----- Reklama -----

Monitor 04/20/2018

Rankingi zatrudnienia wskazują, że sektor medyczny w USA generuje tysiące miejsc pracy. Przeglądając ogłoszenia w prasie, na popularnych portalach internetowych specjalizujących się w pośrednictwie pracy, odwiedzając strony internetowe szpitali, placówek medycznych, przychodni, domów opieki trudno nie zorientować się, że cały czas jest zapotrzebowanie na pielęgniarki, pomoce medyczne i osoby z medycznym wykształceniem.

Duża rotacja pracowników, starzenie się społeczeństwa, powstawanie nowych placówek medycznych powoduje niekończące się zapotrzebowanie na pracowników medycznych niższego i średniego szczebla. Wiele szpitali w aglomeracji chicagowskiej zmaga się z niedoborem personelu medycznego. Pielęgniarka z kilkuletnim doświadczeniem może wybierać z ofert pracy, kierując się nie tylko dobrymi zarobkami, ale także dogodnymi godzinami pracy i lokalizacją miejsca pracy.

Ukończenie kilkumiesięcznego kursu gwarantuje certyfikat i otwiera drzwi do pracy w zawodzie medycznym. O tym, czy absolwent kursu dostanie pracę decyduje nie tylko dyplom, ale przede wszystkim dobrze przygotowane resume, przygotowanie do rozmowy z pracodawcą, przyjazna osobowość i trochę szczęścia.

Rozmawiając ze studentami wiem, jak ważne jest dla nich znalezienie pracy. Wielu studentów wybierając ścieżkę kariery w sektorze medycznym kieruje się głównie stabilnością zatrudnienia w tym sektorze. Prowadząc szkołę medyczną zależy mi na budowaniu dobrych relacji ze studentami i przyszłymi pracodawcami. Pracodawcy, którzy przy okazji seminariów, festiwali zdrowia czy praktyk mieli okazję poznać naszych studentów, dzwonią do nas, gdy szukają kandydatów do pracy. Nasza rekomendacja sprawia, że pracodawca okazuje zainteresowanie danym kandydatem. O tym, czy absolwent dostanie pracę, decyduje masa innych czynników.

Po pierwsze resume. Jeżeli starasz się o pracę, przygotuj dobre resume, które nie tylko pokazuje historię zawodową, ale także eksponuje zakres obowiązków i osiągnięcia. Aplikując na pozycję asystenta medycznego wyszczególnij w resume te umiejętności, które są wymagane na tym stanowisku. Pracodawcy otrzymują średnio kilkaset zgłoszeń na jedną otwartą pozycję. Część instytucji przyjmuje zgłoszenia na pozycję tylko przez kilka dni, inne po otrzymaniu stu pierwszych ofert od potencjalnych pracowników zamykają nabór. Pracodawca najczęściej przeznacza minutę lub dwie na przeczytanie resume. Jeżeli w trakcie tego czasu nie znajdzie w resume informacji adekwatnych do opisu oferowanej pozycji, niestety rezygnuje z zaproszenia tego kandydata na rozmowę kwalifikacyjną.

Jeżeli nasze resume zwróciło uwagę pracodawcy, możemy spodziewać się emaila albo telefonu z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną.

W dobrym tonie jest odpisanie na email, podziękowanie za zaproszenie i potwierdzenie przybycia. Jeżeli pracodawca zdecydował się do nas zadzwonić, odbierzmy od niego telefon. W trakcie zaproszenia telefonicznego na rozmowę ważne jest, aby mieć dobry nastrój, miły głos przez telefon i podziękować ewentualnemu pracodawcy za telefon i za umówienie spotkania. Jeżeli pracodawca dzwoni w momencie, kiedy nie możemy rozmawiać, pozwólmy, aby zostawił wiadomość i oddzwońmy w pierwszej wolnej chwili. Jeżeli już podnieśliśmy słuchawkę, a nie możemy rozmawiać, albo znajdujemy się w mało komfortowej sytuacji np.: w samochodzie, w sklepie, a może w obecnej pracy – grzecznie przeprośmy, wytłumaczmy szybko, że w tym momencie nie możemy rozmawiać i zaproponujmy, że oddzwonimy za godzinę albo dwie, kiedykolwiek będzie to możliwe. Grzecznie zapytajmy czy taka godzina tej osobie odpowiada. Nie zapomnijmy zapytać o imię dzwoniącego oraz numer telefonu, pod który należy oddzwonić.

Nigdy nie prośmy, aby pracodawca zadzwonił drugi raz kiedy indziej. Nigdy nie bądźmy niegrzeczni i zniecierpliwieni przez telefon. Teoretycznie to nam zależy na nowej pracy i to my o pracę się staramy. Pracodawcy szukają osób, które nie tylko mają kwalifikacje zawodowe i będą w stanie dobrze wykonywać swoją pracę, ale też takich, które będą pasować do zespołu i z którymi innym dobrze będzie się współpracować. Arogancki ton przez telefon, nieodpisywanie na emaile, nieoddzwanianie, może świadczyć o tym, że w przyszłości współpraca nie będzie łatwa.

Rozmowę kwalifikacyjną zaplanujmy. Przygotujmy się do niej. Znajdźmy jak najwięcej informacji o pracodawcy, jego wymaganiach, stylu pracy. Przygotujmy właściwy strój na rozmowę o pracę. Sprawdźmy wcześniej dojazd do miejsca rozmowy kwalifikacyjnej i parking. Na rozmowę kwalifikacyjną nie powinniśmy przyjechać spóźnieni. Warto wcześniej zaplanować sobie dzień, tak, aby to spotkanie było jednym z najważniejszych punktów tego dnia w kalendarzu i aby mieć wystarczająco czasu, aby na to spotkanie dojechać. Na rozmowę kwalifikacyjną należy przyjechać 10 minut wcześniej. Niewskazane jest pojawienie się godzinę czy pół godziny przed. Pracodawca może mieć w tym czasie inne spotkania albo zobowiązania, a nasza wcześniejsza obecność może być niezręczna.

W trakcie rozmowy o pracę pracodawca w ciągu kilku minut musi ocenić, czy jesteśmy właściwym kandydatem na oferowaną pozycję, czy mamy wystarczająco dużo doświadczenia albo wystarczające umiejętności, aby dobrze wykonywać powierzone zadania, a także czy jesteśmy pracowici, ambitni, chętni do podjęcia wyzwań, do nauki nowych rzeczy i dobrej współpracy w zespole. To od kandydata zależy, jak zaprezentuje się przyszłemu pracodawcy.

Najczęściej rozmowa kwalifikacyjna rozpoczyna się od pytania – “powiedz nam o sobie”. To pytanie brzmi banalnie prosto, niemniej jest wstępem do kolejnych pytań. W tym pytaniu pracodawcę nie interesuje, ile mamy lat, kiedy przyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, jak wygląda nasza rodzina, sytuacja materialna czy osobista, perypetie czy codzienne wyzwania oraz jakie jest nasze hobby. W tym pytaniu chodzi o to, abyśmy w ciągu 3-4 minut opowiedzieli o naszych dokonaniach i zainteresowaniach zawodowych, a także o dotychczasowej ścieżce kariery.

Jeżeli nasza odpowiedź na to pytanie zaciekawi przyszłego pracodawcę, to jest to dobry wstęp do bardziej szczegółowej rozmowy.

Zachęcam wszystkich poszukujących pracy i zmieniających ścieżkę kariery do uaktualnienia resume oraz wyćwiczenia odpowiedzi na niby proste, a jednak konkretne pytanie padające z ust rekrutera bądź przyszłego pracodawcy – “powiedz nam coś o sobie…”

Anna Tukiendorf-Wilhite
dyrektor TTI Medical Training School,
prezes Polish Women in Business 
Tel. 773-774-2222

W poprzednim tygodniu zostaliśmy porzuceni w poczuciu pewnego niepokoju, jaki został w nas zasiany przez postawione wtedy pytanie:

Co zatem rządzi ludzkim losem? Chciwość i egoizm? Trudno mieć złudzenia i udawać, że tak nie jest w świecie rządzonym przez wielkie, ponadnarodowe korporacje, których jedynym celem jest kreowanie ciągle rosnącego zysku.

