----- Reklama -----

Monitor 05/18/2018

YouTube poinformowało na swoim oficjalnym blogu, że co najmniej miliard melomanów odwiedza serwis każdego miesiąca, odkrywa nową muzykę i przeszukuje katalog ponad dwóch milionów artystów. Ale YouTube to serwis wideo, nie muzyczny. To jednak ma się zmienić, gdyż serwis wprowadzi nową usługę.

YouTube Music - to świeża usługa strumieniująca wyłącznie muzykę. Jak podaje YouTube, świat muzyczny będzie łatwiejszy do odkrycia i bardziej spersonalizowany na nasze potrzeby. Skończy się też czas przełączania się pomiędzy YouTubem a różnorakimi aplikacjami.

W YouTube Music znajdą się niezliczone oficjalne wersje piosenek, albumów, tysiące playlist, usługa radiowa oraz ogromny katalog remiksów, wystąpień na żywo, coverów oraz wideoklipów, których nie znajdziemy nigdzie indziej. Wszystko ma być zorganizowane i przystosowane do naszych potrzeb.

Nowy serwis pojawi się zarówno w wersji desktopowej, jak i mobilnej. Korzystanie z aplikacji będzie darmowe w wersji z reklamami, ale pojawi się też opcja YouTube Music Premium. Za nią zapłacimy 9.99 dolara za miesiąc i będziemy mogli słuchać w tle, ściągać pliki oraz przeglądać serwis bez reklam.

 

Facebook: usunięto mnóstwo kont oraz spamu

Facebook w pierwszym kwartale tego roku miał prawie 1.5 mld użytkowników. To naprawdę wiele osób, ale mimo to Mark Zuckerberg oraz spółka podjęli się moderacji serwisu i okazuje się, że czynności przeprowadzone od początku stycznia do końca marca przyniosły całkiem pozytywne efekty.

Warto dodać, że to pierwszy raz, gdy Facebook opublikował tego typu dane statystyczne. W przeszłości tego nie czyniono.

Co udało się zrobić przez pierwszy kwartał tego roku?

  • Usunięto 837 mln postów, które sklasyfikowano jako spam
  • Zablokowano 583 mln nieprawdziwych kont
  • Usunięto 21 mln wpisów powiązanych z nagością i aktywnością seksualną
  • Zlikwidowano 3.5 mln treści, które sklasyfikowano jako brutalne
  • Usunięto 2.5 mln postów szerzących mowę nienawiści.

W tym ostatnim przypadku Facebook dodaje, że wykorzystywana sztuczna inteligencja jeszcze nie sprawuje się tak dobrze, jakby tego oczekiwano. Z 2.5 mln usuniętych postów z mową nienawiści tylko około 38% zostało wykrytych przez algorytmy.

 

Google One –zmiany w płatnościach Dysku Google

Google właśnie zaprezentowało nowy plan taryfowy dotyczący Dysku Google. Będzie się on nazywać Google One (Google 1). Na początek nowy plan dostaną przede wszystkim Stany Zjednoczone. Po nich zaś reszta świata. Google ma zamiar wdrożyć globalnie te zmiany w ciągu najbliższych miesięcy.

Co nowego pojawi się w ramach planu Google One? Przede wszystkim opcja 200 GB za 2.99 dolara miesięcznie. Wariant 100 GB przestrzeni spadnie zaś do 1.99 dolara za miesiąc. Z kolei plan pojemnościowy 2 TB będzie teraz kosztował 9.99 dolara miesięcznie - to tyle, ile dotychczas płaciliśmy za 1 TB. Jedyne, co nie uległo zmianie, to taryfa za 10 TB, która wciąż wynosi 99.99 dolara za miesiąc.

Warto też wspomnieć, że dotychczasowe plany zostaną automatycznie zaktualizowane do nowej wersji. Jeśli ktoś miał dotychczas 100 GB, to teraz będzie miał 200 GB.

Nowością jest też to, że będzie można współdzielić przestrzeń z maksymalnie pięcioma członkami rodziny. Do tego dochodzi także dostęp do Google Experts, czyli ludzi z pomocy technicznej. Nadal też pozostanie 15 GB darmowej przestrzeni na Dysku Google. 

