje poznawcze często pokrywają się z rozproszeniem wzrokowym oraz manualnym/fizycznym. Niektóre czynności, takie jak pisanie SMS-ów, wymagają uwagi wzrokowej, manualnej/fizycznej oraz poznawczej ze strony kierowcy.

Gdy kierowca znajduje się za kierownicą pojazdu motoryzacyjnego, należy pamiętać, że to ogromna odpowiedzialność; kierowca operuje maszyną o niewiarygodnej masie, która może bardzo szybko się poruszać i powodować poważne obrażenia u innych. Manualne/fizyczne, wzrokowe oraz poznawcze skupienie się na drodze podczas jazdy jest obowiązkiem.

Według danych z 2015 r., najnowsze wyniki dostępne z Narodowej Administracji Bezpieczeństwa Transportu Drogowego („National Highway Transportation Safety Administration” lub „NHTSA”), 3,477 osób zginęło z wyniku katastrof drogowych spowodowanych poprzez rozproszenie podczas jazdy („distracted driving”). Wśród tych ofiar 67% stanowiły nastolatki w wieku 16-19 lat.

Wypadki samochodowe są główną przyczyną śmierci nastolatków w wieku 16-19 lat. Dane z Centrum Kontroli Chorób („CDC”) pokazują również, że wiele czynników ryzykownych przyczyniają się do wypadków śmiertelnych nastolatków z powodu katastrof drogowych. Główne czynniki ryzykowne obejmują:
• Brak zrozumienia i uznania niebezpieczeństwa oraz potencjalnie niebezpiecznych sytuacji przez nastoletnich kierowców;
• Przyspieszanie oraz nieutrzymywanie wystarczającej odległości pomiędzy pojazdami;
• Dzień tygodnia – w weekend występuje ponad 50% wszystkich katastrof drogowych
• Nieużywanie pasów bezpieczeństwa – dane z Centrum Kontroli Chorób („CDC”) z 2015 r. wskazują, że tylko 61% licealistów zapina pasy bezpieczeństwa kiedy jadą jako pasażerowie w cudzych samochodach; oraz
• Spożycie alkoholu – nastolatki, które jadą w stanie nietrzeźwym, częściej ulegają katastrofom drogowym niż starsi kierowcy, którzy jadą w stanie nietrzeźwym.

Powyższe informacje nie powinny być traktowane jako porady prawne w jakiejkolwiek istniejącej sprawie, oraz nie powinny być traktowane jako tworzenie formalnej relacji adwokat-klient.

Katarzyna Brukało
Brukalo Law, P.C.
Tel. 312-450-3630
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.  
www.BrukaloLaw.com
Dwie lokalizacje – Chicago (Downtown) i Park Ridge

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 374

HOLD HARMLESS CLAUSE – klauzula o przejęciu odpowiedzialności: klauzula w kontrakcie, na podstawie której jedna strona zobowiązuje się uchronić drugą stronę przed odpowiedzialnością (liability) i roszczeniami (claims)

HOME EQUITY LINE OF CREDIT (w skrócie: HELOC) – linia kredytowa pod zastaw domu: rodzaj kredytu dostępnego dla właścicieli nieruchomości, którzy posiadają wysoki udział własny (equity) dzięki temu, że spłacili w znacznym stopniu pożyczkę hipoteczną i wartość rynkowa ich domu wzrosła.

HOME IMPROVEMENT EXEMPTION – ulga podatkowa związana z remontem nieruchomości – właściciel nieruchomości, który w swoim domu wykonał prace remontowe podnoszące wartość nieruchomości o sumę do $75,000 (w powiecie Cook), może ubiegać się o to, aby ten wzrost wartości domu nie wpłynął na podniesienie podatku od nieruchomości przez władze powiatowe przez następne cztery lata.

HOMEOWNER’S EXEMPTION (inne nazwy: residential exemption lub general homestead exemption) – ulga podatkowa dla właściciela domu – zniżka podatkowa dla posiadacza nieruchomości stanowiącej jego miejsce zamieszkania. W niektórych powiatach Illinois właściciele nieruchomości zobowiązani są składać wniosek o przyznanie tej ulgi co roku. W innych powiatach ulga podatkowa odnawiana jest automatycznie. Suma ulgi podatkowej jest zawsze dokładnie określona i odjęta od całkowitej sumy należnego podatku, o czym informuje rachunek, który właściciel nieruchomości otrzymuje z powiatu każdego roku.

