----- Reklama -----

Monitor 03/02/2018

Ludzkość od początku istnienia nie miała pewności co do przyszłości.

Czasy i okoliczności zawsze się zmieniały, rewolucje przemysłowe popychały dzieje świata do przodu przy okazji kończąc pewne etapy.

Dziś jest podobnie. Trudno jest w stu procentach przewidzieć przyszłość, ale co do jednego można mieć pewność – zmiany są nieuniknione.

Podobnie sytuacja wygląda na rynku pracy. Trendy dotyczące modnych zawodów zmieniają się praktycznie z roku na rok. Uczelnie wyższe dostosowują swoje programy kształcenia do potrzeb rynku i oczekiwań pracodawców. Co roku opiniotwórcze portale branżowe, agencje rządowe, headhunterzy starają się przewidzieć trendy na rynku pracy i wytypować zawody przyszłości.

Internet, nowe technologie, oraz rozwój cywilizacyjny sprawia, że obecnie wedle różnych szacunków 45% wykonywanych prac może zostać zautomatyzowana. Od lat testowane są autonomiczne samochody, które jeżdżą bez kierowcy i wedle zapowiedzi firm motoryzacyjnych, ta zmiana, a właściwie rewolucja w poruszaniu się po drogach, jest już bardzo blisko.

Tego, jakie zmiany spowoduje wprowadzenie do ruchu samochodów autonomicznych możemy się tylko domyślać. Jak wpłynie to na nas, nasze życie oraz na gospodarkę też jest jeszcze w kwestii domysłów.

Eksperci z dziedziny edukacji i kadr są zdania, że zawody, które będą wykonywać dzisiejsi pierwszoklasiści jeszcze nie istnieją, a ich przewidywanie ma więcej wspólnego z przysłowiowym wróżeniem z fusów niż z rzeczową analizą.

Innym trendem obserwowanym na rynku pracy jest obecnie praca dla samego siebie czyli freelancing. 18 milionów Amerykanów pracuje niezależnie dla siebie, wykonując usługi dla różnych podmiotów i klientów. Trend ten będzie się nasilał i do 2020 roku 42 miliony Amerykanów będzie wykonywać prace na zasadach freelancingu.

Co na dziś jest pewnikiem, jeżeli chodzi o rynek pracy, to bez wątpienia zawody medyczne.

Od lat sektor medyczny zasila gospodarkę amerykańską największą ilością nowych miejsc pracy.

W ciągu pierwszych czterech miesięcy 2017 roku służba zdrowia wykreowała w Stanach Zjednoczonych przeszło 77 tysięcy nowych miejsc pracy. W tym samym okresie 2016 roku statystyki były jeszcze korzystniejsze dla sektora medycznego – 119 tysięcy nowych miejsc pracy.

Trend powstawania nowych miejsc pracy w służbie zdrowia jest stały. Bez względu na recesje, czy zawirowania rynku ludzie potrzebują opieki medycznej. Do czynników sprzyjających kreowaniu nowych miejsc pracy w sektorze medycznym niewątpliwie przyczynia się starzenie się społeczeństwa oraz większa liczba osób ubezpieczonych, które korzystają z usług medycznych.

Najwięcej miejsc pracy w sektorze medycznym powstaje w punktach ambulatoryjnych, szpitalach oraz domach spokojnej starości (nursing home). Od lat nie słabnie zapotrzebowanie na: pielęgniarki, higienistki dentystyczne, asystentów medycznych i dentystycznych, specjalistów dokumentacji medycznej, farmaceutów i terapeutów. Do 2026 roku w amerykańskim sektorze medycznym powstanie cztery miliony nowych miejsc pracy. Będzie wzrastać zapotrzebowanie na tzw. home care aids, czyli pielęgniarki lub pomoce pielęgniarskie pracujące w domach pacjentów, pielęgniarki w szpitalach, asystentów medycznych i dentystycznych, oraz techników medycznych.

Myśląc o zmianie kariery zawodowej, bądź przekwalifikowaniu się warto rozważyć możliwości pracy w sektorze medycznym. Sektor medyczny oferuje nie tylko miejsca pracy osobom z wykształceniem medycznym. Każdy szpital, czy klinika potrzebuje pracowników administracyjnych.

Nie możemy przewidzieć przyszłości, ani rozwoju technologii, ale jednego możemy być pewni – bez względu na automatyzację i komputeryzację ludzkość będzie potrzebować dobrej opieki medycznej. Dzięki robotowi DaVinci można przeprowadzić precyzyjnie najbardziej skomplikowane operacje. Robota DaVinci prowadzi wykształcony i doświadczony chirurg. Robot nie zastąpi dobrej asystentki medycznej, pielęgniarki czy terapeuty.

Anna Tukiendorf-Wilhite
dyrektor TTI Medical Training School,
prezes Polish Women in Business telefon 773-774-2222

Dyskusje na temat dostępu do broni palnej wybuchają zazwyczaj po jakiejś tragedii, takiej jak ta ostatnia w Parkland. Generalnie są dwa obozy – prawicowy, opowiadający się za Drugą Poprawką do Konstytucji USA, uważający, że każdy powinien mieć dostęp do broni, oraz ten lewicowy, no cóż – czasami trudny wręcz do ujęcia w słowa, ale zasadniczo przeciwny jakiemukolwiek posiadaniu broni przez osoby cywilne. Bardzo rzadko zdarza się, aby te dwa diametralnie przeciwne punkty widzenia miały jakiś wspólny mianownik. Jedynym takim elementem jest przekonanie, że osoby chore psychicznie nie powinny mieć żadnego dostępu do broni. Prezydent Trump w trakcie rozmów na temat broni z demokratycznymi parlamentarzystami, powiedział nawet ostatnio, że “świrom należy najpierw odebrać broń, a potem zająć się sprawami technicznymi”. Z całym szacunkiem dla pana prezydenta – to nie tylko pogwałcenie Konstytucji USA, ale dyskryminacja wobec osób psychicznie chorych.

