----- Reklama -----

Monitor 06/08/2018

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 356

CAPITAL LOSS – strata kapitałowa: strata poniesiona w wyniku sprzedaży aktywów, np. sprzedaży nieruchomości.

CAPITAL STRUCTURE – struktura kapitałowa: struktura kapitału zainwestowanego w dane przedsiębiorstwo.

CASUALTY LOSS APPRAISAL – wycena powypadkowa: wycena nieruchomości mająca na celu obliczenie zmniejszenia wartości własności spowodowanej przez pożar, burzę lub inny wypadek, zwykle wykonywana na zlecenie firm ubezpieczeniowych.

CHAIN – łańcuch mierniczy: jednostka długości równa 66 stóp lub 22 jardy (około 20,12 m), używana głównie w miernictwie gruntów (surveying).

CHRONOLOGICAL AGE (inne nazwy: actual age / historical age) – wiek chronologiczny (wiek rzeczywisty / wiek historyczny): wyrażenie stosowane w wycenie nieruchomości, odnoszące się do rzeczywistego wieku budynku, bez względu na jego stan techniczny. Dla porównania, określenie „wiek efektywny” (effective age) odnosi się do wieku budynków lub innych konstrukcji i uwzględnia ich stopień zużycia. Np. wiek efektywny nieruchomości wybudowanej 20 lat temu (tzn. której wiek rzeczywisty wynosi 20 lat), może być dużo niższy, jeśli nieruchomość ta była należycie utrzymywana i konserwowana, i jej stan techniczny jest porównywalny ze stanem technicznym nowszych budynków.  

CLASS OF OFFICE BUILDING – klasa budynku biurowego: budynki biurowe podzielone są na trzy klasy w zależności od ich zdolności do przyciągania najemców. Klasa A (Class A) to najbardziej prestiżowa kategoria, gdzie opłaty za najem są powyżej średniego czynszu w okolicy ze względu na wysoką jakość wykończeń budynku, nowoczesne wyposażenie i znakomitą lokalizację. Klasa B (Class B) to budynki biurowe, gdzie opłaty za najem stanowią średnią dla danej okolicy, budynki, które posiadają dobre wyposażenie i lokalizację, jednak nie mogą one rywalizować z budynkami klasy A pod względem wysokości opłay za najem. Klasa C (Class C) to budynki posiadające mniej pożądaną lokalizację i wyposażenie poniżej średniego standardu, które są wynajmowane za opłaty niższe niż średni czynsz w danej okolicy.

CLEAR title (inna nazwa: marketable title) – czysty tytuł własności: tytuł własności, który nie jest obciążony żadnymi roszczeniami; niezbędny do pomyślnego zamknięcia transakcji sprzedaży nieruchomości.

CLOSING – zamknięcie transakcji: klauzula w kontrakcie kupna / sprzedaży nieruchomości określająca termin i miejsce zamknięcia transakcji.

CLOUD ON THE TITLE – cień na tytule własności (dosłownie „chmura na tytule własności”): jakiekolwiek obciążenie tytułu własności sprawiające, że tytuł własności może być zakwestionowany, ujawnione zwykle podczas procedury sprawdzania tytułu własności (title search).

COMMINGLING – mieszanie funduszy: nielegalne łączenie pieniędzy należących do klienta (np. zaliczki na zakup nieruchomości) z personalnymi funduszami agenta.

CONVENTIONAL MORTGAGE – konwencjonalna pożyczka hipoteczna: pożyczka hipoteczna, która nie jest ubezpieczona przez rząd federalny, np. pożyczka, która nie jest gwarantowana przez VA (Veterans Administration) lub FHA (Federal Housing Administration).

COST APPROACH – metoda wyceny nieruchomości oparta na analizie kosztów: metoda najczęściej stosowana przy wycenie nowych budynków lub nieruchomości specjalnego przeznaczenia (special-purpose buildings) takich jak szkoły, kościoły, biblioteki, itp., polegająca na obliczeniu kosztów wybudowania dokładnie takiej samej nieruchomości jak wyceniany budynek (reproduction cost) lub na obliczeniu kosztów budowy nieruchomości, która spełniałaby takie same funkcje jak wyceniany budynek (replacement cost).

CRS (Certified Residential Specialist) – Certyfikowany Specjalista Nieruchomości Mieszkalnych: kwalifikacja zawodowa przyznawana przez Radę Specjalistów Nieruchomości Mieszkalnych (CRS – Council of Residential Specialists) agentom nieruchomości, którzy ukończyli wszechstronne szkolenia dotyczące sprzedaży i marketingu nieruchomości mieszkalnych. 

