----- Reklama -----

Monitor 09/21/2018

Pierwsze dni na Półwyspie Arabskim zamierzamy spędzić poznając Dubaj; zarówno ten stary, zabytkowy jak i jego powalające na kolana, supernowoczesne dzielnice. Pomimo tego, że emirat zajmuje tylko 3,885 km kw. powierzchni i liczy nieco ponad 2 miliony mieszkańców, to posiada bogate złoża ropy naftowej, strategiczne położenie oraz tradycje handlowe. Dubaj stał się potężnym światowym centrum finansowym z dynamicznie rozwijającym się handlem i turystyką. Polityczne decyzje (zwłaszcza szejka Muhammeda ibn Raszid al-Maktuma) o przejściu z gospodarki uzależnionej od ropy naftowej na usługi i turystykę, sprawiły, że znacznie wzrosły ceny nieruchomości. W latach 2004-2006 nastąpił w mieście budowlany boom porównywalny jedynie z rozwojem Pekinu i Szanghaju. Wprowadzono tutaj w życie najbardziej zaawansowane technologicznie projekty budowlane w skali świata, jak stawiane na sztucznych wyspach kompleksy hotelowo-mieszkaniowe Palm Islands, najwyższy budynek na świecie, najdroższe, najbardziej eleganckie i najwyższe hotele ziemskiego globu, kryty stok narciarski w upalnym tropiku, największy kompleks handlowy naszej planety, największa stworzona przez człowieka przystań na świecie... przykładami można sypać jak z rękawa! Tutaj również odbywaja się wyścigi koni z najwyższą wygraną na świecie i elitarny turniej golfowy Dubai Desert Classic.

Zwiedzanie zaczynamy od niewielkiej, ale ciekawej starówki zwanej Bastakiya, gdzie zachowały się obiekty przypominające o życiu w Dubaju na długo przed naftowym boomem. Miasto zostało założone nad Cieśniną Dubajską w połowie XIX wieku (prawa miejskie nabyło w czerwcu 1833 roku) przez kupców z miasteczka Bastak (stąd nazwa) w Iranie, handlujących tekstyliami i perłami. Domy budowane z koralowca i gliny oddzielały wąskie, kręte uliczki chroniące przed słonecznym skwarem. Architektoniczną innowacją stały się „Wind Towers” - wieże z podłużnymi otworami ustawionymi do kierunku dominujących wiatrów, dodatkowo schładzającymi pomieszczenia. Teraz (luty), panują znośne temperatury rzędu zaledwie 25 stopni Celsjusza i nie jesteśmy w stanie należycie docenić zalet pomysłowych rozwiązań sprzed wieków. Spacerujemy po egzotycznych uliczkach ciesząc oczy jakże odmienną kulturowo architekturą, z fortem i starym meczetem tuż przed nami. Znajdują się tu liczne restauracje, kawiarenki i galerie sztuki. Historyczna dzielnica Bastakiya skazana została na całkowite wyburzenie w czasach budowalnego szaleństwa lat 90., i tylko osobista interwencja wizytującego emiraty księcia Karola uratowała zabytkowe obiekty. Najciekawszym z nich jest bez wątpienia dubajski fort Al Fahidi, który zachował stare mury, wewnątrz prezentując repliki dawnych statków i fantastyczne muzeum. Wizyta w forcie przeciągnęła się z racji ogromnego zainteresowania bogatymi kolekcjami oryginalnych przedmiotów z dawnych lat. Zgłodnieliśmy i za radą naszej lokalnej przewodniczki udaliśmy się na zasłużony lunch. Warto w tym miejscu wspomnieć, że jedzenie serwowane w Dubaju (jak i w pozostałych emiratach) bardzo nas wszystkich zaskoczyło, i to pozytywnie. Bufet śniadaniowy w hotelu był zróżnicowany i składał się ze świeżych, starannie dobranych produktów - co za odmiana w stosunku do amerykańskiej „paszy” serwowanej w sieciowych hotelach USA. Żadnych GMO, hormonów, żadnych antybiotyków ani substancji barwiących, żadnej jajecznicy z proszku ani wacianego „chleba”! Zawsze mieliśmy jajka, bekon, placki z normalnej mąki, ciecierzycę, sporo warzyw oraz owoców, a wśród nich, oczywiście, pyszne daktyle. Z drugiej strony, na tydzień pożegnaliśmy się z zimnym piwem po lunchu i czerwonym winem do kolacji. Alkohol jest w Dubaju podawany wyłącznie w nielicznych barach hotelowych oraz wybranych klubach, a w sąsiednim emiracie Szardża - totalnie zakazany!