 

Facebook pracuje nad własną kryptowalutą

Facebook wykazuje zainteresowanie kryptowalutami i jeśli wierzyć nowym plotkom, które opublikował Cheddar, to Mark Zuckerberg i spółka mogą prowadzić prace nad własną wirtualną walutą.

Znany portal społecznościowy powołał dział ludzi, którzy mają rozważyć wykorzystanie blockchaina w serwisie. Mają wziąć pod uwagę najlepsze sposoby wykorzystania takiego rozwiązania od zera i temu działowi ma przewodzić Marcus, który dotychczas był szefem Messengera.

Na razie nie wiadomo za wiele o planach Zuckerberga i spółki. Facebook wprowadzając własną kryptowalutę mógłby ułatwić dokonywanie płatności w całej platformie. Tym bardziej, że ma wielką bazę użytkowników. Na więcej szczegółów musimy jeszcze poczekać. Jeśli jest to jednak prawdą, to wkrótce powinniśmy poznać nowe informacje.

 

Apple pozwane w sprawie wadliwych klawiatur w MacBookach

Apple kilka lat temu wprowadziło na rynek nowy typ klawiatur w swoich sprzętach. Przyciski typu „nożyczkowego” zamieniono na „motylkowe”, co sprawiło, że klawiatury były znacznie cieńsze – o prawie 40 procent. Miały być też znacznie bardziej stabilne, a także lepiej przyjmować nacisk na każdym klawiszu.

Nie każdemu spodobała się jednak ta spora zmiana w klawiaturach w MacBookach i efektem tego jest pozew zbiorowy dotyczący Apple. Według pozwu tysiące MacBooków i MacBooków Pro wyprodukowanych w 2015 i 2016 roku jest teraz bezużyteczne, gdyż pod klawisze dostawał się kurz, pył, który sprawił, że klawiatury przestawały działać.

Co więcej, Apple ponoć wciąż nie przyznaje, że nowe MacBooki mają takie defekty, a w dodatku uszkodzone w ten sposób klawiatury nie są objęte gwarancją. Ktokolwiek więc zaniesie do sklepu Apple taki wadliwy laptop, musi przyszykować się na nieprzyjemną niespodziankę. Apple raczej nie naprawia tych laptopów. Gdy zaś już uda się zmusić firmę do naprawy, to owa naprawa jest tylko chwilowa i problem zaraz powraca.

Opracował: Daniel Odroniec               
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Świat podzielił się na trzy grupy: mających głęboko w nosie ślub brytyjskiego księcia, zainteresowanych tym wydarzeniem i oszalałych na tym punkcie. Do niedawna należałem do tej pierwszej, ale pod wpływem wielu, bardzo... bardzo wielu informacji na ten temat pojawiających się w mediach, chcąc nie chcąc, musiałem się nieco sprawą zainteresować. Wiem już nawet kim jest książę Filip i jak wygląda, choć mało kto go widuje.

Samo zainteresowanie sprawą to za mało, by otrzymać zaproszenie na imprezę, ale nie tracę nadziei. Na wszelki wypadek wyprasowałem krawat i sznurówki. Ślub ma być kameralny, bo zorganizowany dla zaledwie 600 osób mogących podziwiać wszystko wewnątrz budynku i prawie trzech tysięcy zgromadzonych na zewnątrz, uczestniczących w ceremonii prawdopodobnie dzięki łączom światłowodowym i wielkim ekranom. Szczegółów nie znam.

Z drugiej strony podziwianie książęcego ślubu w telewizorze we własnym domu wydaje się lepszą alternatywą od wystawania godzinami na trawie i wlepiania wzroku w telebim. Nie muszę się elegancko przebierać i żadnego kapelusza wkładać. Zwłaszcza, że ze względu na różnicę czasu obowiązywał będzie u nas strój nocny (nie mylić z wieczorowym). Nawet będzie można ziewnąć bez wzbudzania czyjejś krytyki.

Żartowałem! Nie mam zamiaru zarywać nocy z tego powodu, choć zaskoczyła mnie liczba osób mających takie plany. Chodzi oczywiście o USA, gdzie przecież niechęć do monarchii brytyjskiej powinna być głęboka, ustępująca jedynie niechęci do piłki nożnej. Jednak kolejne sondaże przeprowadzane przez różne media wskazują, że co któraś tam osoba traktuje przygody odległej monarchii bardzo poważnie i na żywo zamierza się planowanemu spektaklowi przyglądać.

