----- Reklama -----

Monitor 08/03/2018

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce część 364

FEDERAL RESERVE SYSTEM (inna nazwa: the Fed) – system rezerwy federalnej: centralny federalny system bankowy USA odpowiedzialny za prowadzenie federalnej polityki monetarnej. W Systemie Rezerwy Federalnej kraj podzielony jest na 12 regionów (federal reserve districts), i każdy z nich obsługiwany jest przez bank rezerwy federalnej. Poprzez banki członkowskie, system ten pośrednio reguluje stopy procentowe (interest rates) i przepływ pieniądza na rynku finansowym, głównie poprzez manipulowanie wymaganiami dotyczącymi rezerw (reserve requirements) i stopami dyskontowymi (discount rates).

FEDERAL SHERMAN ANTITRUST ACT – Federalna Ustawa Antymonopolowa Shermana: najstarsze amerykańskie federalne prawo antymonopolowe wprowadzone w 1890 roku, którego autorem był członek Izby Reprezentantów John Sherman. Za naruszenie tego prawa grożą surowe kary. Przykładowo, osoby dopuszczające się zmowy cenowej mogą podlegać karze grzywny do $100,000, natomiast korporacje mogą być ukarane grzywną nawet do 1 miliona dolarów.

FEE SIMPLE ABSOLUTE – prawo własności absolutne: najczęściej stosowana w USA forma własności typu freehold, odpowiadająca w przybliżeniu własności wpisanej do księgi wieczystej w Polsce, do której właściciel ma nieograniczone prawo i którą może dowolnie dysponować za życia, i która po śmierci właściciela przechodzi w posiadanie jego spadkobierców. Prawo własności absolutne może być ograniczone jedynie przez zarządzenia miejskie dotyczące podziału na strefy (zoning ordinances) określające szczegółowo jakiego typu nieruchomości mogą znajdować się w danej strefie. Mogą mieć na nie wpływ również ograniczenia narzucone przez deweloperów (restrictive covenants), zawarte w oryginalnych planach budowy osiedla.

FEE SIMPLE DEFEASIBLE (inna nazwa: defeasible fee) – prawo własności podlegające unieważnieniu: prawo własności typu freehold, którego trwanie uzależnione jest od wystąpienia określonego warunku. Istnieją dwa typy prawa własności podlegającego unieważnieniu: 1) prawo własności podlegające warunkowi narzuconemu (subject to a condition subsequent), kiedy tytuł własności zostaje przekazany nowemu właścicielowi pod warunkiem, że nieruchomość nie będzie użytkowana w określonym celu, np. jako nieruchomość inwestycyjna. Jeśli warunek ten zostanie naruszony, poprzedni właściciel ma prawo do odzyskania swojej własności na drodze sądowej (right of re-entry). 2) prawo własności ze specjalnym ograniczeniem (with a special limitation), kiedy tytuł własności zostaje przekazany nowemu właścicielowi, o ile nieruchomość będzie użytkowana wyłącznie w określonym celu, np. jako dom opieki społecznej. Jeśli warunek ten zostanie naruszony, tytuł własności automatycznie powróci do poprzedniego właściciela bez konieczności odzyskania własności na drodze sądowej. Poprzedni właściciel zachowuje więc możliwość powrotu (possibility of reverter). Ten typ prawa własności nazywany jest również określonym prawem własności (fee simple determinable), ponieważ wygasa automatycznie w sposób dający się określić.

FINAL PROPERTY INSPECTION (potoczna nazwa: final walk-through) – ostatnia inspekcja: na krótko przed zamknięciem transakcji, nabywca nieruchomości wraz z reprezentującym go agentem dokonują ostatniej inspekcji w celu upewnienia się, że fizyczny stan nieruchomości nie uległ zmianie od czasu zawarcia umowy sprzedaży.

FIXTURES AND PERSONAL PROPERTY – elementy wyposażenia nieruchomości i własność osobista: klauzula w kontrakcie kupna / sprzedaży lub wynajmu nieruchomości określająca dokładnie, które elementy wyposażenia nieruchomości oraz rzeczy stanowiące własność osobistą zostaną przekazane nabywcy / lokatorowi. Termin fixtures odnosi się do wszystkich rzeczy stanowiących własność osobistą, które zostały przyłączone do nieruchomości na stałe, stając się w ten sposób jej integralną częścią i w efekcie własnością nieruchomą, np. klimatyzacja, system ogrzewczy, lub szafki zainstalowane w kuchni.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645       
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com

****

Czy można pisać o losach Żydów w czasie ostatniej wojny w sposób, który pozostawia wiele do życzenia? Oczywiście, że tak, czego niechlubnym dowodem jest ostatnio wydana książka „Dziewczynka z walizki, historia dwóch sióstr rozdzielonych przez wojnę”.