„Człowiek odczuwa wstręt do trudu i cierpienia. Tymczasem natura skazuje go na cierpienie z powodu niedostatku, jeśli nie podejmie trudu pracy. Pozostaje mu zatem jedynie wybór pomiędzy tymi dwiema nieprzyjemnymi rzeczami. Co zrobić, żeby ich obu uniknąć? Jest tylko jeden sposób, i nie będzie innego: korzystać z pracy bliźnich”(za: Łukasz Chojnacki).

Jak to się robi i jakie to ma skutki? Pisze o tym Thomas Piketty w książce „Kapitał w XXI wieku”:

„Regulacja współczesnego globalnego kapitalizmu opartego na dziedziczeniu, reorientacja dwudziestowiecznego modelu fiskalnego i społecznego (…) nie wystarczą (…). Dwie najważniejsze XX-wieczne instytucje (…) w przyszłości muszą znów zacząć odgrywać rolę priorytetową: państwo socjalne i progresywny podatek dochodowy. Jeśli demokracja ma odzyskać kontrolę nad globalnym kapitalizmem, musi odkryć nowe instrumentarium na miarę współczesnych wyzwań. Idealnym narzędziem byłoby tu mające zasięg globalny progresywne opodatkowanie kapitału, idące w parze ze zwiększeniem przejrzystości na światowych rynkach. Dzięki takiemu opodatkowaniu moglibyśmy uniknąć niekończącej się spirali nierówności, kontrolując przy tym budzącą nasz niepokój dynamikę globalnej koncentracji kapitału”. (Piketty s. 515)

Mam wrażenie, że Piketty bliski jest w tym koncepcie modelowi społecznemu, który możemy oglądać w filmie zrealizowanym w oparciu o genialną powieść Umberto Eco „Imię róży” – mamy tam imponująco sfilmowaną scenę, w której z bogatego klasztoru, który ma wszelkie znamiona średniowiecznego zamku, wyrzuca się pomyje i wszelkie reszki wprost na tłum czekającej na to biedoty, zamieszkującej podzamcze.

Społeczeństwa współczesne, mimo posiadania nieskończonej ilości gadżetów elektronicznych, mnóstwa taniego pokarmu bazującego na modyfikowanej genetycznie kukurydzy i soi oraz powszechnego dostępu do informacji przez praktycznie nieustanne „podłączenie” do sieci, coraz bardziej przypominają średniowieczny model relacji międzyludzkich, z zamkiem w centrum i bogatymi, którzy w tym zamku rezydują oraz biedotą, która na tych mieszkających w zamku pracuje.

Jeśli prześledzimy ostatnie dane dotyczące dystrybucji bogactwa w USA to wyraźnie widać, że coraz mniejszy procent obywateli posiada coraz większą część tak zwanego produktu narodowego. Jak napisał profesor William Domhoff w artykule „Wealth, Income and Power” dokładnie 1% najbogatszych skupia w swoich rękach 34.6% bogactwa USA. Wystarczy obejrzeć dokumentalny film „Inside job”, żeby wpaść w wielodniową depresję między innymi z tego powodu.

Wprawdzie nie mamy już bajecznie bogatych książąt i potwornie biednych wieśniaków, ale mamy za to około stu osób, które są w posiadaniu połowy światowego bogactwa. Tak przynajmniej twierdzi jeden z raportów Swiss Bank.

Trudno odmówić stoikom racji, gdy mówili, że świat charakteryzuje się wieczną powtarzalnością. Nie doskonalimy się i nie wznosimy spiralnie, przechodząc na wyższe poziomy rozwoju, ale drepczemy stale w tym samym zaklętym kółku, mając jedynie złudne wrażenie postępu i zmian na lepsze.

„Koniecznie należy dostrzec spory w Stanach Zjednoczonych transfer dochodu krajowego (rzędu 15 punktów procentowych, licząc od lat 80. ubiegłego wieku) – 90% biednych utraciło dochody na rzecz 10% najbogatszych. Jeśli uważnie przyjrzymy się wzrostowi gospodarczemu Stanów Zjednoczonych (…) od 1977 do 2007 roku, to nie unikniemy konstatacji, że 10% ludzi najbogatszych zawłaszczyło jedną trzecią tegoż wzrostu.” (Piketty s. 297)

Jak pisze Zygmunt Bauman w „To nie jest dziennik”:

„Amerykanie nie podchodzą uczciwie do problemu strukturalnych przemian w gospodarce, które zapewniły najbogatszym jeszcze większe, bajeczne wprost bogactwa, obniżając równocześnie standard życia klasy średniej i całkowicie degradując ubogich. Ani demokraci, ani republikanie nie opracowali realistycznej strategii, która pozwoliłaby odwrócić ten zatrważający proces”. ( s.31)

Skorumpowane, mafijne działania polityków, prawników i pospolitych przestępców są wszechobecne. Polityka to tylko i wyłącznie bezwzględne dążenie do władzy, celem życia polityków jest utrzymanie tejże za wszelką cenę. Prawo nie ma kompletnie nic wspólnego ze sprawiedliwością, a prawnicy procesują sprawy w taki sposób, by ugrać dla siebie jak najwięcej pieniędzy. Jedyne, co się liczy w tym świecie, to bezwzględne dążenie do zysku, coraz większej władzy, kariery i potężnych wpływów. Nie ma znaczenia czy jest to senator USA, sędzia, gubernator czy burmistrz – wszyscy oni są głęboko unurzani w szambie zwanym „władzą” w trzech jej definicyjnych „gałęziach”.

Demokracja zawsze była strukturą bardzo wrażliwą i podatną na manipulacje i deformacje. Wymaga nieustannego „czuwania” poszczególnych obywateli i organizacji ich zrzeszających, by móc te odkształcenia przywracać do normy. Jak już zresztą pisałem, wszyscy w jakiś tajemniczy i pewnie podświadomy sposób, mamy zakodowane pragnienie efektywnego działania demokracji, czego idealnym wyrazem może być popularność – o dziwo! – powieści sensacyjnej. Jak się okazuje, paradoksalnie, powieść kryminalna, sensacyjna, thriller, czy jakkolwiek ją nazwiemy, stanowi panaceum na nasze lęki. Dlaczego? Ponieważ opisując stan rozchwiania rzeczywistości (morderstwa, zamachy, gwałty, terror) pozwala nam wierzyć, że jakoś, mniej lub bardziej, możemy wierzyć, że owa rzeczywistość po owych perturbacjach wróci do normy. Przestępcy, mordercy, gwałciciele i terroryści zostaną złapani, oskarżeni, potępienie i przykładnie ukarani – nawet jeśli nie w wyniku wzorcowego procesu sądowego, to poprzez działania tych, którzy nas bronią (policjanci, inspektorzy, detektywi, szpiedzy, agenci prywatnych i państwowych instytucji bezpieczeństwa publicznego). Możemy zatem mieć wrażenie, a nawet poczucie, pewnego stanu bezpieczeństwa. Możemy pokładać w owych powieściowych historiach nadzieję, że strach, a nawet przerażenie, jakie nas ogarnia w naszej codzienności jest do opanowania. Są przecież instytucje, są ludzie, na których można polegać w sytuacjach zagrożenia. Dzięki nim dobro, nawet jeśli tylko częściowo, jakoś w końcu pokonuje zło - możemy się więc mniej bać!

Pozostaje oczywiście pytanie czy rzeczywiście? A jeśli tak, to na ile? Biorąc pod uwagę ostatnią sensację wydawniczą, czyli „Ogień i furię – Biały Dom Trumpa”, można mieć co do tego znacząco zmieszane wrażenia.

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 350

CALIFORNIA BUNGALOW – kalifornijski bungalow: kalifornijska wersja domu w stylu bungalow; niewielki dom parterowy o prostej konstrukcji, popularny w pierwszej połowie XX wieku; cechy charakterystyczne to m.in. łagodnie opadający dwuspadowy dach z szerokimi okapami, mała frontowa weranda (front porch), oraz główne wejście prowadzące bezpośrednio do pokoju dziennego wyposażonego w kominek; dom o bardzo skromnym wyglądzie w porównaniu z klasycznym murowanym bungalow typowym dla Chicago.