Zacznijmy od podstaw. Tak się wygodnie składa, że skończyłem psychologię, więc jako takie pojęcie mam na temat tego, o czym piszę. W powszechnie uznawanym za autorytatywny tekst źródłowy, tak zwanej Biblii psychologów, czyli Diagnostycznym i Statystycznym Podręczniku Zaburzeń Psychicznych, wydanie IV (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders. Fourth Edition, DSM-IV) jest wymienionych 297 różnych zaburzeń psychicznych. Przeważająca większość z nich nie ma nic wspólnego z agresją, niepoczytalnością, czy w jakikolwiek sposób nie stanowi zagrożenia dla innych osób. Nie wiem, czy państwo zdają sobie sprawę, ale insomnia, czyli zaburzenia cyklu snu, są sklasyfikowane jako zaburzenie psychiczne. To samo dotyczy się anoreksji, problemów z identyfikacją płciową, czy depresji. 

W stanie Illinois, aby w ogóle otrzymać pozwolenie na posiadanie broni, należy w pierwszym rzędzie złożyć wniosek do policji stanowej. Robi się to wypełniając podanie na Internecie. W podaniu tym należy odpowiedzieć na wiele pytań dotyczycących danych osobistych. Jest tam również pytanie na temat zdrowia psychicznego. Pytanie brzmi dokładnie tak: “Czy w ciągu ostatnich 5 lat byłeś pacjentem ośrodka medycznego, który służy głównie opiece lub leczeniu osób chorych psychicznie?”. Jeżeli odpowie się na to pytanie potwierdzająco, to podanie jest automatycznie odrzucane. Mało tego, wszystkie instytucje opieki psychicznej moją obwiązek informowania policji stanowej o fakcie przyjęcia danej osoby na leczenie. 

Nie będę się tutaj rozpisywał nad ochroną danych osobowych, choć można by było. Jakkolwiek by nie było, mało z nas chciałoby się zapewne afiszować faktem, że znaleźliśmy się w psychiatryku. No, ale załóżmy, że nikt poza policją stanową się o tym nie dowie. Czyli, dla dobra ogółu, szpital psychiatryczny na nas doniósł do policji i wszystko gra. Jeżeli już mieliśmy pozwolenie na posiadanie broni (tak zwany Firearms Owners Identification Card – FOID), to zostaje ono automatycznie zawieszone na 5 lat. Jeżeli jeszcze nie mamy, to nawet nie ma co się o nie starać przed upływem 5 lat od czasu zakończenia leczenia. A ta procedura też nie będzie taka łatwa, bo praktycznie trzeba będzie udowodnić, że już nie jest się wariatem…

Być może niektórzy z państwa zaczynają się zastanawiać, czy to ja przypadkiem nie zwariowałem, bo zaczyna wyglądać na to, że sugeruję, aby osoby psychiczne mały dostęp do broni. Tak i nie. Nie, nie zwariowałem (chociaż ucieczka w świat urojeń wydaje się czasem kuszącą propozycją…). Tak – uważam, że całkowity zakaz posiadania broni przez osoby z zaburzeniami psychicznymi jest nie tylko przeciwny Konstytucji USA, ale również totalnie idiotyczny. Tak niestety dzieje się zazwyczaj, kiedy chcemy kompleksowo regulować zagadnienia, których się kompleksowo regulować nie da. Jeżeli jestem anorektykiem, mam poważne problemy z odżywianiem się i postanawiam zasięgnąć porady psychologa – jakim prawem zabiera mi to możliwość samoobrony? Jeżeli jestem nieco skonfundowany, czy wolę być chłopcem, czy dziewczynką – jakim prawem odbiera mi się prawo do powstrzymania gwałciciela? Jeżeli czuję, że popadam w depresję i wyciągam rękę o pomoc do psychiatry - jakim prawem odbiera mi się konstytucyjne prawo do obrony? Jeżeli jestem samotną matką wychowującą małe dziecko i mam kłopoty ze snem, na które są lekarstwa – jakim prawem odbiera mi się prawo obrony siebie i mojego dziecka przed zboczeńcem, który będzie się włamywał do mnie w środku nocy?!

No tak, ale przecież nie o to chodzi. Przecież to chodzi o to, żeby odebrać albo w ogóle nie dawać dostępu do broni ludziom naprawdę psychicznie chorym. “Naprawdę psychicznie chorym”? A co to znaczy? Dlatego właśnie nie można rozwiązywać takiego skomplikowanego problemu jakimiś sloganami. Uważam, że powinno się do tego problemu podejść dużo ostrożniej i z dużo większą rozwagą. Zamiast kreować jakieś drakońskie prawa, które wylewają przysłowiowe dziecko z kąpielą, powinniśmy zdobyć się, jako państwo, na bardziej inteligentne podejście do tej sprawy. Na przykład takie, jakie obwiązuje w Polsce i wielu innych krajach europejskich. Otóż w Polsce, zanim osoba składająca podanie o pozwolenie na posiadanie broni, takowe otrzyma, musi odbyć badania psychiatryczne. Polegają one na rozmowie z psychologiem, który w konsekwencji wystawia orzeczenie o zdolności danej osoby w kwestii posiadania broni. Nie eliminuje to zatem automatycznie osób o niegroźnych społecznie zaburzeniach psychicznych, a co ważniejsze – pozwala na zdiagnozowanie tych, którzy unikali do tej pory pomocy psychiatrycznej.