W stylowej restauracji posilamy się świeżymi rybami (kto chce baraniną) i wzmocnieni ruszamy na dalsze zwiedzanie starego miasta. Tradycyjnym sposobem przedostania się do lewobrzeżnej Deiry jest skorzystanie z małej, wodnej taksówki zwanej abra. Podczas krótkiego rejsu widzimy nadal używane, prastare w swojej konstrukcji, drewniane łodzie zwane dawa. Przepływamy na drugi brzeg zatoki, aby obejrzeć oszałamiający typowym „wschodnim” bogactwem rynek przypraw i złota. Kiedy już udało się oderwać nasze panie od dosłownie kapiących złotem jubilerskich okien wystawowych, odwiedziliśmy zamieniony na muzeum typowy dom kupca pereł. W skromnie wyposażonych pomieszczeniach, gdzie odbywały się transakcje handlowe, dowiedzieliśmy się o „złotym wieku” handlu perłami, poznaliśmy sposób połowu perłopławów, wyposażenie nurków i kryteria klasyfikacji pereł. W pobliskim budynku, gdzie mieściła się najstarsza szkoła w Dubaju, zachowały się meble i sprzęt sprzed wieku... Przypomniały się nasze własne, beztroskie szkolne czasy. Na koniec dnia wizytujemy targ daktyli, zaopatrując się na zapas w te smaczne i pożywne owoce.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest zawodowym przewodnikiem i właścicielem chicagowskiego biura podróży Exotica Travel. Biuro organizuje wycieczki po całym świecie, w tym do Emiratów w listopadzie 2018. Informacje i rezerwacje: Exotica Travel, 6773 W.Belmont Ave, Chicago IL 60634. tel. (773) 237 7788, strona internetowa: http://www.andrzejkulka.com

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 371

GARDEN APARTMENT– mieszkanie z wyjściem do ogrodu: mieszkanie znajdujące się na parterze, zwykle posiadające taras (patio), z bezpośrednim dostępem do terenów zielonych; często termin „garden apartment” odbierany jest negatywnie, ponieważ jest błędnie kojarzony wyłącznie z rodzajem mieszkania położonym kilka stóp poniżej poziomu terenu (below ground level).

GATED COMMUNITY – strzeżone osiedle: ogrodzone osiedle mieszkaniowe, do którego dostęp jest ograniczony, posiadające zwykle systemy zabezpieczeń i zatrudniające strażników kontrolujących wjazd przez główną bramę.

GENTRIFICATION – gentryfikacja: zmiana charakteru części miasta polegająca na tym, że dana dzielnica zostaje zdominowana przez mieszkańców o wysokich dochodach, którzy wykupują wiele nieruchomości, inwestują w ich renowację i podwyższają ogólny status okolicy.

GEORGIAN-STYLE HOUSE – dom w stylu georgiańskim: typ domu czerpiącego elementy architektoniczne z brytyjskiego stylu georgiańskiego popularnego w krajach angielskojęzycznych w latach 1720-1840; zwykle dwukondygnacyjny, zbudowany na planie prostokąta lub kwadratu, w kształcie sześcianu, o symetrycznym wyglądzie.

GOODWILL – wartość firmy: wartość niematerialna przedsiębiorstwa, która obejmuje takie elementy jak reputacja firmy, lista klientów, lokalizacja, nazwa, itp.

GOVERNMENT MORTGAGE – rządowa pożyczka hipoteczna: pożyczka hipoteczna, która jest ubezpieczona przez Federalną Agencję Mieszkaniową (Federal Housing Administration – FHA) lub gwarantowana przez Departament d/s Weteranów (Department of Veterans Affairs – VA).