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645       
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com

W 1874 r. uchwalono Prawo Gmin Stanu Illinois („Township Law of Illinois”), które stanowiło reguły dla rządów gminnych („township governments”) w stanie Illinois. Z biegiem czasu rząd gminny często odraczał decyzje do rządu powiatowego („county government”) lub władz miejskich („municipal government”). Dziś rząd gminny pozostaje istotny, chociaż ma mniej uprawnień niż kiedyś miał. Rząd gminny zazwyczaj zajmuje się drogami, oszacowaniami wartości nieruchomości („real property assessments”), ogólną pomocą dla mieszkańców, oraz różnymi innymi usługami publicznymi.

Rząd gminny jest często nazywany rządem najbliższym mieszkańcom, ponieważ mieszkańcy stanowią większą rolę w rządach gminnych niż w jakimkolwiek innym rządzie. Dorocznie odbywają się spotkania elektorów („electors”), aby decydować o różnych obowiązkach w każdej gminie („township”). Z upływem czasu, podobnie jak w przypadku innych dziedzin prawa, uprawnienia elektorów uległy erozji, ale doroczne spotkania są nadal wymagane przez ustawę („statute”).

W 1992 r. Prawo Gmin Stanu Illinois zostało skodyfikowane w Kodeksie Gminnym („Township Code”). Podstawowe prawa gminne („township law”) pozostały takie same. Ważne jest pamiętać ze rząd gminny ma charakter ustawowy („statutory”). Dlatego uprawnienia gmin muszą być określone specyficznie w ustawie lub wynikać z ustawy.

Gminy są zarządzane przez zarządy gminne („township boards”), które składają się z nadzorcy gminnego („township supervisor”) oraz czterech zarządców gminnych („township trustees”). Zgodnie z ustawą, nadzorca gminny pełni funkcję dyrektora naczelnego („chief executive oficer”) gminy. Nadzorca gminny służy również jako skarbnik gminy („township treasurer”), nadzorca ogólnej pomocy dla mieszkańców oraz jako skarbnik („treasurer”) każdej gminnej dzielnicy drogowej („township road district”). Zarządcy gminni współpracują z nadzorcą w zarządzaniu gminy.

Zarządy gminne podlegają ustawie otwartych spotkań („Open Meetings Act”). Generalnie, kiedy dwóch członków zarządu się spotyka, aby rozmawiać o sprawach gminy, musi to mieć miejsce przy formalnym otwartym spotkaniu.

Nadzorcy oraz zarządcy gminy są wybierani przez wyborców z gminy w wyborach powszechnych („general elections”) na wiosnę co cztery lata. Wtedy są także wybierani urzędnicy gminni („township clerks”) oraz gminni asesorzy („township assessors”). Kolejne wybory gminne („township elections”) będą miały miejsce w 2021 roku.

Urzędnicy gminni są odpowiedzialni za prowadzenie ewidencji gminy („records of the township”). W gminach mających gminną dzielnicę drogową („township road district”), urzędnicy gminni pełnią również funkcję urzędnika gminnej dzielnicy drogowej („clerk for the township road district”). Urzędnicy gminni przechowują notatki z wszelkich spotkań, a także organizują doroczne spotkania elektorów.

Asesorzy gminni są odpowiedzialni za oszacowanie wartości nieruchomości w swoich gminach. Ich oszacowania są następnie kierowane do powiatowego nadzorcy oszacowań („county supervisor of assessments”), który poświadcza wartości skarbnikowi powiatu („county treasurer”), który następnie wysyła rachunki podatkowe. Asesor gminny („county assessor”) odgrywa ważną rolę w ustalaniu ilości podatku płaconego od nieruchomości w gminie.

Niektóre gminy, zwłaszcza poza obszarami zurbanizowanymi, mogą mieć powiązane z nimi gminne dzielnice drogowe. Są to odrębne jednostki rządowe z interakcją z zarządami gmin i urzędnikami gminnymi. Kiedyś gminne dzielnice drogowe („township road districts”) miały osobne zarządy składające się z trzech osób; teraz jedna osoba – gminny komisarz drogowy („township highway commissioner”) - prowadzi gminną dzielnicę drogową.

Gminy poprzez ustawę uprawnione są do angażowania się w różnorodne usługi, w tym służby dla osób starszych, niepełnosprawnych oraz młodzieży. Niektóre ustawy uprawniają również gminy do zarządzania parkami oraz cmentarzami.