Oczywiście możemy domyślać się przebiegu imprezy. Będzie dostojnie, kolorowo i według scenariusza. On, czyli książę Harry, będzie występował w mundurze lub czymś go przypominającym. Ona, czyli Meghan Markle, prawdopodobnie będzie miała na sobie białą suknię uszytą z kilkuset metrów kwadratowych falbanek. Pewnie będą jakieŚ ozdoby diamentowe i ubrana w hałaśliwe kolory królowa. Podczas ślubu starszego wnuka miała na sobie jaskrawożółte odzienie i kapelusz podobnego koloru. W tym roku stawiam na zielony.

Pewnie w ciągu kilku dni podróbki ubiorów prezentowanych podczas ślubu będzie miał w swojej kolekcji co drugi dom mody, do tego za pół ceny. Tak przynajmniej było ostatnio.

Co jeszcze możemy przewidzieć? To, że przez kolejnych 48 godzin powtórki z tego wydarzenia pojawiać się będą w każdym programie, łącznie ze sportowym ESPN.

To wielkie zauroczenie świata brytyjską monarchią jest nieco dziwne, skoro nawet sami mieszkańcy wysp zastanawiają się nad jej dalszym utrzymywaniem. Jednak to tradycja, więc niewiele w tym temacie robią i cieszą się wyjątkowością swego kraju. Łożą też pieniądze na jej utrzymanie i zgadzają się na dziwne, bardzo nawet dziwne zachowania i zwyczaje.

Zafascynowani tematem o tym wiedzą, ale pozostałych poinformuję, iż książę Karol ma na przykład trzech osobistych kamerdynerów. Każdy odpowiedzialny jest za co innego, jeden z nich jeszcze do niedawna wyciskał z tubki pastę do zębów bezpośrednio na książęcą szczoteczkę. By się Karol nie zmęczył i nie zabrudził.

Osoby przygotowujące posiłki w Pałacu Buckingham oprócz gotowania potraw muszą wcześniej zmierzyć wszystkie ich składniki. Chodzi o to, by na przykład różnej wielkości ziemniaki nie psuły kompozycji na talerzu. Obrazą monarchii byłaby nierówno pokrojona marchewka.

Jeśli ktoś się zastanawia, czy królowa brytyjska faktycznie spożywa pospolite ziemniaki i zwykłą marchewkę, to śpieszę poinformować, że tak. Mało tego, posiłki są tam zaskakująco proste, choć nie można ich nazwać ubogimi. Na śniadanie, na przykład, pojawia się miska mleka ze zwykłymi płatkami i odrobiną pokrojonych owoców. Wielu potraw im jeść nie wolno, zwłaszcza tych, w których zamachowcy w dawnych wiekach umieszczali trucizny. Biedny książę nie wie, jak smakują krewetki lub ostrygi, bo to potrawa wysokiego ryzyka.

Ubrania rodziny królewskiej mogą być tylko prane ręcznie i suszone na wietrze. Co jest dziwne, bo przecież oficjalnie wiadomo, iż zdecydowana większość królewskich ciuchów wkładana jest tylko raz. Poza młodzieżą, czyli wnukami królowej, którzy wkładają co chcą, tyle razy, ile mają na to ochotę.

Kanapka imperium brytyjskiego, czyli popularny sandwich, to po prostu dwie kromki pieczywa z jakimś wkładem. Jednak te królewskie wyglądają inaczej. Muszą mieć mocno zaokrąglone rogi. Właściwie są prawie okrągłe. Dokładnie nie wiadomo o co chodzi, ale legenda mówi, iż księciu Albertowi te nieprzycinane w kółko przypominały kształtem trumny.

Królowa jest właścicielką wszystkich delfinów i wielorybów zamieszkujących w odległości do 3 mil od wybrzeża, a także wszystkich łabędzi. Jako jedyna osoba w kraju może też zjeść łabędzia, choć taki przypadek nie jest znany i trzyma się ona raczej zup mlecznych.

Choć rodzina królewska biedna nie jest, to od czasu upaństwowienia wielu posiadanych przez nią dóbr oszczędności poważnie stopniały. To nic, za wszystko płacą podatnicy.

