----- Reklama -----

Monitor 05/11/2018

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 352

CERTIFICATE OF OCCUPANCY (w skrócie CO) – certyfikat użytkowania / zezwolenie na użytkowanie: zaświadczenie wydane przez administrację miejską stwierdzające, że dany budynek spełnia wszelkie wymagania lokalnych przepisów budowlanych i nadaje się do użytkowania.

CLOSED (w skrócie CLSD) – transakcja zamknięta: skrót stosowany w MLS oznaczający, że dana nieruchomość została pomyślnie sprzedana i doszło do zamknięcia transakcji (closing), po którym nieruchomość zmieniła właścicieli.

COMMERCIAL EASEMENT IN GROSS – komercyjne udogodnienie indywidualne: np. prawo zakładów użyteczności publicznej do poprowadzenia przez czyjeś grunty rurociągu gazowego, przewodów wysokiego napięcia, kabli telekomunikacyjnych.

COMPARABLES (w skrócie: comps) – nieruchomości porównawcze: nieruchomości, które są podobne do nieruchomości wystawionej na sprzedaż lub nieruchomości, która jest wyceniania przez rzeczoznawcę majątkowego (subject property).

COMPARATIVE MARKET ANALYSIS (w skrócie CMA) – porównawcza analiza rynkowa: raport przygotowany przez agenta obrotu nieruchomościami, który ma pomóc klientowi w ustaleniu ceny nieruchomości wystawianej na sprzedaż, przede wszystkim w oparciu o informacje dotyczące podobnych nieruchomości sprzedanych oraz tych dostępnych w danej chwili na rynku w tej samej okolicy lub na tym samym osiedlu. Podobny raport może być również przygotowany przez agenta reprezentującego potencjalnego nabywcę danej nieruchomości w celu złożenia przemyślanej oferty kupna.

condemnation – procedura przejęcia prywatnej nieruchomości przez państwo: czynności sądowe podjęte przez agencję rządową w celu przejęcia przywatnej nieruchomości na cele publiczne (zobacz eminent domain). Nieruchomość, która w zamian za sprawiedliwą rekompensatę zostaje odebrana prywatnemu właścicielowi określana jest jako condemned property. Termin pochodzi od słowa condemn, który w dosłownym tłumaczeniu oznacza „potępić” lub „skazać”. Condemned building to budynek „skazany” na wyburzenie dla dobra publicznego.  

CONDOMINIUM CONVERSION (inna nazwa: CONDO CONVERSION) – konwersja na mieszkania własnościowe: proces zmiany formy posiadania własności, polegający na tym, że budynek wielomieszkaniowy należący w całości do jednego właściciela w oparciu o jeden tytuł własności, zostaje podzielony na mieszkania własnościowe, które zostają następnie oddzielnie sprzedane nowym właścicielom. Jedna nieruchomość zostaje w ten sposób podzielona na odrębne indywidualne mieszkania oraz zostają określone wspólne elementy, z których mogą korzystać wszyscy mieszkańcy. Każde mieszkanie otrzymuje nowy numer identyfikacyjny do celów podatkowych i każdy lokal posiada odrębny tytuł własności. W przypadku konwersji bydynku czynszowego, lokatorzy mają prawo mieszkać w budynku aż do wygaśnięcia umowy wynajmu.    

CONDOMINIUM DECLARATION – deklaracja o utworzeniu mieszkań własnościowych: dokument prawny, który jest wymagany do utworzenia osiedla lub budynku wielomieszkaniowego opartego na zasadach mieszkań własnościowych. Zawiera szczegółowy opis nieruchomości, poszczególnych lokali mieszkalnych, wspólnych elementów, oraz dokładne dane dotyczącego procentowego udziału we współwłasności wspólnych elementów, który przypisany jest każdemu mieszkaniu.

CONFIDENTIALITY – poufność: zobowiązanie agenta do zachowania tajemnicy zawodowej dotyczącej informacji uzyskanych od klienta, które nie mogą być ujawnione osobom trzecim bez zgody zleceniodawcy. Np. ujawnienie potencjalnemu nabywcy informacji o tym, że klient agenta zmuszony jest sprzedać swój dom jak najszybciej z powodów osobistych, nie byłoby uznane za działanie na korzyść klienta, nawet gdyby agent kierował się nadrzędnym celem doprowadzenia do pomyślnego zamknięcia transakcji. Obowiązek poufności informacji obowiązuje nawet po wygaśnięciu kontraktu z klientem.  

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.

Tel.: 773-719-3645     
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.     
Web: www.CaretRealty.com

Kilka dni temu miała miejsce dwusetna rocznica urodzin pewnego XIX-wiecznego filozofa, ekonomisty i socjologa. O jego dorobku przypominały najważniejsze tytuły prasowe na świecie, uznając go za jednego z najbardziej wpływowych myślicieli w historii. Kim był Karol Marks i na czym opierały się jego idee?