Ta powieść nie powieść, reportaż nie reportaż jest literackim gniotem, co nie jest czymś niezwykłym, biorąc pod uwagę ilość tekstów, które mówią o graniczności doświadczeń, jakie spotkały Żydów w czasie i zaraz po wojnie. Co rzeczywiście jest niezwykłe, to fakt, iż można tak „bombastycznie” pisać o fascynującej historii dwu kobiet, naznaczonych w swym życiu stygmatem strachu, rozdzielenia, ucieczki, ukrywania się i zapomnienia:

„Giza, półtoraroczne żydowskie dziecko, zostaje wyniesiona z warszawskiego getta w pielęgniarskiej walizce i trafia do rodziny Danuty Gałkowej (z domu Ślązak), gdzie przez kilka lat uchodzi za jej starszą siostrę. Rodzice Gizy giną w Treblince i Oświęcimiu. Po wojnie dziewczynka zostaje oddana dalszym krewnym, z którymi ucieka do Urugwaju. Kontakt między Gizą a Danutą ulega zerwaniu. Giza pozostaje nieświadoma swojej przeszłości i tego, że Danuta próbuje ją odnaleźć. Po 65 latach wreszcie udaje im się ponownie spotkać. Giza narodziła się dwa razy. Pierwszy raz wydała ją na świat matka. Drugi raz przyszła na świat, gdy wynoszono ją w walizce. Choć miała tylko półtora roku, nie wydała z siebie głosu, gdy mijali strażnika przy bramie getta”.

Czy można taką historię popsuć? Historii nie, ale sposób jej przytoczenia – oczywiście tak! Niezwykle pretensjonalna maniera opowieści Davida Serrano Blanquera zasadza się na złamaniu elementarnej zasady pisania o „sytuacjach granicznych”. Ponieważ są one ze swej natury czymś nadzwyczajnym, pisanie o nich w manierze ekstra podniosłej czy nadmiernie egzaltowanej prowadzi do odwrotnego od zamierzonego efektu. Zamiast poruszenia dramatem bohaterek, odczuwamy raczej irytację uczuciowym zaangażowaniem autora w opisywane sprawy.

Przytoczmy jeszcze raz jeden z mnóstwa przykładów stylu Blanquera, który powala:

„Zmroziła mnie jej szczerość, jej nadzwyczajna mądrość wobec pytań trudnych, by ogarnąć je umysłem. Strach warunkował całe jej życie. […] A do tego wszystkiego morze strat i pustki. Rany skryte, lecz jątrzące się mino wysiłków, by nie poświęcać im za wiele uwagi. Strach, który przeobraził jej życie tak, że /nie było łatwo/, co znaczy, że było bardzo trudno. Tak właśnie pomyślałem w tamtej chwili.” (s.167) I w ten sposób pole do interpretacyjnego popisu dla czytelnika, czy jakiekolwiek miejsca niedookreślenia pozostają w książce ograniczone do absolutnego minimum. Okazuje się, że autor każe nam wierzyć, że skoro „nie było łatwo”, to znaczy, że było „bardzo trudno”.

Cóż nam pozostaje? Mnóstwo innej, znakomitej literacko literatury dotyczącej losów Żydów w XX wieku. Jak już pisałem jej rozrzut gatunkowy i rodzajowy jest nieskończony. Od powieści, przez bajkę po dokument sensu stricto. W gruncie rzeczy to właśnie wybór odpowiedniego sposobu narracji, a nie opowieść sama w sobie, stanowi często (oczywiście nie zawsze) o wartości artystycznej tekstu. Książka Davida Serrano Blanquera opowiada jedną z bardzo wielu historii rozdzielenia, celowego wymazywania z pamięci, obezwładniającego strachu, które spowodowała wojna i robi to fatalnie z literackiego punktu widzenia. Imre Kertesz mówi również o tym samym, ale w literacko krystaliczny sposób.

Coś jest znaczącego w powiedzeniu - im mniej, tym lepiej – i to pod każdym względem. Najlepsza literatura o Zagładzie to rzeczy wyzute z emocji autorskich. Wstrzemięźliwość i unikanie jakiegokolwiek komentarza to zasady obowiązujące w pisaniu o holocauście, co najmniej od Borowskiego, Nałkowskiej, poprzez niebywałej mocy teksty Hanny Krall, aż do sensu stricto dokumentalnych opracowań zebranych w dwu tomach „Dalej jest noc” pod redakcją Barbary Engelking, wydanych w tym roku.

Pojawiło się ostatnio tłumaczenie książki Michaela Chabona „Poświata” (Moonglow, 2016/2018), która zadziwia sposobem prezentowania zdarzeń pozornie odległych od tego, co można by nazywać „sytuacjami granicznymi” w życiu człowieka. Nie dotykamy tu przecież bezpośrednio dramatu wojny w jego nieskończonej ilości konfiguracji. Ale czy rzeczywiście nie ma tu tego, co określa kategorię „graniczności”? Nie można jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Chabon tak konstruuje tekst swej powieści, iż nic nie jest w niej jednoznaczne i nic nie jest oczywiste. Babka bohatera/narratora jest i nie jest ofiarą nazistowskiego „ostatecznego rozwiązania”, jego matka jest i nie jest córką swego ojca, dziadek z kolei jest i nie jest konstruktorem modeli rakiet kosmicznych – istota owych postaci i zdarzeń, w które są uwikłani, mieści się gdzieś w powiewie historii, istotowo absurdalnym. Czy przez istnienie absurdalne można doświadczyć graniczności owych zdarzeń, w którym przyszło brać udział postaciom „Poświaty”?

Co to są „sytuacje graniczne” o co skrywa się pod tym terminem Karla Jaspersa?

