----- Reklama -----

Monitor 07/06/2018

Ponieważ mamy pełnię lata i na zewnątrz cieplej już chyba być nie może, to rozpoczynamy okres wyjazdów urlopowych, do których często nie jesteśmy zbyt dobrze przygotowani. Proponuję więc, byśmy przypomnieli sobie przewodnik wakacyjny.

Od jakiegoś czasu niecierpliwe przeglądamy oferty biur podróży i ceny biletów lotniczych. Zanim jednak podejmiemy decyzję co do kierunku naszej wycieczki, warto się poważnie zastanowić, a następnie dokładnie przygotować. Mamy bowiem aż dwie możliwości wyjazdów – zagraniczne i krajowe. W każdym przypadku wykonujemy inne czynności.

W tym pierwszym odwiedzamy stronę internetową Departamentu Stanu, który dla Amerykanów ma kilka rad. Ostatnio są to głównie ostrzeżenia. Po dokładnej lekturze dochodzimy do wniosku, że z Bliskiego Wschodu należy zrezygnować ze względu na zagrożenie przemocą. Podobnie z kilku krajów afrykańskich. Los taki może nas też spotkać w części Azji i Ameryki Południowej. W pozostałych krajach tych kontynentów grożą nam różne choroby i lewostronny ruch drogowy. Staramy się więc pokonać naturalny odruch spoglądania w lewo podczas pokonywania jezdni i skupić się na stronie prawej, niczego nie dotykać, nie pić wody i soków, nie jeść w przypadkowych miejscach i jeśli jesteśmy akurat w Pekinie, pod żadnym pozorem nie oddychać! W krótkich chwilach, kiedy opuszczamy hotel możemy zrobić jakąś fotkę. W południowej części Ameryki Północnej też powinniśmy być ostrożni, generalnie nie należy posuwać się dalej na południe niż Acapulco. Jeśli trafimy do Belize, to powinniśmy wstrzymać się od jakichkolwiek naturalnych odruchów, typu plucie, czy okazywanie sympatii osobom z nami podróżującym, na przykład współmałżonkom. To religijny kraj i jest to źle widziane.

W Europie zwiedza się miasta pieszo, w związku z czym od razu opcja ta odpada dla połowy mieszkańców USA. Poza tym wszystko tam jest stare, zwłaszcza budynki. Sporo kłopotu sprawia rozkład ulic, które nie są równoległe i prostopadłe i zwykle prowadzą na manowce. Proszę potraktować to poważnie, bo nawet po kilkuletnim pobycie w USA trudno nam będzie wieczorem trafić do rodzinnego domu, na przykład w Katowicach albo hotelu w Bukareszcie. Należy jeszcze dodać, że reszta świata wciąż pali papierosy, często (o zgrozo!) w miejscach publicznych, co oburzyć może bardziej wrażliwych. Szok kulturowy można przeżyć niemal w każdym kraju świata, gdyż zobaczyć tam można matki karmiące piersią i dziewczyny topless na plaży. Warto więc podróżując z dziećmi zabrać opaskę na oczy, by chronić młodych ludzi przed zepsuciem.

Departament Stanu zaleca również, by przed udaniem się w zagraniczną podróż nauczyć się jakiegoś obcego języka. Nieważne jakiego, chodzi o to by kogoś nie zdradził amerykański akcent, co również może zakończyć się groźnie albo śmiesznie. Jako imigranci z Polski nie mamy tego problemu, język obcy już znamy, zwykle mamy też drugi paszport.

Jeśli paszportu drugiego nie mamy, to musimy jakoś upodobnić się do tubylców, czyli reszty świata. Gdzie się da wciągamy brzuch, nie żujemy gumy, nie dajemy napiwków, zdejmujemy okulary przeciwsłoneczne wchodząc do pomieszczeń, ustępujemy kobietom w drzwiach, pod żadnym pozorem nie narzekamy w restauracji, będąc w Anglii staramy się nie uśmiechać, natomiast na południu Starego Kontynentu czynimy to bez żadnego powodu non stop. Panowie, odwiedzając Chorwację dobrze jest też kupić sobie nowe, fajne kąpielówki.

Dla obywateli USA nie są to wciąż najlepsze czasy na podróże zagraniczne i jedynym wyjściem może okazać się zamówienie w internecie zestawu koszulek z dużym napisem Canada. Tak wystrojeni udajemy się w drogę. Mieszkańcy wszystkich 50 stanów wciąż nie bardzo rozumieją, dlaczego Kanadyjczycy są lubiani w świecie, ale już zaczynają to wykorzystywać.

Oczywiście znajdą się tacy, którzy nigdy koszulki północnego sąsiada nie założą. Ci skazani są na wyjazd krajowy. Wtedy mamy wybór dotyczący środka transportu. Jeśli nie zależy nam na czasie to samolot, bo opóźnienia są rekordowe, kolejki długie, agenci TSA opieszali. Jeśli jednak się spieszymy, to coś na kółkach, ewentualnie stabilny prom pasażerski. Z Chicago musimy koniecznie wyjechać, bo przecież to jedno z najbardziej niebezpiecznych miast świata. Floryda ma krokodyle, rekiny, wysoką wilgotność i kubańską mafię w Miami. Luizjanę latem poleca się wyłącznie odpornym na upał i magię voodoo. Cały Środkowy Zachód to komary, w Kalifornii na zmianę powodzie albo susza, w Yellowstone ryzyko wybuchu wulkanu i groźne zwierzęta. Pozostaje nam zwiedzać więc piękny, wciąż rozbudowywany system płatnych (Illinois) i bezpłatnych (większość stanów) autostrad. Czasami zatrzymać się gdzieś, pstryknąć zdjęcie telefonem, wysłać na Facebook, zaćwierkać wrażenia z wycieczki. Oczywiście unikamy Minnesoty, bo tam sygnał słaby.