Dopóki takiego systemu nie wprowadzimy w tym kraju, możemy równie dobrze rozdawać kałachy wszystkim świrom, i modlić się, aby nic złego się nie stało…

Marcin Vogel

Marcin Vogel jest chicagowskim policjantem, wykładowcą na Akademii Policyjnej. Ma tytuł Master of Art z psychologii. Występuje w audycji "Kwadrans Policyjny" w środy o 16:45 na Polskim FM, prowadzi audycję radiową "Sprawa dla policjanta" w czwartki o 17:25 na 1080 AM oraz podcasty "Marcin Vogel prezentuje" na YouTube.

Gdy powstanie dobry film, szybko zyskuje popularność, czasami otrzymuje kilka nagród. Jeśli jednak w opinii krytyków jest mało ambitny, to zamiast wyróżnień o jego popularności świadczy liczba nielegalnych kopii krążących w internecie.

Bardzo rzadko zdarza się, by kilka lub kilkanaście lat po osiągnięciu największego sukcesu film taki znów wzbudził nagle zainteresowanie. Dlatego trudno uwierzyć, ale jest taki jeden, który z roku na rok wydaje się coraz popularniejszy. Absolutnie nie jest to żadne dzieło – kiepsko zagrany, słabo zrealizowany, typowy gniot. Niektórzy mówią o takich filmach, że są klasy B. W tym przypadku może być nawet C, nie ma to znaczenia. Opowiada o przyszłości, w której Ziemię zamieszkują sami idioci. Rządzą nimi równie ograniczeni przywódcy wywodzący się przecież z tępego ludu. Według scenariusza sami zgotowaliśmy sobie taki los, bo z czasem utraciliśmy większość umiejętności, w tym czytania, pisania, czy myślenia. Całą uwagę skupiliśmy na elektronicznych gadżetach, telewizji i kiepskich rozrywkach. Mimo upływu lat ta niezbyt radosna, futurystyczna wizja świata przedstawionego w filmie zdobywa nowych widzów, poświęcane temu są całe strony internetowe. Film był nawet tematem kilku uniwersyteckich wykładów i poważnej dyskusji z udziałem behawiorystów. Nieprawdopodobne, a jednak. Wszyscy zafascynowani są i nieco przerażeni faktem, że coraz więcej elementów przedstawionych w scenariuszu zaczynamy zauważać wokół nas...

Nie ma się co dziwić, w końcu najlepsze scenariusze pisze podobno życie. Stajemy się coraz bardziej wygodni, szczytem odwagi jest zamieszczenie anonimowego, złośliwego komentarza w internecie, bez nawigacji nie potrafimy wyjechać za miasto, wolny czas spędzamy na zakupach, a kontakty z innymi ograniczamy do kilku prostych zdań przesyłanych na odległość. Poza tym niemal wstrzymaliśmy naturalną selekcję, a jak wiadomo, pomaga ona w ewolucji eliminując osobniki nieprzystosowane, nierozgarnięte i nieporadne. Nie ma co rozpaczać, wszystko da się naprawić. Wystarczy zmienić prawo. Właściwie to nie zmienić, a zlikwidować kilka zakazów. Na stronie dumblaws.com znaleźć można parę przykładów. Choćby zakaz budzenia zimą niedźwiedzi w celu zrobienia sobie z nim urlopowej fotografii. Oczywiście prawo to zostało wprowadzone po tym, jak kilku turystów zdecydowało się to zrobić. Przeżyło niewielu. Legislatorom wcale nie chodziło więc o dobro misiów, ale bezpieczeństwo ludzi. Dlatego wprowadzili zakaz. Pojawia się oczywiste pytanie: Po co? Jeśli ktoś jest aż tak nierozgarnięty, że próbuje sobie zrobić zdjęcie ze śpiącym grizzly, to my jego genów nie potrzebujemy. Całkiem niepotrzebne prawo zakłócające proces naturalnej selekcji.

W Luizjanie popularne jest w niektórych miejscach łowienie sumów ręką. Zresztą nie tylko w Luizjanie. Śmiałek wchodzi do wody i po omacku szuka w wysokim nabrzeżu, pod linią wody, głębokich dziur służących tym rybom za dom. Wkładają rękę, łapią za szczękę, wyciągają na zewnątrz. Proste. Problem w tym, że kilka osób przy okazji się utopiło. Bo przyjeżdżający z miast miłośnicy przygód tak skupieni byli na poszukiwaniu ryb, że nie zwracali uwagi na głębokość wody, ukształtowanie dna, prąd rzeczny, poziom upojenia alkoholem, etc. Zakazu topienia wprowadzić nie można. Zakazano więc w kilku miejscach łowienia rękami sumów. Szkoda, bo znów zaburzono proces naturalnej eliminacji.

W wielu miastach wprowadzane są przepisy regulujące sposób przechodzenia przez ulicę. Na razie piesi nie muszą robić tego w żaden wymyślny sposób, przechodzą normalnie, czyli spoglądają w lewo, prawo, jeśli droga jest wolna, to idą. Przepisy odnoszą się do tych, którzy zaczynają pokonywanie jezdni od wejścia na nią rozmawiając przez telefon, zasłuchani są w najnowszy przebój wyjący im w słuchawkach lub czytający wpisy na Facebooku. Zakazano więc tak antyspołecznych zachowań prowadzących do śmierci pod kołami. Oczywiście intencje urzędnicy mają szlachetne – ochrona ludzkiego życia. Jednak wiele osób uważa, że to niepotrzebna ingerencja w prawa natury. Bo jeśli ktoś nie potrafi sobie wyobrazić, co może się stać po bezmyślnym wtargnięciu na drogę i starciu z kilkutonowym pojazdem, to może lepiej, by nie miał okazji do przekazania swego materiału genetycznego potomstwu.