„Przeżywanie sytuacji granicznych stwarza jedyną w swoim rodzaju okazję, by ze świata spraw codziennych wznieść się na szczyt możliwości bycia sobą. Deklaracji tej nie należy rozumieć w sposób metafizyczny, bo ów „wzlot”, choć dotyczy niedostępnej dla świadomości w ogóle egzystencji, zawsze odbywa się w ramach bycia tu oto (Dasein). Nie mogę takich sytuacji uniknąć, wynikają one z samej istoty otaczającego mnie świata. Źródłem owej graniczności jest zaś antynomiczność bytu – będąc człowiekiem, zmuszony jestem żyć w takim uniwersum dokładnie mnie obejmującym (Umgreifende), jakie jest mi dane, zarazem jednak projektuję świat inny, nieosiągalny w sensie empirycznym, a ściślej mówiąc, transcenduję ku temu światu11. Chciałbym, aby dostępna mi rzeczywistość miała sens, a jednocześnie dostrzegam, że tylko ja mogę próbować go jej nadać, a i to nie zawsze z powodzeniem. Sytuacje graniczne są ze swej istoty nieusuwalne, różna jest jedynie forma, w jakiej ich doświadczamy. Jaspers mógł przeto powiedzieć:

przeżywać sytuacje graniczne i egzystować to jedno i to samo” (za: Dawid Kolasa, Sytuacje możliwe a sytuacje graniczne w filozofii Jaspersa)

Kontynuacja za tydzień

Zbyszek Kruczalak

Za nami kolejna rocznica wybuchu powstania warszawskiego. O decyzji o jego rozpoczęciu i drodze, która do tego doprowadziła, dyskutujemy od 70 lat. A jakie były skutki tego największego polskiego zrywu przeciw Niemcom w czasie II wojny światowej?

1 sierpnia o godz. 17:00 zmobilizowane parę dni wcześniej oddziały Armii Krajowej ruszyły w Warszawie do walki z Niemcami. Ich celem było przejęcie kontroli nad polską stolicą tak, by tuż przed spodziewanym wkroczeniem Armii Czerwonej móc ujawnić władze Polskiego Państwa Podziemnego i pokazać, że Polacy mają swoje państwo niezależne od Stalina i utworzonego przez niego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Dowództwo polskiego podziemia spodziewało się, że dojdzie do powtórki z listopada 1918 roku, gdy udało się bez większych problemów rozbroić niemieckie oddziały okupacyjne i ogłosić niepodległość Polski. Według informacji dowódcy warszawskiej Armii Krajowej, płk. Antoniego Chruściela „Montera”, radzieckie czołgi miały już wjeżdżać na Pragę, stąd wybuch powstania okazał się koniecznością.

W praktyce okazało się, że żadne oddziały Armii Radzieckiej nie wchodziły do Warszawy od wschodu – w tym czasie ich atak został powstrzymany silnym uderzeniem niemieckim. Powstańcy byli słabo uzbrojeni, gdyż plan zakładał zdobycie broni w walce i zajętych magazynach niemieckich. Z powodów organizacyjnych zrezygnowano z ataku w nocy – uzbrojeni często w pistolety młodzi AK-owcy ruszyli na umocnione punkty wroga w świetle dnia, nie realizując większości zamierzonych celów. Gdy Niemcy otrząsnęli się z szoku przeszli do kontrofensywy, likwidując opór w kolejnych dzielnicach, mordując ludność cywilną i burząc polską stolicę. Powstańcy nie dysponowali bronią ciężką, mieli problemy z zaopatrzeniem, nie mogli też przejść do ofensywy. Pomoc z Zachodu była zbyt mała, a Związek Radziecki świadomie nie pomógł Polakom. Po 63 dniach walki, przy stracie kilkunastu tysięcy żołnierzy i śmierci ok. 150–200 tysięcy cywilów, powstanie warszawskie skapitulowało.

Generał Leopold Okulicki, ostatni komendant Armii Krajowej i zwolennik wybuchu powstania warszawskiego mówił o nim, że miał to być „czyn, który by wstrząsnął sumieniem świata, zaprzeczył sam przez się fałszywym oskarżeniom”. Generał Władysław Anders, dowódca 2. Korpusu Polskiego we Włoszech był w tej sprawie dużo bardziej krytyczny: „Jestem na kolanach przed walczącą Warszawą, ale sam fakt powstania w Warszawie uważam za zbrodnię. Dziś oczywiście nie jest jeszcze czas na wyjaśnienie tej sprawy, ale generał Komorowski i szereg innych osób stanie na pewno przed sądem za tak straszliwe, lekkomyślne i niepotrzebne ofiary. Kilkaset tysięcy zabitych, doszczętnie zniszczona Warszawa, straszliwe cierpienia całej ludności, zniszczony dorobek kultury kilku wieków”.

Jakie więc skutki przyniosło powstanie warszawskie? Zacznijmy od jego bezpośrednich konsekwencji. Dla Armii Krajowej był to chwalebny akt, który jednak doprowadził całą konspirację do głębokiego kryzysu. Czołówka dowództwa trafiła do niewoli, podobnie jak elita żołnierska, która nie zginęła w dwumiesięcznych walkach. Sformowano oczywiście drugą komendę, która przejęła dowodzenie po kapitulacji powstania, ale była ona z oczywistych względów dużo słabsza. Dodatkowo powstanie warszawskie załamało wszystkie plany działania AK w innych regionach kraju. Część oddziałów partyzanckich próbowała przebić się do Warszawy, ale bez skutku. Inne podjęły próbę mobilizacji, ale nie miały już celu i czekały na dalszy bieg wypadków. W takich okolicznościach nie dziwi fakt rozwiązania organizacji w styczniu 1945 roku, głównie zresztą dla zabezpieczenia się przed Związkiem Radzieckim.