GROSS LEASABLE AREA – całkowita powierzchnia wynajmowanej nieruchomości: ogólna powierzchnia wynajmowanego lokalu do wyłącznego użytku lokatora / najemcy, na podstawie której zwykle oblicza się kwotę czynszu.

GROSS LEASE – umowa wynajmu typu brutto: typ umowy, w której najemca / lokator odpowiedzialny jest tylko za ustalone opłaty za wynajęcie nieruchomości. Właściciel budynku ponosi wszystkie opłaty związane z utrzymaniem nieruchomości (operating expenses), takie jak podatki, koszty napraw i ubezpieczenia. Opłaty za wynajem stanowią zatem dla właściciela dochód brutto (gross income). Ten typ umowy stosowany jest głównie w przypadku wynajmu nieruchomości mieszkalnych.

GROSS RENT MUPLIPLIER (w skrócie: GRM) – mnożnik czynszu brutto: jedna z metod używanych przez inwestorów do określania wartości rynkowej nieruchomości komercyjnej, którą uzyskuje się poprzez przemnożenie przewidywanego rocznego dochodu czynszowego przez określony mnożnik czynszu brutto. 

GROSS RENTAL INCOME – dochód brutto z najmu: maksymalny dochód, który może przynieść najem danej nieruchomości w ciągu roku. Załóżmy, że w budynku apartamentowym znajduje się 6 mieszkań jednosypialniowych o takiEJ samej powierzchni użytkowej i podobnym standardzie, które mogą być wynajęte za $800 miesięcznie. Maksymalny dochód brutto z najmu wszystkich mieszkań w budynku wyniósłby zatem $57,600 rocznie (6 mieszkań x $800 x 12 miesięcy). 

GROUND LEASE – dzierżawa ziemi: typ kontraktu, w którym najemca dzierżawi niezabudowaną działkę, na której zgadza się postawić budynek; kontrakty tego typu zawierane są na długi okres, zwykle 50-99 lat, oraz określają oddzielną własność ziemi i wzniesionych na niej budynków.

GROUP BOYCOTTING – bojkot grupowy: do bojkotu grupowego dochodzi w sytuacji, kiedy dwie firmy lub więcej postanawiają działać na szkodę innego biznesu w celu ograniczenia konkurencji. W branży nieruchomości takie działania mogą przejawiać się np. w odmowie pokazywania potencjalnym klientom nieruchomości wystawionych przez firmę będącą celem grupowego bojkotu.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645       
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com

Na ostatniej konferencji Apple pokazało kolejne iPhone'y. Są to zapowiadane wcześniej modele z ekranem OLED oraz nieco tańsza wersja, czyli iPhone Xr, który ma wyświetlacz LED Liquid Retina. Dwa pierwsze telefony zastąpią obecnego flagowca. Nie są to niestety tanie sprzęty, bowiem przekroczono granicę tysiąca dolarów.

Nowe iPhone'y obsługują zarówno standard HDR 10, jak i Dolby Vision oraz mają certyfikat IP68. Sprzęty pozbawione zostały za to funkcji Touch ID. Do weryfikacji użytkownika będzie więc teraz używane wyłącznie rozpoznawanie twarzy, czyli znane już z iPhone'a X Face ID.

iPhone Xs dostał wyświetlacz 5.8 cala o rozdzielczości 2436 na 1152 pikseli, zaś iPhone Xs Max to panel 6.5 cala o rozdzielczości 2688 na 1242 piksele. W obu smartfonach Xs nowy jest też aparat. Frontowy to podwójny obiektyw 12 Mpix, z czego jeden jest szerokokątny. Do tego dochodzi dioda doświetlająca.

