----- Reklama -----

Monitor 06/15/2018

Z perspektywy czasu i miesięcznego pobytu w Polsce, przyznam, że tęskni mi się za dobrymi znajomymi, których poznaliśmy w USA podczas naszej 7-miesięcznej podróży. Brakuje mi wszechobecnego luzu, oryginalnych i specyficznych ludzi, których spotykałam na ulicach większych miast oraz pytania: “How are you?” - nawet jeśli czasami brzmi ono bardzo bezinteresownie, ale umówmy się, że od czasu do czasu miło usłyszeć: “Co słychać?” nawet od obcej osoby.

Z pewnością nie są to już te same Stany co sprzed 10, 20 czy nawet 30 lat. Dla Europejczyków, kiedy od lat mamy otwarte granice i dostęp do wszystkiego oraz przeciętnego Polaka, USA nie jest już “zachłyśnięciem się Nowym Światem”, ale jestem świadoma, że w latach 70-tych i 80-tych to było “coś”!

W podróży, jak i w życiu, dużo obserwuję oraz wyciągam wnioski. Jednak myślę, że będąc “on the way” moje zmysły i wrażliwość są bardziej wyczulone. Usłyszałam setki historii ludzkich, które zmieniły również moje życie i pozwoliły nabrać dystansu do wielu spraw, które zostawiłam w Europie. Dały mi kopa do działania i uświadomiły po raz kolejny, że pieniądze to tylko rzecz nabyta. Owszem spełnią one Twoje zachcianki, sprawią, że będziesz sięgał po pokusy, które są na wyciągnięcie ręki, sprawią również, że nasze życie stanie się łatwiejsze, ale nie dadzą Ci miłości, nie nauczą pokory, szacunku do drugiej osoby oraz nie zawsze dadzą Ci zdrowie!

Zauważyłam, że Polska wpadła w błędne koło i pomimo tego, że bardzo się rozwija w wielu dziedzinach, to ciągle nam czegoś brakuje i gonimy “donikąd”. Wszystkiego jest dużo: centra handlowe, Żabki, Małpki, Biedronki, korporacje, restauracje, bary i inne. Odnoszę wrażenie, że tego wszystkiego jest za dużo i próbujemy nie dogonić, a wręcz przegonić naszych kolegów z zachodu.

Jeszcze do niedawna w Polsce... unikaliśmy brania dużych kredytów czy też kupowania rzeczy, o których przyszło nam tylko pomarzyć, a teraz? Wystarczy karta kredytowa, którą spłaci się za miesiąc, dwa lub pół roku, bo przecież oprocentowanie nie jest wysokie. A luksusowe imprezy czy też huczne świętowanie Halloween, wieczorów panieńskich, Baby Showers oraz Walentynek? W głowie się nie mieściło! Czy odbiła nam woda sodowa do głowy? Nie wiem, ale na pewno zachodzą radykalne zmiany i można śmiało mówić o pewnych trendach. W sumie ciekawe jest to, bo analizując pewne zjawiska, zauważamy, że to, co kiedyś było mało dostępne teraz jest “easy” i na pstryknięcie palca. Ile spraw możemy załatwić przez Internet lub przykładając tylko kartę do czytnika kart.

A te tanie loty i możliwość podróżowania praktycznie wszędzie? To też skądś przybyło...

Konsumpcjonizm rośnie i chyba nie zna już granic, a nas nie jest łatwo usatysfakcjonować lub zaspokoić nasze potrzeby. Studenci kiedyś żyli skromnie... i ciułali grosz do grosza, a teraz? Mama albo tata dadzą na wszystkie zachcianki i jeszcze “kredyt studencki” spłacą. Kredyty wśród studentów stają się coraz powszechniejsze. Może nie tak jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie edukacja jest bardzo droga, a ludzie mają założone hamonta na głowy, ale z perspektywy czasu, kto by kiedyś pomyślał o zaciąganiu kredytu w banku na to, żeby pójść na studia i zamieszkać w innym kraju? Studenci również mają karty kredytowe, żeby to tylko jedną!?