Skutkiem powstania było też zniszczenie Warszawy. Zginęło w nim od kilkunastu do nawet dwudziestu procent przedwojennych mieszkańców miasta. Duża część zabudowy została zniszczona w czasie walk, reszta – w ramach planowej akcji niemieckiej, mającej na celu zrównanie polskiej stolicy z ziemią. Zniszczono ważne zabytki: Zamek Królewski, Stare Miasto, świątynie, pałace, przypadkiem tylko zachował się Grób Nieznanego Żołnierza. Z dymem poszły bezcenne zbiory Archiwum Głównego Akt Dawnych i bibliotek warszawskich, przez co historycy dawnych epok stracili bezpowrotnie szanse na poznanie ich niektórych obszarów. Warszawa była biednym miastem ruin, którego odbudowa trwała kilkadziesiąt lat.

W powstaniu zginęło też wielu przedstawicieli polskich elit – synowie i córki inteligenckich rodzin, przyszli prawnicy, lekarze, inżynierowie czy działacze społeczni. Wszyscy znają los Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Gajcego – młodych poetów, którzy zginęli w walkach powstańczych, znajdując się dopiero w początkach kariery. Brak elity politycznej, kulturalnej i wojskowej sprawił też, że komunistom łatwiej było przejąć władzę w Polsce – opór wobec sowietyzacji musiał być słabszy, do tego tragedia zniszczonej stolicy wpędzała ludzi w apatię, którą wykorzystywali nowi rządzący. Trudno powiedzieć, czy Stalin chciał stworzyć z Polski kolejną republikę ZSRR, stąd nie wiadomo, czy powstanie warszawskie go przed tym powstrzymało.

Pozytywnym skutkiem powstania, widocznym jednak dopiero po latach, był natomiast jego moralny wymiar. Pamięć o bohaterstwie i tragedii powstańców dawała siłę do walki z dyktaturą i natchnienie patriotyczne dla kolejnych pokoleń Polaków. Czy to jednak uzasadnia inne straszne konsekwencje? Dyskusja ta będzie toczyć się jeszcze przez wiele lat.

Tomasz Leszkowicz

Znów padła wysoka wygrana w loterii i znów nie ja byłem zwycięzcą. Ale... by wygrać na loterii, w pierwszej kolejności należy kupić los. Następnie musi nam dopisać szczęście. Skoro nie spełniłem nawet pierwszego warunku, to prawdopodobieństwo dopisania szczęścia jest naprawdę niewielkie. Nie mam więc do nikogo pretensji, ale zastanawiam się, czy od czasu do czasu nie powinienem spróbować. Dla przyjemności.

Niektórzy grają raz, dwa razy w tygodniu, część tylko przy wielkiej wygranej. Reszta z jakiegoś powodu nie próbuje w ogóle.

Powinni, bo wbrew obiegowej opinii, gry losowe są wyłącznie dla ludzi optymistycznie nastawionych do życia i świata.

No bo jak tu grać nie wierząc, że się uda? Tylko radośnie nastawione jednostki potrafią wyobrazić sobie fortunę czekającą za rogiem. To, że prawdopodobieństwo utraty życia w drodze po los jest znacznie wyższe od szansy na wygraną nie ma znaczenia, w ogóle nie o to chodzi...

Dolar lub dwa tygodniowo to niewielka cena, jaką płaci się za podniecenie i oczekiwanie na wielką kasę. A jeśli kupon sprawimy sobie na kilka dni przed losowaniem, to przyjemne myśli i bogate plany dłużej nam towarzyszą. Cóż może być przyjemniejszego od wyobrażania sobie dnia, w którym konto bankowe zapcha się milionami, rzucimy wszelkie konieczne zajęcia, zaplanujemy podróż dookoła świata, a w wolnych chwilach nie będziemy robić kompletnie nic, może leżąc na wygodniejszej niż do tej pory kanapie... Te wszystkie chwile uniesienia i pozytywnych myśli za jednego dolara. Nie ma tańszej rozrywki przynoszącej więcej przyjemności.

"Czym różni się mężczyzna kłócący się z żoną od mężczyzny trzymającego w dłoni loteryjny los?

Ten z losem ma szansę wygrać."

Niby dowcip, ale waśnie takie podejście sprawia, że wśród otaczających nas ostatnio problemów i szarej rzeczywistości wciąż są tacy, którzy potrafią marzyć. Nawet wtedy, gdy prawdopodobieństwo wygranej wynosi 1 do 292 milionów.

Kilka lat temu w New York Times ukazał się artykuł opisujący rozrywki i przyjemności rekinów giełdowych. Wśród sportowych samochodów, jachtów, czy imprez do rana pojawiły się gry losowe. Niekoniecznie wizyty w kasynie lub pokerek z kolegami, ale zwykłe lotto stanowe, w którym do wygrania było często niewiele więcej od ich rocznych dochodów. Trochę zawstydzeni tłumaczyli autorowi artykułu, że nie tyle chodzi o pieniądze, ale o dreszczyk emocji towarzyszący kupowaniu losu i oczekiwaniu na wyniki.