Jako rząd najbliższy mieszkańców, rząd gminny jest wyjątkowy. Pod wieloma względami jest prosty, ale także skomplikowany w swojej wyjątkowości. Adwokaci mogą pomagać jednostkom gminnym w kontaktach z miastami, ale muszą dysponować praktyczną wiedzą na temat rządów gminnych, zwłaszcza w przypadku oszacowań wartości nieruchomości („real property assessments”) oraz gminnych dzielnic drogowych.

Powyższe informacje nie powinny być traktowane jako porady prawne w jakiejkolwiek istniejącej sprawie, oraz nie powinny być traktowane jako tworzenie formalnej relacji adwokat-klient.

Katarzyna Brukało

Brukalo Law, P.C.
Tel. 312-450-3630
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. 
www.BrukaloLaw.com
Dwie lokalizacje – Chicago (Downtown) i Park Ridge

Czerwiec to w historii amerykańskiego wojska rocznica lądowanie wojsk alianckich w Normandii w 1944 roku – jedna z przełomowych operacji II wojny światowej. Niemal równo dwa lata przed D-Day miał miejsce inny wojenny przełom, tym razem na Pacyfiku.

7 grudnia 1941 roku na USA spadł cios – w bazie Pearl Harbor na Hawajach, najważniejszym porcie US Navy na Pacyfiku, w wyniku nagłego ataku japońskiego lotnictwa zniszczono dużą część amerykańskiej floty działającej na tym oceanie. Na dno poszło pięć pancerników (najcięższych i najlepiej uzbrojonych okrętów nawodnych), uszkodzono sześć kolejnych ciężkich okrętów, zniszczono 188 samolotów i prawie drugie tyle uszkodzono. Straty japońskie w porównaniu do skali sukcesu były niewielkie. Atak był szokiem dla Amerykanów, zaatakowanych w biały dzień w swojej kluczowej bazie. Rozpoczęła się wojna amerykańsko-japońska, a tym samym USA dołączyło do II wojny światowej.

Zagrożenie japońskie narastało w Azji niemalże tak samo, jak niemieckie w Europie. Od czasu zwycięstwa w wojnie z carską Rosją na początku XX wieku, Kraj Kwitnącej Wiśni wdzierał się przebojem do wielkiej polityki międzynarodowej. Kilkadziesiąt lat wcześniej państwo to przeszło ogromne reformy na wzór zachodni – złamano stary, oparty o feudalizm system rządów oparty o szogunów i samurajów, zastępując go nowoczesnym rządem cesarza. Promowano zachodnie obyczaje, edukację, opartą o nowoczesny przemysł gospodarkę oraz zmiany w armii. Japończycy pokonali dużo silniejszych Rosjan, wzięli udział w I wojnie światowej po stronie zwycięzców i stali się jedynym w ówczesnej Azji rodzimym mocarstwem. W 1931 roku wykorzystując prowokację udało się im zająć fragment północno-wschodnich Chin (Mandżurię). W 1937 roku rozpoczęli kolejną wojnę z Chinami, zmagającymi się w tym okresie z wojną domową i wieloma innymi problemami wewnętrznymi.

Japończycy stworzyli ideologię imperializmu i szowinizmu, którą można w pewnych obszarach porównać do faszyzmu. Celem tego państwa, zdominowanego przez nacjonalistycznych wojskowych i rządzonego przez uznawanego za boskiego (sic!) cesarza, był podbój i podporządkowanie jak największych terenów w Azji, zdobycie zaplecza surowcowego dla przemysłu i stworzenie „nowego porządku” w tej części świata, z sobą w roli głównej. Armia japońska, łącząca w sobie nowoczesność i feudalną tradycję, była fanatycznie podporządkowana tej idei, wprowadzając ją w życie z całą brutalnością – na przełomie 1937 i 1938 roku, po zdobyciu chińskiej stolicy w Nankinie, armia japońska wymordowała od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy mieszkańców tego miasta. Wrogiem Japończyków byli nie tylko słabi Chińczycy, ale też narody europejskie – Brytyjczycy, Francuzi, Holendrzy, Rosjanie – które w poprzednim okresie podporządkowały sobie znaczną część Dalekiego Wschodu.

Po niepowodzeniach w walce ze Związkiem Radzieckim na północy (1938-1939), uwaga cesarstwa skierowała się na południe. Problemem była jednak nie tylko zajęta wojną z Hitlerem Wielka Brytania (panująca w Indiach, Birmie, na Malajach czy w Hongkongu), ale także Stany Zjednoczone – neutralne, ale sympatyzujące z aliantami i gotowe bronić swoich żywotnych interesów w Azji. To właśnie dlatego w grudniu 1941 roku niespodziewanie zaatakowano Pearl Harbor, chcąc zniszczyć potencjał amerykańskiej Floty Pacyfiku. Na szczęście tego dnia w porcie nie było głównej flotylli lotniskowców...

