----- Reklama -----

Monitor 05/25/2018

Pół życia, a może więcej, spędzamy czekając na coś. Uświadomiłem to sobie niedawno, gdy po raz kolejny, w środku nocy, czekałem na zielone światło na pustym skrzyżowaniu.

W ciągu dnia zmieniają się one szybko, by przyspieszyć ruch i nie dopuścić do powstawania zbyt wielkich korków. W nocy wszystko jednak zwalnia i musimy uzbroić się w cierpliwość, bo zamiast 45 sekund proces trwa czasem prawie 3 minuty. Wyobraźmy sobie, że w ramach 20 minutowej, nocnej jazdy trafiamy na 3 zmiany świateł. O korkach nawet nie wspominam.

Czekamy też w kolejkach do kas sklepowych. Niby nic, ale jak kilka razy ustawimy się za pięcioma osobami, to robi się z tego godzina tygodniowo.

Ostatnio wstąpiłem do apteki, by zrealizować receptę. Po kilkuminutowym czekaniu na moją kolej usłyszałem pytanie:

- Poczekasz, czy przyjedziesz później?

Szybko obliczyłem, iż przyjazd później to jeszcze większe marnotrawstwo czasu, więc zdecydowałem się poczekać. Przez 25 minut zwiedzałem sklep, podziwiając aranżację towarów na półkach, by w końcu zostać wywołanym przez sufitowe głośniki. Podchodzę i znów czekam. Jakaś kobieta ucina sobie pogawędkę z farmaceutą na temat swych dolegliwości. Tu strzyka, tam boli, a ta tabletka to dobra jest na co? W końcu ktoś zwrócił jej uwagę, że 7 osób stoi za nią. W końcu, po ponad 40 minutach wyszedłem z sześcioma pigułkami. Oczywiscie z zażyciem pierwszej musiałem poczekać do wieczora.

Czekamy, aż przestanie padać deszcz, zaparzy się kawa, ugotuje jajko na twardo, upiecze chleb. Czekamy na koniec pracy, weekend, wakacje i święta. Również na spóźniających się gości, samoloty, taksówki, zmiany pór roku. Od dawna czekam, by kilka osób zmieniło zdanie w kilku sprawach lub przestało używać w dyskusjach tych samych, durnych argumentów. Pewnie się nie doczekam.

Oczywiście czasami czekanie jest przyjemne. Zwłaszcza, gdy mamy co robić. W jakimś poradniku zwrócono uwagę, by zawsze mieć przy sobie coś, co pozwoli nam w produktywny sposób zabić nieco czasu. Na przykład książkę, krzyżówki czy kanapkę. Tylko kto w dzisiejszych czasach nosi przy sobie książki i kanapki? Więc czekając na coś marnujemy cenne minuty, godziny, dni.

Jedni mówią, że warto czekać na coś, co ma dla nas jakąś wartość. Inni, iż straconego czasu już nie odzyskamy. Kto ma rację, no kto...

Tak przy okazji, to pewnego dnia, całkiem niedawno, czekałem w restauracji na zamówiony posiłek. Kilka stolików dalej usiadła trzyosobowa rodzina pochodzenia azjatyckiego. Wiekowi rodzice z dorosłym synem. Po złożeniu zamówienia młody mężczyzna szepnął coś kelnerowi. Oczywiście nastąpił okres oczekiwania. Kiedy ja już się posilałem, do obserwowanego stolika podjechał wózek wypełniony talerzami i filiżankami. Mężczyzna zerwał się, po czym sam zaczął stawiać wszystko na stole, najpierw obsługując matkę, następnie ojca. Po rozstawieniu potraw zajął się aranżacją sztućców i dostarczeniem dostępnych przypraw. Następnie stojąc z boku obserwował rodziców. Gdy kiwnęli głowami, iż wszystko w porządku, usiadł i zajął się swoim talerzem. Warto było czekać, by to zobaczyć i wyciągnąć wnioski. Taki przejaw szacunku dla starszych rzadko jest ostatnio widywany. Szkoda.

Gdy tak nad zaobserwowanym fenomenem wiecznego czekania się zastanawiałem, poczułem porzebę dokształcenia w temacie. Sięgnąłem do kilku źródeł, wpisałem odpowiednie hasła, po czym zafascynowany zagłębiłem sie w lekturę. Okazuje się, że poczucie oczekiwania na coś towarzyszy zwykle osobom w depresji.