***

Przypomniałam sobie rozmowę z jednym znajomym z Austin, Teksasu, u którego się zatrzymaliśmy. Chłopak świetnie się bawił podczas swojego studenckiego życia, nie myśląc o tym, co go czeka, kiedy wkroczy w prawdziwe dorosłe życie. A kiedy go poznaliśmy był już po pewnych przejściach związanych ze stanami depresyjnymi. Młody chłopak, dwadzieścia kilka lat, ponad 100 tysięcy $ kredytu na barkach, wynajmowanie małego pokoiku na przedmieściach miasta i niemoc podróżowania, ponieważ kredyt się sam nie spłaci... A wcześniej w głowie imprezy, podróże i inne przyjemności. W żaden sposób nie oceniam systemu amerykańskiego, ponieważ jest on, jaki jest i nie sądzę, że zmieni się cokolwiek na przestrzeni kilkunastu lat, ale po rozmowie z nim wywnioskowałam, że zabija go rutyna i jest rozgoryczony pięknymi zdjęciami przyjaciół, którzy chwalą się na Facebooku, gdzie to nie byli, a on nie może sobie na to pozwolić i sam wspomniał, że wręcz popada w lekką depresję, kiedy przygląda się temu, zważając, że on w chwili obecnej jest niewolnikiem korporacji i nie ma jeszcze konkretnego pomysłu na siebie, bo kredyt się sam nie spłaci.

***

Kolejna bardzo zresztą amerykańska rodzina ze stanu Maine, okolic Acadia National Park, przyjęła nas do siebie na kilka dni. Oboje w wieku około 30 lat, dwójka małych dzieci, kilka psów i kotów, ogromny dom piętrowy, duży ogród, nowe modele telefonów, tabletów, kilka kart kredytowych, kredytów oraz w domu jedna wielka graciarnia! W życiu nie widziałam takiego stosu niepotrzebnych rzeczy oraz bałaganu. Wielki dom, w którym trudno było o kilka centymetrów przestrzeni. W salonie połączonym z kuchnią i jadalnią była niezliczona liczba świec na blatach, zabawek, garnków plus jeszcze inne zbędne przedmioty. Ja i mój partner złapaliśmy się za głowę, ale zachowaliśmy zimną krew i postanowiliśmy nie oceniać. I teraz również, Drogi Czytelniku, nie oceniamy, ale stwierdzamy fakty.

Mój partner wszedł w rozmowę z “głową domu” i zaczęli rozmawiać o jego poprzedniej pracy, ponieważ służył w amerykańskiej armii i był w Iraku. Obecnie jest na ich tzw. wczesnej emeryturze oraz pracuje dla poczty. Byliśmy zdumieni tym, jak wypowiadał się z lekkością o tym, że on płaci ponad 100 dolarów za abonament telefonu, kiedy my w Europie płacimy zazwyczaj $7-10 maksymalnie, mając pakiety na comiesięczne doładowywanie karty. Ale rozmówca stwierdził, że on musi mieć najnowszy model iPhone’a, ponieważ jego telefon z miesiąca na miesiąc jest coraz to wolniejszy. Podobnie z wyjazdami na wakacje - od tego są karty kredytowe, a posiada ich bodajże ze 4!

Już abstrahując od standardu życia i tego, na co mogą sobie pozwolić dzięki tym kartom kredytowym, niestety nie zauważyliśmy w tej rodzinie ani wsparcia, ani miłości i dobrego słowa. Wszystko było wyjaśniane “krzykiem” i bardzo niegrzecznymi, a czasami nawet wulgarnymi słowami.

Czasami po prostu zastanawiam się, jak tacy ludzie mogą spokojnie spać... z kilkoma kredytami oraz czterema kartami kredytowymi i nowym telefonem na raty?

A my dokąd zmierzamy w tym całym pośpiechu i konsumpcjonizmie?

Ewelina Orzech
Autorka bloga One Way 2 Freedom
www.onewayfreedom.com

Nowe Mapy Google zostały zaprezentowane w trakcie konferencji I/O 2018. Wtedy zobaczyliśmy, jak je przeprojektowano i mogliśmy poznać najciekawsze nowe funkcje. Teraz aplikacja zaczyna pojawiać się u wybranych użytkowników smartfonów z Androidem.

Nowe Mapy Google wprowadzają przeprojektowany ekran dla sekcji Odkrywaj. Tutaj umieszczono kolorowe, zaokrąglone ikonki. Jest też nowa opcja z miejscami, jak restauracje w pobliżu.

Na karcie Odkrywaj, po przewinięciu ekranu w dół, widać kolejne listy zawierające informacje o miejscach. Są też szczegóły o wydarzeniach w pobliżu i bardziej rozbudowane opcje z zakresu wyszukiwania.