Po Pearl Harbor Japończycy szybkimi uderzeniami zajęli kolejne terytoria w Azji – należący do Brytyjczyków Hongkong, Malaje i Singapur, Holenderskie Indie Wschodnie (dzisiejszą Indonezję) oraz Filipiny, znajdujące się pod protektoratem USA. Ten ostatni sukces był szczególnie dotkliwy dla Amerykanów – ich oddziały pobito, a głównodowodzący, generał Douglas MacArthur, musiał ewakuować się do Australii. Kolejnym celem miała być brytyjska Birma i Indie, wyspy wokół Australii oraz Hawaje i leżące na dalekiej północy amerykańskie Aleuty...

Kluczem do zajęcia Hawajów była leżąca na zachód od nich wyspa Midway, na której znajdował się jeden z najważniejszych obiektów koniecznych do prowadzenia wojny na Pacyfiku – lotnisko wojskowe. Pod koniec maja 1942 roku Japończycy wysłali więc silną flotę, złożoną z czterech lotniskowców, która miała osłonić zajęcie wyspy. Przewożone na wielkich okrętach samoloty miały zniszczyć obronę wyspy i ewentualne okręty amerykańskie. US Navy przechwyciła jednak informacje o planowanej inwazji i rzuciła naprzeciw Flocie Cesarskiej własny zespół bojowy złożony z trzech lotniskowców. Japończycy dowiedzieli się o jego obecność dopiero gdy zaczęły się walki o wyspę.

Miały one bardzo zacięty charakter. Japończycy rzucali swoje lotnictwo do bombardowania wyspy, próbując zniszczyć wolę walki obrońców i uniemożliwić działanie wrogim samolotom. Amerykanie w zażarty sposób atakowali japońską flotę, chcąc zniszczyć jej największe okręty. Kolejne zespoły bombowców morskich i nurkujących rozbijały się o twardą obronę. W końcu jednak amerykańskim lotnikom udało się znaleźć dziurę w obronie japońskiej i dotkliwie zbombardować lotniskowce. W efekcie tego wszystkie cztery jednostki – „Akagi”, „Kaga”, „Hiryū” i „Sōryū” – zatonęły wraz ze znajdującymi się na nich maszynami, lotnikami i załogami (łącznie trzy tysiące ludzi). Amerykanie stracili jeden lotniskowiec – USS „Yorktown”.

Pod Midway siła japońskiej floty została złamana, a Amerykanie przez kolejne trzy lata w krwawych walkach zdobywali kolejne przyczółki na Pacyfiku...

Tomasz Leszkowicz

Wiemy wszyscy, iż przeładowany nadmiarem informacji mózg zaczyna się zacinać, gdy musi podjąć jakąś decyzję, dokonać wyboru. Nie ma znaczenia jakiego, może chodzić o rodzaj masła w sklepie spożywczym, samochód w salonie motoryzacyjnym, szkołę dla dziecka czy polityka starającego się o nasz głos.

Nawet jeśli uda nam się w końcu podjąć decyzję, to za chwilę zaczynamy jej żałować, bo ktoś podsunął nam przed nos kolejne, podobno ważne informacje, natomiast o tym, czym podyktowany był oryginalny wybór, zaczynamy powoli zapominać.

Kilka lat temu doświadczyłem tego na własnej skórze, gdy po wejściu do sklepu trzeba było wybrać najbardziej odpowiednie dla dziecka mleko w proszku. Oczywiście wcześniej dokonaliśmy bardzo dokładnego rozeznania w internecie, na stronach rządowych i należących do organizacji prywatnie finansowanych, w poradnikach dla rodziców, portalach zdrowotnych i blogach o dzieciach. Uzbrojony w tę wiedzę stanąłem przed półką i wyciągnąłem dłoń po wybrany wcześniej produkt. Spojrzałem jednak na inne, różnorodne, kolorowe buteleczki oraz pudełeczka i zaczęły mnie ogarniać wątpliwości. W dalszym ciągu nie było do końca jasne, czy ma być ono w płynie, a może w proszku, bazujące na mleku krowim, sojowym, kozim, czy jakimś innym. Z dodatkami mikro oraz makroelementów, tajemniczych substancji DHA i ARA. Każde opakowanie kusiło czymś innym, jedno naukowo opracowanym składem, inne jego organicznym pochodzeniem, smakiem zaaprobowanym przez kolejne pokolenia niemowlaków, itd.

Zgłupiałem doszczętnie, gdy podczas mojego 10 minutowego postoju do półki podeszły trzy osoby, a każda odeszła z czym innym.