Można by tak długo wyliczać. W jednym ze sklepów na drzwiach windy widziałem napis, by ich nie otwierać, jeśli nie ma za nimi kabiny. Na każdej stacji benzynowej widzimy zakaz palenia podczas tankowania. W ZOO sugerują, by nie wchodzić do klatki z tygrysem. Na butelce środka do przetykania rur kanalizacyjnych jest ostrzeżenie, że jego picie nie jest zdrowe. Na halloweenowym kostiumie Supermana lub Batmana widnieje ostrzeżenie, iż ubiór ten nie pozwala latać. Na kubku gorącego napoju mamy informację, że można się porządnie poparzyć. Nawet na kosiarce do trawy w instrukcji wyraźnie napisane jest, by nie wkładać ręki pod wirujące ostrza. Po co? Każdy w miarę normalny człowiek wszystko to wie, a jeśli nie wie na pewno, to się domyśla i głupio nie ryzykuje.

Oczywiście, jako społeczeństwo musimy niektórych prowadzić czasami za rękę, stworzyć jakiś zakaz, wprowadzić ostrzeżenie. Nie możemy jednak zajmować się wyłącznie tym, bo w pewnym momencie zabraknie takich, którzy pchają ten świat do przodu i pomagają nam się rozwijać. Po co nam taki scenariusz...

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Pozostawiamy za sobą "andaluzyjską" część miasta wkraczając do dzielnicy, gdzie w 825 roku osiedliło się dwa tysiące arabskich rodzin uchodźców z Kairuanu. Oni zawsze bili się ze sobą w niekończącym się do dzisiaj sporze o legalność władzy po Mahomecie! Nawiasem mówiąc czytam w przewodniku "Podróże marzeń", że “andaluzyjskie miasto” powstało kilka lat wcześniej po przybyciu tutaj ośmiu tysięcy arabskich rodzin wygnanych przez chrześcijan właśnie z hiszpańskiej Andaluzji. Coś mi tu nie gra, bo przecież Królestwo Wizygotów nie istniało juz wtedy od stu lat, a kalifaty i emiraty w Hiszpanii miały trwać jeszcze ponad sześćset lat! To kto ich wygonił?

Pomijając takie historyczne psikusy, wąskimi uliczkami przemierzamy dzielnice rzemieślnicze cechów tkaczy, stolarzy, szewców, krawców. Ta medyna to serce tradycyjnego, marokańskiego rękodzielnictwa. Na cichych podworcach oglądamy czeladników, co pod bacznym okiem mistrzów zgłębiają tajemnice rzemiosła. I tak jest od tysiąca lat! Przy niewielkim placu rozłożyli swoje stragany wytwórcy metalowych naczyń. Tutaj udaje mi się w końcu dostać patelnię kutą z czystej miedzi, o jakiej marzyłem przez dwa lata! Tak naprawdę to chodziło mi docelowo o usmażenie na maśle rydzów na takim właśnie naczyniu. W zaułku napotykamy barwnie odzianego muzyka odstawiajacego kapitalne wykonanie "No woman no cry" Boba Marleya! Dostaje od nas brawa i oczywiście bakszysz. 

Chodzimy zacienionymi uliczkami pośród suków (bazarów) starej medyny, gdzie mieszka i pracuje około 200 tysięcy ludzi. Zaułki kipią życiem, zewsząd przewalają się tłumy. Tragarze pchają wózki, osły rycząc posłusznie dzwigają na grzbiecie towary, straganiarze głośno zachęcają do zakupów, w powietrzu unosi się zapach egzotycznych ziół, a nad dachami, z głośników na wieżach minaretów rozlega się krzyk muezzina wzywajacego do popołudniowej modlitwy. Często przystajemy z zachwytu, kiedy przez niepozorne drzwi w szarej ścianie ukazuje się przepiękny dziedziniec z fontanną i kwiatami wyłożony pięknie zdobionymi płytkami. Taka oaza spokoju od kurzu, upału i miejskiego hałasu. Egzotyka w najpełniejszym wydaniu! Nasz przewodnik Ahmed Saadi objaśnia, że w każdej z dzielnic starego miasta, od samych jego początków, obowiązkowo musiał być: meczet, szkoła czyli medresa, fontanna z wodą, piekarnia, miejsce do przenocowania karawan (funduk) i łaźnia hammam. Podkreślmy więc, że tutaj w Fezie, już w wieku XI istniała sprawna kanalizacja i publiczne łaźnie, a na jakim etapie urbanizacji była wtedy średniowieczna Europa?

O ile wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, to na pewno wszystkie drogi tutejszej starej medyny prowadzą do meczetu Al Karawijjin, jest to bowiem wraz z uniwersytetem najważniejszy obiekt w całym mieście! Nasze drogi, a raczej uliczki, też w końcu zaprowadziły nas do tego słynnego meczetu, gdzie wstęp dla niewiernych (to my!) jest niestety zabroniony. Można jednak "zapuścić żurawia" przez jedną z licznych bram wejściowych. Oto przed nami widnieje najstarszy na świecie działający uniwersytet - Al Karawijjin, założony w 859 roku po Chrystusie a więc ponad dwieście lat przed założeniem uczelni w Bolonii w Italii, nie mówiąc o późniejszym Oksfordzie czy Salamance. Nawiasem mówiąc od 1963 wdrożony do państwowego systemu wyższej edukacji. 