"Pewien chirurg, już po dyżurze, odbiera w domu telefon i słyszy głos kolegi ze szpitala:

- Słuchaj, potrzebujemy czwartego do brydża!

- Zaraz tam będę - szepcze do słuchawki, po czym zaczyna ubierać płaszcz w domowym przedpokoju.

- Coś poważnego, kochanie? - pyta żona.

- Bardzo, trzech lekarzy już jest na miejscu."

Wszelkim grom losowym i hazardowym towarzyszy dreszczyk emocji. Oczywiście rację mają ci, którzy ostrzegają przed zgubnymi skutkami nałogu. Zbyt często kończy się to nieszczęśliwie dla mało odpornych. Nie chodzi już o samą grę, ale o finansowe konsekwencje dla graczy i ich rodzin. Nie mam zamiaru temu zaprzeczać, trudno z tym dyskutować.

Nie każdy jednak ma z tym problem, a niektórzy potrafią w bardzo oryginalny sposób słabości te wytłumaczyć i uspokoić własne sumienie. Choćby edukacją, na którą trafia przecież większość pieniędzy ze stanowych gier losowych. Grając w Mega lub Power budujemy więc szkoły, płacimy pensje nauczycielom, ich emerytury i wyposażamy sale lekcyjne... Przesadziłem nieco? No cóż...

Niektórzy twierdzą, że lotto to ekstra podatek dla ludzi słabych z matematyki. Może i tak, ale często grają nawet osoby zajmujące się na co dzień statystykami. W końcu dla wielu osób prawdopodobieństwo wygranej w lotto jest wyższe niż otrzymanie świątecznej premii od szefa. Żadne równania nie są tu potrzebne, wystarczy zmysł obserwacji.

Tak więc, po długim zastanowieniu, wyborze najszczęśliwszych liczb, odłożeniu dolara lub dwóch, chyba się w końcu zdecyduję. Wyłącznie dla przyjemności i dreszczyku emocji towarzyszącemu układaniu multimilionowej listy zakupów. Gdzieś tam jednak na pewno pojawi się cichutka nadzieja i powtarzane w myślach przez wszystkich graczy zaklęcie - przecież ktoś musi wygrać. Jeśli w przyszłym tygodniu nie ukaże się w tym miejscu tekst z moim podpisem, oznaczać to będzie, że albo zdarzyło się coś złego, albo dopisało mi szczęście. Oczywiście istnieje trzecia ewentualność. Planowane wcześniej wakacje.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

W sądach stanu Illinois można wystąpić z wnioskiem o prośbę, aby sąd wydal wyrok o zatrzymanie lub wymuszenie działania. Kiedy zatrzymanie lub wymuszenie pewnego działania jest wskazane, adwokat może wystąpić o wskazanie sądowe („injunction”) dla swojego klienta. Wskazania sądowe mają formę tymczasowych nakazów powstrzymujących („temporary restraining order” lub „TRO”), preliminarnych wskazań („preliminary injunctions”) oraz stałych wskazań („permanent injunctions”). Każda forma wskazania sądowego wymaga dowodu potwierdzającego czterech elementów.

Najczęściej wskazania sądowe używane są, aby powstrzymać kogoś przed zrobieniem czegoś. Na przykład właściciel nieruchomości może chcieć powstrzymać sąsiada przed ścięciem drzewa. Wskazania sądowe są często używane w przypadkach handlowych, aby uniemożliwić komuś korzystanie z tajemnicy handlowej („trade secret”) lub listy klientów innej firmy. Wskazania sądowe mogą jednak również wymagać od kogoś, aby coś zrobił, na przykład nakaz na pozwolenie korzystania z ziemi na przejście do sąsiedniej nieruchomości.

Tymczasowy nakaz powstrzymujący („TRO”) jest często pierwszym rodzajem wskazania sądowego, o który adwokat się stara w sytuacji awaryjnej z klientem. Tymczasowy nakaz powstrzymujący zwykle realizowany jest bez powiadomienia przeciwnej strony. Ponieważ przeciwna strona nie otrzymuje powiadomienia („notice”), wymagania są bardzo rygorystyczne. Elementy wymagane, aby dostać tymczasowy nakaz powstrzymujący muszą być obecne w dokumentach złożonych w sądzie - zazwyczaj nie są przedstawione za pośrednictwem zeznań świadków na sali sądowej. Tymczasowy nakaz powstrzymujący przyznawany jest ze szczególnym uwzględnieniem czasu i trwa tylko dziesięć dni. Z chwilą wydania tymczasowego nakazu powstrzymującego, musi on zostać doręczony przeciwnej stronie; strona składająca wniosek o ten rodzaj wskazania sądowego musi wrócić do sądu w celu dalszego postępowania w ciągu dziesięciu dni.