Oj! Niedobrze!! 

Po kilku zdaniach odetchnąłem z ulgą. Jednak nie o mnie chodzi. U mnie oczekiwanie wywołuje raczej złość, co świadczy o zniecierpliwieniu.

Jednak jeśli ktoś ma poczucie, że za chwilę, za godzinę, za dzień ma się coś ważnego w jego życiu wydarzyć, wtedy należy skorzystać z pomocy fachowej. Takie oczekiwanie na coś niesprecyzowanego, mglistego, ale chyba ważnego podobno jest znakiem kłopotów.  

Zakończyłem lekturę, wyłączyłem komputer i zdecydowałem się zrobić coś pożytecznego.

Może obiad?

Przez pół godziny czekałem aż się niezbędne produkty rozmrożą. Następnie czekałem na odpowiednią temperaturę piekarnika. Potem nastąpił kilkuminutowy okres oczekiwania aż się woda zagotuje i będę mógł wrzucić do niej inne składniki. Gdy wszystko było gotowe okazało się, że trzeba poczekać na pojawienie się kogoś, kto chciałby to zjeść.

Zgodnie z zaleceniami z poradnika dla niecierpliwych sięgnąłem po coś pożytecznego, czyli pilot od telewizora. Po długim klikaniu programami znalazłem wrescie coś z kręgu moich zainteresowań, ale oczywiście poczekać musiałem na koniec przerwy reklamowej.

W tym momencie zadzwonił telefon.

Po wstępnej, obowiązkowej wymianie uprzejmości i informacji na temat pogody, dokładnie wyczekiwanej prawdziwej wiosny, przeszliśmy do konkretnych tematów.

- Co się dzieje, w czym mogę pomóc?

- Tak sobie zadzwoniłem, żeby zabić trochę czasu, pogadać o czymś.

- A co robisz?

- Siedzę na lotnisku i czekam na rodzinę...

No nieee....

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Co to znaczy być bidokiem, a jeśli się już nim ewentualnie jest, to na ile? Czy bidokiem się jest czy też się nim staje? Czy można przestać być bidokiem, a jeśli tak, to w jaki sposób? Skąd biorą się bidoki i gdzie oni mieszkają? Czy stanowi o bidoctwie?

Tych pytań można by mnożyć jeszcze sporo, ale zajrzyjmy najpierw do recenzji, jaką opatrzono książkę „Elegia dla bidoków – wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym”” (Hillbilly Elegy: A Memoir of a Family and Culture in Crisis) napisaną przez J.D Vance’a. Specjalnie przytoczyłem też oryginalny tytuł, by podkreślić zasadniczy wymiar powieści, który zasadza się na przekonaniu, że można przetrwać nawet najgorsze, najbardziej toksyczne doświadczenia, rzadko jednak, można tego dokonać w pojedynkę.

„Historia Vance’ów zaczyna się w pełnych nadziei latach powojennych. Dziadkom autora, bidokom z Jackson, w stanie Kentucky, udało się awansować do klasy średniej, a ukoronowaniem sukcesu stał się J.D., który jako pierwszy zdobył dyplom wyższej uczelni. Czy zdołał uciec od spuścizny przemocy, alkoholizmu, biedy i traum, tak typowych dla rejonu, z którego się wywodzi?

Szczera i bezpretensjonalna opowieść Vance’a o dorastaniu w biednym miasteczku w "pasie rdzy", to również niezwykle aktualna analiza kultury pogrążonej w kryzysie – kultury białych Amerykanów z klasy robotniczej. O zmierzchu tej grupy społecznej, od czterdziestu lat ulegającej powolnej degradacji, powiedziano już niejedno. Nigdy dotąd jednak nie opisano jej z takim żarem, a zwłaszcza – od środka.