Konkretne lokalizacje można rozwijać. W ten sposób można uzyskać dostęp do bardziej szczegółowych informacji. Istnieje także prosty sposób na udostępnianie miejsc lub ich śledzenie.

 

Apple przesiądzie się na porty USB Typu-C

Apple przez wiele osób stawiane jest za wzór innowacji na rynku technologicznym. Jest to oczywiście prawda, ale tylko częściowo. O ile bowiem firma wdraża takie rewolucyjne technologie jak Face ID, które ciężko skopiować, o tyle ma nieco konserwatywne podejście do portów, których używa np. do ładowania sprzętów.

Jak wiadomo standardem w przemyśle smartfonowym jest port USB Typu-C, który pozwala zarówno na ładowanie telefonu, jak i przesyłanie danych. Apple dotąd używało złącza Lightning, ale to może się zmienić. Pojawiły się bowiem doniesienia, że Apple w iPhone'ach przeznaczonych do sprzedaży na przyszły rok wreszcie zaadaptuje port USB Typu-C.

Obecnie Apple korzysta z portów Lightning. USB Typu-C jest jednak lepszym wyjściem nie tylko dlatego, że to ogólnie przyjęty standard, lecz także z tego powodu, że przez takie połączenie mamy znacznie lepszy przesył danych (do 10 Gbps). Co więcej, jest to także lepsze i efektywniejsze łącze do ładowania telefonu.

Apple ponoć miało już w zeszłym roku przesiąść się na USB Typu-C, ale nie wyrobiło się czasowo. Być może zobaczymy więc przyszłe iPhone'y z takim właśnie złączem. 

 

Microsoft porzuca wsparcie na forum dla Windows 7 i innych starszych produktów

Microsoft postanowił rozstać się ze starszymi produktami, jak Windows 7, Office 2013, a nawet Windows 8.1. Produkty te nadal objęte są jeszcze oficjalnym wsparciem w postaci aktualizacji. Gigant z Redmond postanowił jednak, że jego pracownicy nie będą brać udziału w dyskusjach poświęconych tym produktom na oficjalnym forum.

Sekcje im poświęcone jednak nie znikną. Po prostu osoby, które będą miały problemy muszą liczyć się z tym, że pracownicy Microsoftu mogą im nie pomóc. 

Oczywiście, w kwestii wsparcia dla tych produktów nic nie ulega zmianie. Windows 7 nadal będzie wspierany do stycznia 2020 roku, kiedy to zostanie zapomniany. W przypadku Windows 8.1 wsparcie potrwa trzy lata dłużej.

 

Facebook, mimo zapewnień, wciąż dzielił się danymi naszych znajomych

Facebook wciąż nie może opędzić się od kontrowersji związanych z dzieleniem się danymi swoich użytkowników. Firma już jakiś czas temu podała, że odcięła dostęp developerom do prywatnych danych użytkowników trzy lata temu. Jak jednak donosi The Wall Street Journal, Facebook niekoniecznie dotrzymał słowa.

TWSJ zarzuca Facebookowi, że firma pozwoliła niektórym spółkom na korzystanie z danych. Firmy te miały wejść na tzw. białą listę, czyli były w pewnym sensie na tyle zaufane, by mogły korzystać z naszych danych.

Chodzi przede wszystkim o dane na temat znajomych danego użytkownika, numerów telefonów. Firmy, które dostawały dostęp do takich informacji to m.in. Nissan, Apple, Microsoft, a także Royal Bank of Canada czy Nuance Communications.

Facebook oczywiście nie zgadza się z tymi zarzutami i twierdzi, że przedłużenie udostępniania danych miało na celu polepszenie korzystania z Facebooka i testowanie nowych funkcji.

 

iPhone X to najlepiej sprzedający się smartfon tego roku

Cena nowego flagowca Apple była zbyt wysoka? Nawet jeśli tak było, to nie przeszkadzało to prawie 13 milionom klientów, którzy nabyli go w pierwszym kwartale tego roku.

Na nic techniczne wyliczenia i analizy - magia Apple, nawet jeśli przybladła, to wciąż działa. Producenci smartfonów z Androidem, mimo że sumarycznie przegonili amerykańską firmę już dawno, mogą jedynie marzyć o tym, by którykolwiek ich model cieszył się tak wielką popularnością wśród klientów.