Do meczetu przylega kilka szkół koranicznych, medres, a do jednej z nich wolno wchodzić turystom. Korzystamy więc z okazji i za niewielką opłatą dostajemy się przez ozdobne bramy na wspaniałe dziedzińce medresy Attarine o ścianach z misternie rzeźbionego, cedrowego drewna, gdzie olśniewają mozaiki zellidż z przyciętych kawałków glazurowych płytek. Można wejść na piętro do pokojów zamieszkałych niegdyś przez studentów i oglądać dziedzińce z ich bajecznymi oknami z zupełnie innej perspektywy. Tuż obok meczetu jest grobowiec założyciela miasta Mulaja Idrysa II a także dwa urocze place: Seffarine (ze sprzętem kuchennym, miedziane naczynia!) i Nejjarine ze śliczną fontanną. Czujemy głód, zatrzymujemy się więc na obiad w stylowej restauracji zamawiając lokalną specjalność, czyli tadżin z baraniny i mocną herbatę z miętą. Wzmocnieni i pełni nowych sił wstępujemy jeszcze do garbarni Chourasa, która niewiele się zmieniła od czasów średniowiecza. Wychodzimy na dach skąd oglądamy kamienne kadzie gdzie moczą się kozie i wielbłądzie skóry. W obezwładniającym fetorze schną potem w promieniach mocnego słońca. Na sprawne obejście sklepików z wyrobami skórzanymi dostajemy od gospodarzy... liście mięty do wąchania!

Ruszamy na górujące ponad miastem wzgórze Bordż Nord, skąd rozpościera się wspaniała panorama Fezu, od przeciwnej strony niż poranny widok z Bordż Sud. Przy niskim już słońcu wyraziście rysują się mury i minarety obu starych miast. Niedaleko po lewej widać grobowce władców dynastii Merynidów, niegdyś architektoniczny klejnot, obecnie sypiące się ruiny. Stare Miasto poniżej nas, medyna, została w 1981 roku wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, jako pierwszy tej rangi obiekt w królestwie Maroka. Zanim dojedziemy na chwilę wytchnienia do hotelu, czeka nas jeszcze krótki postój przed fantastycznie zdobiona bramą królewskiego pałacu Dar el Makhzen. Pałacu niestety nie wolno zwiedzać, ale dla samych zdobień murów warto się tutaj zatrzymać. Wieczór mamy co prawda wolny na odpoczynek i uporządkowanie wrażeń, lecz nasz lokalny przewodnik proponuje wieczorek folklorystyczny z dobrym winem i słynnym tańcem brzucha na okrasę. Oczywiście idziemy całą paczką i słuchamy dźwięków narkotycznej, arabskiej muzyki w rewelacyjnej scenerii iście pałacowego wnętrza.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.

Fez, poniedziałek 6 listopada 2017

Budzimy się w Fezie, jednym z najciekawszych miast Maroka, które zostało pierwszą stolicą kraju w 807 roku po Chrystusie za panowania Mulaja Idrisa II. Wraz z Marrakeszem należy do czołówki najciekawszych „miast imperialnych” kraju. Warto uzmysłowić sobie fakt, że jesteśmy na ziemiach, które w czasach Neandertalczyków wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. Aż do ostatnich zlodowaceń, kiedy np. Polska była pokryta kilometrowej miąższości pokrywą lodu, Afrykę Północną cechował klimat idealny dla człowieka! Jeszcze pięć tysięcy lat temu rosły tutaj gęste lasy, nie brakowało wody, a sądząc z naskalnych rysunków, żyły tu słonie, hipopotamy, lwy, lamparty i żyrafy! Archeolodzy znaleźli też obiekty wskazujące na bliskie kontakty ze starożytnym Egiptem. Berberyjskie plemiona zamieszkiwały te ziemie od co najmniej czterech tysięcy lat! Feniccy kupcy już w XII wieku przed Chrystusem zakładali kolonie wzdłuż wybrzeży dzisiejszego Maroka rozwijając handel. Potem (do 146 pne) trwały rządy Kartaginy a następnie Rzymian tworzacych prowincję Mauretania Cesarensis (teren dzisiejszej Algierii) oraz Mauretanię Tingitana, ze stolicą w Volubilis na terenie obecnego Maroka. Z Cesarstwa Rzymskiego dotarło tutaj sporo chrześcijan i liczne grupy Żydów, którzy zmonopolizowali lukratywną produkcję i dostawę pszenicy do Italii. W latach 535-642 obie strony Cieśniny Gibraltarskiej pozostawały pod władzą Cesarstwa Wschodniorzymskiego z wprowadzeniem chrześcijanstwa.

W roku Anno Domini 682 nastąpił pierwszy najazd Arabów. Wraz z ekspansją państwa islamskiego (historia lubi się powtarzać), rozpoczęła się dla regionu zupełnie nowa era. Na początku VIII wieku tereny dzisiejszego Maroka zostały skutecznie podbite przez Arabów i włączone do kalifatu Bagdadu, pozostając do dzisiaj w religijnym świecie islamu i cywilizacji arabskiej.To była inwazja. Podobnie jak nam, Polakom, zainstalowano socjalizm na bagnetach Stalina, tak mieszkańcom Maghrebu importowano islam mieczami w rękach jeźdźców na szybkich, arabskich koniach. Marokańczycy doskonale o tym wiedzą. Warto tutaj podkreślić, że mieszkańcy Maghrebu, krainy rozciągającej się od Libii poprzez dzisiejsze Maroko aż po obecną Mauretanię, nazywali siebie Amazir, co znaczy "wolni, dumni ludzie". Określenie Berberowie, raczej pogardliwe, pochodzi od Rzymian, dla których byli oni barbari, a więc "barbarzyńcami". Z kolei nazwa Maur oznacza "ciemnoskórego", przyjmując się dla określania najeźdźców na ziemiach Hiszpanii.