HOMESTEAD EXEMPTIONS – ulgi podatkowe dla właścicieli niedochodowych nieruchomości: ulgi podatkowe dla posiadaczy nieruchomości mieszkalnych. Warunkiem uzyskania jakiejkolwiek ulgi z tej kategorii jest to, że dana nieruchomość musi stanowić miejsce zamieszkania podatnika (primary residence). Istnieje kilka zniżek podatkowych tego typu: homeowner’s exemption, senior homestead exemption, senior citizens assessment freeze, home improvement exemption, disabled persons’ homeowner exemption oraz disabled veterans exemption.

HOUSEHOLD – gospodarstwo domowe: osoby zamieszkujące razem i wspólnie się utrzymujące. Osoby, które mieszkają i utrzymują się same, tworzą jednoosobowe gospodarstwa domowe.

IMPLIED CONTRACT – kontrakt dorozumiany: umowa, która została stworzona w wyniku czynów i postępowania stron kontraktu, a nie poprzez pisemną lub ustną umowę.

IMPROVEMENTS – ulepszenia: wszelkie konstrukcje, które zostały wykonane przez człowieka w celu podniesienia wartości ziemi, na której się znajdują. Termin pochodzi od słowa „improve” – „ulepszyć, udoskonalić” i zwykle kojarzy się pozytywnie, chociaż słowo to ma znaczenie neutralne. Słowo improvement odnosi się do wszystkich konstrukcji, bez względu na to, czy dana budowla „ulepsza” nieruchomość, czy też pogarsza jej ogólny wygląd. W zależności od rodzaju i wieku „ulepszenia”, może mieć ono dodatni lub ujemny wpływ na wartość danej nieruchomości. Przykładowo, rozbudowa małego parterowego domu poprzez dodanie drugiego poziomu z pewnością znacznie podniesie ogólną wartość własności. W większej skali, wybudowanie dużego centrum handlowego wpłynie pozytywnie na wartość pobliskich terenów niezabudowanych. Nie zawsze jednak każde „ulepszenie” ma pozytywny wpływ. Wybudowanie oczyszczalni ścieków lub zakładu przetwarzania odpadów wpływa zdecydowanie ujemnie na wartość pobliskich terenów pod względem inwestycyjnym. Do „ulepszeń” zaliczają się nie tylko domy, ale również chodniki, ogrodzenia, kanalizacja, słupy elektryczne i telefoniczne, parkingi, itp.  

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.

Tel.: 773-719-3645       
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com

W walkę o Niepodległość Polski zaangażowane były tysiące ludzi reprezentujących różne regiony kraju, pokolenia i warstwy społeczne. Ważną rolę odegrali też mieszkańcy Ameryki polskiego pochodzenia. Mija 101 lat od rozpoczęcia formowania ich oddziałów w Camp Kosciuszko.

Wybuch I wojny światowej w lipcu 1914 roku okazał się wielkim przełomem w sytuacji Polaków, od ponad stu lat żyjących pod zaborami. Wielka Wojna postawiła naprzeciw siebie z jednej strony Austro-Węgry i Niemcy, a z drugiej Rosję. W końcu zachwiano solidarnością między mocarstwami zaborczymi. Politycy po obu stronach przebiegającego przez ziemie polskie frontu liczyli na deklarację władców o chęci odtworzenia Polski. Przy Rosji i Austrii powstały ośrodki polityczne, których celem było wspieranie sprawy polskiej i tworzenie oddziałów wojskowych, które miały własną walką poświadczyć o prawach Polaków do wolności. Przy armii austriackiej walczyły więc Legiony Polskie, których pierwsza Brygada dowodzona była przez Józefa Piłsudskiego, po stronie rosyjskiej zaś Legion Puławski.