Europa XIX wieku był terenem narastających napięć i zmian. Z każdym rokiem stary świat – oparty na szlachcie i absolutnej władzy monarchy, tradycyjny i wiejski – coraz bardziej przechodził do przeszłości. Społeczeństwami wstrząsały dwie rewolucje. Pierwszą z nich była ta znana pod nazwą przemysłowej. Wynalezienie maszyny parowej, zmiany w górnictwie i metalurgii, rozwój przemysłu i kolei radykalnie zmieniały gospodarkę. Centrum rewolucji przemysłowej stanowiła Wielka Brytania, jednak rozprzestrzeniała się ona powoli na zachodnią Europę oraz Stany Zjednoczone. Nowa ekonomia zmieniała też społeczeństwo – wzrastała rola burżuazji, czyli ludzi pieniądza i interesów, większe znaczenia nabierali dobrze wykształceni specjaliści, rosły wreszcie miasta, w których tworzyły się nowe, bardziej wolne społeczności.

Druga rewolucja miała charakter polityczny i wyrastała z Francji końca XVIII wieku. Tamtejszy bunt „stanu trzeciego”, spowodowany ideami oświecenia, umocnieniem „nowych” grup społecznych (mieszczaństwa, wolnych zawodów) i złą polityką absolutnego władcy, przerodził się w wielki ruch zmiany rzeczywistości. Rewolucji francuskiej zawdzięczamy Deklarację Praw Człowieka i Obywatela, nowoczesny republikanizm, walkę ze „starym porządkiem” i przede wszystkim ogromną chęć rozszerzenia wolności i budowy nowego społeczeństwa. A przy okazji Napoleona Bonaparte, który rozniósł podstawowe idee rewolucji po Europie, podkopując stary system polityczny. Siła rewolucji nie wygasła po upadku napoleońskiej Francji – świat ruszył do przodu, a młodzi buntownicy w różnych krajach cały czas dążyli do tego, by przy pomocy rewolucji „ruszyć z posad bryłę świata”.

Jednym z takich ludzi był Karol Marks – urodzony 5 maja 1818 roku w Trewirze w zachodnich Niemczech syn adwokata żydowskiego pochodzenia, który otrzymał świeckie wykształcenie i przeszedł na luteranizm. Młody Marks oczywiście poszedł na studia na dobrych uniwersytetach niemieckich i obronił pracę doktorską. Początkowo sympatyzował z liberalizmem, a więc „grzeczniejszym” dziedzictwem rewolucji francuskiej. Pod wpływem kontaktów z młodymi filozofami i gruntowych studiów zaczął jednak się radykalizować i działać – sam w końcu stwierdził, że „filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić”. Ważnym wydarzeniem w jego życiu było poznanie i zaprzyjaźnienie się z Fryderykiem Engelsem, również młodym filozofem i synem bogatego fabrykanta. Co ciekawe, Marks nierzadko był na utrzymaniu swojego zamożnego przyjaciela, samemu wiodąc niestabilne życie dziennikarza i myśliciela.

W 1848 roku Europą wstrząsa wielka fala rewolucji – tak zwana „wiosna ludów”, która we Francji, Niemczech, Włoszech czy Austrii łączyła lokalne problemy z buntem młodych idealistów, żądających wolności. W tę falę rewolucyjną zaangażował się również Karol Marks, który wrócił do ojczystych Niemiec i zaczął głosić radykalne idee rewolucyjne na łamach redagowanej przez siebie gazety. Niestety, rewolucja nie odniosła sukcesu. Marksa wydalono do Paryża, a stamtąd wyjechał on do Londynu, gdzie żył do końca życia.

W 1848 roku, u progu rewolucji, Karol Marks i Fryderyk Engels wydali „Manifest komunistyczny” – krótki, żywo napisany program przyszłej partii komunistycznej. Był to wykład myśli politycznej tzw. socjalizmu naukowego – radykalnej, lewicowej idei. Autorzy manifestu stwierdzali, że „historia wszelkiego społeczeństwa dotychczasowego jest historią walk klasowych”, co znaczyło, że wszystkie dotychczasowe rodzaje społeczeństwa opierały się na podziale na wyzyskujących i wyzyskiwanych (pan-niewolnik, szlachcic-chłop, fabrykant-proletariusz). Marks, specjalizujący się w ekonomii, analizował ówczesną sytuację społeczną i gospodarczą i udowadniał, że bliski był moment szczególnego wstrząsu – posiadacze (kapitaliści) mieli być coraz bardziej bogaci i gnębić pracowników, którzy byli coraz bardziej biedni i zarazem wściekli. Odpowiedzią na „turbokapitalizm” miał być bunt zjednoczonej i świadomej klasy robotniczej, który miał obalić aktualny system. W jego miejsce miał nastąpić komunizm, czyli świat bez wyzysku, w którym gospodarka miała działać na zasadach uspołecznionych, a jednostki będą mogły skutecznie realizować się życiowo.

Wizja Karola Marksa była idealistyczna i jednocześnie bardzo niedookreślona. Nie wiadomo było, jak ma wyglądać rewolucja i jak w praktyce działałoby społeczeństwo w fazie komunizmu. Okazało się też, że napięcia klasowe przestały narastać i zaczęły opadać, rewolucja w zachodniej Europie więc nie nastąpiła. Jednocześnie niemiecki myśliciel był dobrym analitykiem współczesnego mu świata – jego myśl wyrastała z obserwacji nędzy ludzi pracujących, szybko rosnących majątków bogaczy, kapitalizmu w jego najbardziej „dzikim” obliczu.