Z drugiej strony królowa od 40 lat ceruje te same rękawiczki i nie wyrzuca opakowań i wstążeczek z prezentów, starając się je wykorzystać. Podobno jest oszczędna i nawet chodzi wieczorem po pałacu, gasząc światła w pustych pokojach. Ponieważ ma ich 250 do dyspozycji, to zajmuje jej to chwilę. Cała rodzina stara się nie wyróżniać i żyć normalnie - latać klasą ekonomiczną i kupować na przecenach, itd.

Sam już nie wiem, do której z wymienionych na początku grup należę. Wciąż nie mam w planach zarywania nocy. Chociaż...

Miłego weekendu

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Niemalże dokładnie siedemnaście lat temu, w Jersey City, w stanie New Jersey, został odsłonięty Pomnik Katyński. Pomnik powstał z inspiracji Polonii z tych okolic, zorganizowanej w Komitecie Budowy Pomnika Katyńskiego. Jednym z członków Komitetu oraz autorem projektu pomnika był wybitny polski rzeźbiarz, Andrzej Pityński.

Pomnik przedstawia żołnierza w mundurze polskim, ze związanymi z tyłu rękoma, z wbitym w plecy bagnetem nasadzonym na karabin. Rzeźba jest bardzo ekspresyjna, zmuszająca wręcz obserwatora do odczucia grozy śmierci i ohydy zdrady.

Pomnik oczywiście upamiętnia bestialskie masowe morderstwo popełnione przez rosyjskie NKWD w lasach koło Katynia na wiosnę 1940 roku. Ponadto, w cokół pomnika wmurowane swą trzy dodatkowe płyty pamiątkowe. Jedna opisuje zbrodnie katyńską. Druga, umieszczona na wschodniej stronie pomnika, upamiętnia Polaków zesłanych na Sybir, a trzecia przedstawia Matkę Boską z inskrypcją w języku angielskim, odnoszącą się do ofiar terrorystycznego ataku z 11 września, 2001.

Pomnik jest zlokalizowany na prestiżowej promenadzie Exchange Place, nad brzegiem rzeki Hudson, z przepięknym widokiem na nowojorski Manhattan.

I tak sprawy się miały przez siedemnaście lat. Nie było to jednak w smak żydowskiemu burmistrzowi Jersey City, niejakiemu Stevenowi Fulop. Na początku maja Fulop nonszalancko ogłosił, że pomnik zostanie przesunięty tymczasowo pod magazyn miejski, ze względu na planowaną renowację promenady. Na pytania zaniepokojonej losem pomnika Polonii, administracja miasta odpowiedziała eufemistycznie, że pomnik zostanie potem zwrócony do przestrzeni publicznej. Dociekliwa (i coraz bardziej zaniepokojona) Polonia wycisnęła wreszcie od miejskich biurokratów, że nowe miejsce ustawienia pomnika będzie około 60 metrów na południe, u wylotu York Street. Jest tylko mały problem. W tym akurat miejscu znajduje się otwarty zbiornik kanalizacyjny, który jest częścią systemu melioracyjnego miasta New Jersey. Kiedy nie ma opadów deszczowych, stojąca w tym zbiorniku woda nabiera zapachu trudnego do zignorowania. Zwyczajnie śmierdzi. Śmierdzi, jak ta cała sprawa pomnika.

Dlaczego nagle pomnik stał się obiektem ataku ze strony burmistrza Fulopa? Nie jestem zwolennikiem teorii konspiracyjnych, ale…  Mocno mnie zastanawia, czy ta cała akcja nie ma zasadniczego związku z napięciem stosunków polsko-żydowskich? Od słynnej wypowiedzi premiera Morawieckiego w Monachium, na sympozjum bezpieczeństwa publicznego, gdzie został zapytany przez amerykańskiego żydowskiego dziennikarza o ustawę IPN, i premier odpowiedział, że należy zawsze pamiętać o polskich oraz żydowskich (sic!) kooperantach z hitlerowskimi Niemcami – tylko ślepi i głusi politycznie nie widzą tego politycznego napięcia. Pojawiły się setki, ba – tysiące nowych i starych dokumentów, udowadniających kolaborację Żydów z Niemcami. Od Judenrat’ów, obsadzonych Żydami katujących swoich ziomków, poprzez lokalne gminy żydowskie finansujące hitlerowskie przedsiębiorstwa, do 50 tysięcy Żydów, którzy byli członkami Wehrmacht’u, i to na takich stanowiskach, jak generałowie, czy marszałkowie polowi. 