Oba smartfony będą dostępne w trzech wersjach pamięciowych. Będzie to 64 GB przestrzeni na dane, 256 GB lub 512 GB miejsca. Za iPhone'a Xs w najprostszej wersji zapłacimy 999 dolarów, iPhone Xs Max będzie nas kosztował 1099 dolarów. Sprzęty będą dostępne już od 28 września. Co ciekawe, oba telefony będą obsługiwać Dual SIM, jednakże tylko modele sprzedawane w Chinach pozwolą na włożenie dwóch tradycyjnych kart tego typu. Na innych rynkach drugą kartą będzie jej elektroniczna wersja, czyli eSIM.

iPhone Xr to najtańszy z prezentowanych smartfonów, choć sam w sobie wcale tani nie jest. Sprzęt będzie wyposażony w wyświetlacz Liquid Retina LCD o rozdzielczości 1792 na 828 pikseli. W środku znajdzie się jednak taki sam procesor A12 Bionic, jak w droższych modelach. Jest to pierwszy SoC, który wykonano w litografii 7nm.

Oprócz tego smartfon w przeciwieństwie do Xs oraz Xs Max ma pojedynczy aparat główny o matrycy 12 Mpix. Mimo to może on robić zdjęcia bokeh, czyli z efektem rozmycia tła. Wzornictwo smartfonu jest zaś bardzo podobne do modelu Xs, tyle że siłą rzeczy jest to nieco mniejszy sprzęt. Ma także więcej wariantów kolorystycznych, m.in. żółty, niebieski czy koralowy.

Telefon dostał także certyfikat IP67, czyli jest wodoszczelny oraz odporny na kurz czy różne pyłki. Do sklepów iPhone Xr trafi w trzech wariantach pamięciowych - 64 GB, 128 GB oraz 256 GB. Najtańsza wersja będzie kosztować 749 dolarów. 

Apple Watch 4 podnosi poprzeczkę w kwestii inteligencji zegarków i oferowanych przez nie funkcji. Podczas konferencji Apple Special Event 2018, poznaliśmy nie tylko jego nowe funkcje, ale także ceny oraz dostępność.

Czwarta edycja zegarków Apple’a dostępna będzie w dwóch rozmiarach – z kopertami o rozmiarze 40 mm i 44 mm (do tej pory mieliśmy wybór pomiędzy 38 a 42 mm). Rozdzielczość mniejszego to 384 x 480 pikseli. Wyświetlacz zajmuje też więcej miejsca na całej kopercie. Mimo zmiany rozmiaru zegarek będzie zgodny ze sprzedawanymi do tej pory bransoletami.

Apple Watch serii czwartej został wyposażony w nowy procesor, 64-bitowy i dwurdzeniowy. Ma być on dwukrotnie wydajniejszy od stosowanego do tej pory. Zwiększono też dokładność akcelerometru i żyroskopu – dzięki temu ostatniemu zegarek potrafi wykryć moment, w którym się przewracamy. Jeżeli po minucie nie zaczniemy się ruszać po upadku, zegarek automatycznie wyśle informacje o naszym położeniu służbom ratowniczym.

Zegarek ostrzeże też nas o niepokojącym zmniejszeniu naszego tętna oraz jeśli wykryje poważne zaburzenia w pracy serca. Będzie też pierwszym zegarkiem Apple’a, który zapewni swojemu posiadaczami funkcję elektrokardiogramu.

Apple Watch 4 w wersji z GPS został wyceniony na $399, wariant z LTE kosztuje $499.

Według MacRumors oraz analityka Ming-Chi Kuo, Apple nie musi martwić się o sprzedaż swoich najnowszych zegarków. Przedsprzedaż Apple Watch Series 4 idzie bowiem nadspodziewanie dobrze i znacząco powyżej oczekiwań. Nie wiadomo dokładnie, o jakich liczba tu mowa, ale Kuo uważa, że Apple może wysłać 18 milionów egzemplarzy swoich jeszcze w tym roku. Ponad połowa tej liczby to właśnie Series 4.

Hero7 Black, Hero7 Silver i Hero7 White – trzy kamerki GoPro

GoPro Hero7 Black, Hero7 Silver i Hero7 White to trzy nowe kamerki, które już wkrótce trafią do sprzedaży. Niestety, nie udało się ich dochować w tajemnicy do daty premiery. Nowych szczegółów udziela nam sklep B&H Photo, gdzie dostrzeżono nowe modele kamer.