CALIFORNIA RANCH – kalifornijski dom parterowy / kalifornijski dom w stylu ranczo: kalifornijska wersja domu, który stał się najbardziej popularnym stylem po II Wojnie Światowej w zachodniej części USA w latach gwałtownego wzrostu budowlanego; cechy charakterystyczne to m.in.: jedna niska kondygnacja, łagodnie opadający dach (low-pitched roof), oraz przesuwane okna (sliding windows).

CAPE COD HOUSE – dom jednorodzinny typu „cape cod”: rodzaj domu, który wywodzi się z Nowej Anglii, z terenów dzisiejszego Massachusetts, zawdzięczający swoją nazwę półwyspowi Cape Cod (w dosłownym tłumaczeniu „Przylądek Dorsza”), najdalej wysuniętej na północny wschód części USA; charakterystyczne cechy typowego cape cod to m.in. niewielki rozmiar, symetryczność, dwuspadowy stromy dach, główne wejście w środku, oraz komin znajdujący zwykle na środku grzbietu dachu.

CAM (common area maintenance) – utrzymanie wspólnego terenu: opłaty za utrzymanie terenu i elementów nieruchomości, z których korzystają wszyscy mieszkańcy, obejmujące koszty utrzymania wspólnego parkingu, korytarzy, wind, jak również koszty odśnieżania, utrzymania trawników, itp.

CAM cap – limit udziału w utrzymaniu wspólnego terenu: ustalona maksymalna kwota, którą płaci lokator nieruchomości komercyjnej za swój udział w utrzymaniu wspólnego terenu.

CAPITAL EXPEDITURES – wydatki inwestycyjne: w odróżnieniu od wydatków operacyjnych (operating expenses) obejmujących wydatki na naprawy, wydatki inwestycyjne obejmują ulepszenia nieruchomości komercyjnej, które będą miały trwałość dłuższą niż jeden rok, np. nowy dach, budowa nowego garażu lub parkingu, wymiana ogrodzenia, rozbudowa budynku, itp.

CAPITAL GAIN – zysk kapitałowy: zysk uzyskany ze sprzedaży aktywów, np. sprzedaży nieruchomości.

CAPITAL GAINS TAX EXCLUSION – zwolnienie podatkowe od zysków kapitałowych: w przypadku sprzedaży nieruchomości, rząd federalny udziela zwolnienia podatkowego od zysków kapitałowych do sumy $500,000 dla małżeństw (do $250,000 dla osób rozliczających się samodzielnie) pod warunkiem, że sprzedana nieruchomość stanowiła główne miejsce zamieszkania (principal residence) właścicieli / właściciela przez dwa z ostatnich pięciu lat.

CAPITALIZATION RATE (w skrócie: cap rate) – stopa kapitalizacji: stopa zwrotu z inwestycji służąca do określenia wartości kapitałowej strumienia dochodu (income stream), obliczana na podstawie zysku operacyjnego netto (net operating netto) oraz wartości nieruchomości. Np. nieruchomość o wartości $400k z zyskiem operacyjnym netto $40k rocznie posiada stopę kapitalizacji 10%. Stopa kapitalizacji znajduje zastosowanie w metodzie wyceny nieruchomości opartej na analizie dochodów (income approach), gdzie wykorzystuje się następujący wzór matematyczny: Roczny zysk operacyjny netto (annual net operating income) ÷ stopa kapitalizacji (capitalization rate) = wartość (value).

CASH FLOW – przepływ gotówki / przepływ pieniężny: w branży nieruchomości dochodowych, przepływ gotówki oznacza okresowe wpływy pieniężne, którymi dysponuje inwestor po odliczeniu wszystkich kosztów operacyjnych (operating expenses) oraz kosztów obsługi zadłużenia (debt service). Before-tax cash flow to przepływ pieniężny przed odliczeniem podatku dochodowego, natomiast after-tax cash flow oznacza przepływ gotówkowy po potrąceniu podatku dochodowego. Negatywny przepływ pieniężny (negative cash flow) występuje w sytuacji, kiedy nieruchomość komercyjna nie przynosi wystarczającego dochodu na pokrycie kosztów operacyjnych i obsługi zadłużenia.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645       
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.        
Web: www.CaretRealty.com

W kwietniu minęły kolejne rocznice początku oraz końca wojny secesyjnej – największego konfliktu wewnętrznego, który wstrząsnął Stanami Zjednoczonymi. Po ponad 150 latach spór Północ-Południe jest wciąż obecny w amerykańskim życiu społecznym.

USA po odzyskaniu niepodległości pod koniec XVII wieku rozwijały się po cichu, ale intensywnie. Wielkie konflikty zbrojne (pomijając wojnę z Wielką Brytanią w 1812 roku, w czasie której spalono Waszyngton) nie dotykały ich, mniejsze wojny i wojenki – z Indianami czy Meksykiem – toczyły się na pograniczach wciąż rozwijającego się państwa.

Wielka historia – wojny napoleońskie, rewolucje, tworzenie się imperiów – była domeną Europy. To jednak za Oceanem wykuwała się nowa potęga gospodarcza. Rewolucja przemysłowa, która rozpoczęła się w Wielkiej Brytanii, dotarła wreszcie do Stanów. Sprzyjało jej niemalże wszystko – bogactwa naturalne, ogromne przestrzenie, chłonny rynek, duże miasta oraz dostęp do pracowników wywodzących się spośród imigrantów, którzy przybywali na zachodnią półkulę w poszukiwaniu lepszego losu. Przemianom gospodarczym towarzyszyły wielkie inwestycje infrastrukturalne, w tym przede wszystkim budowa kolei. Gdzieś w tym tworzyło się amerykańskie „nowe społeczeństwo”, na którego polityczną specyfikę zwracał uwagę jeden z najwybitniejszych obserwatorów polityki pierwszej połowy XIX wieku, Alexis de Tocqueville.

Rozwój gospodarczy dał impuls amerykańskiej gospodarce, ale jednocześnie utrwalał jej zróżnicowanie, mające swój wymiar geograficzny. Północ, z Nowym Yorkiem, Bostonem i Filadelfią oraz zapleczem górniczym w Appalachach szybko rozkwitała przemysłowo, zaludniała się i bogaciła na nowoczesnej produkcji. Zmieniały się tam też stosunki społeczne, gdyż w przemysłowych miastach mniej trwałe były bariery klasowe, większe było znaczenie imigrantów, gospodarka była zaś ogólnie intensywna. Zupełnie inaczej było na Południu, w obydwu Karolinach, Georgii, Alabamie czy Luizjanie. Tam podstawą gospodarki była uprawa roślin produkcyjnych – tytoniu, cukru czy przede wszystkimi bawełny – na wielkich plantacjach. Eksport bawełny, kluczowego surowca w rozwijającym się (również w Europie) przemyśle tekstylnym zapewniał jej producentom stały zysk i jednocześnie wzmacniał dawne struktury klasowe – to na południu zachowały się tradycje „amerykańskiej szlachty”, czyli posiadaczy ziemskich, o ugruntowanej pozycji, wiodących życie gospodarza oraz ewentualnie żołnierza. Podstawową siłą roboczą tak prowadzonej ekstensywnej gospodarki, niewymagającej dużych kwalifikacji, było niewolnictwo, oparte na ludności pochodzenia afrykańskiego. Polityka celna (chronienie amerykańskiego przemysłu od produkcji europejskiej) uderzała w południowców, dla których dotkliwy stawał się odwet Europy ograniczającej zakup bawełny.

Na napięcia społeczno-gospodarcze nakładały się dwie wizje ustrojowo-polityczne. Podstawowe pytanie, które stawiali sobie amerykańscy Ojcowie Założyciele w momencie narodzin Stanów Zjednoczonych, brzmiało: jak silny powinien być rząd centralny (federalny), na ile zaś większość decyzji politycznych powinno zapadać na szczeblu poszczególnych stanów. Warto zresztą dodać, że tradycyjnie już spór toczył się o samo rozumienie pojęcia „stan” – w końcu angielskie „state” oznacza również nie mniej nie więcej jak „państwo”. Czy pierwsze kolonie, takie jak Massachusetts, Pensylwania, Karolina Południowa czy Wirginia, były może samodzielnymi państwami, które tylko zjednoczyły się we wspólnej Unii (a wcześniej Konfederacji!) po to, by prowadzić wspólną politykę zagraniczną i wojskową? Interpretacja ta miała (i wciąż ma) swoich zwolenników, a spór między federalistami a antyfederalistami trwa od początku XIX wieku aż do czasów współczesnych (choć partie zmieniają się stronami).