Z zaprezentowanych przez IHS Markit danych wynika, że w pierwszym kwartale iPhone X trafił do 12.71 mln klientów na świecie, ale urządzenia Apple okupują też drugie, czwarte, ósme i dziewiąte miejsce na liście najpopularniejszych dziesięciu urządzeń.

Jedynym konkurentem na globalnej mapie okazał się Samsung, którego Galaxy Grand Prime Plus znalazł się na trzeciej pozycji z 8.33 mln sprzedanych egzemplarzy, a pozostałe modele z Korei zajęły miejsca piąte, szóste, siódme i dziesiąte.

Top 10 najczęściej sprzedawanych modeli smartfonów (pierwszy kwartał 2018 roku):

  1. Apple iPhone X
  2. Apple iPhone 8 
  3. Samsung Galaxy Grand Prime Plus
  4. Apple iPhone 8 Plus
  5. Samsung Galaxy S9 Plus
  6. Samsung Galaxy On5 (2016)
  7. Samsung Galaxy S9
  8. Apple iPhone 7 
  9. Apple iPhone 6
  10. Samsung Galaxy J7

Warto zauważyć, że mimo niezaprzeczalnego sukcesu Apple, tegoroczne wyniki bledną w porównaniu z rokiem ubiegłym, gdy w tym samym kwartale najpopularniejszy iPhone 7 Plus znalazł aż 18.3 mln nabywców. Przyczyną trendu spadkowego może być rosnące nasycenie rynku równie wysokiej jakości sprzętem innych producentów, głównie z Chin.

Opracował: Daniel Odroniec               
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Niemal codziennie ktoś ginie od kul gangsterów, handlarzy narkotyków, czy zwykłych chuliganów. Znacznie więcej osób jest postrzelonych. Napady rabunkowe z bronią w ręku są też coraz częstsze. O ile strzelaniny na tle handlu narkotykami czy porachunków gangsterskich mają miejsce zazwyczaj w „gorszych” częściach miasta, o tyle napady, kradzieże, i gwałty są rejestrowane nawet w centrum miasta. Policja, pomimo zwiększonych patroli, nie jest w stanie wszystkim tym przestępstwom zapobiec.

Od 2014 w stanie Illinois zwyczajni mieszkańcy mogą nosić przy sobie broń. Czy warto, zatem, aby wszyscy chodzili uzbrojeni?

I tak, i nie. Konstytucja USA zapewnia swoim obywatelom prawo posiadania broni, które tak naprawdę nie powinno być w żaden sposób ograniczone. Ale prawda jest taka, że nie wszyscy są technicznie i psychicznie przygotowani do noszenia – a co najważniejsze – użycia tej broni. Wiem z własnego doświadczenia, że wiele osób, które przyjechało do Stanów z Polski, zaraz po przyjeździe kupiło sobie tak zwanego „gana”. Problem polega tylko na tym, że przeważająca większość tych osób nie miała pojęcia, jak bezpiecznie się tym pistoletem czy rewolwerem obchodzić. Ja też byłem w takiej sytuacji. Pamiętam, jak pojechałem do sklepu z bronią, aby kupić mój pierwszy pistolet w USA. Poprosiłem sprzedawcę, żeby pokazał mi, jak się ten pistolet rozkłada, ładuje, i tak dalej. A on popatrzył na mnie dosyć dziwnie i powiedział mi, że do tego jest instrukcja obsługi. Dzięki Bogu, że nie zabiłem się przy pierwszej wizycie na strzelnicy! Uważam, że wszyscy, którzy chcą posiadać broń, bez względu na to, czy będą ją przy sobie nosili dla samoobrony, trzymali w domu czy biznesie, czy po prostu traktowali strzelnictwo rekreacyjnie – powinni przejść przez jakiś kurs obsługi broni. Na dzień dzisiejszy nie jest to wymagane w stanie Illinois, ale nakazuje to – moim zdaniem – zdrowy rozsądek. 