W ogóle to latem warto zostać w domu. Godzina z laptopem na kolanach da nam więcej informacji o świecie niż miesiąc w podróży. Dzieci będą zadowolone, zwierząt nie trzeba będzie oddawać nikomu pod opiekę. Za zaoszczędzone pieniądze kupimy sobie coś fajnego, unikniemy stresu związanego z odwiedzaniem nowych miejsc i poznawaniem ludzi. Dzięki nowoczesnym technologiom złożymy sobie cały album zdjęć wakacyjnych, za kilka lat nawet nie będziemy pamiętali, że to podróbki. Same korzyści, prawda?

Miłego weekendu.

Rafał Jurak

„Geny określają raczej pulę możliwości,
niż nieuniknione konsekwencje”(s.67)

Skąd ten cytat się tu wziął i dlaczego otwiera kolejny tekst o najnowszej książce Jeffreya Eugenidesa „Nowy dowód”? Pierwsza część pytania odsyła nas do znakomitego wywiadu zamieszczonego w drugim numerze „Książek – Magazynu do Czytania” z tego roku, zatytułowanego „Lubię pieniądze, Chrystusa i nicość”. Rozmowę z Jeffreyem Eugenidesem prowadzi Juliusz Kurkiewicz. (s. 64-67). Drugi fragment pytania z kolei każe nam przewertować jeszcze raz jedną z najważniejszych powieści amerykańskich, jakie się w ogóle ostatnio ukazały, a mowa oczywiście o ponad sześciuset stronnicowym „Middlesex”(wyd. 2002) – jak pamiętamy jest to nadzwyczajnie niezwykła historia wędrówki genu hermafrodytyzmu przez pokolenia greckiej rodziny „rozgrywającą się na przestrzeni osiemdziesięciu lat. Jest to opowieść o losach trzech pokoleń nietypowej rodziny Stephanidesów, o rodowodzie ukształtowanym przez prawdziwe pożądanie. Rozpoczyna się ona w zamieszkiwanych przez Greków regionach Turcji, rozwija w przechodzącej przemiany społeczne i kulturalne Ameryce, a kończy w zjednoczonym Berlinie. (za: książkoholizm.com). Przyglądamy się losom Desdemony i Eleutheriosa, zwanego Leftym, którzy jeszcze w Grecji byli rodzeństwem, jednak po opuszczeniu kraju stali się mężem i żoną, rodzicami Miltona, dziadkami Cala - (wcześniej Calliope) – około czterdziestoletniego hermafrodyty – jego historia jest historią genu, mutacji na piątym chromosomie, którą musimy poznać, by zrozumieć ogrom istnienia składającego się z wiedzy i doświadczeń, ale także błędów wielu pokoleń. (za: blog, Olga Majerska)

Motyw genetycznego uwarunkowania i seksualizmu naznaczonego mutacjami chromosomalnymi powraca w dosyć drastycznej i kontrowersyjnej wersji w opowiadaniu „Proroczy srom”, które jest siódmym z kolei, zamieszczonym w tomie „Nowy dowód”. Zaburzone poczucie bycia mężczyzną czy kobietą, dwupłciowość albo hermafrodytyzm - to wszystko już było. Co naprawdę jest wstrząsające w tym opowiadaniu to zakończenie, w istocie ostatnie zdanie: „I przecież trudno walczyć z lokalnymi obyczajami” – czy rzeczywiście? A jeśli tak, to gdzie są granice kulturowej tolerancji albo nakładania różnych miar na identyczne wydarzenia, sprawy, sądy i obyczaje? Cała drastyczność owego zdania wynika z sytuacji, gdy naukowiec badający seksualność ludów pierwotnych, Peter Luce, pozwala masturbować się małemu chłopcu, który wprawdzie w swoim plemieniu robi to stale, ponieważ uznane tam to jest za normę, ale Peter Luce nie jest przecież częścią owej społeczności. To przekraczające normy opowiadanie ma niebywałą moc emocjonalną, tocząc dyskusję o tym, czym jest seksualność człowieka i jak ją definiować. Jak czytamy w tekście:

„Męscy pseudohermafrodyci z syndromem braku 5-alfa-reduktazy u osobników, którzy zostali wychowani jako kobiety, stanowią wyjątkowy materiał do badań wpływu testosteronu i płci, w jakiej są wychowywani, na określanie tożsamości płciowej […](s.201) Ewolucja nie ma spójnej strategii działania. Choć słynie z tego, że pozostaje wierna pewnym eleganckim formom […], potrafi także ni z tego, ni z owego przejść do improwizacji.” (s.186)

Wygląda zresztą na to, że Eugenides jest głęboko zafascynowany tą ewolucyjną i kulturową dychotomią, tą formą nieustannego napięcia między biologią (pierwotnymi instynktami człowieka), a regułami kulturowych uwarunkowań (religia, etyka). Seksualizm to przecież super zwierzęcy, super pierwotny i super potężny instynkt, który z jednej strony ma służyć fundamentalnej sprawie przedłużania gatunku, z drugiej jest jednym z najbardziej kulturowo regulowanych i naznaczonym wszelakimi tabu, zachowaniem człowieka.

W opowiadaniach „Pipeta do pieczeni”, „Proroczy srom”, „Kapryśne ogrody” i tytułowym „Nowy dowód” mamy całe spektrum zachowań seksualnych, których konsekwencje są często nie do zniesienia dla bohaterów owych historii. Szczególnie intrygujące jest, zamieszczone jako ostatnie, tytułowe „short story” zatytułowane „Nowy dowód”. Po pierwsze jest najobszerniejsze w całym zbiorze, po drugie jest bardzo nowe, bo zostało napisane w 2017 roku. Dotykamy w nim historii pozornie niebywałe banalnej. Starszy mężczyzna ma przygodny, zupełnie przypadkowy i jednorazowy seks z bardzo młodą dziewczyną. Jak się jednakowoż okazuje, nie był on ani przygodny, ani przypadkowy, a co najciekawsze – w ogóle go nie było. Precyzując, miało do niego dojść i wszystko zmierzało w tym kierunku, ale ostatecznie do niczego nie doszło. Cała historia z pozoru dosyć groteskowa, zaczyna się rozwijać w dosyć nieoczekiwanym kierunku. Młoda studentka, która ma ochotę na dużo starszego od siebie profesora astronomii okazuje się dosyć wyrachowaną „planistką”, która chce uniknąć aranżowanego ślubu ze znalezionym przez rodziców partnerem, z którym oczywiście nic jej nie łączy. Ponieważ jej rodzice zostali wychowani w kulturze Indii i tamtejszej obyczajowości, nie wyobrażają sobie, by mogła wyjść za mąż inaczej. Prakrti, bo tak ma na imię bohaterka, wymyśliła zatem sposób na wyjście z tego, dosyć dziwnego, zapętlenia:

„Sam seks musiał być przestępstwem. Tylko wtedy mogła być jego ofiarą. Niewinną. Niewinną, a jednak, z definicji, już nie była dziewicą. Przestała być odpowiednią hinduską panną młodą. Tak to sobie Praktri ułożyła w głowie.” (s.318)

Pozornie, prosty, łatwy, aczkolwiek niekoniecznie przyjemny plan, okazuje się niezwykle „brzemienny” w swych konsekwencjach. Oskarżenie o gwałt nie jest podparte wystarczająco mocnymi dowodami i rozpada się w wyniku działań policji, tak samo jak rozpada się małżeństwo Matthew (głównego bohatera). W gruncie rzeczy, całe jego dotychczasowe życie - rodzina i kariera zawodowa, znajomi – rozsypuje się. Jedna chwila, moment, coś, co nawet się ostatecznie nie wydarzyło, a jedynie miało się stać – a zmiany okazały się nie tylko katastrofalne, ale i nieodwracalne.

Eugenides dosyć przewrotnie pokazuje, że „zwalanie” winy na geny, na niemożliwe do opanowania instynkty, na erotyczne zauroczenie, pożądanie czy na cokolwiek innego, tylko pozornie może nam przywrócić raj utracony. W istocie nie wchodzi to w rachubę. Trzeba nauczyć się żyć od nowa z poczuciem straty i poczuciem błędu, których raczej nikt nie jest w stanie zupełnie uniknąć. Dziwne, ale bardzo w duchu Jeffreya Eugenidesa, poczucie determinizmu. Jak mówi autor:

„Większość opowiadań z tomu łączą smutek typowy dla wieku średniego, apatia, brak nadziei. Jako całość książkę można odczytać, jako historię młodego mężczyzny, który idzie dalej przez kolejne etapy życia. Ale mam nadzieję, że w kilku miejscach udało mi się uzyskać pewne rozjaśnienie tonu, unikając zarazem sztuczności.

Uderzyło mnie od razu, że dwa pierwsze opowiadania, których powstanie dzieliło trzydzieści lat (Marudy i Poczta lotnicza), kończą się bardzo podobnie – diminuendo, utratą energii, roztopieniem się w świecie. Tematem obu jest śmierć i entropia. A choć bohaterowie i fabuły są odmienne, wspólna jest tęsknota za unicestwieniem. To część mojej osobowości.” (Lubię pieniądze…, s.66)

Wprawdzie w „Nowym dowodzie” bohater nie „roztapia się w świecie” i spotyka się w końcu z synami (ale nie z żoną Tracy), podobnie jak w „Pipecie do pieczeni” Tomasina zachodzi w ciążę i realizuje swoje postanowienie – to jest w tych historiach jednak coś bardzo przejmującego, coś mrocznego i niepokojącego, coś na kształt zmysłowo podszytej samotności tak drastycznie widocznej w swoistym qui pro quo opisanym w „Kapryśnych ogrodach”. Każde opowiadanie z tomu jest dotknięte obezwładniającym brakiem radości, być może dlatego, że bohaterowie niekoniecznie mają poczucie, iż „geny określają raczej pulę możliwości, niż nieuniknione konsekwencje”.

Zbyszek Kruczalak

W przyszłym roku obchodzić będziemy siedemdziesiątą rocznicę utworzenia Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO). Dziś pytania o przyszłość tego wojskowego sojuszu słychać dużo głośniej niż w poprzednich dekadach. Jakie były jego początki?

W 1945 roku świat cieszył się z zakończenia wojny z Niemcami – długiego, krwawego i trudnego do wygrania konfliktu. W Europie stacjonowała ogromna armia amerykańska, która we współpracy z Brytyjczykami i innymi państwami alianckimi wyzwoliła kawał zachodniej i południowej Europy, dochodząc do Łaby. Za nią stały wojska radzieckie, które ponosząc ogromne trudy doprowadziły do pokonania Hitlera i wyzwolenia spod okupacji niemieckiej Europy Środkowej, Wschodniej i Bałkanów. Związek Radziecki, komunistyczne imperium, podporządkował sobie też część krajów środkowoeuropejskich, na czele z Polską. W kolejnych latach wprowadzono tam system rządów wzorowany na radzieckim i zaprzęgnięto te państwa do wysiłku na rzecz Moskwy.

Stosunki pomiędzy dotychczasowymi sojusznikami – Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią z jednej strony, a Związkiem Radzieckim z drugiej – były po zakończeniu wojny stosunkowo poprawne. Przywódcy mocarstw liczyli zapewne na pokojowe relacje i wspólną odbudowę zniszczeń wojennych. Józef Stalin jednak wyraźnie dążył do uzyskiwania strategicznych korzyści w różnych regionach świata, budząc zaniepokojenie USA. Jednocześnie istniały bardzo wyraźne napięcia ideologiczne pomiędzy dwoma blokami – komunizm zakładał ekspansję, choć nie wiadomo było, kiedy ona nastąpi i jak będzie wyglądać.

Jednocześnie w Europie coraz mocniej odczuwano nacisk rewolucyjnych zagrożeń. Szokiem było podporządkowanie sobie przez komunistów Czechosłowacji w początkach 1948 roku. Na Zachodzie, zwłaszcza we Francji i Włoszech, w siłę rosły partie komunistyczne, związane ze Związkiem Radzieckim. Powojenna bieda i radykalne nastroje sprzyjały rośnięciu w siłę rewolucjonistów. Gdyby zdobyli oni władzę w kolejnych państwach europejskich, we froncie demokracji pojawiłaby się wielka luka. By temu przeciwdziałać i wzmocnić swoich sojuszników, USA zaproponowało w 1947 roku wprowadzenie w życie szeroko zakrojonego planu pomocy ekonomicznej dla państw zniszczonych wojną – tak zwany Plan Marshalla, zaproponowany przez amerykańskiego sekretarza stanu, w czasie wojny zaś ważnego generała, któremu myślenie strategiczne nie było obce.