W powszechnym mniemaniu wojna secesyjna wybuchła z powodu sporu o niewolnictwo – „złe” Południe, opierające się na pracy robotników przymusowych na plantacjach, miało być przeciwnikiem tego rozwiązania, zaś „dobra” Północ miała bezinteresownie chcieć uwolnić zniewoloną ludność czarnoskórą. Oczywiście, dziesiątki lat przed wybuchem konfliktu spór między zwolennikami niewolnictwa a jego przeciwnikami (abolicjonistami) był bardzo w Stanach Zjednoczonych silny, a szczególnie rozpalał się przy okazji buntów niewolników (takich jak tzw. powstanie Nata Turnera w 1831 roku). Abraham Lincoln, republikański kandydat na prezydenta w 1860 roku i zwycięzca elekcji, był przeciwnikiem niewolnictwa, chociaż wiadomo też, że był gotów ratować jedność państwa nawet kosztem poprawy losów ludności czarnoskórej. Jedyną zmianą prawną w okresie przed wybuchem wojny był zakaz ustanawiania niewolnictwa na tzw. „terytoriach”, a więc obszarach na pograniczu, które nie były jeszcze formalnie stanami. Zastrzeżono jednak, że każdy z dotychczasowych stanów ma prawo zachować swoje zasady w tej materii.

Południe, coraz silniej separatystyczne, zniechęcone do federalizmu i Lincolna oraz chcące rządzić się samodzielnie, poczuło się jednak zagrożone interwencją z zewnątrz w swój ustrój. 20 grudnia 1860 roku Karolina Południowa wystąpiła z Unii, a w kolejnych tygodniach dołączyły do niej Missisipi, Floryda, Alabama, Georgia, Luizjana i Teksas. Powstały Skonfederowane Stany Ameryki na czele z prezydentem Jeffersonem Daviesem, a 12 kwietnia 1861 roku, wraz z ostrzałem Fortu Sumter zajętego przez wojska federalne, zaczęła się wojna secesyjna. USA zostało przełamane na pół...

Tomasz Leszkowicz

Sahara, środa 8 listopada 2017

Dzisiaj, w drodze wyjątku, budzimy się przed 5 rano, kiedy na zewnątrz panują jeszcze egipskie ciemności. Obok namiotów czekają już spętane i osiodłane wielbłądy, które za chwilę poniosą nas poprzez wydmy na majaczące w oddali szczyty. Ciepło odziani wskakujemy na grzbiety i w rytmicznym kołysaniu podążamy w stronę najwyższego wzniesienia, skąd - punktualnie o 6:38 - będziemy podziwiać wschód słońca. Wyraźnie jaśnieje, zatrzymaliśmy się na wierzchołku potężnej wydmy wznoszącej się 150 metrów ponad płaskim terenem usianym czarnymi kamieniami. Zeskakujemy z siodeł, dotykamy zimnego piasku. Wokół nas rozpościera się falujące "morze" wydm. Zamyślam się nad pustyniami świata, tak w ogóle... pustynię definiuje bowiem znikoma ilość opadów, a nie rodzaj podłoża. Większość z nas utożsamia bowiem pustynię z piaszczystymi wydmami. Mało kto jednak wie, że większość pustyń na świecie tworzą kamienie a tylko gdzieniegdzie występują piaski.

Ze szczytu wydmy spoglądam w kierunku wschodzącego słońca. A więc tak wygląda Sahara... sięga od stoków gór Atlasu widocznych za moimi plecami aż do Morza Czerwonego, w prostej linii około sześć tysięcy kilometrów! Z północy na południe, czyli od wybrzeży Morza Śródziemnego po Senegal, środkowy Niger i Czad mierzy około dwóch tysiecy kilometrów. Jest to największa na Ziemi pustynna kraina o powierzchni ponad siedmiu milionów kilometrów kwadratowych! Opady są tutaj skąpe, ze średnią roczną od kilku milimetrów do 100-200 mm w górach i na marokańskich krańcach pustyni. Pod Saharą występują jednak wody, zwane artezyjskie, a w miejscach zalegania płytkich wód gruntowych istnieją oazy. Tylko dwie rzeki, Nil i Niger przecinają Saharę, ale na jej obszarze znajdują się też liczne suche doliny wadi, które raz na kilka lat mogą wypełnić się wodą podczas gwałtownych lecz krótkotrwałych deszczów. W takim klimacie trudno jest oczekiwać bogatej roślinności, a jednak podczas jazdy na wiebłądzie zauważyłem sporo kolczastych krzewów i liczne kępki traw. Gdzieniegdzie można spotkać dzikie oliwki, pistacje i oleandry, w oazach pospolite są palmy daktylowe.

Dobowe i roczne wahania temperatury są znaczne, od plus 58 stopni Celsjusza po siarczysty mróz, na niektórych pustyniach nawet do minus 40 stopni!

Na Saharze występują wszystkie typy pustyń; skalne - hamady, żwirowe - seriry, i te najbardziej fotogeniczne, piaszczyste - ergi. Stoimy właśnie na wielkiej wydmie, wznoszącej się 150 metrów ponad otoczeniem, robi wrażenie, chociaż miałem okazję podziwiać wydmy wyższe, na pustyni Namib sięgające 380 metrów. Dla porządku muszę tutaj dodać, że najwyższe wydmy piaszczyste na świecie przekraczają tysiąc metrów i znajdują się - niespodzianka - w Argentynie oraz w Peru! Wydmy to piaszczyste wzniesienia usypane przez wiatr, a gdyby się im tak dokładniej przyjrzeć, to wykazują wyraźną asymetrię. Stoki dowietrzne są łagodne, po nich wiatr przesuwa ziarna piasku, tocząc je w górę. Stoki odwietrzne są strome, gdyż po nich piasek opada w dół pod wpływem grawitacji. Nieustanne nawiewanie i opadanie piasku powoduje oczywiście przesuwanie się wydm, nadające im często fantazyjne kształty. Znamy wydmy sierpowate i paraboliczne, z ramionami zwróconym pod wiatr lub też w jego kierunku, spotykamy wydmy piramidalne, gwiaździste i kopulaste, podłużne i poprzeczne. Dodajmy do tego rozmaite wysokości, zróżnicowany kolor piachu i grę słonecznego światła na ich krawędziach o poranku, a otrzymamy wytłumacznie na miłość do wydm wielu artystów fotografików. 

Właśnie wschodzi słońce ukazując wielkość i bogactwo kształtów piaszczystych form. Panorama wokoło uświadamia, że jest gdzie połazić, wczoraj widziałem nawet kilkoro turystów zjeżdżających wieczorem z wydm na kładach. Można i tak, ale jednak wielbłąd pozostaje klasyką, ofertą nie do odrzucenia. W milczeniu rozglądamy się uważnie dookoła, tak właśnie wygląda największa i najsłynniejsza pustynia świata, ta z czytanych w dzieciństwie książek, z fimów o szejkach i z barwnych opowiadań podróżników. Czas upływa nieubłaganie, pora wracać do obozowiska.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.

Wiosna, a więc tradycyjnie, bo czynię to każdego roku o tej porze, postanawiam zregenerować nieco organizm. Czasu mam niewiele, bo zwykle po kilkunastu dniach świadomie zapominam o zdrowotnych planach na rzecz niezdrowego, ale przyjemnego czerpania pełnymi garściami z bogatej oferty żywieniowo-rozrywkowej, jaka mnie otacza.

Właściwie każdego roku wszystko muszę zaczynać od początku. Bo w okresie tych kilku zimowych miesięcy pojawiają się setki nowości, zmieniają się teorie dotyczące zdrowego trybu życia, zaczynają obowiązywać nowe mody. To wszystko sprawia, że w uzdrawianiu samego siebie nie posuwam się ani o milimetr. Mam wręcz wrażenie, że te próby mi szkodzą.