Z Marksem można się więc nie zgadzać, warto mieć jednak świadomość, że był jednym z pierwszych myślicieli, którzy w swoich pismach kładli nacisk przede wszystkim na warunki ekonomiczne i społeczne, do dziś inspirując badaczy. A także pamiętać, że z ogólnych recept marksizmu czerpało wiele ważnych ruchów politycznych, a jednocześnie wiele z tego (np. przez Lenina) zostało wypaczone.

Tomasz Leszkowicz

... czyli ile można wybrać grochu mieszając w kapuście?

Rzeczywistość wydaje się nas z jednej strony przerastać w swym przytłaczającym skomplikowaniu, z drugiej jednakowoż jest nam to kompletnie obojętne. Cóż bowiem z tego, że świat wokół nas ma charakter ciała płynnego i zatracił w gruncie rzeczy jakiekolwiek znamiona stałości, skoro i tak jakoś trzeba z tym żyć.

Co ciekawe, jeśli na moment zastanowimy się nad tym fenomenem ciągłej zmiany, braku stałości, nieustannego przepływu wszystkich i wszystkiego w każdym możliwym kierunku, to trudno oprzeć się wrażeniu, że tęsknota za czymś trwałym i niezmiennym jest kompletną paranoją, wynikającą z myślenia życzeniowo magicznego, które może jest i sercu miłe, ale z faktami wspólnego ma tyle, co nic.

„Ruch jako płynność, to brak ostatecznego celu owego dryfowania, gdyż osiągalny cel zakłada trwałość i statyczność. Sama mobilność informacji, obiektów, artefaktów czy ludzi jest czymś trwałym, bowiem trwałym stanem jest stan przejściowy, bycie in status nascendi. Zatem tym, co niezmienne, jest właśnie sama zmienność. W kulturze płynności dochodzi do głosu wartość prędkości i przemijania, nie zaś trwania – prędkość zmian, modyfikacji, adaptacji, przemieszczania się, prędkość wysyłania danych i informacji. […] Jak pisał Bauman, „życie w epoce płynnej nowoczesności przypomina codziennie o powszechnej przemijalności wszystkiego bez wyjątku. Nie ma na świecie niczego trwałego (…). Z paroma wyjątkami, wszystkie użyteczne i niezbędne dzisiaj przedmioty jutro powędrują na śmietnik. Nic nie jest absolutnie konieczne, nic nie jest niezastąpione. Każda rzecz schodzi z taśmy produkcyjnej z wyznaczonym jej „terminem ważności” (…). Żaden krok i żaden wybór nie są ostateczne i nieodwołalne. Żadne zobowiązanie nie trwa na tyle długo, by nie można się było z niego wycofać. Wszystko wokół istnieje do odwołania. Nad mieszkańcami świata płynnej nowoczesności unosi się widmo: widmo zbędności. Płynna nowoczesność jest cywilizacją nadmiaru, zbędności, odpadów i ich uprzątania” (Bauman 2006, s. 152-153, za: Marcin Urbaniak w: Gorzki smak płynnej nowoczesności …)

Trudno jednak zaprzeczyć, że łudzimy się gdzieś w naszych podświadomie zakodowanych pragnieniach - żyjąc w dziecięcym złudzeniu, że jakoś, ktoś coś zrobi (najlepiej za pomocą czarów-marów dobrej wróżki lub wstawiennictwu niebios) – iż wrócimy do czasów, gdy znowu będziemy mogli lojalnie pracować całe życie w jednym miejscu, być przyzwoicie wynagradzani i czerpać różne „benefity”, które zapewni nam dobry pracodawca. Łudzimy się, że wrócimy do stanu równowagi między tym, co akceptowalne, a co nie, że otaczający nas ludzie to będą nasi znajomi, a my będziemy mieszkać przez wiele lat w jednym miejscu, płacąc podatki, których lwia część wróci do nas i naszych społeczności. Mamy nadzieję na odrodzenie mitycznego i nostalgicznie pożądanego „złotego wieku”, w którym świat byłby piękny, bezpieczny, prosty i zrozumiały.

Niestety, nie bardzo mamy co liczyć na wróżki, szczególnie te dobre, bo wydaje się, że przez wieki ciężkiej pracy dla niewdzięcznych ludzi, wyczerpały swoje magiczne możliwości prawie zupełnie. Warto prześledzić ten proces pozbywania się wróżek i wróżbitów z naszego życia czytając jeden z najbardziej magicznych zbiorów baśni uwspółcześnionych „Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy i inne baśnie dla dorosłych” autorstwa marokańskiego pisarza Tahara Ben Jelloun’a.