Aby uzyskać tymczasowy nakaz powstrzymujący, strona składająca wniosek o ten rodzaj wskazania sądowego musi udowodnić cztery elementy. Po pierwsze, strona składająca wniosek o ten rodzaj wskazania sądowego musi udowodnić potrzebę natychmiastowej pomocy („immediate relief”). Innymi słowy, jeśli potrzeba nie jest natychmiastowa lub nagląca, sąd najprawdopodobniej będzie wymagał od strony składającej wniosek o ten rodzaj wskazania sądowego, aby odbyła zwykły tryb doręczenia wezwania i stawienia się do sądu, aby wszyscy – strona składająca wniosek jak i strona pozwana - mogli być obecni. Po drugie, należy wykazać nieodwracalną szkodę („irreparable harm”). Oznacza to, że strona składająca wniosek o ten rodzaj wskazania sądowego musi wykazać, że jeśli przeciwna strona nie zostanie powstrzymana, wydarzy się coś, czego nie można będzie cofnąć.

Trzeci element tymczasowego nakazu powstrzymującego ma do czynienia z tym, że nie ma odpowiedniego środka prawnego („remedy at law”), jeśli nie ma wyroku wskazania sądowego. Kiedy chodzi tylko o pieniądze, sądy często wnioskują, że istnieje odpowiedni środek prawny, aby dokonać płatności w przyszłości. Czasami jednak sąd nie znajdzie odpowiedniego środka prawnego, jeśli przeciwna strona prawdopodobnie nie będzie w stanie wypłacić odszkodowania. Zdarza się to, gdy chodzi o konto bankowe lub inne środki finansowe, w przypadku, gdy istnieje prawdopodobieństwo, że przeciwna strona wypróżni konto i nie będzie w stanie spłacić pieniędzy, gdy zostaną rozważone wszystkie prawa do tych pieniędzy.

Czwarty element tymczasowego nakazu powstrzymującego to prawdopodobieństwo sukcesu merytorycznego („success on the merits”). Może to być najtrudniejszy element do udowodnienia, ponieważ wymaga ostatecznego ustalenia („ultimate finding”) praw między stronami. W zwykłym postępowaniu sądowym może upłynąć kilka miesięcy lub lat, zanim fakty i ustawy prawne zostaną przedstawione. W przypadku tymczasowego nakazu powstrzymującego należy przedstawić dowód ostatecznego zastosowania praw („ultimate application of rights”). Każdy element ostatecznej przyczyny działania („ultimate cause of action”) musi zostać przedstawiony.

W zakresie, w jakim wydany jest tymczasowy nakaz powstrzymujący, sąd jest zobowiązany rozważyć nałożenie obligacji („bond”). Obligacja będzie wymagać złożenia zastawu finansowego na pokrycie potencjalnych szkód. W przypadku rozwiązania tymczasowego nakazu powstrzymującego, sądy stanu Illinois mają prawo zażądać od strony, która uzyskała tymczasowy nakaz powstrzymujący wypłacenia odszkodowania przeciwnej stronie, w tym opłat adwokackich.

W przypadku jednostek rządowych wymóg obligacji jest zniesiony według prawa stanu Illinois. Jest to ważne, ponieważ jednostki samorządu lokalnego często otrzymują tymczasowe nakazy powstrzymujące, aby zapobiec działaniom, które pojawiają się wbrew ich obrzędom („ordinances”).

Można wystąpić o preliminarne wskazanie („preliminary injunction”). Wymagania preliminarnego wskazania są zasadniczo podobne do wymagań dotyczących tymczasowych nakazów powstrzymujących. Różnica polega na dostarczonym powiadomieniu. Takie wnioski przedstawiane są w bardziej uporządkowany sposób, aby argumentować elementy; także mają miejsce zeznania świadków w sądzie.

Preliminarne wskazania trwają, dopóki trwa rozstrzygnięcie sporu między stronami. Zwykle pozostała część sporu obejmuje wniosek o wydanie stałego wskazania, w wyniku, którego strona wnioskuje o przyznanie wskazania sądowego - o zaprzestanie lub wymuszenie działania - na zawsze. Poprzez stałe wskazanie sąd zasadniczo uznaje, że strona składająca wniosek o ten rodzaj wskazania sądowego ma prawa przewyższające przeciwną stronę.

Wniosek o wskazanie sądowe może być złożony w większości typów spraw, lecz trudno jest ten rodzaj pomocy sądowej uzyskać ze względu na elementy które należy udowodnić. Nałożenie odszkodowania za niesłuszne wskazanie sądowe może być bardzo kosztowne. Rozważając sprawę o wskazanie sądowe, należy skonsultować się z adwokatem.

Powyższe informacje nie powinny być traktowane jako porady prawne w jakiejkolwiek istniejącej sprawie, oraz nie powinny być traktowane jako tworzenie formalnej relacji adwokat-klient.

Katarzyna Brukało
Brukalo Law, P.C.
Tel. 312-450-3630
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.   
www.BrukaloLaw.com
Dwie lokalizacje – Chicago (Downtown) i Park Ridge

Z Andrzejem Kulką w świat: Maroko 2017 cz. 17

Niedziela, 12 listopada

Dzisiaj rano opuszczamy egzotyczny Marrakesz i jakże gościnne Maroko. Należąca do Ryan Air maszyna wznosi się nad przedgórską równiną Mesety Marokańskiej i kładąc lewą burtę obiera kurs na Casablankę. Stąd mkniemy już prosto w kierunku Gibraltaru i - ostatecznie - Madrytu, który jest celem naszej dzisiejszej podróży a jednocześnie wygodnym postojem na dwie noce, rozbijając męczący powrót do Stanów Zjednoczonych.