GoPro Hero7 Black to najlepsza z nowych kamerek. Pozwoli ona na nagrywanie wideo w jakości 4K UHD przy 60 fps. Sensor ma matrycę 12 Mpix i może oczekiwać stabilizacji obrazu o nazwie HyperSmooth. W trybie slow motion będzie można rejestrować filmy w jakości 1080p przy 240 fps.

GoPro Hero7 Silver to prostsza kamerka z matrycą 10 Mpix. Tutaj można liczyć na nagrywanie w jakości 4K UHD przy 30 fps. W 60 klatkach na sekundę będzie można rejestrować materiały w jakości 1440p i 1080p. Wymienna bateria znajduje się tylko w czarnym modelu. Wszystkie kamerki zapewnią wodoszczelność do 10 metrów.

Ceny nowych kamer GoPro nie są jeszcze znane. 

Opracował: Daniel Odroniec               
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

***

„Sztuka w tym, żeby i sobie i drugim przysporzyć jak najwięcej tych lepszych przekonań, względnie z tych gorszych porobić lepsze – ponaprawiać ludzkie przekonania. Metodę tylko potrzeba znać. Sposób tylko potrzeba mieć.”

***

Mamy to szczęście, że możemy czytać miesięcznik „Książki – Magazyn do Czytania”, kwartalnik „Przekrój” w nowej, szalenie ciekawej odsłonie i mamy nadzwyczajnie ciekawe „Pismo – Magazyn Opinii”. Wydawać by się mogło, że periodyki tego typu skazane są na powolne, ale jednak, zanikanie wobec wymogów elektronicznej rzeczywistości i preferencji młodego pokolenia. Nic podobnego. Świat okazuje się o wiele bardziej skomplikowany i nieprzewidywalny. Wprawdzie gadżety elektroniczne (albo raczej e-businessy) spowodowały ogromne zawirowania na rynku prasy, związane przede wszystkim z dochodami generowanymi przez reklamy, ale jakimś cudem sytuacja na polskim rynku czasopism elitarnych jest teraz lepsza niż kiedykolwiek.  

Jest to rzecz jasna pewna generalizacja w opisie tego, z czym mamy do czynienia, gdy przeglądamy półki z magazynami, ale czy kiedykolwiek wcześniej, nawet w erze przed internetowej (czy przed komputerowej) – co przecież wcale nie jest prehistorią – mieliśmy: Pismo – Magazyn Opinii, Książki – Magazyn do Czytania, polski Vogue, Twój Styl, Werandę, Newsweek, National Geographic, Scientific American – Polska, czy dwutygodnik Forbes? Oczywiście, że nie, bo albo się jeszcze nie narodziły, albo nikomu się nawet nie śniło, że wydawać polską wersję owych periodyków. Zawsze jakkolwiek istniała znakomita i niezatapialna „Polityka”, czy „Tygodnik Powszechny”, który po transformacji jest jeszcze lepszy, niż był kiedykolwiek.