Przenieśmy się znowu do VIII wieku. Na Półwyspie Iberyjskim istnieje Królestwo Wizygotów, ale już w 711 roku wojska Maurów lądują w Gibraltarze, a rok później zdobywają Toledo zakładając Emirat Kordobański. Po drugiej stronie Cieśniny powstaje Państwo Idrysydów ze stolicą w Fezie. Wzrost znaczenia Fezu zaznaczył się od 807 roku, podczas panowania Idrysa II, kiedy zezwolił on na migrację uchodźców z dwóch wielkich ośrodków ówczesnego świata islamu. Do Fezu tłumnie przybywali mieszkańcy hiszpańskiej Andaluzji oraz Kairuanu w dzisiejszej Tunezji. Duża ilość wykształconych i dobrze wykwalifikowancyh ludzi ze wspomnianych prowincji podniosła Fez do niekwestionowanej pozycji najważniejszego miasta Maroka pod względem gospodarczym, kulturowym i oczywiście religijnym. Bez zbytniej przesady można też stwierdzić, że w XI wieku Fez był jednym z największych w świecie ośrodkow naukowych z punktu widzenia matematyki, logiki, astronomii, medycyny i filozofii.

I w tej właśnie, pierwszej stolicy Maroka budzimy się dzisiaj do życia w poniedziałkowy poranek 6 listopada. Piękna pogoda, za oknem 16C, w południe ma się ocieplić do 26 stopni Celsjusza. Warunki do zwiedzania wręcz idealne! Śródziemnomorski klimat zapewnia świetne warunki do życia i umiarkowane w ilości opady deszczu pomiędzy październikiem a majem. Fez liczy obecnie ponad milion mieszkańców, położony jest w północno-centralnej części kraju na pofalowanych, łagodnych wzgórzach zbudowanych z wapieni. Wokół widać pola uprawne ze zbożami, winoroślą i gajami oliwnymi. W oddali rysują się góry Atlasu, które dostarczają wodę do picia i upraw. Nasz hotel, Radisson, leży w nowoczesnej części miasta, założonej przez Francuzów dzielnicy ville nouvelle. Po jak zawsze wybornym śniadaniu ruszamy w trasę, mając jak zwykle intensywny plan zwiedzania miasta; na nogach do zmierzchu.

Na początek przystajemy na wzgórzu zwanym Wieżą Południową - Bordż Sud - skąd roztacza się pełna panorama Fezu. Stąd jak na dłoni widać dwie najstarsze części miasta: obwarowaną starówkę andaluzyjską i - dalej za rzeką - podobną dzielnicę kairuańską. Na płaskim terenie po lewej rysują się potężne zabudowania królewskich pałaców z XIII wieku. Napatrzywszy się do syta na ciekawą panoramę, ruszamy do dzielnicy, która od tysiąca lat słynie z fantastycznych wyrobów ceramicznych. W jednej z manufaktur oglądamy jak wyrabia się, ręcznie, wspaniałe amfory, kubki, garnce, talerze i piękne kafelki. Wczesnym przedpołudniem docieramy do starego miasta i wślizgujemy się w wąskie uliczki medyny, wstępując tym samym w unikalną w świecie ostoję średniowiecznej cywilizacji.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773-237-7788.

Mija równo pół wieku od dramatycznych wydarzeń 1968 roku, znanych pod ogólną nazwą Marca. Ten najbardziej skomplikowany kryzys w historii PRL skutkował jedną ze słynniejszych fal emigracji, w której do wyjazdu z kraju zmuszeni byli polscy Żydzi...

Polska rządzona przez Władysława Gomułkę była krajem szarym i przaśnym, rządzonym twardą ręką coraz starszego i apodyktycznego przywódcy. Chociaż po 1956 roku Polacy zanotowali wyraźny skok w poziomie życia, lata 60. były już okresem postępującej stagnacji, związanej z biedą i marnymi perspektywami rozwoju. Podskórne konflikty wciąż podkopywały stabilność systemu komunistycznego, doprowadzając w różny sposób do wybuchu w 1968 roku.

Pierwszą warstwą konfliktów były spory wewnątrz PZPR. Gomułka rządził partią zdecydowanie, wydając raczej polecenia niż rozmawiając z podwładnymi. Gdzieś pod dywanem ścierały się zaś różne frakcje – jedne bardziej liberalne (tzn. proponujące „miękką” formę systemu), inne zaś wyraźnie twardogłowe. Najważniejszą z grup drugiego rodzaju byli „partyzanci”, skupieni wokół silnego i wyrazistego ministra spraw wewnętrznych gen. Mieczysława Moczara. Połączeni wspólną przeszłością wojenną, byli zwolennikami tzw. narodowego komunizmu oraz antysemityzmu. Mieli poparcie w resortach siłowych (bezpieka, wojsko) oraz w średnim aparacie partyjnym. Ich celem było zyskanie jak największej władzy i wyeliminowanie wrogów partyjnych, z których część miała żydowskie pochodzenie.

Równolegle narastał klimat cenzury i próby zawładnięcia przez partię komunistyczną życiem kulturalnym. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk oraz Komitet Centralny PZPR coraz bardziej zaciskał kontrolę nad dziennikarzami czy pisarzami, ograniczając dostęp do papieru, cenzurując słowo pisane czy wspierając twórców wiernych komunistom. Coraz więcej intelektualistów zniechęcało się do systemu, rezygnując z członkostwa w partii.