Ujawnienie tych faktów i generalna defensywa Polaków przeciw stałym atakom Żydów (łącznie z tymi pochodzącymi z USA), spowodowały jeszcze bardziej zajadłą nagonkę starszych braci w wierze na Polskę, Polaków, i wszystko, co się z Polską kojarzy. Czyż nie jest zatem możliwe, że Pomnik Katyński stał się również obiektem w tej politycznej rozgrywce? 

Społeczeństwo amerykańskie jest zasadniczo bardzo infantylne politycznie. Prawdopodobnie lata prania amerykańskich mózgów zrobiły swoje. Lewicy udało się w sumie coś niebywałego. A mianowicie wmówili przeciętnemu Jankesowi, że jednym z filarów progresywnego światowego myślenia jest polityka tożsamości, czyli uznanie, że walorami nadrzędnymi są cechy zewnętrzne - gej, lesbijka, transgender, Latynos, czarny, itd. Z drugiej strony, udało im się zakamuflować Żydów jako Amerykanów. Są prowadzone wielogodzinne seminaria na temat preferencji seksualnej a stanowiskiem lokalnej władzy, i to jest jak najbardziej w porządku. Ale niech ktoś spróbuje zapytać się, czy prowadzący seminarium profesor jest Żydem, będzie to odebrane najpierw z totalnym zaskoczeniem, a zaraz potem spowoduje oskarżenia o antysemityzm. Amerykanie zostali nauczeni, że pytania o korzenie żydowskie są nietaktowne, i tak w ogóle nie mają nic wspólnego z niczym. No chyba, że właśnie z tym antysemityzmem.

A tymczasem wszyscy wiemy, że pochodzenie, więzy krwi, i więzy ideologiczno-religijne grają wśród Żydów nadrzędną rolę. Nie jest mitem, że ta grupa społeczna trzyma się razem, i to nie tylko na skalę lokalną, ale również globalną. Przykładem jest między innymi skandaliczne zachowanie burmistrza Fulopa. Nie mam cienia wątpliwości, że jego decyzja o przeniesieniu Pomnika Katyńskiego miała bezpośredni związek z ostatnią falą ujawniania zbrodni żydowskich dokonanych na Polakach. Gdyby chodziło jedynie o sprawy administracyjne, renowację deptaka, to nie sądzę, że burmistrz wydałby pozwolenie na zorganizowanie hinduskiego święta wiosny, Holi właśnie w tym miejscu. To radosne skądinąd święto odbyło się dokładnie u stóp pomnika, a podczas święta roztańczony i roześmiany tłum Hindusów oblewał się wodą i posypywał sproszkowaną farbą. Pomijając totalną niestosowność atmosfery z miejscem, pomnik został w trakcie tej imprezy nie tylko zbezczeszczony, ale również mocno pobrudzony farbą. 

W akcję przeciwko przeniesieni pomnika zaangażowała się Polonia i rząd RP. Sprawa trafiła również do sądu. Wiele osób i organizacji przypisało już sobie zwycięstwo i nastąpiło gremialne poklepywanie siebie po plecach. Fakt jest jednak taki, że pomnik na dzień dzisiejszy będzie przeniesiony z prestiżowej lokalizacji i stanie na krawędzi miejskiego rynsztoku. Czy świadczy to słabości Polonii, niemocy rządu RP, czy o wszechpotędze żydowskiej lewicy? Na to pytanie musicie państwo odpowiedzieć już sobie sami…

Marcin Vogel

Marcin Vogel jest chicagowskim policjantem, wykładowcą na Akademii Policyjnej. Ma tytuł Master of Art z psychologii. Występuje w audycji "Kwadrans Policyjny" w środy o 16:45 na Polskim FM, prowadzi audycję radiową "Sprawa dla policjanta" w czwartki o 17:25 na 1080 AM oraz podcasty "Marcin Vogel prezentuje" na YouTube.