To właśnie tego typu gazety pozwoliły czytelnikom kształtować swe opinie w oparciu o wiarygodne dziennikarstwo, na którym można polegać. Potrzeba autorytetu jest przecież niezwykle istotna w owym procesie wyrabiania sobie zdania na jakiś, interesujący nas w danej chwili, temat. Rozpoznany wydawca, który zdobył nasze zaufanie, dziennikarze, do których przyzwyczailiśmy się przez lata, sprawdzone i potwierdzone informacje, tematy, które ukazywane są wieloaspektowo i nieprezentowane jednostronnie – to daje nam poczucie „bezpieczeństwa” i upewnia, że nie mamy do czynienia z tak zwanym „fake newsem” i domorosłym dziennikarstwem. Wspomniana potrzeba autorytetu okazuje się nawet istotniejsza teraz, niż kiedykolwiek wcześniej. W totalnym zalewie komunikatów, które dopadają nas zewsząd, nie mamy wiele czasu na dokonywanie rozpoznania terenu, potwierdzania wiarygodności czy profesjonalności widzianej, czytanej czy zasłyszanej informacji. Musimy na czymś polegać, mieć coś, na czym możemy się oprzeć, bez obawy, że się drastycznie potkniemy i trzeba będzie chować głowę w piasek w poczuciu wstydu z kompromitacji powtarzania czy powoływania się na głupoty. Wprawdzie niektórym to nie przeszkadza i poczucie wstydu jest im obce, bo przecież wersja elektronicznego porozumiewania sprowadza się ostatnimi czasy do wypowiedzeń paru wyrazowych, albo ideogramowych (skompilowanych z paru emotikonów). Nie trzeba w tym celu znać ani ortografii, ani gramatyki jakiegokolwiek języka. Jest to sytuacja o tyle bez precedensu, że ten typ wypowiedzi uprawiają nie tylko ludzie niewykształceni, albo wykształceni słabo, ale również wielcy tego świata. Mamy więc do czynienia z zachwianiem istoty kategorii, którą rozpoznajemy jako „autorytet”, co doskonale wpisuje się w dyskurs, który szczegółowo opisał i zdefiniował Zygmunt Bauman w swej bestsellerowe książce zatytułowanej „Płynna rzeczywistość”. Współczesna realność odchodzi od elitarności i ekskluzywności, na rzecz kultury popularnej i nie byłoby w tym żadnej tragedii, gdyby nie fakt, że owa nowa sytuacja nie stawia przed czytelnikiem (czy szerzej odbiorcą) informacji w istocie żadnych wymagań i nie wymaga nawet elementarnych umiejętności poruszania się w tekście. Praktycznie nie trzeba nawet umieć pisać i czytać, że by się czegoś dowiedzieć. Pisał o tym nie tylko profesor Bauman we wspomnianej publikacji, ale grubo wcześniej, bo już z początkiem XX wieku, przewidział taką kolej rzeczy w rozwoju społeczeństw Ortega Y Gasset. Fantastyczna łatwość w dostępie do informacji, jaką przyniosła ze sobą kultura cyfryzacji, nie przekłada się nijak na powszechną „lepszość” naszych osiągnięć, wiedzy czy umiejętności. Nie jesteśmy mądrzejsi (tak przynajmniej pokazują testy uczniów chicagowskich szkół publicznych), szlachetniejsi (nie pomagamy bezdomnym Polakom w Chicago, mimo że ich liczba dramatycznie rośnie), ani bardziej tolerancyjni (nie możemy przecież przeżyć, że część naszych podatków idzie na cele socjalne, mimo że nie szkoda nam tych pieniędzy, gdy są wykorzystywane przez konsorcja zbrojeniowe).

Co ciekawe, z niesamowitych oczekiwań jakie mieliśmy wobec internetu (powszechna dostępność do wiedzy, łączenie ludzi różnych kultur i narodów i milion innych wspaniałych wyzwań) powoli przeistacza się on w to, co Jose Ortega y Gasset nazwałby pewnie, gdyby żył, narzędziem w rękach „masy”. Znakomicie interpretuje ten fenomen Jacek Żakowski w artykule zamieszczonym swego czasu w Polityce pod tytułem „Bunt mas”, w którym czytamy:

/„Masa, która poczuła się bezpiecznie, nabiera przekonania, że umie świat ogarnąć. Kiedy widziała niebezpieczeństwo, gdy przymierała głodem, umierała od banalnych chorób i w każdej chwili mogła zginąć z jakiejś obcej ręki, sama oddawała się pod opiekę mądrzejszym. „Podniesienie dziejów” sprawiło, że „masy zhardziały w stosunku do mniejszości; nie są im posłuszne, nie naśladują ich ani nie szanują; raczej wprost przeciwnie, odsuwają je na bok i zajmują ich miejsce”. W przestrzeń wlewa się masowość. „Człowiek masowy czując się pospolitym, żąda, by pospolitość była prawem i odmawia uznania jakichkolwiek nadrzędnych wobec siebie instancji”./ 