Poza sprawami czysto technicznymi, należy też pamiętać, że potencjalne użycie broni wiąże się z aspektem psychologicznym. W USA nie ma strzałów ostrzegawczych, nie ma strzelania w duży palec u lewej nogi. Ogólnie przyjęta doktryna mówi o „strzelaniu do momentu wyeliminowania zagrożenia”, a to często wiąże się z zabiciem napastnika… 

Są też głosy, że jak ktoś ma broń, to może szybciej od niej zginąć, niż gdyby jej nie miał. To w głównej mierze zależy od treningu. Jako fachowiec w tej dziedzinie, wiem, że są lepsze i gorsze firmy, które oferują tego typu szkolenia. Ja mam sponsora moich audycji radiowych, firmę VIS Training Ltd., której zakres i sposób szkolenia w 100% polecam. Często jestem też gościem na ich szkoleniach. Tu chodzi o to, żeby przygotować kursantów nie tylko od strony technicznej, ale też od strony psychicznej. Ja mam Masters z psychologii policyjnej i spore doświadczenie praktyczne ze względu na lata pracy w policji, więc wiem dokładnie, jaka dynamika psychiczna ma miejsce w momentach zagrożenia. 

Zdarzają się przypadki, kiedy policjant ginie od własnej broni, bo w jakiś sposób napastnik zdobył nad nią kontrolę. My, w Akademii Policyjnej, takie przypadki zawsze analizujemy, i prawie zawsze dochodzimy do wniosku, że policjant, niestety, popełnił jakiś błąd w trakcie tego zdarzenia. Dobra firma szkoleniowa kładzie nacisk na to, aby takich błędów nie popełniać.

Każdy polityk obiecuje rozprawienie się z przestępczością. To bardzo wdzięczny, niekontrowersyjny temat. W końcu – kto będzie bronił bandziorów? Ale prawda jest taka, że nawet najlepsze chęci nie poprawią diametralnie sytuacji. Policja w Chicago i tak naprawdę w całych Stanach ma związane ręce, jeżeli chodzi o zwalczanie przestępczości. Liberalni politycy i sędziowie doprowadzili do sytuacji, gdzie przestępcy mają więcej praw niż ofiary, a policja jest ograniczana coraz większą ilością przepisów. Nie liczyłbym na jakąś zasadniczą zmianę. Obawiam się, że powiedzenie: „Kiedy liczą się sekundy, policja jest 2 minuty od nas” będzie zawsze aktualne. Wiem, że brzmi to przerażająco, ale jeżeli chodzi o bezpieczeństwo osobiste czy naszych najbliższych, to tak naprawdę jesteśmy zdani na samych siebie. Prawdziwa zmiana w skali przestępczości może mieć miejsce tylko wtedy, kiedy połączy się kilka wątków – większe uprawnienia policji w zakresie rewizji, ostrzejsze wyroki sądowe, alternatywy do bezrobocia. Póki co, to na to się nie zapowiada, więc nadal jesteśmy zmuszeni o zadbanie o własne bezpieczeństwo. 

Lewica uważa, że posiadanie broni jest powodem wszelkich tragedii. W USA w rękach prywatnych znajduje się obecnie więcej sztuk broni niż liczba mieszkańców tego kraju. Na 320 milionów mieszkańców przypada ponad 350 milionów sztuk broni. Oczywiście, są tacy którzy nie posiadają broni w ogóle, i są tacy którzy mają jej kilka czy kilkanaście sztuk. Szacuje się, że w USA jest około 55 milionów posiadaczy broni. Kiedy słyszę takie argumenty o masowych strzelaninach, czy innych tragediach, to myślę sobie, że jeden psychopata na 55 milionów to statystycznie nieliczący się procent. Jasne, że nie ma to znaczenia dla rodziców ofiar, ale trzeba też zachować zdrowy rozsądek. Czy mamy wprowadzić cenzurę tylko dlatego, że jakiś jeden dureń powiedział coś wulgarnego? Czy mamy zakazać produkcji alkoholu, bo jakiś jeden kierowca zabił kogoś po pijanemu? Tragiczne wyjątki zdarzają się wszędzie i zawsze. Ameryka ma długą historię powszechnego, legalnego posiadania broni, i nie sądzę, że kiedykolwiek to się zmieni. 

Marcin Vogel

Marcin Vogel jest chicagowskim policjantem, wykładowcą na Akademii Policyjnej. Ma tytuł Master of Art z psychologii. Występuje w audycji "Kwadrans Policyjny" w środy o 16:45 na Polskim FM, prowadzi audycję radiową "Sprawa dla policjanta" w czwartki o 17:25 na 1080 AM oraz podcasty "Marcin Vogel prezentuje" na YouTube.