Znaczna część Stanów Zjednoczonych straciła wiarę w amerykański sen, co znalazło odzwierciedlenie w wyniku ostatnich wyborów prezydenckich. "Elegia dla bidoków" pokazała Amerykanom z dużych miast, jak mało wiedzą o swoich rodakach, jak mylne mają o nich wyobrażenie. A ciepła, wyrozumiała narracja Vance’a stała się ważnym głosem w dyskusji o rozwarstwieniu społecznym. O tej książce mówi cała Ameryka.” (z: recenzji zamieszczonej na okładce książki)

Mamy zatem tekst, który ma wymiar bardzo osobisty, ale jednocześnie dotyka spraw, które są udziałem ogromnej ilości ludzi w USA, którzy w istocie są emigrantami / migrantami we własnym kraju, w którym się urodzili. Ta kategoria „migranta / emigranta”, z natury naznaczona innością, wyobcowaniem czy po prostu odmiennością jest zasadnicza w opisie powieściowej rzeczywistości, którą niesie tekst J.D. Vance’a. Dlaczego mówimy o odmienności ludzi mieszkających w tak zwanym pasie rdzy? J.D. Vance „emigruje” z rodziną z Kentucky, gdzie się urodził, wychował i gdzie nabrał akcentu do Ohio, oczywiście „migruje” za chlebem, czyli za pracą w wielkich fabrykach, hutach i kopalniach tak zwanego Pasa Rdzy. Problem jednak w tym, że w pewnym momencie rozwoju kraju owe wielkie fabryki, huty i kopalnie zaczęły bankrutować, zamykać się albo zmniejszać / modyfikować swą produkcję, co oczywiście przenosiło się automatycznie na zmniejszenie zatrudnienia i zwiększenie bezrobocia. Frustracja wynikająca z tego prostego i oczywistego, jakkolwiek jednocześnie dramatycznie skomplikowanego w swych konsekwencjach faktu ekonomicznego, leży u podstaw opowieści, jaka niesie „Elegia dla bidoków”.

Wprawdzie „bidoki mają własny język, kodeks honorowy i dumę. Są nieufne wobec przyjezdnych, niechętnie wyciągają ręce po pomoc i źle znoszą, gdy ktoś z zewnątrz ocenia ich zachowanie oraz styl życia. Kiedy sprzedawca zwróci uwagę ich dziecku, że jest niegrzeczne lub – nie daj Boże – spróbuje oskarżyć je o kradzież – mogą zdemolować cały sklep, w którym na co dzień robią z uśmiechem zakupy. Jeśli znajdą się w sytuacji zagrożenia życia – własnego lub swoich bliskich – nie zawahają się pociągnąć za spust” – tylko co z tego? Są generalnie sfrustrowani i źli. Uciekają w alkoholizm, narkotyki i przemoc wobec innych oraz swych bliskich. W ogromnej liczbie są bezrobotni i swe życie opierają na zasiłkach z pomocy społecznej. Nie mają żadnej motywacji do ucieczki z zaklętego kręgu niemocy z tej prostek przyczyny, że wszyscy wokół nich są mniej więcej do siebie podobni. Zniknęła motywująca do działania różnorodność w wykształceniu czy posiadanym majątku. Wszyscy mają to samo, wszyscy jedzą to samo, kupują to samo, chodzą do tej samej marnej szkoły i żyją podobnie, czyli nijak.

Rodzina J.D. Vance’a nosi wszystkie cechy takiego toksycznego układu społecznego. Matka uzależniona od leków kończy swe podróże w poszukiwaniu szczęścia jako heroinistka. Ponieważ wychodzi za mąż i rozwodzi z częstotliwością zmian pór roku, J.D. ma do czynienia z nieokreśloną bliżej ilością tatusiów, a jest to liczba naprawdę imponująca. Jakby tego było mało, musi się zmagać z przemocą, która nigdy nie pozwala mu się czuć bezpiecznie we własnym domu. Nieustanne, często okrutne, rękoczyny i regularne domowe rozróby powodowały, że rozwijanie zdolności, których miał sporo, czy nawet zwykłe odrabianie zadań domowych, było po prostu niemożliwe.