Amerykańska pomoc pomogła Europie zachodniej odbić się od dna i powoli wkroczyć na ścieżkę wzrostu gospodarczego (państwa podporządkowane ZSRR nie przystąpiły do programu). By bronić demokracji w Europie potrzebny był jednak kolejny krok: konsolidacja wojskowa. Zaczęły to robić najpierw same państwa Starego Kontynentu – Francja, Wielka Brytania, Belgia, Holandia i Luksemburg – powołując w 1948 roku Unię Zachodnią, będącą wspólnym sojuszem militarnym. Wkrótce Amerykanie, którzy zastanawiali się, czy jednak nie wycofać się z Europy, zdecydowali się dołączyć do wspólnoty wojskowej. 4 kwietnia 1949 roku w Waszyngtonie przedstawiciele USA oraz państw zachodniej, północnej i południowej Europy podpisali Traktat Północnoatlantycki, który gwarantował współpracę w utrzymaniu pokoju i bezpieczeństwa w Europie i na Atlantyku, a jego piąty artykuł obiecywał wzajemną pomoc w wypadku agresji z zewnątrz na któreś z państw. W ten sposób powstało Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego, znana pod skrótem NATO.

Pierwszy sekretarz generalny organizacji, brytyjski generał Hastings Lionel Ismay, miał stwierdzić, że NATO powstało po to, by „Rosjan trzymać z daleka, Amerykanów przy sobie, a Niemców pod kontrolą” (Keeping Russians out, the Americans in and the Germans down). W tym krótkim zdaniu dobrze wyraziła się cała filozofia sojuszu. Głównym celem było przeciwstawienie się agresywnym zamiarom Związku Radzieckiego, a jednocześnie zachowanie bliskiej współpracy z Amerykanami. Co do Niemców, to strategia ta była dobrze przemyślana – chcąc uniknąć powtórki z II wojny światowej, planowano nie upokarzać Niemców, tylko włączyć ich w struktury europejskiej współpracy. Stąd zaangażowano ich w Europejską Wspólnotę Węgla i Stali, czyli początek Unii Europejskiej. Jednocześnie zaś słusznie uznano, że nic tak nie utrwali demokratycznych Niemiec, jak włączenie ich we front obrony demokracji przed komunizmem, zwłaszcza, że państwo to było potencjalnym punktem wyjścia przyszłej inwazji. Niemcy Zachodnie, bo to jedynie współpraca z nimi wchodził w grę, zostały członkiem NATO w 1955 roku i do końca zimnej wojny angażowały duże siły w ramach Sojuszu.

NATO podporządkowano mocno amerykańskiej polityce – głównodowodzącym jego wojskami od powstania jest zawsze amerykański generał, a o potencjale wojskowym sojuszu decyduje siła amerykańskiej armii i posiadanie przez nią dużych ilości broni atomowej. Mimo to państwa europejskie aktywnie uczestniczyły w jego działaniach, mając świadomość własnej słabości, zwłaszcza w pojedynkę. Wyjątkiem była tylko Francja, która wycofała się w latach 60. ze struktur wojskowych NATO, prowadząc bardziej samodzielną politykę.

Zimna wojna skończyła się na początku lat 90. zwycięstwem demokracji nad komunizmem. NATO wciąż istnieje i jest dziś najpotężniejszym sojuszem wojskowym na świecie, tak jak USA odpowiedzialnym za pokój na świecie. Organizacja musi się dostosować do nowych warunków, ale nie można zmarnować jej potencjału i doświadczeń.

Tomasz Leszkowicz

W sądach Stanów Zjednoczonych pozwy grupowe („class actions”) są składane przez osoby, które poniosły szkodę, w przypadku, gdy inne osoby - podobnie sytuowane - mogły ponieść podobną szkodę. Pozwy grupowe są składane przez osobę podobnie sytuowaną do innych, która twierdzi, że jest w stanie reprezentować interesy innych w postępowaniu sądowym. Uczestnicy rozpatrują takie sprawy biorąc pod uwagę kilka czynników: między innymi, powód roszczenia, czy rzeczywiście znajdują się w podobnej sytuacji oraz gdzie należy wytoczyć powództwo grupowe.

Przyczyny działania („causes of action”) prowadzą wszystkie spory sądowe. Strona ma przyczynę do działania, gdy strona odniesie obrażenia, gdy ponosi szkodę z rąk drugiej strony lub gdy ma inne prawo do odszkodowania. Przyczyny działania mogą obejmować między innymi zaniedbanie („negligence”), oszustwo („fraud”), oszukańcze praktyki („deceptive practices”), ochronę środowiska („environmental protection”), naruszenie umowy („breach of contract”) i naruszenie gwarancji („breach of warranty”). Prawo, które kontroluje przyczyny działania, różni się w zależności od stanu oraz jest zróżnicowane w sądach stanowych i federalnych.

Pozwy grupowe są zazwyczaj składane w jurysdykcjach, które zapewniają stronie składającej pozew pewne ochrony na podstawie ustawy lub innego prawa. Powództwa grupowe są często składane tam, gdzie jest to dogodne dla strony składającej pozew oraz jej adwokata, a także, gdzie wyniki wcześniejszych sporów mogą faworyzować stronę składającą pozew. Strony składające pozew zazwyczaj starają się rozstrzygać spór w jurysdykcjach, które mają potencjalnych przysięgłych („jurors”), którzy wydają się być bardziej hojni w udzielaniu pomocy, i którzy generalnie znajdują się w bardziej zurbanizowanych i zróżnicowanych obszarach.