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 357

CLIENT / CUSTOMER – klient: W języku angielskim funkcjonują dwa określenia odpowiadające polskiemu słowu „klient”: client oraz customer. W branży nieruchomości różnica między nimi jest bardzo istotna. Client to osoba, która zatrudniła agenta w celu sprzedaży lub kupna nieruchomości, natomiast customer to osoba, której agent udziela informacji na temat oferowanych nieruchomości, bez reprezentowania interesów tej osoby. Na przykład, jeśli agent wystawia na sprzedaż nieruchomość, właściciel nieruchomości jest dla agenta klientem w sensie client, ponieważ zatrudnił agenta do sprzedaży swojej własności. Jeśli natomiast dana osoba zadzwoni do agenta z zapytaniem o cenę tej nieruchomości, określana jest mianem customer, ponieważ agent nie jest przedstawicielem tej osoby i udziela jej jedynie podstawowych informacji na temat domu wystawionego na sprzedaż.  

CURABLE DEPRECIATION – uleczalna deprecjacja: spadek wartości nieruchomości, któremu można zaradzić dokonując napraw za koszt niższy niż wartość, która zostanie dodana po wyeliminowaniu defektów, np. podnosząc wartość domu o 20 tysięcy dolarów poprzez remont kuchni, którego budżet nie przekroczyłby 15 tysięcy. Przeciwieństwem jest „nieuleczalna deprecjacja” (incurable depreciation), tzn. rodzaj defektu, którego naprawienie byłoby nieopłacalne, np. remont domu, który posiada wady konstrukcyjne i w rzeczywistości nadaje się do rozbiórki. 

CONTINGENCY – warunek: warunek określony w kontrakcie, który musi zostać spełniony, aby umowa stała się w pełni ważna, np. warunek przeprowadzenia profesjonalnej inspekcji (professional inpection contingency), warunek uzyskania pożyczki hipotecznej przez nabywcę (mortgage contingency), warunek uzyskania opinii adwokata (attorney review contingency).

CONTRIBUTION – wpływ części nieruchomości na jej ogólną wartość: wartość danej części nieruchomości mierzona jest na podstawie jej wpływu na ogólną wartość. Przykładowo, wybudowanie basenu za $50,000 z tyłu domu jednorodzinnego niekoniecznie podwyższy jego wartość o tę samą sumę, chyba że dom znajduję się w Kalifornii lub na Florydzie. Z kolei wyremontowanie łazienki lub kuchni zwykle zwraca koszty inwestycji, gdyż nowa kuchnia lub łazienka jest elementem pożądanym przez ogromną większość potencjalnych nabywców.

CONVENTIONAL LIFE ESTATE – konwencjonalne dożywotnie prawo własności: niedziedziczone prawo własności, które jest celowo utworzone przez właściciela w formie aktu własności (deed) w momencie przekazania nieruchomości nowemu właścicielowi, określanemu jako dożywotni lokator (life tenant), lub za pomocą specjalnej klauzuli w testamencie. Kiedy dożywotni lokator umiera, prawo własności wygasa i nieruchomość przekazana zostaje innej wyznaczonej osobie lub powraca do poprzedniego właściciela.

COUNTEROFFER – przeciwoferta: oferta odrzucająca poprzednią ofertę i stanowiąca jednocześnie nową ofertę.

CREDIT CHECK – sprawdzenie historii kredytowej (np. historii kredytowej potencjalnego lokatora lub nabywcy nieruchomości).

CREDIT CHECK AUTHORIZATION – upoważnienie do sprawdzenia historii kredytowej (udzielone właścicielowi nieruchomości przez potencjalnego lokatora).

CRIMINAL BACKGROUND CHECK – sprawdzenie przeszłości kryminalnej (potencjalnego lokatora).

CURTESY – prawo własności wdowca: rodzaj prawnego dożywotniego prawa własności obowiązującego w niektórych stanach USA, według którego wdowiec ma prawo do części majątku należącego do zmarłej żony, nawet jeśli nie zostało to uwzględnione w testamencie.

CUSTOM-BUILT HOUSE – dom zbudowany na zamówienie: dom o niestandardowej konstrukcji, sprzedany przed rozpoczęciem budowy, zbudowany i wykończony według danych technicznych określonych przez nabywcę.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645 
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.       
Web: www.CaretRealty.com

“Nowy dowód” Jeffreya Eugenidesa to zbiór dziesięciu opowiadań, które dotykają tego wszystkiego w naszym życiu, czego chcemy uniknąć, co odsuwamy od siebie, spychamy na bok, udając, że są to rzeczy i sprawy nas niedotyczące: samotność, starość, choroba, rozpad małżeństwa i rodziny, brak możliwości samorealizacji, rozpad mitologii społecznej i brak możliwości realizacji swych marzeń.