„Elegia dla bidoków” (Hillbilly Elegy) to właśnie rzecz o świecie, którego postaci nie chcą zaakcentować faktu, że obowiązkiem człowieka myślącego jest poszukiwanie w swym życiu sensu. Łatwo powiedzieć, znacznie trudniej zastosować. Pisze o tym wprost J.D. Vance przy końcu swej biograficznej opowieści, gdzie konstatuje, iż jego droga życiowa byłaby zupełnie inna, gdyby nie dziadkowie, którym swą książkę dedykuje i którzy się nim zajmowali, do których domu zawsze mógł uciec, gdy w jego toczyły się walki między dorosłymi, gdy nie miał, co jeść, albo gdzie się uczyć. Łatwo nam oczywiście zakładać, i jest to istotnie zakodowane w naszej świadomości, że jesteśmy sami odpowiedzialni za swe życie, że nikt, ani nic za nas tej pracy nie wykona. Jest jednak w tym wszystkim jedno zasadnicze „ale” – to samostanowienie o sobie nakładać można jedynie na ludzi dorosłych, którzy dojrzeli do dokonywania wyborów, a tych w Pasie Rdzy było zastraszająco niewielu, mało tego, infekowali swą toksyczną niemocą i przemocą dzieci, co zamykało ten zaklęty / przeklęty krąg społecznego dramatu prawie zupełnie.

Można oczywiście mieć przekonanie, że „choć dysponujemy myślami proroków i pomocą łaski, wędrówkę trzeba odbyć samemu. Żaden nauczyciel nie weźmie nas na plecy i nie zaniesie do celu. Nie ma z góry ustalonych formuł. Rytuały są jedynie pomocami naukowymi, a nie nauką samą w sobie. Możemy spożywać wyłącznie zdrową żywność, odmawiać przed śniadaniem pięć zdrowasiek, modlić się twarzą zwróconą na wschód albo na zachód, chodzić w niedzielę do kościoła, lecz to nie przywiedzie nas do celu wędrówki. Nie ma takich słów ani nauk, które zdejmą z wędrującego drogą rozwoju duchowego konieczność wypracowania własnych sposobów, wysiłek i lęk odnajdywania własnych ścieżek w jego konkretnym przypadku […]” (Droga rzadziej wędrowana, s. 355/356)

Naprawdę? Wydaje się, a w istocie jest pewne, że J.D, Vance na ten temat ma zupełnie inne zdanie.

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com

Czy konflikt o Pomnik Katyński w Jersey City to kolejna odsłona antypolonizmu? A może dowód na to, jak ważne jest zrozumienie różnych sposobów postrzegania historii, nie zaś walenie pięścią w stół.

W 1991 roku w Jersey City, w dzielnicy Exchange Post, położonej nad samą rzeką Hudson, naprzeciw ikonicznie wielkomiejskiej zabudowy Manhattanu, stanął pierwszy w Stanach Zjednoczonych znajdujący się na wolnej przestrzeni pomnik upamiętniający ofiary zbrodni katyńskiej. Jego autorem jest Andrzej Pityński. Na granitowym cokole ustawiono figurę spętanego z tyłu polskiego żołnierza w charakterystycznej rogatywce, przebijanego bagnetem nasadzonym na karabin. Pomnik jest bez wątpienia dynamiczny, i choć nie wprost, to oddaje okrucieństwo zbrodni dokonanej na Polakach przez NKWD. Ustawienie tak wyrazistego monumentu w dość prestiżowym miejscu było dużym sukcesem Polonii amerykańskiej i ważnym upamiętnieniem ofiar zbrodni z 1940 roku.

Przez prawie pół wieku od 1943 roku Polacy na całym świecie walczyli o prawdę na temat zbrodni w Lesie Katyńskim, czy szerzej – o całym planowanym wymordowaniu co najmniej 21 tysięcy polskich obywateli przez aparat represji Związku Radzieckiego. Od momentu ujawnienia przez Niemców odnalezienia ciał polskich oficerów pod Smoleńskiem władze radzieckie zaprzeczały swojej odpowiedzialności za zbrodnię, zrzucając winę na hitlerowców. Specjalnie powołana w tym celu Komisja Burdenki w 1944 roku dokonała ponownego przebadania mogił w Katyniu i poprzez spreparowane dowody ogłosiła, że Polaków wymordowano po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej. Winą za zbrodnię nie udało się obarczyć Niemców w czasie procesu norymberskiego, jednak negowanie udziału NKWD było stałą propagandą radziecką do końca lat 80. – każdy sekretarz generalny Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego dokumenty o prawdzie w tej sprawie otrzymywał wraz z m.in. kodami do broni jądrowej.