Przykład. Jeszcze niedawno bardzo zdrowe, choć wymagające konsultacji z lekarzem, były szybkie sprinty na krótkich dystansach i dźwiganie wielkich ciężarów. Zmuszaliśmy w ten sposób organizm do dużego wysiłku, który w procesie regeneracji był w stanie odbudować nowe, lepsze tkanki, co z kolei miało mieć zbawienny wpływ na nasze samopoczucie. Podobno, bo nigdy tak naprawdę żelastwa nie przerzucałem. Słyszałem jednak, iż poruszona w nas krew dotleniała komórki, również mózgowe. Nie od razu, proces ten zajmował chwilę, która oznaczała zwykle cierpienie, ból mięśni i stawów, a także lekkie otępienie umysłowe. Wiele osób już na tym etapie porzucało ambitny plan regeneracji ciała z myślą „a po cholerę mi to”.

Potem była zima, gdy zamknięci w klimatycznie kontrolowanych pomieszczeniach brodaci naukowcy i specjaliści od marketingu obmyślali nowy sposób na zdrowie. Przychodziła wiosna i okazywało się, że w tym sezonie powinniśmy raczej spacerować, bo to nie obciąża niepotrzebnie organizmu, a ciężary to raczej zostawmy w spokoju. By nam uprzyjemnić wiosenne spacery różne firmy oferowały sprzęt w nich pomocny, od fosforyzujących butów, po parasolki z mocowaniem na kubek z kawą, a także aplikacje telefoniczne mierzące ciśnienie, potliwość dłoni i długość kroku.

Jednak wysiłek fizyczny, nawet ten symboliczny, nie jest dla każdego. Moda ostatnich lat to przede wszystkim diety, których głównym elementem jest unikanie niezdrowej żywności i spożywanie tej lepszej, naturalnej, organicznej. Tu mamy znacznie większy problem niż podczas wyboru pomiędzy biegiem, a powolnym marszem. Tu musimy zaufać specjalistom, bo sami w najmniejszym stopniu nie jesteśmy w stanie ocenić przydatności oferowanych produktów i metod.

Zdrowa, lepsza żywność ma być produkowana w sposób naturalny. Bez ingerencji środków grzybo- i owadobójczych, modyfikacji genetycznych i sztucznych nawozów. Wtedy pszenica ma wysokość drzew w stuletnim lesie, a buraki są większe od arbuzów. A może odwrotnie... Modyfikacja kodu genetycznego roślin to zabieg jakiejś grupy pragnącej zniszczyć rodzaj ludzki, prawdopodobnie kosmitów. Samo zaś nawożenie gleby uprawnej może być tylko porównane do nieistniejącego arsenału chemicznego dawnego Iraku. Określenia typu pestycydy czy konserwanty wymieniane są obok zombie, wilkołaków, bankierów i polityków jako największe zło świata.

Nie twierdzę, że tak nie jest. Jestem przekonany wręcz, że powinniśmy spożywać wszystko świadomie. Wydaje mi się jednak, że czasami posuwamy się trochę za daleko. W wielu przypadkach tzw. zdrowa żywność nie jest bowiem wcale tym, czym być powinna. Sporo osób wykorzystuje obecną modę w sposób bezwzględny. Jako przykład weźmy... ryby. Lubię je, choć nigdy nie zjem tilapii, bo ta dostępna w naszych sklepach zwykle hodowana jest w brudnych, przemysłowych stawach Tajlandii. Podobne opory mam wobec łososia o pięknym pomarańczowym mięsie. Hodowane w wielkich klatkach zanurzonych w naturalnych zbiornikach odżywiają się granulatem wsypywanym dwa razy dziennie przez człowieka, podobnie zresztą jak wspomniane przed chwilą tilapie. Granulat ten składa się głównie ze zmielonych odpadów z ferm kurzych i innych fabryk mięsa, zmieszanych z mączkami pośledniej jakości roślin pastewnych i barwnikami nadającymi ten piękny kolor. Nie ma tam jednak pierwiastków metali ciężkich i substancji wpisanych na listę środków zakazanych. W związku z czym można takie hodowle nazwać organicznymi. Dziki łosoś, którego mięso ma barwę różowo czerwoną od zjadanych skorupiaków, nie może być produktem organicznym. Nikt bowiem nie jest w stanie stwierdzić, że w swym życiu nie zjadł czegoś szkodliwego, na przykład odwiedzając wody w okolicach Nowego Jorku. Organiczny jest również pomidor hodowany na dachu garażu przy ulicy Lawrence w ramach programu „Zielone miasto” To nic, że ulicą poniżej przejeżdża każdego dnia kilka tysięcy samochodów, że podlewane są deszczówką powstałą nad aglomeracją liczącą kilka milionów mieszkańców, posiadającą tyle samo pojazdów spalinowych, kilkaset fabryk i kilka elektrowni. Ogrodnik nie dodał do gleby środków zawierających ołów i pestycydy. Więc są organiczne.

Tu może się wielu osobom narażę, ale podejrzliwy jestem też wobec tzw. produktów Amishów. Niewielka grupa ludzi funkcjonująca poza cywilizowanym społeczeństwem, która nie korzysta z takich osiągnięć jak prąd, kanalizacja, czy pojazdy spalinowe. Wielokrotnie zastanawiałem się, w jaki sposób ta naprawdę mała społeczność jest w stanie zaopatrzyć w kurczaki i jaja co drugi sklep spożywczy w Stanach Zjednoczonych. Czy ktoś próbował sobie wyobrazić, jakiej wielkości fermy musiałyby na ich terenie funkcjonować? A jeśli nawet, to kto uwierzy, że te miliony sztuk drobiu i jaj produkowane są w sposób naturalny, czyli bez klatek i środków przeciw chorobom? Jeśli wszystkie kury Amishów chodzą wolno i żywią się robaczkami z ziemi, to w celu zaopatrzenia mieszkańców tylko naszej aglomeracji musiałyby chyba zająć powierzchnię porównywalną z powiatem Cook.

Gubię się nieco w tych wszystkich informacjach i w związku z tym wstrzymuję przed wstąpieniem na ścieżkę zdrowia. A czasu coraz mniej. Dbając o swój organizm apeluję, by w końcu ludzkość ustaliła jedną, jedyną, słuszną i w miarę prawdopodobną listę nadającej się do spożycia żywności. Najlepiej w okresie najbliższych kilkunastu dni.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 349

BAIT AND SWITCH – reklama przynęta z zamianą: nieuczciwa taktyka marketingowa polegająca na reklamowaniu usługi lub produktu po bardzo atrakcyjnych cenach, które działają jak „przynęta” (bait) jedynie w celu przyciągnięcia uwagi klientów. Kiedy klient wyraża zainteresowanie kupnem, wtedy reklamodawca dokonuje zamiany (switch) na ofertę usług lub produktów po wyższych cenach.

BALANCE DUE – niespłacona kwota pożyczki: główna kwota pożyczki (principal) pozostająca do spłacenia, która nie obejmuje odsetek i ubezpieczenia oraz innych opłat.

BALANCE SHEET – zestawienie bilansowe: dokument finansowy przedstawiający zestawienie aktywów i pasywów przedsiębiorstwa, czyli jego zasobów i zobowiązań, określający wartość netto danego biznesu.

BASEBOARD – listwa przypodłogowa: ozdobna listwa biegnąca nad dole ścian prostopadle do podłogi, przykrywająca szczelinę pomiedzy ścianami a podłogą.

BEARING WALL – ściana nośna: ściana podtrzymująca swoją wagę jak również wagę innych części struktury budynku, np. ściana podtrzymująca wagę dachu lub piętra.

BEDROOM – sypialnia: aby pomieszczenie w budynku mieszkalnym mogło być uznane za sypialnię, musi spełniać następujące kryteria, które mogą nieznacznie różnić się w zależności od lokalnych przepisów budowlanych: A. minimalna powierzchnia 70-80 stóp kwadratowych, B. minimalna odległość w jakimkolwiek kierunku nie może być mniejsza niż 7 stóp, C. dwa sposoby wyjścia (two ways of egress) – drzwi oraz okno, D. minimalna wysokość 7 stóp, E. okno powinno się otwierać na minimum 5.7 stóp kwadratowych, F. z możliwością ogrzewania i chłodzenia pomieszczenia. (Źródło informacji: www. Realtor.com – What Is a Bedroom? Make Sure You Know the Legal Requirements – Co to jest sypialnia? Upewnij się, że znasz prawne wymagania). 

BEFORE TAX INCOME – dochód przed podatkiem: dochody osoby fizycznej lub przedsiębiorstwa przed opodatkowaniem.