Jak zawsze u Eugenidesa historie balansują na granicy banału i niezwykłości. Zupełnie normalni bohaterowie, wykonujący zupełnie normalne zawody i prowadzący absolutnie normalne życie, okazują się być dramatycznie niezwykli przez sytuacje, z którymi przyszło się im zmierzyć. Już pierwsze opowiadanie z cyklu, zatytułowane „Marudy” –  skupia naszą uwagę na doświadczeniu starości i choroby, a jednocześnie wskazuje, że literatura może być inspiracją do działań wbrew stereotypom. Jeśli mamy w sobie dość siły, żeby zaufać sobie i stawić czoła banałowi, to możemy przenosić góry.

Losy dwu przyjaciółek wpisane są w historię opowiedzianą w ulubionej przez obie kobiety, książce. Ten pozornie oczywisty i dosyć nieskomplikowany chwyt literacki, pozwala spojrzeć na życie w starości z zupełnie innej perspektywy niż ta, do której przywykliśmy. Otóż powieść owa, autorstwa Velmy Wallis, zatytułowana „Dwie stare kobiety” (książka nie jest fikcyjną rzeczywistością, wykreowaną na potrzeby opowiadania, zarówno ten tytuł jak i nazwisko autorki są zupełnie prawdziwe, publikacja ukazała się na rynku amerykańskim w 2013 roku) niesie zupełnie nieoczekiwane przesłanie, które zresztą staje się zawołaniem obu kobiet w momentach kryzysowych: „to jest pora topora” – czyli czas na działanie, a nie na marudzenie. Ta cudowna, literacka parabola pozwala autorowi mówić o samotności w starości, o odrzuceniu, a nawet porzuceniu przez rodzinę, o niezwykłości przyjaźni w sposób daleki od banału i płaczliwego współczucia. Okazuje się, że przy pewnej, sporej zresztą, ilości silnej woli, zdecydowania i wyobraźni można w życie w starości i demencji poukładać sobie nadzwyczajnie znośnie, ale potrzeba do tego osobowości, która umie posługiwać się owym toporem.

Podobnie mają się rzeczy w kolejnym opowiadaniu zatytułowanym „Poczta lotnicza”, jakkolwiek to podobieństwo należy postrzegać w swoistym odwróceniu. Historia młodego człowieka, który udaje się w podróż po świecie w poszukiwaniu sensu swego życia, kończy się dla czytelnika doznaniem przenikliwego poczucia zagubienia. Próba magicznego, nieomalże mistycznego funkcjonowania, w którym można kierować funkcjami swego ciała jedynie za sprawą mocy umysłu, kończy się dla bohatera „Poczty lotniczej” zdecydowanie przedwcześnie i w żaden sposób nie pozwala nam mówić o odnalezieniu drogi ku spełnieniu. Mitchell kieruje się ku śmierci bardziej, aniżeli ku temu, czego poszukuje, czyli sensowi istnienia.

Trzecie opowiadanie jest kompletnie zaskakujące, zestawiając tytuł „Pipeta do pieczeni” z jego treścią. Można by mieć podejrzenia, że historia będzie miała jakiejś kulinarne konotacje – nic bardziej błędnego! Cały tekst bowiem jest o sztucznym zapłodnieniu. Skąd zatem pipeta do pieczeni? Z bardzo prostego powodu. Zostawioną po masturbacji spermę, czymś trzeba wstrzyknąć do pochwy, a cóż może być w tym celu użyteczniejsze niż pipeta do pieczeni, jeśli nie ma się pod ręka specjalisty od unasienniania? Brzmi to może dziwnie, może nienormalnie, ale czy normalny jest świat, w którym skazani jesteśmy na życie w samotności. Świat, w którym liczy się tylko wygoda i przyjemność przy minimum wysiłku i odpowiedzialności. Skąd niby kobieta sukcesu, którą jest główna bohaterka tego tekstu o wdzięcznym imieniu Tomasina, ma znaleźć partnera na całe życie, który jednocześnie będzie odpowiedzialnym ojcem jej dziecka? Ma wielu znajomych, partnerów i kochanków, ale nikt nie zamierza wchodzić w małżeńskie związki. Tomasina organizuje więc erotyczne przyjęcie, podczas którego wydarzają się rzeczy przedziwne i zaskakujące. Cała historia ma dosyć przytłaczające zakończenie, żeby nie powiedzieć depresyjne – ale jest jednocześnie kapitalnym obrazem współczesnych relacji damsko-męskich, mocno zdeformowanych w swych elementarnych funkcjach, albo może – paradoksalnie - powracających właśnie do owego pierwotnego, zwierzęcego wymiaru funkcjonowania gatunku, czyli do zapładniania bez ponoszenia za to żadnej odpowiedzialności.