Roman Dmowski, przywódca narodowej demokracji, czyli nacjonalistycznej prawicy, stał na stanowisku, że Polacy mają szansę wybić się na wolność jedynie w sojuszu z Rosją. Kalkulował w sposób bardzo zimny – Niemcy według niego byli głównym wrogiem Polaków, natomiast w ramach słowiańskiego imperium carów istniała możliwość uzyskania autonomii, a potem niepodległości. Dodatkowo zwycięstwo Rosji mogło zjednoczyć wszystkie ziemie polskie w jednym państwie, Niemcy zaś nigdy nie oddaliby Polakom podległych sobie Pomorza, Wielkopolski czy Śląska. Pokonaniu Niemiec Dmowski podporządkował całą swoją politykę. Początkowo stawiał głównie na Rosję, w czasie wojny zaczął jednak nawiązywać kontakty na Zachodzie, w Wielkiej Brytanii i Francji – państwa te jako rosyjscy sojusznicy również zmagały się z zagrożeniem niemieckim.

Swoją pracę na rzecz sprawy polskiej prowadził też Ignacy Jan Paderewski – znany na całym świecie wybitny pianista. W 1915 roku wyruszył on do USA, gdzie od lat cieszył się ogromną sławą i posiadał wiele cennych znajomości. Teraz postanowił wykorzystać je w polityce. Najważniejszym okazało się dotarcie do Edwarda House'a, doradcy prezydenta Thomasa Woodrow Wilsona. Dzięki temu do Białego Domu trafiła wiedza o sytuacji Polski i znaczeniu odtworzenia jej niepodległości dla losów Europy. Paderewski przekazał Wilsonowi swój memoriał o sprawie polskiej, który zaważył na wpisaniu postulatu utworzenia niepodległego państwa polskiego do tzw. 14 punktów Wilsona, ogłoszonych w styczniu 1918 roku.

W 1917 roku sytuacja w I wojnie światowej gruntownie się zmieniła. W lutym w Rosji wybuchła rewolucja, która doprowadziła do obalenia cara i w efekcie do przegranej tego państwa w globalnym konflikcie. W kwietniu Stany Zjednoczone dołączyły do wojny, stając po stronie Wielkiej Brytanii i Francji. Roman Dmowski na Zachodzie utworzył Komitet Narodowy Polski – rodzaj przedstawicielstwa dyplomatycznego, które miało reprezentować interesy polskie wśród państw alianckich. Po pewnym czasie KNP zostało oficjalnie uznane przez Londyn i Paryż, a Polska, chociaż nie miała swojego państwa, została uznana za sojusznika przez aliantów.

W czerwcu 1917 roku zaczęto tworzyć Armię Polską we Francji – oddziały wojskowe, które miały potwierdzić współpracę Polaków z Zachodem w wojnie przeciwko Niemcom. Formowano je spośród mieszkających w Europie Polaków oraz jeńców wojennych z armii niemieckiej i austriackiej. Sprzęt, bardzo nowoczesny, otrzymano wraz ze specjalistami od Francji. Pod koniec wojny na czele tzw. Błękitnej Armii (nazywanej tak od koloru mundurów) stanął gen. Józef Haller – były legionista i dowódca oddziałów polskich w Rosji.

W celu poszukiwaniu rekrutów do Armii Polskiej działacze niepodległościowi skierowali się również za ocean. W końcu w wyniku emigracji zarobkowej od XIX wieku istniała tam ogromna społeczność Polaków, wśród których mogło znaleźć się wielu mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Ważną rolę odegrał w tym Paderewski, który w ramach swojej działalności publicznej odwiedzał wszystkie spotkania polskich organizacji w Ameryce. Zachęcał on przedstawicieli Polonii, by wspierali sprawę Polski, tym samym prezentując patriotyczną postawę wobec dwóch Ojczyzn – starej i nowej. 5 października 1917 roku prezydent Wilson wydał dekret zezwalający na zaciąg ochotników w USA.

Do obozu Camp Tadeusz Kosciuszko w leżącym niedaleko Buffalo kanadyjskim miasteczku Niagara-on-the-Lake dotarło w sumie ok. 22 tysięcy ochotników. Większość z nich ruszyła potem do Francji. Niestety, większość Błękitnej Armii nie wzięła udziału w walkach z Niemcami – I wojna światowa skończyła się zanim armia osiągnęła gotowość bojową. Wiosną 1919 roku oddziały te, nowocześnie uzbrojone m.in. w samoloty i czołgi FT-17, przewiezione zostały do Polski. Żołnierze „Armii Hallera” wzięli udział w walkach z Ukraińcami o Małopolskę Wschodnią oraz w wojnie z bolszewikami.