Od paru tygodni mieszamy groch z kapustą i nie możemy skończyć, bo ciągle coś nowego w tym kotle się pojawia i wygląda na to, że jeszcze sporo trzeba będzie do tej mieszaniny dodać, żeby nabrała smaku. Zaczynaliśmy od spania i śnienia, które to czynności, jak się okazało ku naszemu zdumieniu, nie mają żadnego sensu z punktu widzenia współczesnego marketingu. Śpisz to znaczy nie kupujesz, nie kupujesz, to znaczy jesteś bezużyteczny dla współczesnego społeczeństwa, która działa tylko i wyłącznie w oparciu o rozpasaną i pozbawioną hamulców, konsumpcję nakręcaną przez chciwość i żądzę zysku. Korporacje muszą generować dochód, żeby nabijać kasę akcjonariuszom, muszą więc ten zysk wypracować. Wpadamy w zaklęte i przeklęte koło systemowe produkcji, kupna i sprzedaży za wszelką cenę. Nieważne, że nie potrzebujemy tych wszystkich rzeczy, nieistotne, że ich nadmiar zabiera nam wolny czas. Zaakcentowaliśmy paranoję koniecznego nadmiaru. Wystarczy tylko zajrzeć do naszych szaf, garaży czy strychów, żeby przekonać się, ile pieniędzy utopiliśmy w rzeczach, które z polska określamy swojskim terminem „staff”. Nawet nie wiemy, co albo do czego to coś jest, często nawet nie wiemy, że to coś mamy. Co najdziwniejsze, jeszcze częściej nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to, co mamy, zabiera nam nasz wolny czas, zapełnia nasze karty kredytowe i pozbawia „prawa do samostanowienia”. Staff robi z nas niewolników korporacji, banków, kart kredytowych i wszelkiego rodzaju serwisów, które są konieczne do utrzymania, konserwacji i obsługiwania owego „staff’u”.

To przytłoczenie „staff’em” jest jednakowoż jakoś zrozumiałe, biorąc pod uwagę potęgę współczesnego marketingu, który technikę manipulacji naszymi pragnieniami, emocjami, kompleksami i instynktami opanował do perfekcji: chcesz być wiecznie młody, piękny i zdrowy? Chcesz w życiu odnosić tylko sukcesy, być bogaty i szczęśliwy? Oczywiście! Zatem kupuj do zdechu! Zamów kolejną rzecz, która przez parę chwil da ci poczucie spełnienia. Co potem? Potem już nic, znowu pustka i znowu przytłaczająca samotność, więc kupuj znowu i tak w nieskończoność.

Ta obezwładniająca ciężkość bytu prowadzi nas do kolejnego etapu mieszania grochu z kapustą z dodatkiem płynnej rzeczywistości. Ten niesamowicie trafny koncept Zygmunta Baumanna, opisujący kondycję człowieka bez właściwości, skupia się na fundamentalnym założeniu, które zwraca uwagę na powszechny brak celu w naszym istnieniu tu i teraz, na „upłynnienie” wszystkiego:

„Płynność nowoczesności oznacza wejście nowoczesności w swą późną fazę, którą błędnie – zdaniem Baumana – określa się jako ponowoczesność (nowoczesność trwa bowiem nadal, nie zakończyła się). Charakteryzuje ją swobodne krążenie i dryfowanie informacji, ludzi, dóbr, kapitału czy obiektów w środowisku globalnej przestrzeni społecznej. Ruch jako płynność, to brak ostatecznego celu owego dryfowania, gdyż osiągalny cel zakłada trwałość i statyczność. […]
Dlaczego jednak płyn? Ponieważ przyspieszające pół wieku temu procesy rodzącej się globalizacji dokonywały coraz bardziej obszernego «skraplania się» struktur i instytucji społecznych” (Bauman 2004b, s. 49), to jest zacierania ich granic, zatracania jasno sprecyzowanych funkcji i znaczeń. Owo skraplanie było główną siłą napędową globalizacji na poziomie społecznym (nie ekonomicznym i nie technologicznym). „Płyn nie może zachować kształtu i niewlany do naczynia będzie nieustannie się zmieniać pod wpływem najmniejszych nawet sił. W płynnym stanie skupienia nigdy nie można spodziewać się trwałości (…) nie (można) powstrzymać ciągłej kapaniny, sączenia się, przemakania i rozmięknienia (…). Szanowane dziś autorytety jutro zostaną wykpione, wiekuiste sprawy ustąpią miejsca innym, pretendującym do podobnej wiekuistości, potężne struktury ekonomiczne zostaną połknięte przez inne, jeszcze potężniejsze (…). Wszystko to daje poczucie obracania się w świecie Eschera, gdzie nie widać różnicy między wspinaniem się a schodzeniem” (Bauman 2004b, s. 50). (za: Marcin Urbaniak w: Gorzki smak płynnej nowoczesności …)