Mocarstwa zachodnie w latach II wojny światowej i tuż po niej nabrały wody w usta – geopolityczny rachunek zysków i strat doprowadzał do tego, że w sprawie Katynia nie zamierzano konfliktować się ze Stalinem. Dopiero wraz z narastaniem zimnej wojny Stany Zjednoczone zaczęły interesować się tą sprawą – w latach 1951-1952 działała specjalna komisja Kongresu, której raport końcowy (tzw. raport Maddena) wskazywał na odpowiedzialność Związku Radzieckiego. Cały czas kluczowy był jednak układ sił politycznych na świecie, a Moskwa miała swoje wpływy na Zachodzie.

Jednym z narzędzi przypominania przez Polaków prawdy o zbrodni była inicjatywa stawiania pomników katyńskich w miastach świata zachodniego. Pierwszy z nich odsłonięto na cmentarzu w Londynie 18 września 1976 roku. Sprawa mobilizowała nie tylko Polonię, ale również brytyjską opinię publiczną, zwłaszcza że Rząd Jej Królewskiej Mości nie wysłał na uroczystość asysty wojskowej (przedstawiciele rządu Wielkiej Brytanii zaczęli brać w uroczystościach katyńskich dopiero w 1979 roku, gdy władzę przejęła Margaret Thatcher). Kolejne monumenty stanęły w Toronto (1980) i południowoafrykańskim Johannesburgu (1981).

Postawienie pomnika w Jersey City w 1991 roku, a potem jeszcze w Baltimore (2000) i Niles (2009) było dużym sukcesem Polaków za granicą. Oto w przestrzeni publicznej udało się przypomnieć o zbrodni, która odcisnęła ogromny wpływ na Polskę.

W kwietniu tego roku w mediach pojawiły się informacje, że burmistrz Jersey City Steven Fulop planuje przestawienie pomnika, a być może nawet jego usunięcie. Głównym motywem zmian miały być inwestycje na nadrzecznym bulwarze w miejscu, w którym znajduje się Katyń Memorial, jednak pojawiły się też głosy przedstawicieli władz miasta zwracające uwagę na drastyczny charakter pomnika. Sprawa szybko przerodziła się w pyskówkę w mediach społecznościowych z udziałem burmistrza i... polskiego Marszałka Senatu. Ostatecznie jednak doszło do porozumienia w tej sprawie – Jersey City zapowiedziało, że monument zostanie jedynie przesunięty o kilkaset metrów.

Bez wątpienia sprawa Pomnika Katyńskiego nad rzeką Hudson jest dla Polaków sprawą ważną i budzącą emocje. Upamiętnia on okrutną i mającą swoje głębokie konsekwencje zbrodnię, ale również jest symbolem polskich starań o to, by o Katyniu wiedziano na Zachodzie. Z tego właśnie powodu pomnik sam w sobie ma swoją historię. Zresztą usuwanie pomników, o ile nie przedstawiają one znienawidzonych dyktatorów, to wydarzenie smutne, a nawet bolesne. Tym bardziej więc Katyń Memorial powinien zostać w Jersey City.

Jednocześnie można zastanowić się, czy polska reakcja na sprawę była odpowiednia. W mediach i sieci obok słusznych apeli pojawiły się pełne paniki i oburzenia głosy mówiące o antypolonizmie, lewackim spisku i wiadomych siłach, które chcą walczyć z pamięcią o Katyniu. Na miejscu grupa polonijnych motocyklistów była gotowa „stanąć na straży pomnika”. Uderzono w wielkie tony mobilizacji i „walki o prawdę”, oczywiście „naszą”, co przy pozycji międzynarodowej Polski i gębie przyprawionej jej przez ustawę o IPN było co najmniej operetkowe.

Sprawę udało się załagodzić, ponieważ doszło do rozmowy zamiast pokazowych gestów. Amerykanie z Jersey City chyba nie zdawali sobie sprawy, czym dla Polaków była ta zbrodnia. Różne narody słabo znają swoją historię, dlatego przede wszystkim należy ze sobą rozmawiać i starać się zrozumieć. A przecież Katyń Memorial może być uniwersalnym pomnikiem ofiar zbrodni, o których nie pozwala się publicznie mówić. Wciąż wiele jest ich w świecie.