Kolejne, czwarte opowiadanie zatytułowane „Muzyka dawna” przerzuca nas z rejonów nasyconych seksualnością ku wymiarom naznaczonym wyrafinowaną muzyką barokową i światem nadzwyczajnie rzadkich instrumentów. „Utalentowany muzyk wykonuje poślednią pracę, by – z marnym skutkiem – zarabiać na rodzinę, tymczasem atmosfera w domu gęstnieje z każdym dniem, w miarę rosnącej natarczywości banku domagającego się spłaty kredytu za stary klawikord”. (za: Książki-Magazyn do Czytania, kwiecień 2018)

Po raz kolejny dotykamy absurdalności pewnych sytuacji, które pozornie tylko wydają się jasne i oczywiste. W końcu wszyscy jesteśmy zobowiązani spłacać swoje długi, obojętne czy zaciągnęliśmy je na samochód czy na super piękny i rzadki instrument, na którym gramy wyrafinowane kompozycje barakowych twórców. Opowiadanie „Muzyka dawna” jest pełne niejasnej nostalgii za utraconą miłością do rzeczy nieużytecznych, jakkolwiek pięknem zachwycających. Rodney, główny bohater opowiadanej historii jest utalentowanym wirtuozem klawikordu, który zaprzepaścił swoją, prawdopodobnie spektakularną, karierę z wielu powodów, głównie jakkolwiek z powodu młodzieńczego idealizmu. W ostatecznym rozrachunku, gdy przyszło do takich elementariów jak dom, rodzina i praca, Rodney nie bardzo wiedział, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Darline, jego żona wpadła wprawdzie na pomysł masowej produkcji zapachowych myszy, które miały być hitem w dobie powszechnej aromaterapii, ale jakoś ta masowość nigdy nie stała się faktem, w przeciwieństwie do narastających długów i nieustannych telefonów od żądających zwrotu pieniędzy banków i innych instytucji windykacyjnych.

Świat młodzieńczych idei, wielkich talentów i wyrafinowanej kultury drastycznie roztrwonił się na frustrujące niespełnienie w zderzeniu z nieuniknioną banalnością bezwzględnej codzienności.

„Apartamenty” - piąty z kolei tekst w tomie „Nowy dowód” to niesamowicie paranoiczne i poniekąd groteskowe opowiadanie, które przytłacza nas absurdalnością przekonania, że trzeba ciągle próbować, ciągle inwestować, wierzyć w sukces i nigdy nie ulegać przeświadczeniu, że może trzeba by przestać działać, a zacząć myśleć. Jest to nadzwyczajnie krótkie i nadzwyczajnie depresyjne wyznanie młodego człowieka, narratora, którego ojciec, rzeczywiście kiedyś bogaty inwestor, rzucił się w szereg skazanych na bankructwo inwestycji, na których stracił całą fortunę. „Apartamenty” to opowieść o ostatnim zakupie rozpadającego się hotelu na Florydzie, który ma być oczywiście inwestycją życia. W istocie poruszamy się po gnijących, zrujnowanych pomieszczeniach, których nikt nawet nie ma zamiaru wynajmować, co nie przeszkadza ojcu głównego bohatera tryskać optymizmem i wierzyć, że cała inwestycja będzie wspaniałym spadkiem dla jego syna. Niezwykła atmosfera opowiadania, nieomalże dotykalna wilgoć i przytłaczający rozpad owego motelu każą nam szczerze wątpić w amerykański optymizm ojca i jego przekonanie, że w końcu musi się udać! Mamy nawet pewność, że z tego nic nie będzie. Dosyć przerażający obraz amerykańskiej wiary w sukces.

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

Nowy dowód, Jeffrey Eugenides, wyd. Sonia Draga, 2018