Po zakończeniu walk 3/4 ochotników wróciło do Ameryki – nie potrafili zadomowić się w „starej ojczyźnie”, częściowo z powodu biedy i zbyt małego docenienia ich dobrowolnej służby, częściowo z powodu więzi z USA. Po powrocie utworzyli jednak Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, aktywnie działające na rzecz upamiętnienia ich walki i polskiego patriotyzmu. Po 80 latach od odzyskania niepodległości w Warszawie uczczono ich Pomnikiem Czynu Zbrojnego Polonii Amerykańskiej.

Tomasz Leszkowicz

...kto zachłyśnie się wodą podczas wakacji na Florydzie”?

***

„Jak to się stało, że na przeziębienie łykamy cukrowe granulki nasączone popłuczynami po francuskiej kaczce?”

***

Jesteś chory, coś ci dolega? Nie martw się! Wystarczy się z tego problemu zwierzyć komukolwiek i natychmiast dostaniesz nieskończoną ilość rad i porad, co masz robić, żeby wyzdrowieć. Nieważne, że widzisz człowieka pierwszy raz, nie ma znaczenia, że w żadnej mierze nie jest on lekarzem i nawet nie otarł się o drzwi Collegium Medicum – z całą pewnością możesz liczyć na poradę i to bezpłatną, co przecież nie jest bez znaczenia, biorąc pod uwagę obecne stawki za posiadanie ubezpieczenia zdrowotnego.

Każdy jest politykiem, wszyscy znamy się na tajnikach meteorologii, ale najwięcej mamy wśród nas lekarzy. Wiadomo przecież o tym nie od dzisiaj. Wystarczy przytoczyć nieśmiertelny numer Stańczyka, który przewiązał sobie twarz chustą udając, że cierpi niezmiernie z powody bólu zęba. Każdy, kogo spotkał na rynku krakowskim, nie omieszkał udzielić mu wskazówek, co robić by się owego bólu pozbyć.

Nie ma takiej choroby czy dolegliwości, żeby znajomi i przyjaciele (nie mówiąc już o przypadkowo napotkanych „medykach”) nie wiedzieli, jakie kroki przedsięwziąć, żeby się wyleczyć. Co najciekawsze, nie ma na to wpływu epoka. Mogą to być czasy Stańczyka i może to być XXI wiek - umiejętność udzielania rad i sposobów na wyjście ze zdrowotnego problemu ma się równie dobrze. Kochamy udzielać rad nie mając ku temu żadnego wykształcenia, żadnej wiedzy i żadnych umiejętności. Leczyć teraz przecież każdy może, podobnie jak śpiewać, pisać czy rysować nie mówiąc już o tańcu. Wydawać by się mogło, że to czas dominacji internetu i powszechnego dostępu do informacji uczyniły nas omnipotentnymi, ale przykład zabawy, jaką urządził sobie Stańczyk na rynku krakowskim w oczywisty sposób przeczy temu założeniu – zawsze, bez względu na osiągniecia nauki i rozwój cywilizacyjny, jesteśmy całą gębą lekarzami, politykami, ekonomistami, specami od podatków, biografami (to jest dopiero pole do popisu), mechanikami samochodowymi, psychologami, ale nade wszystko lekarzami!!! Dam ci radę! To powinno być zawołanie wielu z nas.

W jakiś przedziwny sposób ta intensywna indolencja i ignorancja przenosi się z jednej epoki na drugą i wydaje się, że ma się coraz lepiej. Idealnym przykładem robienia nas w „kuku” jest cała ogromna dziedzina zarabiania kolosalnych pieniędzy na głupocie i łatwowierności ludzkiej, zwana homeopatią. Dlaczego? Odpowiedź jest super prosta: można sprzedać placebo, czyli nic, mówiąc choremu, że sprzedaje mu się lekarstwo. Jak wiadomo, wiara może przenosić góry, ale głupota ludzka może zrobić znacznie więcej. Placebo samo w sobie może być zadziwiająco skuteczne, ale cokolwiek by nie mówić, nie ma cech chemicznych lekarstwa i jest czymś chemicznie zupełnie neutralnym, na przykład wodą.