Jak to w bajkach bywa, wszystko zaczyna się „za górami, za lasami”, raczej niewinnie, potem jest znacznie gorzej, a bywa nawet drastycznie, ale ostatecznie postaci bajkowe żyją długo i szczęśliwie. U Jelloun’a ten koncept pozostaje prawie bez zmian, natomiast Kapturka w burce chce zabić terrorysta islamski, Sinobrody jest seryjnym mordercą, który kompensuje sobie okrucieństwem niewielki rozmiar członka, a Kopciuszek podpisuje akt zaślubin zrównujący prawa kobiety z prawami mężczyzny, co jest wstrząsające dla muzułmańskich urzędników udzielających jej ślubu. Mamy zatem w owych „bajkach nie bajkach” świat współczesnego pomieszania kulturowego i religijnego, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, traci wymiar agresywnej i opresyjnej utopii, przenosząc nas w inne zakończenia i inne rozwiązania. Jakie? Te, o których pragniemy usłyszeć, te które podświadomie nosimy w sobie, te które pozwalają bohaterom żyć długo i szczęśliwie. Autor, we wstępie do owego zbioru na nowo napisanych bajek Charlesa Perroault’a, pisze:

„Nie usiłowałem opatrywać każdej baśni morałem. Nie bardzo to przystaje do naszych czasów, a wynik mógłby się okazać przeciwny do zamiaru. Ograniczyłem się do prostego stwierdzenia, które jest nicią przewodnią, łączącą Sokratesa, Spinozę i Ciorana: człowiek zachowuje swoją istotę i nic go nie nigdy nie zmieni, ani w jego skrajnym okrucieństwie, ani w nieskończonej dobroci”.

„Należy wszak pamiętać, że w dobie płynnej nowoczesności nie istnieje ostateczna prawda, konieczny sens czy wiekuista harmonia. „Wartości są wartościami, dopóki nadają się do natychmiastowej konsumpcji” (Bauman 2006, s. 189).

„Elegia dla bidoków” (Hillbilly Elegy) to właśnie rzecz o świecie, którego postaci nie chcą zaakcentować tego oczywiście oczywistego faktu. Napisana jako przypowieść biograficzna, roztacza dosyć poruszającą wizję wewnętrznej, amerykańskiej emigracji / imigracji / migracji ludzi w poszukiwaniu lepszego życia. Autor, J.D. Vance jest jednym z nielicznych „bidoków” (hillbilly), któremu udało się wyrwać z zaklętego kręgu, głupoty, przesądów, biedy, toksycznych relacji rodzinnych, wiary w stereotypy i wszelakich uprzedzeń wobec wszystkich i wszystkiego. Niezwykle szczegółowa relacja doświadczeń, które określiły życie autora, pokazuje jak bardzo bliskie, czasem identyczne (wyłączając kategorie języka) są losy emigrantów / imigrantów spoza USA i wewnętrznych imigrantów (obywateli USA) przemieszczających się za pracą w obrębie Stanów.

„J.D. Vance dzieli społeczeństwo […] w poprzek, opisując mniej nagłaśniany fragment współczesnej historii USA: twardą klasowość. W swej genialnej książce autor ze swadą, ale i bezwzględną szczerością obala stereotypy na temat rzekomych przywilejów białych Amerykanów. Bo owszem, są uprzywilejowani, ale nie wszyscy. Klasa robotnicza, Amerykanie wywodzący się ze Szkoto-Irlandczyków, wykonuje głównie pracę fizyczną, o awansie społecznym może sobie pomarzyć, rzadko zdobywa lepsze wykształcenie, klepie biedę. Mówi się o tej grupie nieco pogardliwie: hillbillies (bidoki), rednecks (buraki), białe śmiecie. Ludzie, których dotknął kryzys i którym Ameryka ma niewiele do zaoferowania. Sami też nie są bez winy, bo nie zawsze chcą zadbać o swój interes.

Vance wywodzi się z tej grupy, ale udało mu się skończyć prawo na Yale. „Teraz ludzie patrzą na mnie, na moją pracę, dyplom prestiżowej uczelni i myślą sobie, że jestem jakimś geniuszem, że tylko naprawdę nadzwyczajny człowiek dopiąłby tego, co dziś mamy. Z całym należnym im szacunkiem, sądzę, że ta opinia to srogie pierdolenie” – pisze. Jego książka (ma zostać zekranizowana) jest autobiograficzna, ale choć pisarz polega w dużej mierze na własnej pamięci, to jego opowieść układa się w rzetelną, nierozliczoną historię o rozwarstwionych Stanach Zjednoczonych. Rozbraja przy okazji amerykański sen, który kusi, ale łatwo zmienia się w koszmar”. (za: A. Żelazińska, Upiorny sen, w: Polityka, 03/13/2018)

J.D. Vance, Elegia dla bidoków, przeł. Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018, s. 304

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

Powinienem natychmiast zapomnieć o wszystkim, czego się do tej pory w życiu nauczyłem. Poważnie. Wyszło na jaw, iż większość codziennych, wydawałoby się prostych czynności, wykonuję w niewłaściwy sposób.

Robiąc zakupy w popularnym centrum handlowym, położonym na terenie naszej aglomeracji, odwiedziłem sklep o nazwie Art of Shaving, po naszemu brzmi to równie dobrze, bo Sztuka Golenia. Piękny sklep. Stylowe, drewniane regały, przyciemnione światło, egzotyczne zapachy unoszące się w powietrzu. Na półkach równiutko poukładane większe i mniejsze buteleczki kosmetyków i ostrych narzędzi służących do pozbywania się zarostu z męskiej twarzy. Jakieś miseczki, ręczniczki, stojaczki, tubki i instrukcje obsługi tego wszystkiego. Cen jeszcze nie widziałem, więc wciąż dopisywał mi humor.