BID – oferta: oferta kupna nieruchomości za określoną kwotę zgłoszona na aukcji.

BILATERAL CONTRACT – kontrakt dwustronny: umowa obowiązująca obydwie strony kontraktu.

BI-WEEKLY MORTGAGE – pożyczka hipoteczna z ratami co dwa tygodnie: rodzaj pożyczki hipotecznej, w której spłaty są uiszczane co dwa tygodnie zamiast co miesiąc, zmniejszając w ten sposób znacznie sumę należnych odsetek i skracając termin pożyczki.

BONUS TO SELLING AGENT (w skrócie BTSA) – bonus dla agenta nabywcy: dodatkowe wynagrodzenie dla agenta reprezentującego nabywcę nieruchomości, stanowiące zachętę dla agentów do pokazywania danej nieruchomości potencjalnym klientom, zwykle oferowane w początkowym okresie marketingu nieruchomości w celu szybkiego uzykania oferty kupna.

BREACH OF CONTRACT – naruszenie kontraktu: naruszenie kontraktu przez jedną ze stron umowy poprzez niewywiązanie się z zobowiązań, np. poprzez niedotrzymanie terminów umowy, niewywiązanie się z obietnic finansowych, itp.

BROKERAGE – pośrednictwo: w branży nieruchomości oznacza pośredniczenie w sprzedaży i kupnie nieruchomości poprzez reprezentowanie sprzedających i nabywców w zamian za prowizję (commission) stanowiącą określony procent od kwoty transakcji. 

BUSINESS OPPORTUNITIES – możliwości biznesowe: możliwość rozpoczęcia działalności biznesowej poprzez zakup przedsiębiorstwa, dokonanie inwestycji lub nabycie/najem sprzętu i pozwoleń umożliwiających prowadzenie danego biznesu.

BUSINESS PARK – park biznesowy: kompleks budynków biurowych znajdujących się na dużej przestrzeni przy głównej drodze.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645        
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com

Chrome 66 to najnowsza odsłona przeglądarki Google, która jest już dostępna na urządzenia z Windows, macOS i Linuksa. Program wprowadza kilka nowych funkcji, takich jak, łatwe eksportowanie zapamiętanych haseł czy nowy mechanizm dla Windows, który ma ostrzegać użytkowników po nagłym zamknięciu się programu, gdy było to wywołane przez oprogramowanie firm trzecich.

Najnowsza przeglądarka od Google wprowadza także zmiany związane z autoplayerami. Te będą automatycznie blokowane, jeśli filmy na stronach zawierają dźwięki, które nie są wyciszone. Warto jednak dodać, że jeśli w ciągu jednej sesji użytkownik raz odtworzy sam takie wideo, to kolejne będą włączane automatycznie.

Google postanowiło rozstać się także z certyfikatami firmy Symantec, dla których program traci zaufanie. Chrome 66 zawiera także 62 patche dla luk związanych z zabezpieczeniami, a ich szukaczom ponownie wypłacono tysiące dolarów.

Apple chce mieć coś na kształt Google News

Apple niedawno wykupiło Texture. To agregat newsowy, który pozwala użytkownikom na zasubskrybowanie ponad 200 magazynów za 9.99 dolara miesięcznie. Według doniesień Apple zaraz po wykupieniu zredukowało załogę Texture o 20%. Teraz zaś zamierza zintegrować tę technologię wraz ze swoim oddziałem Apple News.

Za nową odsłonę Apple News trzeba będzie zapłacić. Firma podaje, że część dochodów z subskrypcji ma trafić do wydawców danych magazynów. Kto jest bardzo przywiązany do ekosystemu Apple, ten jeszcze w tym roku będzie mógł zapewne skorzystać z takiej usługi.

Reszta ludzi prawdopodobnie pozostanie przy tradycyjnym wyszukiwaniu wiadomości albo korzystaniu z np. Google News. Apple obecnie sprzedaje subskrypcje na iCloud oraz Apple Music. Niedługo zatem dołączy do nich kolejna usługa - Apple News. Za jakiś czas użytkownicy iPhone'ów X czy innych modeli telefonów tej firmy będą mogli przeglądać na swoich urządzeniach newsy z całego świata. Trzeba będzie tylko za to zapłacić.

Facebook pozwany w sprawie nielegalnego zbierania danych biometrycznych

Ostatnio Facebook znalazł się pod sporym ostrzałem. Przede wszystkim Mark Zuckerberg musiał odpowiadać na pytania przed amerykańskim Kongresem ze względu na skandal dotyczący Cambridge Analytica. Teraz, jak się okazuje, firma została także oskarżona o nielegalne zbieranie danych biometrycznych.

Chodzi o technologię rozpoznawania twarzy. Facebook już w 2011 roku wprowadził w niektórych krajach, np. USA usługę, która pozwalała na automatyczne tagowanie osób na zdjęciach. Aby było to możliwe, Facebook zbierał dane biometryczne użytkowników - w końcu rozpoznawanie twarzy musiało się na czymś opierać. Jak nietrudno się domyślić, spowodowało to podjęcie kroków prawnych.

Już w 2015 roku grupa użytkowników pozwała Facebooka w tej sprawie. Dopiero teraz jednak pojawiły się jakieś konkrety. Facebook został pozwany przez grupę użytkowników ze stanu Illinois, dla których aplikacja stworzyła oraz przechowywała szablon twarzy. Firmie udało się przenieść sprawę z Illinois do San Francisco, ale i tam potwierdzono, że pozew zbiorowy był najlepszym wyjściem.

Facebook się nie poddaje i uważa, że sprawa ta nie ma żadnego podłoża. Firma podaje, że użytkownicy zawsze mają możliwość wypisania się z danej oferowanej przez Facebooka usługi. Podaje też, że jeśli ktoś nigdy nie został otagowany na Facebooku czy odznaczył się ze wszystkich zdjęć, firma nie może mieć na jego temat żadnych informacji. 

Nokia X

Nokia X to kolejny smartfon HMD Global, który zostanie zaprezentowany jeszcze w tym miesiącu. Finowie organizują konferencję dla mediów w Chinach, która odbędzie się dokładnie 27 kwietnia. Specyfikacja techniczna Nokii X pozostaje tajemnicą, ale przecieki sugerują, że będzie to propozycja ze średniej półki cenowej.

Nowa Nokia najpewniej dostanie procesor Qualcomma, który będzie wspomagany przez 6 GB pamięci RAM. Następnie 64 GB miejsca na dane i jest bardzo możliwe, że telefon dostanie ekran z wąskimi ramkami. Być może o proporcjach 18:9 czy podobnych. Na szczegóły trzeba będzie jednak poczekać.

Xiaomi zastanawia się nad kupnem GoPro

Jeszcze w tym roku okazało się, że GoPro wystawiło się na sprzedaż. Firma nie radzi sobie zbyt dobrze i najwyraźniej potrzebuje porządnego inwestora. Wśród zainteresowanych kupnem kultowej firmy produkującej kamerki znalazło się kilku ciekawych chętnych, w tym najnowszy chiński gigant smartfonowy, czyli Xiaomi.

Xiaomi znane jest głównie z produkcji smartfonów, np.Mi 6 czy Redmi 4a. Ale tak naprawdę firma ta dawno już rozwinęła swoje skrzydła. Produkują już wiele innych rzeczy, np. drony, oczyszczacze powietrza, plecaki, rowery elektryczne, roboty sprzątające czy wiele innych rzeczy. Nie dziwne jest zatem, że mogliby być zainteresowani kupnem GoPro. Firma znana jest z jakości wytwarzanego sprzętu, gorzej było natomiast z zarządzaniem biznesem.

Nie wiadomo kto jeszcze planował wykupienie GoPro, ale gdyby taki konkurs wygrało właśnie Xiaomi, byłaby to bardzo ciekawa sprawa głównie ze względu na wejście na rynek amerykański. Jest to jedyny duży rynek, na którym Xiaomi wciąż nie radzi sobie najlepiej i od dawna pracuje nad tym, by zainteresować amerykańskiego konsumenta.

Opracował: Daniel Odroniec               
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Trzeba jeszcze koniecznie dodać za Tuwimem: „panopticum i archiwum kultury” i możemy udawać się ze spokojem ducha w szalone rejony pomieszania z poplątaniem, a jest tegoż „białego i tego bzowego” mnóstwo wokół nas.