Padło w końcu na w miarę kosztowny, bo wydawało się, iż będzie lepszy, a także opatrzony mnóstwem mądrych zdań mających świadczyć o zaawansowanej recepturze. Oczywiście w kolejnych tygodniach i miesiącach pod wpływem dodatkowych informacji zawartość koszyka się zmieniała.

Wszystko to nie miało większego sensu jak się później dowiedziałem. Okazało się bowiem, iż ponad trzydzieści lat temu Kongres uchwalił, a prezydent podpisał, wielką ustawę o nazwie Infant Formula Act of 1980. Dokument ten regulował rynek odżywek dziecięcych w Stanach Zjednoczonych i pilnował, by wszystkie miały skład niezbędny do prawidłowego rozwoju młodego organizmu. Oczywiście opracowany naukowo i regularnie uzupełniany w oparciu o najnowsze zdobycze nauki.

To jasne, że nabyta wiedza w najmniejszym stopniu nie wpłynęła na późniejsze zakupy, bo wraz z każdą kolejną informacją zaczynałem cały proces od początku.

Ta przydługa opowieść miała pokazać, że każdy może paść ofiarą zmęczenia informacyjnego z byle powodu. Z jednej strony dobrze, że mamy możliwość sprawdzenia tego wszystkiego. W ciągu kilku minut spędzonych w internecie poznajemy historię samochodu, czy opinie o lekarzu i prawniku. Jednak zdecydowanej większości danych nie jesteśmy w stanie przyswoić. Choć tego nie zauważamy u siebie, to z czasem coraz trudniej jest nam podejmować trafne decyzje, a każda okupiona jest ogromnym wysiłkiem.

Skupieni na otwartych przekazach nie zwracamy uwagi na tzw. sygnalizowanie. To bardzo sprytny zabieg ekonomistów, polegający na podświadomym manipulowaniu naszymi wyborami. Bankierzy pokazują drogie zegarki na przegubach sugerujące wysoki dochód, czyli wiedzę na tematy związane z pieniędzmi. Duże firmy trzymają na kontach dużo gotówki sygnalizując konkurencji, iż łatwo nie uda się ich pokonać. Do reklam wynajmowani są znani i lubiani, czyli bardzo kosztowni aktorzy, co sygnalizuje, że reklamowane w ten sposób produkty dobrze się sprzedają, więc muszą być wyjątkowe i warto ich spróbować.

Tak więc zalani jesteśmy potokiem informacji w różnej formie, przez co zaczynamy gorzej funkcjonować. To nie jest teoria, to wielokrotnie potwierdzony fakt. Gdy w Zatoce Meksykańskiej doszło do wycieku ropy z platformy BP, prowadzący akcję ratunkową otrzymywał dziennie po kilkaset raportów, sms-ów i e-maili. Musiał czytać większość z nich, bo w ten sposób komunikowali się z nim pracodawcy, agencje rządowe i dziennikarze. Zabrakło czasu na efektywną pracę, wciąż należało analizować przesyłane dane, często sprzeczne, w związku z czym kilkukrotnie doszło do groźnych sytuacji, z których każda mogła zakończyć się tragicznie.

Zdarzyło się też wielokrotnie, że nadmiar opcji prowadził do niemożności podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Bajka, gdy chodziło o zakup roweru lub ręcznika, miało to jednak również miejsce podczas negocjacji na szczeblu państwowym, w czasie akcji ratowniczych i działań militarnych.

Przez jakiś czas byłem niewolnikiem opinii w internecie, bo przed każdym, najdrobniejszym nawet zakupem musiałem na temat produktu wszystko przeczytać. Dochodziło do tego, że nabycie prostego przedmiotu opóźniało się o kilka dni, a i tak nie byłem z podjętej decyzji zadowolony. Skupiałem się na tych pseudobadaniach tak mocno, iż zapominałem o reszcie obowiązków.

W pewnym momencie dotarło do mnie, chyba podczas kilkugodzinnego czytania opinii na temat pompki do roweru, że nie można każdej decyzji podejmować tyle czasu, bo życia zabraknie ma inne rzeczy. Poza tym im więcej czytałem, tym większy kłopot miałem z wyborem. Do tego w przerwach stała obserwacja portali społecznościowych i skrótów informacyjnych. Na szczęście etap ten trwał krótko, a gdy się skończył, czułem się jak ryba wrzucona do wody po długiej przerwie poświęconej na naukę latania.