Trochę zdziwiony zauważyłem, iż obsługę stanowią dwie kobiety. Nie to, żebym poddawał w wątpliwość ich wiedzę, absolutnie nie jestem uprzedzony. Ale gdyby zaszła potrzeba, to przecież nie zapytam żeńskiej obsługi o jej doświadczenia z brzytwą. A takie pytanie mogło się pojawić, bo kilka lśniących ostrzy uśmiechało się do klientów ze stolika.

Zanim opiszę ciąg dalszy wizyty w sklepie, kilka słów wyjaśnienia. Nie należę do osób, które golą się każdego dnia. Od pewnego czasu towarzyszy mi krótki zarost podcinany co jakiś czas elektronarzędziami do odpowiedniej długości, a w rezerwie znajduje się nożyk i puszka kremu. Tak na wypadek wyjątkowych okoliczności, typu ślub, komunia, zdjęcie rodzinne, czy odwiedziny teściowej. Nie zdarza się to często, raz na wiele długich miesięcy. Ale kiedyś było inaczej, bo codzienne golenie należało przez lata do obowiązków.

Po żyletkę sięgnąłem pierwszy raz mając kilkanaście lat, pewnie jak większość chłopaków. Pierwszą pianką był Wars lub Pollena. Dawno to było, dokładnie nie pamiętam. Zapach jednak rozpoznałbym dziś na pewno. Początkowo słuchałem dokładnych instrukcji ojca, czyli: ciepła woda, nigdy pod włos, płyn po goleniu wklepać, nie spieszyć się, nie mdleć przy zacięciu, na skaleczenia przykładać kawałek papieru toaletowego. To były czasy...

Potem wymiana opinii z rówieśnikami i udoskonalanie techniki, wreszcie dorosłość i zmiana ustroju pozwalająca na zakup lepszego sprzętu i kosmetyków. Jakoś sobie przez te kilkadziesiąt lat z goleniem radziłem, nawet mi to nieźle i szybko wychodziło. Guzik prawda.

Okazuje się, że wszystko, ale to wszystko robiłem źle. Poinformowała mnie o tym bardzo sympatyczna pani w sklepie.

- Jak to, nie używasz przed goleniem olejku zmiękczającego zarost?

- Używam pianki.

- Pianka to później, najpierw olejek.

No dobra, niech będzie olejek. Popatrzyłem na cenę. Fiu, fiuuu...

Potem prawdziwa pianka, czyli wyrabiana w odpowiednim tygielku za pomocą odpowiedniego pędzelka, z odpowiednich składników. Organicznych chyba. Nazwa mojej pianki w puszce pod ciśnieniem nawet pani przez usta przejść nie mogła, po jej usłyszeniu popatrzyła tylko na mnie zgorszona. O kosmicznej cenie składników do robienia pianki szybko zapomniałem widząc koszt zakupu tygielka z pędzelkiem. Owszem, ładnie, nawet bardzo ładnie zestaw wyglądał, ale jestem jednak zwolennikiem podwyższania wartości nieruchomości poprzez może remont kuchni, a nie zakup środków higienicznych.

- Nożyk czy brzytwa? - zapytała uprzejma pani.

- Nożyk raczej, przepraszam.

Musiałem przeprosić, bo brak umiejętności posługiwania się brzytwą też wywołał grymas niezadowolenia na twarzy ekspedientki. Pamiętam jak mój dziadek przed każdym goleniem ostrzył ją na pasku skórzanym. Już wtedy starałem się zachować bezpieczną odległość. Od brzytwy i paska...

Potem jeszcze była instrukcja odpowiedniego prowadzenia ostrza lub ostrzy, bo najnowsze badania dowodzą nieskuteczności starych metod. Jeszcze tylko płyn uspokajający dla skóry i na wykończenie odpowiedni krem. O pozostałe, widoczne na półkach buteleczki nie pytałem.

Z ciekawości podsumowałem wszystko, wyszło nieco ponad 200 dolarów. Taki niewielki zestaw na początek. Według uzyskanych instrukcji prawdziwe, profesjonalne golenie powinno zajmować nawet do pół godziny, czyli o 26 minut dłużej niż zajmuje mi obecnie.

Po wyjściu ze sklepu odetchnąłem głęboko i pomyślałem, że może któregoś dnia dam się skusić i spróbuję. Jednak nie dziś. Jestem przekonany, iż posiadanie takiego zestawu to wielka frajda dla faceta. Ich użytkownicy zapewniają, że nigdy golenie nie było tak dokładne i przyjemne. Wierzę, ale pozostanę na razie przy swych przedpotopowych metodach. Poszukującym prezentu dla swych mężczyzn paniom polecam jednak odwiedziny w tym miejscu, bo towar niezły, a i z obsługą łatwo się dogadają.