Illinois ma wiele ustaw, które służą ochronie osób, takich jak Ustawa o Oszustwie Konsumenckim i Oszukańczych Praktykach Handlowych („Consumer Fraud and Deceptive Business Practices Act”), która stanowi przyczynę działania dla konsumentów, którzy mogą zostać wprowadzeni w błąd lub w inny sposób poszkodowani w wyniku działalności danej firmy lub przedsiębiorstwa. W systemie sądu stanowego w Illinois, sądy okręgowe powiatów („counties”) Cook oraz Madison, w których mieszczą się miasta Chicago i East St. Louis, często odbywają się sprawy wynikające z powództw grupowych, przynajmniej w przypadku, gdy istnieje jakiś podstawowy kontakt z tymi jurysdykcjami. Broniąc się przed wyborem danej jurysdykcji, pozwany może próbować zmienić miejsce pozwu na sąd innego stanu lub może próbować usunąć sprawę do sądu federalnego.

W sprawach rozpatrywanych przez sądy stanowe w Illinois, część 8 art. 2 kodeksu postępowania cywilnego („code of civil procedure”) kontroluje pozwy grupowe. Zgodnie z tym zbiorem ustaw, osoba może służyć jako przedstawiciel klasy („representative of a class”) i utrzymywać powództwo grupowe, w którym spełnione są cztery warunki:

(1) Klasa jest tak liczna, że łączenie wszystkich członków jest niewykonalne.
(2) W klasie występują pytania dotyczące faktów lub przepisów prawnych (questions of fact or law), z których najczęściej zadawane pytania dotyczą wszystkich z klasy a nie tylko poszczególnych członków.

(3) Reprezentatywne strony („representative parties”) uczciwie i odpowiednio chronią interesy klasy.

(4) Powództwo zbiorowe („class action”) jest właściwą metodą słusznego i skutecznego rozstrzygania sporów.

Po wniesieniu pozwu grupowego, sądy stanowe w Illinois są zobowiązane do ustalenia, czy te powyżej wymienione cztery czynniki zostały spełnione, a zatem, czy postępowanie sądowe można utrzymać jako powództwo grupowe. Po tym, jak sąd stwierdzi, że pozew grupowy może zostać utrzymany, sąd może nakazać powiadomienie członków klasy („members of the class”) o toku sprawy sądowej. Członkowie klasy mogą interweniować w sporze, w którym biorą udział, potwierdzając rolę jako dodatkowe osoby składające pozew. Członkowie klasy mogą również poprosić o wykluczenie z udziału w sporze, w przypadku, gdy wolą złożyć własne, indywidulanie roszczenie.

W zakresie, w jakim członek klasy pozostaje w pozwie grupowym, członek jest związany każdym orzeczeniem wydanym przez sąd („bound by any judgment entered by the court”). Poza tym pozew grupowy nie może zostać w trybie natychmiastowym odwołany („summarily dismissed”) na podstawie porozumienia przedstawiciela klasy („agreement of the representative of the class”), ponieważ sąd musi znaleźć uzasadnienie odwołania i może zażądać, aby inne osoby należące do tej grupy otrzymały odpowiednie zawiadomienie („notice”).

Pozew grupowy można wytoczyć przed sądem federalnym w stanie Illinois, (a) kiedy pozwany zamieszkuje w innym stanie niż osoba składająca pozew oraz kiedy jednocześnie kwota kontrowersyjna przekracza $75,000.00, lub (b) w przypadku federalnej przyczyny działania („federal cause of action”). W takich przypadkach sąd federalny mógłby i prawdopodobnie nadal stosowałby prawo stanu Illinois przy rozpatrywaniu sprawy (chyba że chodzi o federalną kwestię prawną), ale federalne zasady postępowania cywilnego („federal rules of civil procedure”) regulowałyby postępowanie sądowe.

W przypadku pozwów grupowych, wielkość klasy oraz szkody („damages”) mają do czynienia z prawdopodobieństwem dojścia do porozumienia. Takie spory stanowią jednak wyzwanie dla strony skarżącej, która reprezentuje klasę, ponieważ ta osoba musi przestrzegać praw każdego członka. Ponadto, wraz z większą liczbą członków, koszty rozpatrzenia sporu, w tym publikowania zawiadomień dla członków, do których można dotrzeć, mogą powodować zakwestionowanie wartości kontynuowania takich sporów przez osobę reprezentującą klasę.

Procesy sądowe w przypadku pozwów grupowych umożliwiają sądom wspólną rozprawę w jednym roszczeniu, a nie kilka spraw rozrzuconych po różnych sądach. Pozwy grupowe stanowią dobry cel, dla osób które doznają szkód w niewielkich kwotach, podobnie sytuowanych do innych takich osób, ale które zasługują na odszkodowanie.

Powyższe informacje nie powinny być traktowane jako porady prawne w jakiejkolwiek istniejącej sprawie, oraz nie powinny być traktowane jako tworzenie formalnej relacji adwokat-klient.

Katarzyna Brukało
Brukalo Law, P.C.
Tel. 312-450-3630
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.  
www.BrukaloLaw.com
Dwie lokalizacje – Chicago (Downtown) i Park Ridge

Królewski Marrakesz
Sobota, 11 listopada

Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, co w Maroku sprawia największe wrażenie, odpowiedziałbym bez wahania: Sahara i Marrakesz. Sahara ze względów oczywistych, jako spełnienie podróżniczych marzeń z dzieciństwa i młodości a także urzeczywistnienie legend o pustyniach i karawanach wielbłądów. Marrakesz natomiast wymaga starannego przygotowania do tematu i solidnej, uprzedniej lektury, jako miasto, które wywarło silny wpływ na rozwój części Europy, zwłaszcza Półwyspu Iberyjskiego. Jak już wspomniałem, jest to miasto źródłosłów i jednocześnie kwintesencja Maroka, z bogatą historią dwukrotnej stolicy potężnego imperium obejmującego ogromny kawał Afryki i tereny dzisiejszej Hiszpanii.