Można rzecz jasna kwestionować sensowność poglądów hiszpańskiego filozofa i pisarza, aczkolwiek dużo trudniej jest nam takiej krytyki dokonać wobec jednego z twórców pojęcia „wirtualna rzeczywistość”, który upublicznił niewiarygodnie wręcz ostre i jednoznacznie negatywne przeświadczenie o funkcji i roli internetu w naszej rzeczywistości:

/„Jennifer Kahn z New Yorkera opisuje sylwetkę Jarona Laniera, uznawanego za twórcę pojęcia wirtualna rzeczywistość. Lanier wydał książkę "You Are Not a Gadget: A Manifesto" ("Nie jesteś gadżetem. Manifest") - prowokacyjną krytykę technologii cyfrowych. Wikipedię nazwał triumfem "rządów umysłowego motłochu"; dowodził, że istnienie serwisów społecznościowych – jak Facebook i Twitter - prowadzi do odczłowieczenia./

Co zatem z tym wszystkim zrobić? Separować się i stanąć na uboczu, tak jak zrobił to Horacy i czytać jedynie „Pismo – Magazyn Opinii” - czy może lepiej nauczyć się intensywnie dostrzegać, wyczuwać i poznawać? Proponuję rozważyć owe opcje i do którejś z nich się jednak zmusić!

Kontynuacja za tydzień

Zbyszek Kruczalak

Czytając tytuł, kilka osób pomyślało pewnie o dyscyplinach sportowych. Od razu uspokajam, nie będę do sportu nawiązywał, bo za bardzo się na tym nie znam. Na całym sporcie. Amatorskim i zawodowym. Indywidualnym i drużynowym. Od czasu do czasu poświęcam nieco czasu obserwacji kibiców. Zawsze jest wesoło...

No więc jeśli nie sport, to pewnie żywność. Tak i nie. O żywności będzie mowa, ale tylko gdy chodzi o jej gromadzenie, czyli robienie zapasów. Mało tego, nie będą to moje obserwacje, bo w sytuacjach wymagających profesjonalnego jej gromadzenia jeszcze się nie znalazłem.

Te kilka razy, jakie pamiętam, nie miały wiele wspólnego z koniecznością, raczej lenistwem i przewidywanym, okresowym zamknięciem sklepów z powodu święta państwowego lub religijnego. Skorzystam więc z doświadczeń osób mieszkających w rejonach dotkniętych prawdziwymi kataklizmami, takimi jak powodzie i huragany, gdzie żadnego towaru nie uświadczysz już na kilka dni przed i kilkanaście dni po.

Ponieważ trwa właśnie sezon huraganów, i jak słyszymy w wiadomościach, te najgroźniejsze występują w tym roku głównie w Azji, a te najsłynniejsze w Ameryce Północnej. Podczas ostatniego, który miał spustoszyć obydwie Karoliny, telewizja CNN przez trzy dni, non stop, nie mówiąc o niczym innym, przekazywała obraz i korespondencje z miejsca przyszłych wydarzeń. Non stop! Gorączka udzieliła się potem innym, dzięki czemu przez 48 godzin odpoczywaliśmy od innych tematów. Dobre i to. Przy okazji każde dziecko na całym świecie poznało Florence, imię nieco przereklamowanego huraganu, a tego, który zwijał asfalt na autostradach Filipin i Hong Kongu nawet nie zauważyliśmy. Może dlatego, że w tamtej części świata zjawisko to nazywane jest tajfun i dlatego nie wpadło niektórym w ucho. Od razu, korzystając z okazji, przypominam o cyklonach. To też huragany i tajfuny, nazwa jednak występuje głównie na półkuli południowej.

Oj, miało być o zapasach. Może podświadomie opóźniam temat, bo nie mam żadnych doświadczeń w tym temacie, ale mają go inni. Na przykład mieszkańcy Florydy, najczęściej doświadczanego przez tropikalne cyklony rejonu USA. Pamiętam opis zamieszczony w sieci przez pewnego mężczyznę, który opowiadał o obijaniu, ścisku, huku i walce na dwa dni przed wystąpieniem burzy. Doznał tego w lokalnym Walmarcie, gdzie miliony ludzi w ostatniej chwili robiło zakupy. Trzeba było kopać, gryźć, wyrywać i pluć, by cokolwiek zatrzymać w koszyku. Zwłaszcza bleach. Dla niedawno przybyłych do tego kraju tłumaczenie – wybielacz chlorowy.