Nastroje wrzały też w środowisku studenckim. Nieprawidłowości i niesprawiedliwości systemu kłuły w oczy zwyczajowo najbardziej podatną na bunt grupę społeczną – ludzi młodych, niezwiązanych obowiązkami życiowymi, skupionych w akademikach i salach wykładowych i będących pod wpływem różnych idei obecnych na uniwersytetach. Popularność wśród studentów w Warszawie zdobywało środowisko tzw. komandosów – młodych, lewicujących i alternatywnych aktywistów zainteresowanych polityką, będących pod wpływem opozycyjnie nastawionych byłych komunistów, na czele z Jackiem Kuroniem. Próbowali oni prowadzić „wywrotową” działalność na Uniwersytecie Warszawskim, która budziła opór władz partyjnych.

Wreszcie pojawiła się sprawa żydowska. W czerwcu 1967 roku, po wybuchu wojny izraelsko-arabskiej (tzw. wojny sześciodniowej), PRL zaczął odnosić się wrogo do Izraela. Wzbudziło to początkowo sympatię do tego państwa, co zostało wykorzystane przez „partyzantów”, którzy zaczęli podsuwać Gomułce informacje o proizraelskich postawach polskich Żydów. I sekretarz w publicznym wystąpieniu nazwał ich „V kolumną”, co równało się oskarżeniu o antypolską działalność. Zaczęła się „antysyjonistyczna” kampania propagandowa, oparta w coraz większym stopniu o antysemityzm. Równolegle trwała powolna czystka, w której z ważnych funkcji zaczęto zwalniać osoby żydowskiego pochodzenia.

Wydarzenia zaczęły przyśpieszać pod koniec 1967 roku, po... premierze inscenizacji „Dziadów” Adama Mickiewicza. Sztuka zaczęła być interpretowana w sposób antyradziecki, co wywołało żywe reakcje publiczności, na które ostateczną odpowiedzią władz było zamknięcie spektaklu. Wywołało to protesty studentów i pisarzy, a w wyniku tych pierwszych doszło do wyrzucenia z uczelni dwóch buntowniczych studentów – Adama Michnika i Henryka Szlajfera. 8 marca 1968 roku miał miejsce wiec na Uniwersytecie Warszawskim w obronie wyrzuconych, brutalnie stłumiony przez milicję. Rozpoczęło to serię strajków studenckich w całej Polsce.

„Partyzanci” wykorzystali to nie tylko do ataku na zwolenników demokratyzacji systemu, ale także do przeprowadzenia ataku na Żydów. W propagandzie momentalnie stworzono wielką wizję powiązań wystąpień opozycyjnych ze spiskiem kapitalistyczno-syjonistycznym. Polacy żydowskiego pochodzenia wyraźnie zaczęli odczuwać, że stają się obywatelami drugiej kategorii – okazywano im wrogość, zwalniano z pracy, oskarżano o wywrotową działalność. Polski antysemityzm uzyskał wówczas silny impuls – chociaż cała kampania zainicjowana była przez komunistów, wielu Polaków dołączyło się do tej zbiorowej nienawiści, wyrzucając z siebie uprzedzenia czy załatwiając własne interesy i porachunki (zemsta na zwalnianym przełożonym żydowskiego pochodzenia i możliwość zajęcia jego miejsca).

19 marca 1968 roku Gomułka w emitowanym w telewizji przemówieniu wspomniał m.in. o możliwości emigracji ludności żydowskiej do Izraela. Z szansy tej skorzystało ok. 13 tysięcy osób, które zmuszono do tego sterowanym państwowo antysemityzmem, nienawiścią i wyobcowaniem. Z Polski wyjechali ludzie wykształceni, którzy czuli się Polakami i w których obudzono dawne lęki związane z antysemityzmem, łącznie z doświadczeniem Zagłady. Zostali oni skrzywdzeni przez PRL, ale również w wielu przypadkach przez Polaków, którzy dołączyli do tej nagonki.

Marzec 1968 roku to czas państwowego antysemityzmu, tłumienia protestów studenckich czy wreszcie zamykania ust niepokornym intelektualistom. Od czasów mrocznego stalinizmu był to  najgorszy moment w historii PRL.

Tomasz Leszkowicz

W Illinois właściciele domów są zachęcani do dbania o swoje domy oraz otoczenie swoich domów. Jeżeli teren domu lub otoczenia domu stanowią zagrożenie dla innych, właściciel domu może być odpowiedzialny za szkody poniesione przez osobę, która dozna urazu na tym terenie. Szkody mogą być znaczne, gdy weźmie się pod uwagę wydatki medyczne oraz trwałe obrażenia, które mogą być związane ze złamanymi kończynami oraz innymi poważnymi obrażeniami cielesnymi.

Zgodnie z prawem w Illinois akumulacja śniegu oraz lodu jest powszechnie uznawana za występowanie naturalne. Kiedy właściciel domu przemieszcza lub stara się usunąć śnieg lub lód, zaangażowanie właściciela domu zmienia tę sytuację; w takim przypadku akumulacja może być spowodowana poprzez właściciela domu. W związku z tym osoby, które doznają urazów mogą zwracać się do właścicieli domów, aby starać się o odszkodowanie - w tym wydatki medyczne, ból oraz cierpienie związany z trwałymi obrażeniami, oraz wszelkie powiązane wydatki.

W 1979 r. została uchwalona ustawa w stanie Illinois dotycząca usuwania śniegu oraz lodu („Snow and Ice Removal Act”), która zapewnia immunitet właścicielom domów w ramach ich działania w zakresie usuwania śniegu oraz lodu. Dzięki tej ustawie właściciele domów są zachęcani do usuwania śniegu oraz lodu z terenu otoczenia swoich domów. Jeśli śnieg lub lód zostanie usunięty w sposób bezmyślny, lub oczywiście nieuważny, właściciel domu może nadal być odpowiedzialny za szkody poniesione przez osobę, która dozna urazu na terenie otoczenia domu właściciela. Kategoryzacja oczywiście nieuważnego lub bezmyślnego usuwania śniegu lub lodu, zależy od specyficznych okoliczności.