Marrakesz położony jest na Mesecie Marokańskiej - falującej wyżynie na przedpolu gór Atlasu Wysokiego, w odległości około dwustu kilometrów od wybrzeża Atlantyku. Topografia mniej więcej taka jak w Fezie, ale... znacznie bliżej do najwyższych gór kraju (niegdyś ewentualne, doskonałe schronienie przed najeźdźcami) i do Czarnej Afryki! Obładowane złotem i kością słoniową karawany z Sahary przekraczały góry, aby w tej okolicy znaleźć wytchnienie przed dalszą drogą w stronę oceanu. Jeden z berberyjskich wodzów, Jusuf bin Taszufin, rozpoznał strategiczne walory tego miejsca i w 1062 roku po Chrystusie zbudował wokół swojego obozowiska rozległe mury obronne z licznymi bramami. Z pobliskich gór doprowadzono wodę systemem podziemnych kanałów. Jusuf został pierwszym władcą dynastii Almorawidów - fanatycznego, religijnego ugrupowania Morawidów żyjącego na Saharze w XI wieku. Mężczyźni tej sekty zakrywali twarze, jak czynią to zreszta obecni Tuaregowie (nazywając innych żartobliwie połykaczami much).

Jakub al Mansur, najpotężniejszy król kolejnej dynastii, Almohadów, zbudował w mieście fortece, założył piękne ogrody i upiększył Minaret Księgarzy (Kutubija), który do dzisiaj jest czymś w rodzaju logo Marrakeszu. Następna dynastia - Merenidzi - upodobała sobie co prawda inne miasta: Fez oraz Meknes, ale szczęście uśmiechnęło się do Marrakeszu w XVI wieku, gdy został ponownie stolicą bogatego państwa, tym razem dynastii Saadytów. Najznakomitszy z nich, sułtan Mulaj Abdullah rozbudował miejską uczelnię (medresa Alego ibn Jusufa), odnowił meczety i w 1558 roku stworzył dzielnice handlowe dla chrześcijan i żydów. Jego następca postawił pięknie zdobione pałace dekorowane złotem, ale to już był kres świetności Marrakeszu. Po przejęciu władzy przez dynastię Alawitów - panującą do dziś w Maroku - stolicą został Meknes, a obecnie Rabat. Od XVII wieku rozpoczął się powolny upadek miasta, tracącego na znaczeniu jako ośrodek handlowy. Marrakesz popadał w ruinę i zapomnienie aż, zupełnie nieoczekiwanie, w latach 60. i 70. jego urok (a także łatwy dostęp do haszyszu) został zauważony i doceniony przez europejskich hipisów. Do Marrakeszu przybyli (prywatnie) Rolling Stonesi, Beatlesi i członkowie grupy Led Zeppelin, po nich znakomici projektanci mody, gwiazdy kina i amatorzy oryginalnych nieruchomości na starówce. Dzisiaj jest to niewątpliwie najciekawsze miasto Maroka.

Marrakesz był więc stolicą kraju podczas rządów aż trzech dynastii, dłużej niż pozostałe tzw. Miasta Cesarskie: Fez, Meknes i Rabat. Stąd przepych i bogactwo stylów z różnych epok, jest co zwiedzać! Z turystycznego punktu widzenia najważniejsze jest stare miasto, czyli medyna. Gliniane domy w obrębie starych murów tworzą nieprawdopodobny labirynt wąskich uliczek, z tysiącem straganów zgrupowanych wg fachu, czyli w takie nasze średniowieczne cechy. Część targowa nazywa się suk i w większości posiada zadaszenie z patyków czy belek chroniące ludzi przed piekącym słońcem. Miasto od swojego powstania podzielone jest na kilka sekcji, z których każda posiada własny meczet, szkołę, źrodło wody, piekarnię, łaźnię hamam oraz zajazd dla karawan.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce
Część 360

EASEMENT BY PRESCRIPTION (inna nazwa: prescriptive easement) – udogodnienie / służebność przez przedawnienie / zasiedzenie: Strona starająca się o uzyskanie udogodnienia przez przedawnienie lub zasiedzenie musi wykazać, że nieprzerwanie korzystała z czyjejś własności przez okres ustalony przez prawo (prescriptive period). W zależności od stanu, okres ten wynosi pomiędzy 10 a 21 lat (w Illinois – 20 lat). Służebność gruntowa uzyskana przez przedawnienie często dotyczy własności letniskowych, które są rzadko pilnowane i odwiedzane przez właścicieli. Przykładowo, sąsiad korzystający z czyjejś prywatnej drogi w celu dojazdu na skróty do drogi publicznej może uzyskać udogodnienie po upływie okresu ustalonego przez prawo stanowe pod warunkiem, że korzystał z tej drogi regularnie i nieprzerwanie (continuous use), bez zgody właściciela (adverse use), oprócz właściciela był jej wyłącznym użytkownikiem (exclusive use), oraz że korzystał z niej w sposób jawny i notoryczny (notorious use), tzn. w taki sposób, że na pewno właściciel drogi musiał o tym wiedzieć. Kiedy mija ustawowy termin, korzystanie z udogodnienia bez zgody właściciela ulega przedawnieniu i może uzyskać status udogodnienia bezterminowego. Aby przeciwdziałać uzyskaniu udogodnienia przez przedawnienie / zasiedzenie, właściciel nieruchomości wystawia znak informujący, że korzystanie z jego własności jest dozwolone. Wtedy strona starająca się o udogodnienie nie będzie w stanie spełnić warunku „korzystania bez zgody właściciela” (adverse use). 

EASEMENT IN GROSS – udogodnienie indywidualne, służebność indywidualna: indywidualne prawo do korzystania z nieruchomości należącej do kogoś innego. Przywileje indywidualne dzielą się na dwie kategorie: 1) komercyjne udogodnienie indywidualne (commercial easement in gross), np. prawo zakładów użyteczności publicznej do poprowadzenia przez czyjeś grunty rurociągu gazowego, przewodów wysokiego napięcia, kabli telekomunikacyjnych, itp.; 2) osobiste udogodnienie indywidualne (personal easement in gross), np. prawo do przejścia przez czyjąś działkę, aby korzystać z przystani dla łodzi. Przywileje te określane są jako „indywidualne”, ponieważ w odróżnieniu do udogodnień gruntowych nie są integralną częścią własności nieruchomej, a stanowią jedynie prawa konkretnych firm lub osób do korzystania z czyjejś własności.  

ECONOMIC OBSOLESCENCE – utrata przydatności ekonomicznej: obniżenie wartości nieruchomości z powodu czynników zewnętrznych, np. w wyniku zamknięcia pobliskiego zakładu przemysłowego, zmianę przepisów dotyczących użytkowania nieruchomości, itp.