Po niecałej godzinie lotu po prawej stronie ukazuje się fantastyczny widok: pod nami Atlantyk, po prawej końcówka Afryki z portem w Tangierze (Maroko), górą Dżebel Musa i należącym do Hiszpanii cyplem Ceuta, w środku Cieśnina Gibraltarska ze słynną skałą na horyzoncie, po lewej Półwysep Iberyjski i Hiszpania, a na wprost, na drugim planie - Morze Śródziemne. W tym jednym kadrze za oknem samolotu mieści się spory kawał historii ludzkiej cywilizacji!

Dla starożytnych Greków przestrzeń poza tzw. Słupami Herkulesa (czyli Dżebel Musa oraz Skała Gibraltarska po przeciwnej stronie Cieśniny) była dosłownie końcem świata! Pomimo tego, że wiek wcześniej na Atlantyk wpływali Fenicjanie i zakładali handlowe osady na terenie dzisiejszego Maroka i w okolicach Kadyksu. To właśnie żeglarze z Hellady przywieźli w ten region drzewo oliwne, winorośl, osły, drób i koło garncarskie. Rzymianie z kolei władali Hiszpanią i północnym Marokiem usprawniając administrację, tworząc prawa, budując system dróg i akweduktów. Powstawały świątynie, amfiteatry, łaźnie... Podczas i po upadku Cesarstwa na tereny północno-zachodniej Afryki oraz Iberii dotarło wielu chrześcijan i żydów wprowadzając własne zwyczaje i religie, znakomicie rozbudowując rzemiosło i handel. Ogromne zmiany w całym regionie nastąpiły w VII wieku, kiedy inwazja arabska sięgnęła Atlantyku.

Muzułmański gubernator Tangieru, Tarik ibn Zijad, ruszył na Półwysep Iberyjski w roku pańskim 711. Dziesięć tysięcy zaprawionych w bojach afrykańskich Berberów (wtedy już muzułmanskich żołnierzy Allaha) wylądowało w miejscu nazwanym Dżabal Tarik, a więc „góra Tarika" czyli po prostu Gibraltar! Maurowie, czy jak ich później zwano Saraceni, w ciągu kilku zaledwie lat opanowali praktycznie cały Półwysep Iberyjski. W roku 732 ruszyli dalej na północ, ale Frankowie pod dowództwem majordomusa Karola Młota pobili ich sromotnie w bitwie pod Poiters, zamykając (wtedy jeszcze skutecznie) muzułmanom drogę do środka Europy. Na południe od Pirenejów od 756 roku zaistniał niezależny (od Bagdadu) emirat ze stolicą w Kordobie, a w AD 929 cała mauretańska Hiszpania (Al-Andalus) tworzyła już Kalifat Kordoby. Kiedy w Marrakeszu i Fezie rządziła dynastia Almorawidów oraz Almohadów (XI, XII wiek), stolicę kalifatu przeniesiono do Sewilli a w końcu do Granady (1248-1492). Blisko 800 lat okupacji islamskiej pozostawiło trwałe ślady na Andaluzji, wiele pozytywnych. Hiszpanie szczycą się do dziś światowej klasy klejnotami architektury, jakim jest bez wątpienia Alhambra czy zamieniony na katedrę meczet Mezquita, nie mówiąc o mniej znanych, ale ważnych faktach jak, przykładowo, wiedza starożytnych Greków przechowana w uczelniach Marrakeszu i przekazana dalej do Europy przez lokalnych uczonych! Przecież tzw. “Szkoła tłumaczy w Toledo” (1135-1284) przełożyła na łacinę i hiszpański m.in. wszystkie dzieła Arystotelesa i Awicenny dostępne w języku arabskim! Ogromną rolę odegrał tutaj filozof i matematyk Awerroes, nawiasem mówiąc skazany na wygnanie właśnie do Marrakeszu za niepoprawne poglądy.

Tereny tych znamiennych wydarzeń widać teraz jak na dłoni pod skrzydłami samolotu, co nasuwa pomysł “nie do odrzucenia” - a może by tak na przyszły rok wracać z Maroka nie bezpośrednio do Madrytu, ale przebyć lądem szlak podboju Andaluzji?

Przecież z Fezu można w parę godzin dojechać do rzadko odwiedzanego, przepięknego “niebieskiego miasta” Szafszawan, a potem do Tangieru na prom do Gibraltaru! Po jednym dniu zwiedzania tego brytyjskiego terytorium zamorskiego warto by się udać do Kordoby, Sewilli i dopiero stamtąd jechać do stolicy, Madrytu. No cóż, z patrzenia za okno rodzą się nowe programy. A póki co przygotowujemy się do lądowania w Madrycie, szybkiego zakwaterowania i najazdu na centrum miasta powiązanego ze śródziemnomorskim lunchem (frutti di mare, sałata, czerwone wino). Od zmroku czeka nas wizyta w El Prado, najsłynniejszym z muzeów Hiszpanii.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.

Palenie papierosów nie jest w modzie. Przynajmniej od kilkudziesięciu lat, kiedy w modzie stała się aktywność fizyczna, zdrowy styl życia i zdrowe odżywianie – palenie papierosów naturalnie przestało być powszechnie uznawane, za popularną rozrywkę. Powoli znikały duże reklamy papierosów z billbordów i z prasy. Wprowadzano zakazy palenia w miejscach publicznych i środkach transportu. Z paleniem walczy się za pomocą akcyz i wysokich cen papierosów – z nadzieją, że odstraszy to palaczy od palenia.