Tomasz Leszkowicz

Magiczny świat zaklęty w kamień

Środa 8 listopada 2017

Noc w namiotach na pustynnych wydmach i poranna jazda na wielbłądach z podziwianiem wschodu słońca nad Saharą pozostawiły niezapomniane wrażenia, wspomnienia na całe życie!

Zbliża się południe, kiedy naszym autobusikiem mkniemy z powrotem w stronę gór Atlasu. Niezbyt wysokie grzbiety wokół nas stanowią część łańcucha zwanego przekornie Antytlasem, zbudowanego z wyraźnych warstw ciemnoszarych i ciemnobrązowych wapieni z Ery Paleozoicznej. Potężne góry na wprost to Atlas Wysoki z "frontową ścianą" - dla odmiany jasnych skał opadających stromo ku równinom Sahary. Począwszy od miasta Erfoud będziemy podążać w kierunku zachodnim u podnóża tychże gór aż do Tinghir, gdzie zatrzymamy się na posiłek, a potem ruszymy „do środka Ziemi”. Dwie górskie rzeki, Todra i sąsiednia Dades, wyżłobiły w kolorowych, jurajskich wapieniach wspaniałe wąwozy, a spacer dnem pierwszego z nich, Todra, jest w naszym programie na dzisiejsze popołudnie. Wyjście doliny na przedpole gór tworzy wachlarz zieleni mocno kontrastujący z pustynnym, szarym kolorem dookoła. Pieczołowicie uprawia się tutaj każdy kawałek gleby, do której dociera woda z Atlasu. Na krawędzi doliny widać domy, pośród nich dominują oryginalne w kształcie, gliniane fortece z dawnych lat - kazby. Po pół godzinie jazdy wąską, asfaltową drogą, brzegi doliny wzrastają i niemalże zamykają nad nami w tym szerokim na zaledwie 10 metrów miejscu! Pionowe, kilkusetmetrowe ściany sięgają do 400 metrów wysokości, zbudowane są z barwnych wapieni; żółtych, brązowych i czerwonawych. Miejsce idealne dla początkujących alpinistów. Sceneria do złudzenia przypomina kaniony Utah w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza krajobrazy parku narodowego Zion. Dnem długiej na 25 kilometrów doliny płynie krystaliczny strumień, w którym udaje mi się nawet wypatrzyć niewielkie rybki. Jesteśmy na wysokości 1500 metrów npm, nic więc dziwnego, że wokoło panuje miły chłód; co za ulga po upale pustyni, co za diametralna odmiana widoków!

Robi się późno, pora wyjeżdżać z kanionu na nocleg do przekształconej na hotel zabytkowej kazby lokalnego sułtana w Boulmaine Dades. Wydostajemy się z ziemskich czeluści na otwartą przestrzeń mając na wprost szary Antyaltas i kolorowe góry Atlasu tuż obok nas. Świetna okazja na krótki wykład geologii.