EFFECTIVE GROSS INCOME (w skrócie EGI) – efektywny dochód brutto: dochód brutto z najmu nieruchomości obliczany poprzez odjęcie strat spowodowanych przez wskaźnik powierzchni niewynajętej (vacancy rate) oraz zaległości w płatności czynszu przez lokatorów, oraz przez dodanie jakiegokolwiek dodatkowego dochodu, który dana nieruchomość przynosi (np. opłaty za pralnię, parking, itp.).

ELECTROMAGNETIC FIELDS (w skrócie EMFs) – pola elektromagnetyczne: przypuszcza się, że pola elekromagnetyczne wytwarzane przez linie wysokiego napięcia (high-voltage lines) są czynnikiem rakotwórczym i wywołują zmiany hormonalne. Brakuje jednak jednoznacznych dowodów na potwierdzenie tego zagrożenia. Potencjalni nabywcy nieruchomości, którzy są świadomi prawdopodobnej szkodliwości pól elektromagnetycznych, z pewnością nie będą brali pod uwagę domów znajdujących się w pobliżu słupów wysokiego napięcia. 

ENABLING ACT – ustawowe upoważnienie: akt prawny upoważniający instytucję lub agencję do przeprowadzenia pewnych działań. Ponieważ w USA nie istnieją federalne lub stanowe przepisy dotyczące podziału na strefy, administracja stanowa upoważnia władze miejskie do wydawania przepisów dotyczących podziału na strefy na podstawie ustawowych upoważnień (enabling acts).

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645       
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com

“Praca ludzi wzbogaca”, “Kto nie chce pracy znieść ten nie ma co jeść”, “Bez pracy nie ma kołaczy”, “Kawałek chleba nie spadnie z nieba” – te przysłowia i powiedzenia znamy wszyscy. Słyszeliśmy je od dziecka przy różnych okazjach. Tak bardzo weszły w naszą podświadomość, że mentalnie przywiązaliśmy się do nich. Przysłowia te sugerują, że praca da nam dobre życie i utrzymanie. Tak też jest w rzeczywistości. Zapłata za wykonaną pracę to jeden z czynników, który motywuje nas do pracy. Jak wykazują badania, nie jest to obecnie czynnik najważniejszy i jak się okazuje, pieniądze motywują na krótki okres czasu.

Co w takim razie motywuje nas do pracy najskuteczniej? Wedle badań i sondaży najlepiej motywuje nas do pracy dobra atmosfera panująca w miejscu pracy i w zespole, uznanie przełożonych i prestiż firmy oraz możliwość awansu, doskonalenia się, zdobywania nowych umiejętności i oczywiście wynagrodzenie.

Jeżeli chodzi o wynagrodzenie, to udowodniono, iż tzw. “pułapem szczęścia” finansowego jest zarabianie 75 tysięcy dolarów rocznie. Naukowcy z dwóch amerykańskich uniwersytetów przebadali prawie dwa miliony osób, które odpowiadały na pytania, jaka kwota zapewniłaby im optymalne poczucie emocjonalne. Badani czuli, że mogliby sprostać codziennym wydatkom, odłożyć pieniądze na podróże lub wyjazdy, a także hobby zarabiając 75 tysięcy dolarów rocznie. Pytani o to, jaka kwota pozwoliłaby im czuć się, że są dobrze sytuowani badani uznawali, że byłaby to suma 95 tysięcy dolarów rocznie.

Każdy oczywiście jest inny i ma indywidualny system wartości, który powoduje, że wykonujemy daną pracę, zatrudniamy się w danym miejscu i z tym miejscem wiążemy naszą przyszłość. Praca powinna dawać nam satysfakcję, rozwój i stabilizację zawodową. Godziwe wynagrodzenie daje nam radość, satysfakcję i docenienie. Prestiż płynący z zajmowanego stanowiska, albo z pracy dla renomowanej firmy wzbudza szacunek otoczenia i dowartościowuje. Osiągnięcia zawodowe i uznanie przełożonych to kolejny bardzo ważny czynnik motywujący do bardziej efektywnego działania. Rozwój osobisty i rozwój zawodowy dają dużo satysfakcji. W pracy uczymy się, jak współpracować z ludźmi, jak skutecznie się komunikować, rozwiązywać problemy i stawiać czoła wyzwaniom. Jeżeli firma oferuje kursy, szkolenia, chce inwestować w naukę i podnoszenie kwalifikacji pracowników, to może liczyć na większą ich lojalność i zadowolenie. Pracownicy, obok miłej atmosfery w pracy czy dobrymi relacjami między pracownikami i kierownictwem, cenią także dobre warunki pracy – czyli ładne urządzenie biura, wyposażenie w niezbędne sprzęty, wygodne i funkcjonalne meble oraz dodatkowe benefity, takie jak ubezpieczenie medyczne i dentystyczne, plany emerytalne, dofinansowanie do nauki, karnety na siłownie, etc.

Wszystkie czynniki, które motywują nas do pracy zapewnia stale rozwijający się sektor medyczny. Otrzymując pracę w placówce medycznej możemy liczyć na dobre, stabilne wynagrodzenie, ubezpieczenie medyczne i inne świadczenia. Praca w szpitalu uniwersyteckim gwarantuje prestiż. Sektor medyczny wymaga od swoich pracowników ciągłej nauki, podnoszenia swoich kwalifikacji, doskonalenia się, a to pomaga w rozwoju zawodowym oraz w awansie.

Sektor medyczny posiada właściwie nieograniczone możliwości rozwoju zawodowego i podnoszenia kwalifikacji. Nowości medyczne, roboty i najnowszy sprzęt medyczny oraz technologia sprawia, że sektor ten stale się rozwija, a placówki medyczne borykają się z niedoborem personelu. To przekłada się na dużą ilość otwartych miejsc pracy na rynku.

Zawodową przygodę z sektorem medycznym można rozpocząć od kilkumiesięcznego kursu asystenta medycznego czy technika pielęgniarstwa. Jeżeli wizja tej ścieżki zawodowej zmotywuje wystarczająco, to sektor medyczny jest w stanie zapewnić nieograniczone możliwości zawodowe.