Po co ja to wszystko piszę i niepotrzebnie dokładam do śmietnika w głowie? By zachęcić do eksperymentu. Wyłączenia się na pewien czas z obiegu informacji. Wszelkich i wszystkich. Spróbujcie na początek jeden dzień, później weekend, następnie przez całe wakacje. Będą najlepsze w życiu.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Jeffrey Eugenides zachwyca zbiorem krótkich opowiadań „Nowy dowód”. Do tej pory znaliśmy tego autora z potężnej objętościowo powieści „Middlesex”, a przede wszystkim z „Przekleństw niewinności”, które zostały sfilmowane przez Sofię Coppolę. Teraz mamy zestaw jedynie dziesięciu niewielkich tekstów, które pozwalają nam dotknąć takich aspektów naszego życia jak starość, samotność, niemożność wzajemnego porozumienia, absurdalność istnienia i paru jeszcze innych elementarnych kategorii, od których trudno nam się wywinąć i które nas w końcu kiedyś drastycznie dopadają, czy tego chcemy, czy nie.

Marudy – to pierwsze opowiadanie zamieszczone w tym tomie, które skupia naszą uwagę na doświadczeniu starości, samotności, odrzucenia i choroby, a jednocześnie wskazuje, że literatura może być inspiracją do działań wbrew stereotypom. Jeśli mamy w sobie dość siły, żeby zaufać sobie i stawić czoła banałowi, to możemy przenosić góry.

Losy dwu przyjaciółek wpisane są w historię opowiedzianą w ulubionej przez obie kobiety, książce. Ten pozornie oczywisty i dosyć nieskomplikowany chwyt literacki, pozwala spojrzeć na życie w starości z zupełnie innej perspektywy, niż ta, do której przywykliśmy. Otóż powieść owa, autorstwa Velmy Wallis, zatytułowana „Dwie stare kobiety” (książka nie jest fikcyjną rzeczywistością, wykreowaną na potrzeby opowiadania, zarówno ten tytuł jak i nazwisko autorki są zupełnie prawdziwe, publikacja ukazała się na rynku amerykańskim w 2013 roku) niesie zupełnie nieoczekiwane przesłanie, które zresztą staje się zawołaniem obu kobiet w momentach kryzysowych: „to jest pora topora” – czyli czas na działanie, a nie na marudzenie.

„Książka przywołuje starą legendę Atapasków, którą autorka, Velma Wallis, słyszała jako dorastająca dziewczynka. Opowieść przekazywano z matki na córkę; to historia dwóch starych kobiet, które podczas klęski głodu zostały pozostawione przez plemię własnemu losowi. Pozostawione na pewną śmierć, mówiąc wprost. Bo taki był zwyczaj”. (s.28) One jednak, wbrew zwyczajom, nie umierają cicho i spokojnie, oczekując na ostateczne rozwiązanie. Zaczynają przypominać sobie wszystkie techniki przetrwania w krańcowo trudnych warunkach i mimo że pozostawione samym sobie, powoli, ale skutecznie coraz lepiej sobie radzą w tych ekstremalnie trudnych warunkach. Trzeba jednakowoż przyznać, że plemię „nie zostawiło [obu kobiet] tylko dlatego, że były stare. Zrobiło to także dlatego, że ciągle narzekały. Stale biadoliły, cóż im to nie dolega i cóż je nie boli”. (s.30)

Co w tym wszystkim jest najniezwyklejsze, to fakt, że obie staruszki nie tylko przetrwały, nie tylko świetnie poradziły sobie w dramacie bycia starym, opuszczonym i skazanym jedynie na siebie, ale w momencie, „kiedy powraca ich plemię, wszyscy wciąż przymierają głodem, dwie kobiety uczą współplemieńców, czego same się nauczyły. I od tego czasu ci Indianie nigdy już nie porzucają starszych członków swego plemienia”. (s.44)

Ta literacka parabola nakłada się wprost na życie i działania Delli i Cathy, dwu przyjaciółek w podeszłym już wieku, które owa powieść zafascynowała i stała się „rzeczywistością”, z którą obydwie się utożsamiały. Obydwie miały rodziny, mężów, dzieci i znajomych, ale w ostatecznym rozrachunku zostały same. Głęboko ze sobą związane podążają za przesłaniem „Dwu starych kobiet”: „to jest pora topora”. W momencie, gdy okazuje się, że Della ma wszelkie symptomy demencji, Cathy wykrada ją ze szpitala i zamieszkują nie w domu dla starców, ale we własnym, bardzo odludnym, domu Delli. Razem układają sobie codzienne obowiązki w taki sposób, że choroba, starcza nieporadność i brak rodzinnego wsparcia przestają być istotne – najważniejsza okazuje się bezwarunkowa przyjaźń. Cudowne w swej skomplikowanej prostocie opowiadanie otwiera nas na zupełnie inne postrzeganie starości i relacji starych ludzi z innymi. Okazuje się, że „pora na topora” to zawołanie znacząco skuteczne, nawet w pozornie beznadziejnych przypadkach i sytuacjach.