Tego samego dnia wieczorem zacząłem zastanawiać się, jakie inne, z pozoru proste i powtarzane od lat czynności, też wykonuję źle. Skorzystałem z internetu i dowiedziałem się, iż szyjka w butelce z piwem służy do jej trzymania. Nigdy, ale to nigdy nie chwytamy za szkło w miejscu, gdzie za ścianką znajduje się napój, gdyż w ten sposób szybciej podnosimy jego temperaturę. Dobra, już wiem, co jeszcze? Jabłko powinno być zjadane od góry do dołu, małymi kęsami, bez wbijania w nie zębów z boku. Dziwne, prawda? Robiąc pompki nie wypinamy tyłka do góry. Zapamiętam, choć w najbliższym czasie tak ciężkiego treningu nie przewiduję. Najlepsze jednak okazało się sznurowanie butów. Najnowsze badania wykazały, iż tradycyjne plątanie sznurówek w jakieś pętelki i zakładki grozi ich rozwiązaniem, a rozwiązanie grozi potknięciem, co z kolei może prowadzić do utraty zdrowia. Istnieje nowa, naukowa metoda, o której jednak nie będę wspominał, bo szkoda czasu.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

W ciągu minionej dekady Sąd Najwyższy stanu Illinois podjął kroki celem skupienia się nad prawami dzieci w zakresie prawa rodzinnego („family law”). Sąd Najwyższy stanu Illinois wymaga od wszystkich szczebli systemu sądowego stanu Illinois szybkiego załatwianie spraw dotyczących dzieci, kiedy tylko jest to możliwe. Sąd Najwyższy stanu Illinois także wymaga mediacji („mediation”), aby pomóc rodzinom jak i systemowi sądowemu w rozpatrywaniu spraw dotyczących dzieci w kontekście prawa rodzinnego. Mediacja może pomóc w przyspieszeniu zakończenia sprawy i może pomóc stronom osiągnąć trwałe rozwiązanie.

Zgodnie z przepisami Sądu Najwyższego stanu Illinois wszystkie sprawy sporne dotyczące opieki („custody”) lub czasu rodzicielskiego („parenting time”) w kontekście prawa rodzinnego wymagają mediacji przed przystąpieniem do rozprawy („hearing”) lub procesu („trial”). W związku z tym system sądowy musi uwzględniać mediację przy ustalaniu rozkładów toku spraw. Mediacja wiąże się z kosztami; lecz wielu uważają mediację w sprawach z zakresu prawa rodzinnego jako niezbędny wydatek. Inni wolą wywiązać się z tego obowiązku i jak najszybciej rozpocząć rozprawę lub proces.

Dzięki mediacji strony mogą spotykać się poza sądem i pracować z certyfikowanym pośrednikiem lub mediatorem („mediator”), który służy w charakterze neutralnym i który stara się pomoc stronom dojść do porozumienia. Aby zostać certyfikowanym mediatorem („certified mediator”), osoba musi pomyślnie ukończyć kurs certyfikacyjny który trwa co najmniej czterdzieści godzin. Sądy w powiatach („counties”) także wymagają dodatkowych szkoleń w zakresie mediacji w kontekście prawa rodzinnego. Szkolenia takie obejmują między innymi obsługę stron poza salą sądową oraz kontakt z osobami o różnych osobowościach i wyzwaniach. Szkolenia takie obejmują różnice między dziećmi oraz to, na czym należy się skupić w przypadku tego, co jest najlepsze dla dziecka/dzieci.

Ponieważ mediacja w sprawach z zakresu prawa rodzinnego jest obowiązkowa („mandatory”) w sądach stanu Illinois, powstaje obawa czy strony faktycznie zaangażują mediację w znaczący sposób. Kiedy mediacja zostaje wykorzystana w znaczący sposób, strony mogą potencjalnie osiągnąć trwałe rozwiązanie. Aby tego dokonać, strony muszą, do pewnego stopnia, szanować pozostałe pozycje lub poglądy. Mediator następnie próbuje doprowadzić do porozumienia oraz trwałego rozwiązania.

Jakiekolwiek rozwiązanie wynikające z mediacji musi zostać osiągnięte poprzez porozumienie wszystkich stron. W przeciwieństwie do postępowania sądowego na sali sądowej, gdzie nie ma wymogu, aby strony rzeczywiście spisały umowę, wszelkie osiągnięte rezolucje podczas mediacji muszą obejmować porozumienie między zaangażowanymi stronami.

Jeżeli mediacja nie jest w stanie osiągnąć rozwiązania, może jednak pomóc stronom przynajmniej zrozumieć przeciwne punkty widzenia. Teoretycznie, uczestnictwo w mediacji, nawet gdy strony nie osiągną rezolucji, powinno pomóc zaangażowanym dzieciom.

Kwestie związane z opieką na ogół dotyczą tego, kto będzie decydował o sprawach życiowych dziecka. Statuty („statutes”) regulujące opiekę zdają się faworyzować opiekę przez jednego z rodziców; jednakże sądy stanu Illinois zezwalają na wspólną opiekę („joint custody”). Aby wspólna opieka nad dzieckiem była skuteczna, gdy rodzice dziecka decydują o ważnych rzeczach dla dziecka, takich jak nauka, religia, opieka zdrowotna itp., rodzice muszą mieć jednakowe podejście w odniesieniu do tych problemów. Lub rodzice muszą chcieć wzajemnie się szanować i pracować razem, aby podjąć wspólną decyzję. Te problemy nie mają prawidłowej lub błędnej odpowiedzi; zazwyczaj dotyczą pragnień stron. Ważne jest, aby strony mogły dojść do porozumienia oraz mieć zjednoczone podejście do wspólnego dziecka.