Skały podścielające Północną Afrykę to krystalinik (metamorfik, granitoidy) pokryty warstwami morskich osadów Paleozoiku i Mezozoiku o miąższosci 3-5 kilometrów. Fauna ówczesnych wód była wręcz niewiarygodnie obfita. Wiemy już, że 250 milionów lat temu Ziemię spotkała potworna katastrofa, prawdopodobnie uderzenie dużej asteroidy, w wyniku której zginęła większość żywych stworzeń naszej planety zamykając erę Starego Życia, czyli Paleo Zoiku. W Permie, w morzach i oceanach żyło np. prawie tyle gatunków koralowców, co dopiero obecnie w Wielkiej Rafie Koralowej Australii! Ich bogactwo można podziwiać w formie skamieniałej np. w stanie Teksas, w wapieniach Parku Narodowego Gór Guadalupe. W morzu, na terenie obecnej Afryki Północnej od środkowego Paleozoiku pływały w wodnej toni mięczaki (głowonogi) budujące wapienną, płaskospiralną muszlę, tak jak łodziki nautilusy żyjące do dzisiaj w tropikalnych morzach archipelagu wysp Indonezji. Nazywamy je goniatytami, zaznaczając, że z nich właśnie, z "łodzikowców", wyodrębniły się znane nam dobrze jurajskie amonity. W paleozoicznych morzach i oceanach kwitło życie; w wodzie poza goniatytami pływały liczne orthocerasy, czyli "pierwotne kalmary" budujące wapienną, segmentową strzałkę w tnącej wodę przedniej części ciała. Z nich również, po permskiej katastrofie, powstały w triasie podobne formy zwane belemnitami. Po dnie zaś pełzały wtedy trylobity, których dalekich potomków możemy się doszukać w skrzypłoczach (mieczogony, limulusy, ang. horsehose crab), reliktowych gatunków staroraków żyjących obecnie w płytkich wodach ciepłych mórz np. na Florydzie! Niektóre zwierzęta - jak liliowce - wyglądały bardzo oryginalnie, zbudowane z kielicha, ramion i łodygi przytwierdzonej do dna morza, zupełnie jak kwiat lilii (stąd nazwa). Należały do grupy szkarłupni, jak dzisiaj jeżowce i rozgwiazdy. Wszystkie paleozoiczne podgromady liliowców zginęły w katastrofalnym wymieraniu permskim. W wielu miejscach w Maroku można ujrzeć przepiękne liliowce z gatunku Scyphocrinites elegans z górnego syluru, sprzed 420 milionów lat. Te organizmy i wiele innych, jak koralowce, ślimaki, stromatolity, obficie ścieliły dno skorupkami po swojej śmierci.

Nastała era Średniego Życia, Mezo Zoik, czyli Era Mezozoiczna, kiedy na niespotykaną uprzednio skalę rozwinęła się fauna gadów, zwłaszcza dinozaurów. W morzach powstawały nowe gatunki, w tym tak typowe dla tamtych czasów amonity i belemnity. I znowu doszło do strasznego kataklizmu, kiedy 65 milionów lat temu ponowne uderzenie asteroidy / komety zmiotło z powierzchni naszej planety większość żyjących wtedy zwierząt, ba, całych gatunków! Nastał Kenozoik, era ssaków, ale na obszarze Afryki nastąpiło już wtedy wypiętrzenie lądu, morza ustąpiły, a osady dna wydostały się na powierzchnię, gdzie (mniej lub bardziej pofałdowane) widnieją do dzisiaj. Szczątki pradawnych organizmów odnajdujemy obecnie dosłownie pod nogami!

Wracamy do rzeczywistości. Po obu stronach drogi widać kamieniołomy, w których eksploatuje się skamieniałości z przeznaczeniem głównie na ozdoby, z najładniejszymi okazami paleontologicznymi wędrującymi na giełdy kolekcjonerskie i do najsłynniejszych muzeów przyrodniczych świata. Wiele ciekawych okazów widzimy na licznych, przydrożnych straganach i w specjalistycznych sklepach. Najbardziej przykuwają uwagę charakterystyczne, skręcone muszle amonitów (zupełnie jak z naszej Jury Krakowsko-Częstochowskiej) i ich przodków - dewońskich goniatytów. Najpospolitsze z kolei trylobity, to Calymene z okresu ordowickiego, sprzed 480-455 milionów lat!

Aby zamknąć dzień wędrówki poprzez zamierzchłe, geologiczne epoki, odwiedzamy jeszcze w Erfoud manufakturę, gdzie wytwarza się istne cuda z organogenicznych wapieni kupując sobie na pamiątkę fragment zaklętego w kamień świata.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 354

CONDITIONAL-USE PERMIT (w skrócie: CUP; inna nazwa: special-use permit) – zezwolenie na warunkowe użytkowanie / zezwolenie na specjalne użytkowanie: zezwolenie na użytkowanie nieruchomości, określane jako dopuszczalne warunkowe użytkowanie (allowable conditional use), które nie jest zgodne z przepisami danej strefy, ale jest uznane za potrzebne lub pożądane dla dobra społeczności. Typowym przykładem jest uzyskanie zezwolenia na specjalne użytkowanie nieruchomości jako kościoła, prywatnej szkoły, przedszkola lub ośrodka zdrowia w strefie mieszkalnej. Podobnie jak wyjątkowe zezwolenia (variances), zezwolenia na warunkowe użytkowanie wydawane są przez komisję ds. stref (zoning board) po wysłuchaniu publicznym (public hearing).