O zbiorze dziesięciu opowiadań:
Marudy
Poczta lotnicza
Pipeta do pieczeni
Muzyka dawna
Apartamenty
Znajdź winowajcę
Proroczy srom
Kapryśne ogrody
Wielki eksperyment
Nowy dowód

czytamy w recenzji opublikowanej przez wydawnictwo Sonia Draga, iż: „bestsellerowe powieści Jeffreya Eugenidesa udowodniły, że autor jest bystrym obserwatorem tak różnorodnych sfer życia, jak kryzys wieku dojrzewania, samopoznanie, miłość czy rodzina. Przedstawione w Nowym dowodzie historie penetrują bogate i intrygujące obszary codzienności.

Ten zbiór prezentuje postaci stojące w obliczu kryzysów osobistych i narodowych. Spotkamy tu niespełnionego poetę, który zazdroszcząc bogactwa innym, podczas gwałtownego wzrostu cen nieruchomości zostaje malwersantem; klawikordzistę, którego marzenia o sztuce rozwiały się skonfrontowane z obowiązkami małżeńskimi i ojcowskimi; uczennicę szkoły średniej, która wiedziona chęcią wyrwania się spod wpływu imigranckiej rodziny i tradycji aranżowanych małżeństw podejmuje dramatyczną decyzję, wywracającą do góry nogami życie brytyjskiego fizyka.

To piękna proza z frapującą narracją i gęstą od zaskakujących pomysłów, jednocześnie zachowuje wdzięczną płynność stylu. Te opowiadania stanowią świadectwo rozwoju i dojrzałości wielkiego amerykańskiego pisarza”.

Prześledźmy zatem kolejne teksty zamieszczone w tym zbiorze. Pozornie są one tematycznie rozrzucone od Sasa do Lasa i nic ich ze sobą nie wiąże, ale gdy przyjrzymy się im bliżej okazuje się, że pewne wątki i tropy powracają w nich w nowych konfiguracjach. Drugie opowiadanie nosi tytuł „Poczta lotnicza” i jest „tropikalną” opowieścią o poszukiwaniu tożsamości, samotności i pogubieniu we współczesnym świecie, dziejącą się na jakiejś wyspie w Zatoce Tajlandzkiej. Młody człowiek, Mitchell, choruje na ostry rozstrój żołądka od trzynastu dni. Drastyczne objawy wyczerpania z powodu nieustającej biegunki i odwodnienia nie zmieniają jego decyzji, że sam upora się z czerwonką pełzakową i nie będzie korzystał z pomocy lekarza ani szpitala. Postanawia nic nie jeść, by zabić pasożyty, które wywołały tę chorobę. Początkowo kontaktuje się jeszcze z rodzicami, pisząc do nich mnóstwo listów, ale potem coraz bardziej oddala się w rejony naznaczone halucynacjami. Z listów do rodziców można wyczytać, że „religia Wschodu uczy, że cała materia jest złudzeniem. Według Buddy obejmuje to wszystko: nasz dom, wszystkie garnitury taty, nawet wiszące doniczki mamy. Dotyczy to oczywiście również ciała. Zdecydowałem się wybrać na ten wielki objazd świata również dlatego, że nasz punkt widzenia w Detroit wydał mi się dosyć ograniczony. Okazuje się, że zacząłem wierzyć w kilka rzeczy. A także je sprawdzać. Między innymi to, że za pomącą umysłu możemy kontrolować nasze ciało”. (s. 54)

Całe opowiadanie jest opisem owego „sprawdzania”, które można by streścić w formule „na ile skuteczne są metody kontrolowania ciała umysłem?” Niesamowity proces oczyszczania przez głodówkę (Mitchell pije tylko czarną herbatę), jako forma uprawiania kontroli nad swoim ciałem i metoda samoleczenia prowadzi chłopaka do poruszania się na granicy realności i ułudy. Wiara wprawdzie czyni cuda, ale nie w każdym wypadku, nie zawsze, nie wszędzie i nie każdemu jest tego doświadczyć. Wielka podróż Michella kończy się zupełnym odpłynięciem w dosłownym i metaforycznym tego słowa znaczeniu, a wszystko to w dzieje się w cudownie tropikalnym raju, w otoczeniu innych „poszukujących”. Jak mówi jeden z nich: „nikt by nie uwierzył, że może istnieć takie miejsce – odezwał się Larry z plaży. – To prawdziwy jebany raj”. (s.73)

Kontynuacja w przyszłym tygodniu.