Jeśli chodzi o czas rodzicielski, który był wcześniej nazywany wizytacją („visitation”) do czasu zmiany ustawy kilka lat temu, istnieją podobne elementy problematyczne. Ponownie, nie ma właściwej ani błędnej odpowiedzi. Zazwyczaj strony mogą chcieć spędzać ‘równą’ ilość czasu z dzieckiem. Ostatecznie, sąd musi zdecydować, w jakim stopniu zapewnienie ‘równej’ ilości czasu jest najlepsze dla dziecka. Często dziecko przebywa z jednym i drugim rodzicem na przemian w weekendy oraz ma jeden nocleg u rodzica, u którego nie mieszka w ciągu tygodnia. Dobry mediator pomoże stronom osiągnąć korzystny dla obu stron harmonogram, który jest najlepszy dla dziecka. Mediator powinien brać pod uwagę dystanse np. z domu do szkoły, ważne daty takie jak urodziny oraz święta, i wszelkie fizyczne lub psychologiczne problemy dziecka.

Mediatorzy, którzy biorą udział w sprawach w sądach stanu Illinois, są zazwyczaj także adwokatami. Lecz mediatorzy nie muszą być adwokatami. Mediatorzy mogą także być terapeutami lub psychologami. W każdym przypadku mediatorzy są zobowiązani do kontynuowania edukacji w zakresie mediacji.  

Strony biorące udział w mediacji są zobowiązane do zachowania poufności. Istnieją nieliczne wyjątki które zazwyczaj wiążą się z potencjalnymi naruszeniami prawa, obrażeniami („injury”), lub naruszeniami etycznymi.

Podobnie jak w przypadku innych fachowców, opłaty mediatorów są naliczane na podstawie poziomu wiedzy i doświadczenia.

Adwokaci dla stron powinni uczestniczyć w mediacji.

Powyższe informacje nie powinny być traktowane jako porady prawne w jakiejkolwiek istniejącej sprawie, oraz nie powinny być traktowane jako tworzenie formalnej relacji adwokat-klient.

Katarzyna Brukało

Brukalo Law, P.C.
Tel. 312-450-3630
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. 
www.BrukaloLaw.com
Dwie lokalizacje – Chicago (Downtown) i Park Ridge

Wedle obiegowych opinii panuje przekonanie, że kobiety w ciąży powinny unikać wizyt u dentysty. Okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie.

Od lat wyniki badań i analiz są zgodne, że dobry stan jamy ustnej nie tylko ma wpływ na szybsze zajście w ciążę, ale także odpowiada za całokształt zdrowia przyszłej mamy i jej dziecka.

Stan zapalny w jamie ustnej utrudnia zajście w ciążę, gdyż wpływa na obniżenie płodności.

18% przedwczesnych porodów i porodów zakończonych urodzeniem dziecka z niską masą urodzeniową związane jest z chorobami przyzębia i stanami zapalnymi w jamie ustnej.

American Dental Association w swoich publikacjach zachęca kobiety w ciąży do staranniejszego dbania o zdrowie jamy ustnej oraz zaleca wizyty u dentysty.

Już planując ciążę warto wybrać się do dentysty, aby sprawdzić stan zębów i dziąseł. Upewnić się, że jesteśmy zdrowe i zapytać lekarza dentystę o profilaktyczne porady dentystyczne na czas ciąży. Jestem zwolenniczką wyleczenia i zadbania o wszystkie zmiany w jamie ustnej jeszcze przed zajściem w ciążę. Jeżeli mamy choroby przyzębia, próchnicę, potrzebujemy leczenia kanałowego, ortodontycznego bądź mamy do usunięcia ząb – zróbmy to jeszcze przed zajściem w ciążę.

W trakcie ciąży kobiety doświadczają zmian hormonalnych, które nie służą zębom, może zmieniać się ph śliny, co może przyczynić się do rozwoju próchnicy. Zabieg leczenia próchnicy w trakcie ciąży wygląda tak samo jak przed ciążą. Wyzwaniem są prześwietlenia, których promieniowanie jest niewielkie. Do tego jeżeli trzeba wykonać prześwietlenie, kobietom w ciąży nakłada się specjalne, ochronne zabezpieczenie na okolice brzucha i szyi.

Będąc w ciąży poinformujmy o tym dentystę. Najczęściej przed prześwietleniem, bądź poważniejszy zabiegiem lekarz dentysta sam o to pyta, niemniej nie zapomnijmy poinformować o tym lekarza. Lekarz wiedząc o tym, że jesteśmy w ciąży będzie dokładnie wiedział, jak skutecznie i bezpiecznie przeprowadzić leczenie, lub podejmie decyzję o przeniesieniu leczenia na czas po rozwiązaniu.

Statystyki wykazują, że większość kobiet w ciąży, wizyty u dentysty woli odłożyć na czas po ciąży, tymczasem to właśnie w ciąży rozwija się wiele stanów zapalnych jamy ustnej.

Podczas dziewięciu miesięcy ciąży dziąsła stają się wrażliwsze. Niektóre panie w ciąży doświadczają krwawienia z dziąseł w trakcie mycia zębów lub nitkowania. Niezadbanie w ciąży o dziąsła może prowadzić do rozwoju poważniejszych stanów po ciąży.