Jeśli, jakkolwiek, zaczniemy od pojedynczego ziarnka grochu, to raczej bez kapusty i bardziej pod prześcieradłem księżniczki, niż w tradycyjnej polskiej potrawie wigilijnej, a stąd już bardzo blisko do niesamowitego zbioru na nowo napisanych baśni i bajek Tahara Ben Jellouna. Oczywiście ta bliskość jest na tyle oczywista, na ile Andersen jest mylony z Perrault’em. Ta niesamowitość nie wynika rzecz jasna z samego przesłania takich bajek jak „Czerwony kapturek”, „Kopciuszek” czy „Sinobrody”, bo ono się generalnie nie zmienia, ale jest raczej efektem uwspółcześnienia owych opowieści. Te klasyczne teksty kultury europejskiej, które zna prawie każde dziecko i nie każdy dorosły, są odwieczne, biorąc pod uwagę, że Charles Perrault urodził się roku 1628. Ta nadzwyczajna żywotność Kopciuszka, Czerwonego Kapturka, Kota w butach, Paluszka czy Sinobrodego nabiera nowego wymiaru w wersji Marokańczyka - Tahara Ben Jellouna.

Jak to w bajkach bywa, wszystko zaczyna się „za górami, za lasami”, raczej niewinnie, potem jest znacznie gorzej, a bywa nawet drastycznie, ale ostatecznie postaci bajkowe żyją długo i szczęśliwie. U Jelloun’a ten koncept pozostaje prawie bez zmian, natomiast Kapturka w burce chce zabić terrorysta islamski, Sinobrody jest seryjnym mordercą, który kompensuje sobie okrucieństwem niewielki rozmiar członka, a Kopciuszek podpisuje akt zaślubin zrównujący prawa kobiety z prawami mężczyzny, co jest wstrząsające dla muzułmańskich urzędników udzielających jej ślubu. Mamy zatem w owych „bajkach nie bajkach” świat współczesnego pomieszania kulturowego i religijnego, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, traci wymiar agresywnej i opresyjnej utopii, przenosząc nas w inne zakończenia i inne rozwiązania. Jakie? Te, o których pragniemy usłyszeć, te które podświadomie nosimy w sobie, te które pozwalają bohaterom żyć długo i szczęśliwie.

Autor, we wstępie do owego zbioru na nowo napisanych bajek Charlesa Perroault’a, pisze:

„Nie usiłowałem opatrywać każdej baśni morałem. Nie bardzo to przystaje do naszych czasów, a wynik mógłby się okazać przeciwny do zamiaru. Ograniczyłem się do prostego stwierdzenia, które jest nicią przewodnią, łączącą Sokratesa, Spinozę i Ciorana: człowiek zachowuje swoją istotę i nic go nie nigdy nie zmieni, ani w jego skrajnym okrucieństwie, ani w nieskończonej dobroci.

Charles Perrault liczył na chwile, gdy rozum śpi: wówczas można podziwiać opowieści o ograch i wróżkach. Jego baśnie, przeznaczone zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców, odwodzą od zadawania zbyt wielu pytań. Wiemy jednak, że w naszych czasach nie brak ogrów i ogrzyc, przybierających najbardziej nieoczekiwane kształty: rozmaitych drapieżców, monstrualnych egoistów, cyników władających światem i umierających ze starości we własnych łóżkach.

Historia przekazuje nam właściwie tylko jedną naukę: wszędzie i w każdych okolicznościach trzeba zachowywać trzeźwy osąd i czujność. Od zarania dziejów człowiek odnosił się do bliźniego nie tyle jak drapieżne zwierzę, ile po prostu, wierny samemu sobie, jak człowiek do człowieka, siejąc jeszcze straszniejsze spustoszenia.

W ostatecznym rozrachunku możliwość swobodnego napisania na nowo tych baśni jest miarą długu, jaki zaciągnąłem wobec tego, kto je wymyślił i nadał im postać kanoniczną.”

Pomysł ubajkowienia wydarzeń, których jesteśmy obserwatorami, rzadziej świadkami, i nadania im wymiaru wykraczającego poza momentalność, poza fizykalność jest szczególnie uderzający w zestawieniu z innym, znanym z polskiego przekładu, tekstem Jelloun’a „To oślepiające, nieobecne światło”. Jest to zupełnie niesamowita opowieść o królobójcy. Uwięziony w celi, której sufit nie pozwala mu się wyprostować, spędza tam kilkanaście lat w ciemnościach.

„18 lat pod ziemią, w celi wielkości grobu. Bez światła, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, bez nadziei na odzyskanie wolności. Z tej perspektywy przemawia Salim, narrator powieści. Skazany za udział w zamachu na króla Hassana II, podobnie jak jego towarzysze, żołnierze armii marokańskiej, został osadzony w tajnym więzieniu Tazmamart. Spośród kilkudziesięciu skazańców wolności dożyło czterech. Historia ta wydarzyła się naprawdę, a Tahar Ben Jelloun napisał swą powieść na podstawie autentycznej relacji jednego z ocalałych.

39 rozdziałów, 280 stron. Siedzenie, spanie, jedzenie. Defekowanie. Rozmyślanie. Rozmowy z sąsiadami. Gra w karty. Opowiadanie dowcipów, filmów, książek. Walka z robakami i skorpionami. Pod ziemią, w celi wielkości grobu, każda z tych czynności wygląda inaczej i nabiera nowego znaczenia. Kiedy jest się skazanym na powolne umieranie, trzeba wybierać: zachować nadzieję, czy też na zawsze ją porzucić, pamiętać o przeszłości, czy o niej zapomnieć. Salim, podobnie jak inni więźniowie, jest muzułmaninem. Recytuje Koran, odprawia modlitwy. Jednak w jego przypadku religia to coś więcej niż codzienny obrządek. To jedyna droga do osiągnięcia wolności.

Powieść Ben Jellouna jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej przejmujących książek ostatnich lat. Wpisuje się w dobrze znaną w Polsce tradycję literatury łagrowej i obozowej, ale wprowadza do niej nowy ton – orientalną wrażliwość, którą jest przesycona, i odmienny kontekst religijny – islam w jego odmianie sufickiej. Również sam styl powieści, miejscami gęsty i pełen ornamentów, a miejscami dążący do jak największej czystości i prostoty, brzmi całkiem niezwyczajnie. Książka Ben Jellouna dla jednych będzie naturalistycznym opisem tortur, dla innych – poetycką opowieścią o wyzwoleniu. Jest jednocześnie jednym i drugim – ukazuje pełnię człowieczeństwa.” (recenzja wydawnicza)

Można by tę prawdziwą historię czytać jak jedną z okrutnych bajek Perault’a, która mino wszystkich potworności dotykających bohatera, dobrze się kończy – wychodzi on przecież w końcu na wolność. Ale czy rzeczywiście po tym wszystkim żył długo i szczęśliwie? Odpowiedzi, o dziwo, można szukać w nowej wersji bajki o Kopciuszku z tomu „Śpiąca królewna z Tysiąca i jednej nocy i inne baśnie dla dorosłych”. Otóż Kopciuszek, który jest poniżany i pomiatany przez innych, tylko dlatego, że tak niefortunnie ułożyły się jej układy rodzinne (zresztą w rezultacie jej własnych decyzji i sugestii), dostaje taką radę:

„nie pozwól, by zazdrość i zawiść kiedykolwiek weszły do twego serca. Jeśli do tego dopuścisz, zatrują ci krew. Dobroć nie jest słabością. Bądź dobra, ludzie będą wiedzieli, że możesz być również silna – a nawet bezlitosna.”

Kopciuszek, nie w ciemię przecież bita dziewczyna, bo swoje przeszła i zahartowała się niczym stal w sztuce przetrwania w toksycznej rodzinie, nie ma jednak złudzeń: bez wróżki by nie przetrwała i nigdy za księcia nie wyszła. Cudów nie ma, ale bez nich życie byłoby jedynie pasmem udręki.

Bajki bajkami, ale to przecież znakomity pretekst, by przytoczyć tekst zupełnie z innej półki, żeby nie powiedzieć z zupełnie innej bajki, który doskonale ilustruje przekonanie Tahara Ben Jelloun’a o niezmienności ludzkiej natury. Przypomnijmy:

„Ograniczyłem się do prostego stwierdzenia, które jest nicią przewodnią, łączącą Sokratesa, Spinozę i Ciorana: człowiek zachowuje swoją istotę i nic go nigdy nie zmieni, ani w jego skrajnym okrucieństwie, ani w nieskończonej dobroci”.