Anna Tukiendorf-Wilhite
dyrektor TTI Medical Training School,
prezes Polish Women in Business
Tel. 773-774-2222

Zacznijmy od tego, że sport to zdrowie. Warunkiem jest jednak jego uprawianie. Zdecydowana większość z nas warunku tego, niestety, nie spełnia. Chyba, że trwają właśnie jakieś międzynarodowe rozgrywki piłkarskie. Mistrzostwa znaczy.

Tym razem jest podobnie. Wraz z rozpoczęciem kolejnego Mundialu mężczyźni w różnym wieku przypomnieli sobie o piłkarskich strojach ukrytych głęboko w szafach, zakurzonych korkach i sflaczałych piłkach. Koszulki i spodenki zostały uprane, buty odkurzone, piłki napompowane. W ruch poszły telefony.

Przez pierwszych kilka dni trwało gorące umawianie się na "krótki meczyk". Oczywiście to pojęcie względne, bo dla jednych będzie to 5 minut, dla innych trzygodzinna bieganina po murawie. Przynam się, że też posiadam korki i telefon, a także znajomych lubiących czasem pokopać piłkę. Osobiście wolę ją oglądać w telewizji, ewentualnie z trybun na stadionie. Najlepiej zadaszonym.

Te moje korki pamiętają bardzo dawne czasy, gdy człowiek z własnej woli biegał, pływał, skakał i kopał. Mimo tego wciąż wyglądają na nowe. Nawet uczestnicząc od czasu do czasu w jakiejś kopaninie na parkowym boisku lub leśnej polanie, styczności z piłką wielkiej nie miały. Jak wspomniałem, dawno to było. Tak dawno, że wspomniane polany już zamieniły się w gęsty las, a w miejscu parków stanęły budynki apartamentowe.

No więc pewnego dnia, chyba w trzecim dniu trwających mistrzostw w piłce nożnej, niespodziewanie zadzwonił kolega z ciekawą propozycją. Mam natychmiast przebrać się i przyjechać w określone miejsce. Jak mam piłkę, to wziąć ze sobą. Piwo przywiezie kto inny. Zaśmiałem się na głos, ale chyba mówił poważnie. Grzecznie poinformowałem, że mam zwolnienie lekarskie i wysiłek mi szkodzi. Poza tym ma być strasznie gorąco, a do tego strój sportowy w wyniku nieużywania poważnie się zbiegł. Przynajmniej wydaje mi się, że z tego powodu spodenki nie chcą objąć pasa, a koszulka pęka pod naporem mięśni. Zwłaszcza na brzuchu.

Uparcie namawiał, przekonywał, użył nawet gróźb. Przekonał mnie zapewnieniem, że grać będziemy po 15 minut, tak dla przyjemności. No dobra, poddałem się w końcu. Dawno się z chłopakami w takich warunkach nie widziałem.

Już jadąc na miejsce poczułem się zmęczony samą myślą o czekającym mnie wysiłku. Zacząłem przypominać sobie wszystkie znane wymówki i tłumaczenia. Okazało się to kompletnie niepotrzebne.

Chłopaki, a właściwie jedna trzecia z umówionych na krótki meczyk, siedzieli lub leżeli w cieniu rozłożystego drzewa. Każdy ściskał w dłoni jakiś napój. Gapili się na sąsiednią polankę, gdzie swój mecz rozgrywały dzieciaki w wieku nieco ponad przedszkolnym. Co jakiś czas któryś komentował akcję lub zagranie. Dowiedziałem się na przykład, że z tego bramkarza po lewej to będzie kiedyś niezły zawodnik, a taki mały rudzielec powinien zająć się narciarstwem biegowym. Padało wiele fachowych określeń, porad i komentarzy. Dosiadłem się do towarzystwa, bo nic nie wskazywało, by choćby "najkrótszy meczyk w historii" miał się na zajmowanej przez nas polanie odbyć. Co akurat w ogóle mnie nie martwiło...

Nie mieliśmy też większych wyrzutów sumienia, o nie. Pod innym drzewem, na rozkładanych krzesełkach i również z napojami w dłoniach zebrała się spora grupa rodziców, którzy z daleka dopingowali swoje pociechy w różnych językach. Każdy, podobnie jak my, ściskał w dłoniach telefon, w którym sprawdzane były wyniki bieżących meczów i czynione komentarze na ten temat. Zanim się rozstaliśmy po tym wyczerpującym treningu, każdy kopnął raz piłkę, niektórzy próbowali popisać się jej żonglowaniem. Z różnym skutkiem. By nie myśleć o własnych słabościach, postępującym braku kondycji i lenistwie po prostu, zaczęliśmy wymieniać uwagi na temat strasznego gorąca, braku czasu i ogólnego zmęczenia.

Zaledwie kilka dni później podjęta była jeszcze jedna próba spotkania się na boisku, ale tym razem nikt już się nie dał nabrać. Spodenki, koszulki, buty i piłki powędrowały do szaf, będą tam pewnie leżały do następnego Mundialu. Najlepszym rozwiązaniem po raz kolejny okazało się uczestniczenie w rozgrywkach piłkarskich z własnej kanapy, ewentualnie barowego stołka, z którego każde potknięcie, upadek, czy zbyt wolny bieg łatwiej jest krytykować.

Tu się zatrzymam i z wielkim szacunkiem pozdrowię tę sportową mniejszość, która jednak plan umówionego spotkania realizuje. Widuję ich czasem w różnych miejscach, gdy nie zważając na pogodę, zdrowie i opinię innych, gotowi do walki stają na własnych połowach boiska. Wyróżniają się zniszczonymi butami i niedbałym naciągnięciem skarpet. Koszulki też mają luźniejsze. Niestety, ich piłki są mocno skopane, porysowane i brudne. Nie to co nasze, świecące kolorami i zawsze widocznym logo producenta.

No dobra, wracam na kanapę oglądać mecze. Za chwilę wpadną umówieni koledzy. Trzeba zamówić pizzę i coś do picia. Nadmiar kalorii nie jest przecież szkodliwy przy sportowym trybie życia.

Miłego weekendu

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.