Zbyszek Kruczalak

Wszystkie cytaty za: Nowy dowód, Jeffrey Eugenides, wyd. Sonia Draga, 2018.

Kolorowe wąwozy, starożytne twierdze

Czwartek, 9 listopada 2017

Po nocy spędzonej w Tinghir w zabytkowej kazbie należącej niegdyś do szejka, a w roku 1994 przekształconej w oryginalny Hotel Tombuctou, jedziemy do Boumalne, gdzie znajduje się bogata oaza oraz jedna z najbardziej malowniczych dolin w Maroku. Boumalne Dades jest niewielkim, zamieszkałym głównie przez Berberów, 13-tysięcznym miastem na pograniczu gór Atlasu Wielkiego i Sahary, z czynnymi kopalniami srebra, cynku i ołowiu w pobliżu. Miasto zaistniało w miejscu obfitującym w wodę, jaką niesie rzeka Dades z gór ku pustyni. Z dobrze rozwiniętym rolnictwem stało się również miejscem, skąd Berberowie mogli prowadzić swoje stada na wysoko położone górskie pastwiska, w lecie a na pustynne oazy w zimie. Obecnie słynie przede wszystkim z uroczej doliny Dades, dokąd obowiązkowo jadą turyści przy okazji zwiedzania nie tak bardzo odległej, starożytnej osady Ait ben Haddou i uroczej doliny rzeki Wadi Dara na karawanowym szlaku do Timbuktu. W centrum miasta urządzamy krótki postój przy tarasie widokowym, skąd pięknie przezentuje się zielona dolina rzeki i miasto, nad którym wyrasta budowla przypominająca dawne forty karawanowych traktów. Ta wielopiętrowa, egzotyczna struktura okazuje się być hotelem Xaluca, tak unikalnym w swoim kształcie, że natychmiast budzi się we mnie nieodparta ochota, aby tam właśnie urządzić nocleg podczas kolejnej wizyty w Maroku.

Późnym już rankiem przekraczamy rzekę i wjeżdżamy w przepiękną dolinę z bujną zielenią upraw mocno kontrastującą z czerwono-żółtymi skałami stromych zboczy. Dookoła widać wiele nowych zabudowań świadczących o rosnącej zamożności mieszkańców, jednakże - z drugiej strony - przykry jest widok popadających w ruinę tradycyjnych, starych kazb. Te egzotyczne, gliniane budowle zamieszkałe zazwyczaj przez jedną, rozbudowaną rodzinę, w naturalny sposób są niszczone przez opady deszczów i trzeba je po prostu odnawiać co rok. A kto ma dzisiaj na to czas? Właściciele budują więc nowe domy z cegły i betonu, nie zawsze nawiązujące do berberyjskiej architektury. Dociera do naszej świadomości fakt, że oglądamy ginący świat; poza nielicznymi wyjątkami nikt już nie odbudowuje dawnych kazb ani ksarów. Architektura tkwiąca korzeniami jeszcze w starożytnym Egipcie znika na naszych oczach.

Wjeżdżamy głębiej w dolinę, domy stają się niższe, coraz bardziej przytulone do skał kreując harmonijną całość z naturą, z pionowymi warstwami piaskowców i zlepieńców tworzącymi fantastyczne ramy dla przyrodniczych obrazów rozpościerających się przed nami. Gdziekolwiek jest dostęp do wody, tam widać zielone, uprawne pola. Bure zbocza doliny prezentują się coraz groźniej, po spiętrzonych warstwach wapieni widać, że tutaj właśnie dokonały się finalne naciski orogenezy, ruchów górotwórczych wynoszących Atlas z poziomu morskiego dna do wysokości niebotycznych.

Jadąc wyżej i wyżej doliną Dades docieramy do imponującej gardzieli rzeki, która płynie wąskim kanionem o stromych ścianach. Budzącymi grozę serpentynami docieramy do hotelu / restauracji Timzizite, skąd rozpościera się powalający na kolana widok. Na samym dole akurat pojawia się grupka kolarzy sprawnie pokonująca ostatnie metry. Wykonuję im serię zdjęć, aby po chwili przekonać się, że to są Polacy! Pierwsza przyjeżdża Marta, po niej Paweł i Kasia na brązowej, medalowej pozycji. Wymieniamy adresy i mejle z krajanami, pijemy mocną, miętową herbatę i wracamy do głównej szosy kierując się na zachód w stronę Warzazat, gdzie w "różanym zagłębiu" spożyjemy lunch.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.