Co w tym wszystkim najciekawsze i jednocześnie budzące wyjątkowe drżenie i wyjątkową bojaźń, to sytuacja, w której nawet jeśli coś chcemy z tym wszystkim zrobić, to i tak nie na wiele się to zda. Mało tego, nawet jeśli nam się wydaje, że reprezentujemy jakieś wartości, że chronimy jakiś model świata, to tylko nam się tak zdaje. W istocie strukturalne przemodelowania tkanki społecznej, politycznej i ekonomicznej świata, nie dają nam co do tego, żadnych złudzeń. Świat gna do przodu w tempie, do tej pory w historii, niespotykanym, a tam, gdzie się drwa rąbie, wióry muszą lecieć. Nigdy jednakowoż nic nie jest do końca czarne, ani absolutnie białe, podobnie jak nawet najdoskonalsza próżnia, nigdy nie jest absolutnie próżna. I to wydaje się naszym ogromnym szczęściem w nieszczęściu, żeby nie powiedzieć, że dzięki temu mamy jakąś, może niewielką, ale jednak, szansę na znalezienie celu w morzu karaluchów naznaczonym bezcelowością.

Warto zatem przyjrzeć się sobie czytając „Elegię dla bidoków”. Dlaczego akurat tę książkę? Bo bidoki utożsamiają coś specyficznie powszechnego. Co to jest? Z całą pewnością nieumiejętność znalezienia sensu swego istnienia w rzeczywistości, która ich przerasta. Ale my przecież nie jesteśmy bidokami. Na pewno? Możemy to łatwo sprawdzić poddając się prostemu testowi. Czy kiedykolwiek doświadczyłeś sytuacji:
1. Gdy rodzice klną na dziecko, uwłaczają mu bądź je upokarzają?
2. Gdy rodzice popychają dziecko, szarpią nim czy rzucają w nie czymś?
3. Gdy ma się poczucie braku wsparcia między członkami rodziny?
4. Gdy rodzice są w separacji lub rozwiedzeni?
5. Gdy mieszka się z alkoholikiem lub narkomanem?
6. Gdy mieszka się z osobą w depresji lub po próbie samobójczej?
7. Gdy widzi się, jak osoba kochana pada ofiarą przemocy fizycznej?

Jeśli cokolwiek z tej listy traum brzmi dla ciebie swojsko to jesteś bidokiem. O co tu chodzi?

„Elegia dla bidoków” (Hillbilly Elegy) to właśnie rzecz o świecie, którego postaci nie chcą zaakcentować faktu, że obowiązkiem człowieka myślącego jest poszukiwanie w swym życiu sensu. Napisana jako przypowieść biograficzna, roztacza dosyć poruszającą wizję wewnętrznej, amerykańskiej emigracji / imigracji / migracji ludzi w poszukiwaniu lepszego życia. Autor, J.D. Vance jest jednym z nielicznych „bidoków” (hillbilly), któremu udało się wyrwać z zaklętego kręgu, głupoty, przesądów, biedy, toksycznych relacji rodzinnych, wiary w stereotypy i wszelakich uprzedzeń wobec wszystkich i wszystkiego. Niezwykle szczegółowa relacja doświadczeń, które określiły życie autora, pokazuje jak bardzo bliskie, czasem identyczne (wyłączając kategorie języka) są losy emigrantów / imigrantów spoza USA i wewnętrznych imigrantów (obywateli USA) przemieszczających się za pracą w obrębie Stanów.

„J.D. Vance dzieli społeczeństwo […] w poprzek, opisując mniej nagłaśniany fragment współczesnej historii USA: twardą klasowość. W swej genialnej książce autor ze swadą, ale i bezwzględną szczerością obala stereotypy na temat rzekomych przywilejów białych Amerykanów. Bo owszem, są uprzywilejowani, ale nie wszyscy. Klasa robotnicza, Amerykanie wywodzący się ze Szkoto-Irlandczyków, wykonuje głównie pracę fizyczną, o awansie społecznym może sobie pomarzyć, rzadko zdobywa lepsze wykształcenie, klepie biedę. Mówi się o tej grupie nieco pogardliwie: hillbillies (bidoki), rednecks (buraki), białe śmiecie. Ludzie, których dotknął kryzys i którym Ameryka ma niewiele do zaoferowania. Sami też nie są bez winy, bo nie zawsze chcą zadbać o swój interes.