Co zatem rządzi ludzkim losem? Chciwość i egoizm? Trudno mieć złudzenia i udawać, że tak nie jest w świecie rządzonym przez wielkie, ponadnarodowe korporacje, których jedynym celem jest kreowanie ciągle rosnącego zysku.

„Człowiek odczuwa wstręt do trudu i cierpienia. Tymczasem natura skazuje go na cierpienie z powodu niedostatku, jeśli nie podejmie trudu pracy. Pozostaje mu zatem jedynie wybór pomiędzy tymi dwiema nieprzyjemnymi rzeczami. Co zrobić, żeby ich obu uniknąć? Jest tylko jeden sposób, i nie będzie innego: korzystać z pracy bliźnich”. (za: Łukasz Chojnacki)

Jak to się robi i jakie to ma skutki? Pisze o tym Thomas Piketty w książce „Kapitał w XXI wieku”

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com

Z reguły zasada jest taka, że nie powtarza się starych kawałów, bo już nie są takie śmieszne, jak za pierwszym razem. Ale muszę przyznać, że Stanom Zjednoczonym udało się powtórzyć kawał sprzed roku, a ja dalej zalewam się łzami rozbawienia, jakbym go dopiero co usłyszał. Chociaż, prawdę powiedziawszy, nie ma się tak naprawdę z czego śmiać.

Mam na myśli, oczywiście, kolejny atak rakietowy na Syrię. W ostatnich dniach rozegrał się przed naszymi oczyma moralitet w formie farsy (tu ukłon w stronę studentów kultury średniowiecznej). Podobnie jak przed wiekami, przy pomocy charakteryzacji, efektów specjalnych, oświetlenia oraz innych sztuczek teatralnych, autorytet moralny wypowiedział się na temat tego, co jest dobre, a co nie. 

Samo w sobie nie byłoby to takie głupie – w końcu od czasu do czasu jakiś większy pies musi głośniej warknąć i pokazać reszcie, gdzie jest ich miejsce, i co wolno, a co nie. Problem w tym jednak, że pies warczy na cienie z teatru lalek, a jednocześnie macha ogonem…

W piątek, 13-go kwietnia (nomen omen), USA wraz z Francją i Wielką Brytanią wystrzeliły 105 rakiet typu JASSM, skierowanych na Syrię. Według oświadczenia prezydenta Trumpa, była to kara za użycie przez Syrię broni chemicznej. No i tutaj właśnie zaczyna się część komiczna tego moralitetu. Dla lepszego zrozumienia całego zagadnienia trzeba się cofnąć nieco w czasie…

Mniejsze lub większe kryzysy i starcia zbrojne mają miejsce na Bliskim Wschodzie od początków pisanej historii. Generalnie Europa i jej rządcy mieli to głęboko w nosie. W cywilizowanych krajach nie było zbyt wielkiego popytu na wielbłądy. Sytuacja zmieniła się zasadniczo w momencie, kiedy odkryto złoża ropy naftowej, a nieco później – gazu ziemnego. Nagle cały region stał się przedmiotem żywego zainteresowania mocarstw europejskich. Oczywiście w polityce nikt nie mówi wprost o co chodzi, tak więc konflikty zbrojne zazwyczaj miały jakąś otoczkę etyczną. A to walczono o “niepodległość” jednego szczepu Beduinów od innego, a to o “historycznie przynależne” terytorium wypasania kóz jednego szejka wobec drugiego, a to znowuż o „suwerenne prawo do samostanowienia” jednych przemytników opium wobec drugich. Te utarczki wojenny były oczywiście krwawe i kosztowne, ale ropa lała się szerokim strumieniem do Europy i wszyscy byli zadowoleni. Szejkowie mieli swoje pozłacane Rolls Royce’e, dzieci szejków były kształcone (i umiejętnie indoktrynowane) na najlepszych uczelniach świata, a zwykli Beduini paśli kozy i palili shisha. W 1948 roku, w typowy dla siebie sposób, państwo Izrael ogłosiło swoje powstanie, no i cały sielankowy układ wziął w łeb. Od tego momentu, poprzez nieustanne nękanie swoich sąsiadów i odwoływanie się do swoich amerykańskich agentów, Izrael stał się przyczyną praktycznie nieustannego zamętu na Bliskim Wschodzie. 

Wedle wielu analityków politycznych, znawców zagadnień bliskowschodnich, w interesie Izraela jest utrzymywanie fermentu w rejonie. Ten ferment powoduje, że Izrael może odwoływać się do tak zwanej opinii publicznej, wzywając ją na ratunek przed mniej lub bardziej wyimaginowanymi prześladowcami. Nie zmienia nic fakt, że nawet pobieżna analiza historyczne tego regionu od powstania Izraela, pokazuje, że Izrael był sam prowokatorem i agresorem w przeważającej większości konfliktów zbrojnych. 

Jak to się ma do kolejnego przedstawienia teatralnego z 13-go kwietnia? Śpieszę wyjaśnić. Podobnie jak rok temu, siły syryjskie, lojalne wobec Bashara Assada, praktycznie były w przededniu zakończenia działań wojennych przeciwko ISIS. (Warto przypomnieć, że ISIS zostało praktycznie stworzone – sfinansowane i uzbrojone – przez CIA). Fakt, że Assad ma duże oparcie w Rosji, spowodował, że nie jest on specjalnie lubiany przez USA. USA i Rosja współdziałały w eksterminacji ISIS, ale USA miało czasami konflikt interesów, a z kolei Rosja, przy okazji eliminowania ISIS, wyżynała wszystkich innych anty-Assadowych opozycjonistów. Tak czy inaczej, wyglądało na to, że lada dzień ISIS zostanie wyeliminowany, i wojsko amerykańskie wróci do domu. (Pamiętacie te obietnice Trumpa? Wycofanie wojsk z Bliskiego Wschodu, America First, i takie tam drobne detale?) Trochę było to nie na rękę izraelskim agentom w USA, takim jak senatorzy Chuck Schumer, Joe Liberman, Dianne Feinstein, Barbara Boxer, Richard Blumenthal, Brian Schatz, i ponad dwudziestu posłów, że nie wspomnę o tysiącach urzędników politycznych. No bo nagle nie będzie tej zasłony dymnej i wszystkie oczy zwrócą się na Izrael, i jego pogrom Palestyńczyków, na przykład. A zatem powtórzono stary dowcip i oznajmiono, poprzez rzecz jasna kontrolowane przez żydo-komunistyczną lewicę środki masowego przekazu, że szalony Assad zaatakował swoich ziomków bronią chemiczną. (W wyniku tego sfingowanego ataku zginęło podobno około 40 osób. Dla porównania, w Jemenie ginie z głodu około 130 dzieci DZIENNIE). 

Trzeba rzeczywiście być niepoczytalnym szaleńcem, aby użyć broni chemicznej przeciwko swojemu narodowi. Trzeba być wyjątkowym politycznym błaznem, żeby zrobić to na tydzień przed zwycięskim zakończeniem kampanii wojennej. Assad nie jest ani szaleńcem, ani błaznem. Mam nadzieję, że nasz prezydent Trump też do takowych nie należy. Mam nadzieję, że nie dał się wmanewrować przez żydowskie lobby. Ponad 100 rakiet poszło z dymem w ciągu pół godziny, kosztując amerykańskiego podatnika 224 miliony dolarów. Trzy obiekty podobno zostały trafione. Wszystkie trzy – jak podkreślił Pentagon. Nikt nie zginął, parę wielbłądów dostało czkawki.

Igrzyska dla mas, moralitety, i teatr lalek. Życzę dalszego, przyjemnego oglądania…

Marcin Vogel

Marcin Vogel jest chicagowskim policjantem, wykładowcą na Akademii Policyjnej. Ma tytuł Master of Art z psychologii. Występuje w audycji "Kwadrans Policyjny" w środy o 16:45 na Polskim FM, prowadzi audycję radiową "Sprawa dla policjanta" w czwartki o 17:25 na 1080 AM oraz podcasty "Marcin Vogel prezentuje" na YouTube.