CONFORMITY – zgodność: termin odnoszący się do harmonii danej nieruchomości z otoczeniem. Dana nieruchomość uzyskuje swoją najwyższą wartość, jeśli jest zgodna ze standardami istniejącymi w najbliższej okolicy.

CONSIDERATION – zapłata / wynagrodzenie: część aktu przekazania własności (deed) zawarta w klauzuli dotyczącej zapłaty / wynagrodzenia (consideration clause), która stwierdza, że darczyńca (grantor) przekazuje tytuł własności w zamian za określoną zapłatę / wynagrodzenie, niekoniecznie w formie pieniężnej. W przypadku kiedy nieruchomość zostaje przekazana bez konkretnego wynagrodzenia, np. w sytuacji, kiedy rodzice przepisują własność dzieciom, wynagrodzenie określone jest w symboliczny sposób (np. „w zamian za miłość i przywiązanie”). 

CONSTRUCTIVE EVICTION – eksmisja dorozumiana: sytuacja, w której właściciel nieruchomości nie dokonuje niezbędnych napraw, co sprawia, że lokal przestaje nadawać się do zamieszkania lub jego stan staje się niebezpieczny dla lokatorów, zmuszając ich w ten sposób do opuszczenia wynajmowanego lokalu.

CONVERTIBLE ADJUSTIBLE-RATE MORTGAGE (w skrócie: convertible ARM) – zamienna pożyczka hipoteczna ARM: rodzaj pożyczki hipotecznej z regulowanym oprocentowaniem, która po spełnieniu określonych warunków może zostać zamieniona na pożyczkę o stałym oprocentowaniu (fixed-rate mortgage).

COOPERATIVE APARTMENT (w skrócie co-op) – mieszkanie spółdzielcze: mieszkanie należące do korporacji, użytkowane w oparciu o tzw. dzierżawę spółdzielczą (proprietary lease) przez udziałowca posiadającego akcje korporacji.

COOPERATIVE COMPENSATION (w skrócie: COOP COMP) – wynagrodzenie za współpracę: prowizja oferowana agentowi, który reprezentuje nabywcę lub lokatora, przez agenta wystawiającego nieruchomość na sprzedaż lub wynajem (listing agent). 

COOPERATIVE OWNERSHIP – posiadanie mieszkania spółdzielczego: system posiadania mieszkania, w którym korporacja jest właścicielem tytułu własności ziemi i budynku wielomieszkaniowego. Udziałowcy korporacji (corporation shareholders) w zamian za wykupienie udziałów, stają się lokatorami mieszkań spółdzielczych należących do korporacji. Cena mieszkania ustalona przez korporację stanowi jednocześnie cenę akcji korporacji (stock). Lokator / właściciel mieszkania spółdzielczego (cooperative tenant / owner) teoretycznie nie jest właścicielem swojego mieszkania, gdyż nie posiada do niego tytułu własności, który należy do korporacji. Nabywca akcji staje się udziałowcem korporacji i otrzymuje tzw. dzierżawę spółdzielczą mieszkania (proprietary lease), z której może korzystać aż do momentu, kiedy korporacja przestanie istnieć.

CORRECTION LINES – linie korygujące: linie wyrównujące długość linii range do równych sześciu mil, aby zrekompensować nierówność powierzchni ziemi ze względu na jej okrągły kształt. Co czwarta linia township jest linią korygującą.

COSMETIC RENOVATION – kosmetyczny remont: remont domu polegający na kosmetycznych naprawach, bez wymiany głównych systemów i instalacji, oraz bez większych przeróbek zmieniających rozkład domu. Kosmetyczny remont obejmuje przede wszystkim drobne naprawy, malowanie, odnawianie szafek kuchennych, wymianę nieszczelnych okien, odnawianie stolarki, uatrakcyjnienie wyglądu zewnętrznego poprzez odpowiednie utrzymanie trawników, posadzenie nowych kwiatów i roślin (landscaping), postawienie nowego ogrodzenia, itp.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.

Tel: 773-719-3645        
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.       
Web: www.CaretRealty.com