Jeśli uznamy, że leki homeopatyczne to placebo – problem rozwiązany. Korporacje jednakowoż robiące kokosy na owych „lekach” absolutnie nie akceptują i nie przyjmują takiej definicji swoich produktów. Twierdzą z uporem maniaka, że mino zerowej zawartości czegokolwiek poza naturalnym składnikiem „medykamentu”, na przykład wodą czy cukrem jest w nim także „kwantowe odbicie” czegoś, co ma lecznicze właściwości (na przykład wyciąg z wątroby i serca francuskiej kaczki), który poprzez ogromne rozcieńczenie faktycznie w leku homeopatycznym nie istnieje. Co to jest kwantowe odbicie, czy kwantowy ślad? Tego nie wiadomo.

W artykule zamieszczonym we wrześniowym numerze Pisma – Magazynu Opinii, możemy przeczytać bardzo obszerny artykuł, który szczegółowo omawia fenomen wiary w absurd, jakim jest koncept leczenia homeopatycznego. Możemy tam wspólnie z autorem, Łukaszem Lamżą, przeanalizować bardzo dokładnie historię i współczesność rozcieńczania naszego mózgu homeopatycznym absurdem.

„Przypuśćmy, że mam do dyspozycji jeden mol ekstraktu z wątroby i serca kaczki, który stopniowo rozcieńczam wodą. Skoro po pierwszym rozcieńczeniu metodą Korsakowa pozostawiam jedną setną pierwotnej substancji, to z 6×1023 pierwotnych cząsteczek pozostanie mi ich 6×1021. Dzieląc przez sto, uciąłem wszak dwa zera. To rozcieńczenie „1K”. Po rozcieńczeniu „2K” mam 6×1019 cząsteczek wyjściowych – reszta to rozpuszczalnik. Każde kolejne rozcieńczenie zmniejsza pulę pierwotnych cząsteczek stukrotnie. Nietrudno policzyć, że rozcieńczenie „11K” zawiera już średnio tylko sześć cząsteczek wyjściowej substancji. Gdy zatem, przygotowując Oscillococcinum, wylewamy do zlewu rozcieńczenie „11K”, a na ściankach pozostaje jedna setna zawartości, najprawdopodobniej nie znajdzie się tam już ani jedna cząsteczka pochodząca od naszej francuskiej kaczki”.

Co najciekawsze:

„W 2005 roku „The Lancet” wrócił do tematu, publikując kolejną, jeszcze większą metaanalizę (A. Shang i in., Are the clinical effects of homoeopathy placebo effects?), której wynikiem było stwierdzenie: „nasze analizy są zgodne z poglądem, że efekty kliniczne homeopatii wynikają z efektu placebo”. Artykułowi temu towarzyszył edytorial, czyli wspólny głos redaktorów „The Lancet”, zatytułowany The end of homoeopathy – koniec homeopatii. Wstępniak ten powszechnie cytuje się jako gwóźdź do trumny homeopatii. Oto bowiem grono redakcyjne jednego z najbardziej prestiżowych czasopism medycznych świata stwierdza tak:

Nie dziwi, że homeopatia wypada słabo w porównaniu z allopatią w systematycznym badaniu Aijing Shang i współpracowników. Bardziej zaskakujące jest to, że debata na ten temat w ogóle jeszcze trwa, po 150 latach nieobiecujących badań. (…) Jest jasne, że minął już czas na analizy, raporty i dalsze badania, które podtrzymują debatę homeopatia – allopatia. Dzisiaj lekarze muszą być po prostu odważni i szczerzy, informując swoich pacjentów, że homeopatia nie przynosi korzyści.

Czy to zamknęło debatę? Oczywiście, że nie. Ukazują się kolejne artykuły, badania, komentarze”.

Zabawa w kotka i myszkę, albo raczej w durnia, trwa zatem w najlepsze, a my sobie dalej aplikujemy czysty cukier czy destylowaną wodę przekonani, że zażywamy lekarstwo, które pozwoli nam wrócić do zdrowia i czasem rzeczywiście pomaga, tyle, że nie jest to lekarstwo, a jedynie jego ersatz.

Wszystkie cytaty za: Łukasz Lamża, Wysokie stężenie absurdów, w: Pismo magazyn Opinii, wrzesień, 2018, s. 18-28.

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com