Wielu palaczy do ostawienia papierosów nie motywuje przemijająca moda, zakazy, cena, regulacje prawne, czy ograniczenia. Często pierwszym impulsem do podjęcia decyzji o rzuceniu palenia są problemy zdrowotne.

Palenie ma wielki wpływ na obniżenie jakości naszego zdrowia i przyczynia się do rozwoju wielu chorób.

Statystyki łączące choroby jamy ustnej z paleniem są zatrważające. Przeszło 1/3 palaczy boryka się z przynajmniej kilkoma problemami zdrowotnymi w jamie ustnej. Paląc, wchłaniamy do jamy ustnej substancje smoliste zawarte w papierosach, które są bardzo niekorzystne dla naszego zdrowia. Palenie tytoniu hamuje łaknienie oraz zmienia poczucie smaku potraw. Palacz ma gorszy węch i smak. Dodatkowo palenie wpływa negatywnie na ukrwienie jamy ustnej oraz obniża odporność organizmu. Dym z papierosa i jego temperatura prowadzą do zapalenia błony śluzowej, co z kolei przyczynia się do występowania nadżerek i owrzodzeń.

Palacze trzy razy częściej zapadają na raka języka i osiemnaście razy częściej na raka jamy ustnej. Dentysta w trakcie rutynowej kontroli dentystycznej może stwierdzić zmiany w obrębie jamy ustnej. Osoby palące papierosy borykają się z większą ilością powikłań po zabiegach chirurgicznych oraz suchością jamy ustnej.

Dym papierosowy nie jest obojętny dla zębów i dziąseł. Zęby palacza zamieniają kolor i z czasem stają się żółte albo jasno brązowe. Palacze borykają się z nieprzyjemnym zapachem z ust, bardziej podatni są na choroby dziąseł i przyzębia. Choroby dziąseł i przyzębia u osób palących papierosy rozwijają się szybciej, w wyniku czego palacze częściej tracą zęby.

Statystycznie palacze rzadziej chodzą do dentysty niż osoby niepalące. Pierwsze negatywne skutki palenia widoczne w jamie ustnej to zmiana koloru zębów, krwawiące dziąsła, odkładanie się kamienia nazębnego oraz uczucie suchości w ustach. Średnio szacuje się, że 40 % chorób przyzębia diagnozowanych w Stanach Zjednoczonych jest w jakimś stopniu skutkiem palenia papierosów. U palaczy istnieje także ryzyko niepowodzenia w przypadku procedury wstawiania implantów dentystycznych.

Aby poprawić wygląd jamy ustnej, a także nie dopuścić do utraty zębów, najlepiej jest zrezygnować z palenia papierosów. Rzucenie palenia nie jest sprawą prostą. Palacze wstydząc się swojego nałogu nie kwapią się do tego, aby regularnie odwiedzać lekarza dentystę. Wstydzą się swojego nałogu i obawiają się, że dentysta może ich skrytykować. Lekarze z drugiej strony nie chcąc urazić pacjenta pomijają fakt palenia i nie informują pacjenta o fakcie, że zmiany w jamie ustnej mogą być spowodowane niezdrowym stylem życia. Rolą dobrego, doświadczonego lekarza jest pomoc pacjentom w uzyskaniu optymalnego zdrowia i jak najlepszego samopoczucia. Namawiam wszystkie osoby palące papierosy do odwiedzenia gabinetu dentystycznego, bez obaw, że spotkacie się z krytyką. Lekarz oczywiście zaleci rzucenie palenia, ale też podpowie, jak można dbać o zęby, aby ich nie stracić.

W przypadku palaczy podstawą dbania o zęby jest codzienna higiena. Zęby należy szczotkować przynajmniej dwa razy dziennie, raz dziennie nitkować, a jeżeli palimy papierosy, to dodatkowo używać płynów do płukania jamy ustnej. Zalecam rutynowe, profesjonalne czyszczenia zębów w gabinecie z dodatkowym zwróceniem uwagi na ewentualne infekcje dziąseł, które u osób palących występują częściej niż u osób nie palących.

Jeżeli palenie papierosów zniszczyło zęby, w gabinecie dentystycznym jest szansa, aby przywrócić naszym zębom dawny blask. Wybielanie zębów w gabinecie pozwoli zębom odzyskać dawny kolor, dentystyka kosmetyczna, koronki albo implanty dentystyczne przywrócą piękny i zdrowy uśmiech. Jeżeli nasz zgryz wymaga korekty także można dokonać tych zmian w gabinetach dentystycznych przy pomocy standardowych aparatów ortodontycznych lub plastikowych nakładek. W swojej praktyce pomogłam ocalić zęby wielu pacjentom, którzy przez choroby jamy ustnej, spowodowane między innymi paleniem tytoniu, stanęli w obliczu ryzyka utraty zębów.

Dorothy A. Anasinski, D.D.S.
Specialist in Periodontics and Dental Implants
Assistant Clinical Professor,
Postgraduate Periodontics, University of Illinois
Diplomat, American Board of Periodontology
Dental Specialists of Niles, P.C.
8216 W. Oakton, Niles, IL 60714
Tel.: (847) 685-6686
www.dentalspecialistsofniles.com