Poranne nudności, spożywanie większej ilości węglowodanów oraz zmiany hormonalne przyczyniają się do większego rozwoju próchnicy.

W sierpniu 2015 roku w Journal of the American Dental Association opublikowano wyniki badań, które wykazały, że używanie znieczulenia podczas leczenia dentystycznego w ciąży nie ma żadnego negatywnego wpływu, nie powoduje defektów, poronień, wcześniejszego porodu i nie ma wpływu na wagę urodzeniową niemowlęcia.

Kobieta w ciąży może też kontynuować leczenie ortodontyczne. Aparat ortodontyczny w ciąży może być nawet bardziej skuteczny, gdyż zęby łatwiej się przesuwają, ze względu na zmiany hormonalne. Z drugiej strony należy wyjątkowo dbać o higienę jamy ustnej.

Ciąża to dziewięciomiesięczny okres w życiu kobiety, kiedy przyszła mama dba o zdrowie swoje i swojego dziecka. Zdrowie jamy ustnej jest ściśle połączone ze zdrowiem całego organizmu. Nie wolno o tym zapomnieć w tak ważnym momencie jak ciąża.

Dorothy A. Anasinski, D.D.S.
Specialist in Periodontics and Dental Implants
Assistant Clinical Professor,
Postgraduate Periodontics, University of Illinois
Diplomat, American Board of Periodontology
Dental Specialists of Niles, P.C.
8216 W. Oakton, Niles, IL 60714
Tel.: (847) 685-6686
www.dentalspecialistsofniles.com

Sahara, cd.

Przypominam sobie pierwszą jazdę na wielbłądach po saharyjskich wydmach, też w Maroku, trzy lata wcześniej na wydmach Ergu Chigaga. Kołysanie idącego pod górę zwierzęcia - powiązanego powrozami z pozostałymi w karawanie - nie pozwalało mi wtedy na właściwe skadrowanie bajkowych widoków. Zeskoczyłem na glebę stwierdzając, że dalej pójdę na piechotę. To był duży błąd! Trzy kroki do góry... dwa kroki obsunięcia w dół! Piasek sypał się do butów, a gdy je zdjąłem, stopy zaczęły marznąć po kilku minutach. I tak źle, i tak niedobrze. Takich problemów się nie spodziewałem po tej ślicznej piaskownicy. Ponieważ podróże kształcą, dzisiaj postąpiłem roztropniej; na szczyt wzniesienia jechałem na grzbiecie wielbłąda, a w dół - kiedy słońce już ogrzało piasek - na bosaka! I to było rozwiązanie optymalne, zwłaszcza, że targałem w plecaczku trzy litry wyśmienitego marokańskiego wina z wizerunkiem Tuarega na plakietce. Wizja fotografowania takiej butelki wbitej w piach Sahary po prostu nie dawała mi w nocy spać. Lekko i skocznie zbiegałem więc do bazy namiotowej mając czas na liczne sesje zdjęciowe po drodze.

Z daleka widziałem, jak grupa już docierała do obozu, schodzili właśnie z wielbłądów, tych "okrętów pustyni". Wielbłąd to zwierzę doskonale dostosowane do życia w tych ekstremalnych warunkach, posiada podwójne rzęsy dodatkowo chroniące przed piaskiem, wnętrze jego nosa jest umięśnione, co pozwala na jego zamykanie, a tym samym chroni przed pyłem i jednocześnie zapobiega utracie wody! Posiada rodzaj błony między racicami, aby nie grząść w sypkim piasku, może wytrzymać pięć dni bez picia idąc dziennie 40 kilometrów ze średnim ładunkiem 150 kilogramów. Istne błogosławieństwo dla ludów pustyni.

Po dwóch godzinach zachwytu nad fantazyjnymi formami piachu dotarłem pod płachtę namiotu, gdzie już czekała pachnąca kawa i obfity posiłek. Pakujemy bagaże do jeepów i - tym razem w dziennym świetle, filmując - jedziemy kawalersko po pustyni do asfaltowej drogi w rejonie miejscowości Merzouga. Tam wprowadzamy się do wnętrza naszego autobusika, witamy naszego sympatycznego kierowcę i podążamy na zachód przystając w szczerym polu, aby ujrzeć swoisty cud techniki. Okolica Erfoud jest pustynna, ale tu i ówdzie widać miłą dla oka zieleń palmowych liści. Okazuje się, że pod nami wiedzie unikalny, podziemny akwedukt kopany przez niewolników tysiąc lat temu. Tunel wykopany na głębokości 5-6 metrów pod spękaną od słońca powierzchnią gleby doprowadzał wodę do oazy z gór Atlasu odległych o 65 kilometrów.

Kontynuujemy jazdę do Tinejdad na lunch, zamawiamy tadżin, ale tym razem, dla odmiany z kurczaka. Obfita porcja kosztuje 70 dirhamów, czyli około 8 dolarów USA. Po południu jesteśmy już w Tanghir, gdzie jeszcze dzisiaj planujemy spacer w głąb jednego z najładniejszych kanionów Maroka - Todra Gorge

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.