Vance wywodzi się z tej grupy, ale udało mu się skończyć prawo na Yale. „Teraz ludzie patrzą na mnie, na moją pracę, dyplom prestiżowej uczelni i myślą sobie, że jestem jakimś geniuszem, że tylko naprawdę nadzwyczajny człowiek dopiąłby tego, co dziś mamy. Z całym należnym im szacunkiem, sądzę, że ta opinia to srogie pierdolenie” – pisze. Jego książka (ma zostać zekranizowana) jest autobiograficzna, ale choć pisarz polega w dużej mierze na własnej pamięci, to jego opowieść układa się w rzetelną, nierozliczoną historię o rozwarstwionych Stanach Zjednoczonych. Rozbraja przy okazji amerykański sen, który kusi, ale łatwo zmienia się w koszmar”. (za: A. Żelazińska, Upiorny sen, w: Polityka, 03/13/2018)

J. D. Vance, Elegia dla bidoków, przeł. Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018, s. 304
Kontynuacja za tydzień.
Zbyszek Kruczalak

 

 

Podczas naszej podróży po USA nie sugerowaliśmy się tylko przewodnikami, blogowymi postami, ale bardzo ważne były dla nas wskazówki osób mieszkających w Stanach Zjednoczonych od lat, szczególnie tych, które miały coś do powiedzenia w kwestii podróży i odkrywania swojego kraju.

Jak się okazało, kilka zaproponowanych miejsc było wręcz strzałem w dziesiątkę i wpisało się na listę naszych ulubionych, top miejsc USA!

CRATER LAKE

To miejsce znajduje się w stanie Oregon i szczerze przyznam, że nawet nie przyszło mi do głowy, że natura może serwować takie atrakcje, jak pływanie w kraterze wulkanu u podnóża góry Mazama. Podczas lata można się zrelaksować nad krystalicznie, obłędnie czystym i błękitnym jeziorem. Dla fanów lodowatej wody, czyli morsów albo początkujących zajawkowiczów można również wskoczyć i popływać w tym unikalnym miejscu. W podróży odhaczyłam sobie kilka “pierwszych razy”, a Crater Lake to wyjątkowe miejsce, które wzbudziło we mnie wiele emocji i swoją fotogenicznością zabrało głos. Zdecydowanie najlepiej odwiedzić to miejsce podczas lata. Zachody słońca są jedne z najbardziej magicznych, jakie widziałam w swoim życiu.

PARK ACADIA

Znajdujący się w stanie Maine. To kolejna perełka wyprawy dookoła USA. Mieliśmy szczęście, ponieważ noc przed wycieczką do parku spędziliśmy zaledwie kilka kilometrów przed samą Acadią w pięknym, drewnianym, przestronnym domku z ogromnymi oknami, które umożliwiły nam podziwianie wschodu słońca, co nie zdarza się często. Ten poranek wzbudził wiele refleksji i przypomniał, że warto być wdzięcznym za to, co w życiu dostajemy, bo takie widoki są od święta. Acadia daje poczucie wolności. To boskie klify, nieprzeciętne plaże, wysokie fale i rzadkie widoki oraz kolorowa jesień!

KINGS CANYON

Park sąsiadujący z Sequoia NP. Reprezentuje on kanion rzeki Kings. Widoki były niczym malowane i jadąc w dół kanionu trudno było oderwać wzrok od szyby naszego mini vana. Ja krzyczałam z zachwytu, bo nie spodziewałam się takiego kontrastu kolorów. I po raz kolejny powtórzę, USA to nie miejskie aglomeracje, a przede wszystkim natura! Książkowe teorie o kanionach czy procesie erozji nigdy nie oddadzą tego, co można zobaczyć na własne oczy właśnie w Stanach Zjednoczonych i myślę, że niejedna osoba ma podobne wrażenia jak ja.

A co było Twoją perełką i niespodzianką podczas podróży dookoła Stanów Zjednoczonych? Podziel się z nami w komentarzu.

Ewelina Orzech, autorka bloga One Way 2 Freedom
www.oneway2freedom.com