Nikt dokładnie nie wie, dlaczego, ale bleach w galonowych butelkach jest najgorętszym towarem podczas huraganowej gorączki. Nie jest przydatny w najmniejszym stopniu podczas przygotowań na nadejście huraganu, nie służy niczemu w czasie jego trwania, a podczas sprzątania domu przydaje się w stopniu niewielkim. Jest jednak towarem, który jako pierwszy znika z półek, tuż przed puszkami wszelkiego rodzaju. Bardziej doświadczeni mieszkańcy Florydy i ościennych stanów śmieją się, że konserwa zawierająca racje żywieniowe jeszcze z okresu wojny wietnamskiej sprzeda się w okresie 48 godzin przed burzą za rekordową sumę. A jeśli przez interkom w sklepie ogłoszą, że właśnie w alejce piątej rzucono puszki z sierścią kota w sosie klonowym z dodatkiem buraczków, ludzie gotowi będą mordować, byle to dostać. Na wszelki wypadek. Zresztą większość przygotowań na tym polega, na wszelki wypadek. Dlatego ludzie jadący na wakacje do ciepłych krajów mają takie wielkie walizy. Bo w nich ukryte są bluzy, swetry, kurtki i wysokie buty. Na wszelki wypadek. Osobiście popełniłem ten błąd tylko raz. Zabrałem na wszelki wypadek wszystko, co wpadło mi w ręce. Po tygodniu używania trzech koszulek, szortów, kąpielówek i butów na plażę doszedłem do wniosku, że w reklamówkę też da się spakować. Oczywiście nie zmieniło to niczego. Dalej jeżdżę w ciepłe kraje z wielką walizą. Tyle, że większość rzeczy w niej do mnie nie należy.

Zapasy... najwyraźniej wybrałem zły temat, bo wciąż gdzieś mi ucieka. No więc wielki supermarket jest podobno najbardziej niebezpiecznym miejscem w okresie tuż przed huraganem. Może nawet podczas, jeśli nie jest on zbyt silny. Widok wielkiego wózka wypełnionego łatwopalnymi substancjami, przykrytego butelkami z bleachem i trzema tonami karmy dla psa, popychany przez niedowidzącą emerytkę, nie jest niczym nadzwyczajnym. Wózki te wjeżdżają w ludzi, przewracają się, ogólnie powodują sporo zamieszania i zniszczeń.

Po latach obserwacji wyjaśniło się przynajmniej częściowo, po co ludzie w ogóle to robią. No tak, na wszelki wypadek. Ale dlaczego? Bo biorą przykład z meteorologów. Obserwacja i słuchanie ich uczy wiele. Przede wszystkim, że młodzi ludzie zastanawiający się nad przyszłym zawodem powinni wybrać ten kierunek. Praca będzie zawsze, żadna maszyna ich nie zastąpi. To rozrywka z elementami naukowymi, która nie daje nam absolutnie nic. Podczas zbliżania się Florence, a wcześniej piętnastu innych imion w różnych częściach wybrzeża, zabezpieczali się na wszelkie sposoby. Na wszelki wypadek. Jeśli ten front spotka się z tym, to powstanie trzeci. Ale jeśli wiatr zawieje z tej strony, to czwarty. Oczywiście mogą się nie spotkać, wtedy całość skręci w lewo. Albo w prawo. Będzie bardzo dużo deszczu. Ale tylko jeśli spełniony zostanie ten warunek. Bo może być inaczej i wtedy przygotujmy się na silny wiatr. Lub słaby, bo przecież ten system niżowy może osłabnąć podczas spotkania z tym systemem nadciągającym z południa. Brzmią trochę jak doradcy i komentatorzy polityczni. Dlatego zawsze warto mieć pod ręką bleach, konserwy, latarkę i dwa paszporty. Na wszelki wypadek.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.