W sądach Illinois osoby, które doznały urazów z powodu poślizgnięć oraz upadków na śniegu lub lodzie, mogą pozwać właścicieli domu, którzy usiłowali usunąć ten śnieg lub lód z terenu otoczenia swojego domu. Wiele lokalnych zarządzeń („local ordinances”) przydziela właścicielom domów obowiązek oczyszczenia otoczenia swojego domu ze śniegu oraz lodu. Jeżeli właściciel domu nie jest w stanie oczyścić terenu, może być dodatkowo odpowiedzialny za kary związane z lokalnym zarządzeniem („local ordinance”).

W przypadku pozwania do sądu, właściciel domu jest zmuszony się bronić. Właściciele domów, którzy zostają pozwani w takim roszczeniu, powinni po pierwsze niezwłocznie przedstawiać takie roszczenie firmie ubezpieczeniowej, która zapewnia ubezpieczenie terenu domu oraz otoczenia domu („homeowners insurance”). Jakiekolwiek opóźnienie w zawiadomieniu firmy ubezpieczeniowej może spowodować, że firma ubezpieczeniowa odmówi pokrycia.

Kiedy jest zapewnione pokrycie, firmy ubezpieczeniowe zazwyczaj zapewniają obronę przed takimi roszczeniami. Firmy ubezpieczeniowe zwykle wyznaczają adwokata dla właściciela domu. Niezależnie od tego, czy właściciel domu korzysta z zapewnianej przez ubezpieczyciela obrony, czy też broni roszczenia we własnym zakresie, pierwszą linią obrony powinno być przedstawienie immunitetu przewidzianego w ustawie o usuwaniu śniegu oraz lodu („Snow and Ice Removal Act”). Ta ustawa może zapewnić natychmiastową ulgę właścicielowi domu. Doświadczony adwokat, prowadzący sprawę osoby poszkodowanej, będzie jednak próbował uniknąć stosowania ustawy. Osoba poszkodowana będzie przedstawiać, że obrażenia wynikły z bezmyślnego lub oczywiście nieuważnego usunięcia śniegu lub lodu, oraz generalnie z niepoprawnego utrzymania terenu otoczenia domu. Jeśli poszkodowanemu uda się to udowodnić, właściciel domu może być odpowiedzialny za odszkodowanie osoby poszkodowanej.

Podobnie jak w przypadku innego rodzaju roszczeń o odszkodowanie, pozwany powinien skonsultować się z adwokatem natychmiastowo po otrzymaniu roszczenia. W takich przypadkach adwokat pomoże pozwanemu w obronie gdzie może wykorzystać ustawę dotycząca usuwania śniegu oraz lodu („Snow and Ice Removal Act”). Adwokat może pomóc właścicielowi domu udowodnić, że teren otaczający dom był prawidłowo utrzymany, a obrażenia poszkodowanego nie zostały spowodowane przez usunięcie lodu lub śniegu. W takich przypadkach właściciel domu może kwalifikować się na immunitet oferowany przez ustawę dotyczącą usuwania śniegu oraz lodu („Snow and Ice Removal Act”), o ile zgadza się z tym sędzia lub ława przysięgłych.

Powyższe informacje nie powinny być traktowane jako porady prawne w jakiejkolwiek istniejącej sprawie, oraz nie powinny być traktowane jako tworzenie formalnej relacji adwokat-klient.

Brukalo Law, P.C.
Tel. 312-450-3630
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
www.BrukaloLaw.com
Dwie lokalizacje – Chicago (Downtown) i Park Ridge

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce
część 342

ADJUSTABLE-RATE MORTGAGE (w skrócie ARM) – pożyczka hipoteczna z regulowanym oprocentowaniem: rodzaj pożyczki hipotecznej, której oprocentowanie może być zmieniane przez instytucję finansową w ustalonych odstępach czasu w zależności od zmian indeksu ekonomicznego (index).

ADOBE HOUSE (inna nazwa: pueblo house) – dom z cegły suszonej na słońcu / dom w stylu pueblo: styl domu popularny w południowozachodniej części USA, szczególnie w Nowym Meksyku i Arizonie, wzorowany na domach budowanych przez Indian z plemienia Pueblo; wykonany z cegły suszonej na słońcu (adobe brick) lub z materiału imitującego ten rodzaj cegły.

A-FRAME HOUSE – dom w kształcie litery A: rodzaj domu wolnostojącego, którego konstrukcja przypomina literę A, z dwuspadowym stromym dachem, który sięga bardzo nisko, niekiedy nawet do fundamentów; bardzo popularny w USA po II Wojnie Światowej jako dom wakacyjny.

AMERICAN FOURSQUARE – amerykański dom czterokwadratowy: rodzaj domu wolnostojącego, który był popularny w pierwszych czterech dekadach XX wieku; budowany na planie kwadratu, z obszerną przednią werandą (front porch), kształtem przypominający kwadratową skrzynię, posiadający dwie i pół kondygnacji (dwa pełne poziomy plus poddasze z oknem mansardowym – dormer window); na każdej pełnej kondygnacji znajdują się zwykle cztery pomieszczenia, każde z nich na planie kwadratu (stąd określenie „czterokwadratowy”).

AMERICAN MANSARD-STYLE HOME (inna nazwa: Second Empire house) – amerykański dom w stylu mansardowym: styl popularny w XIX wieku nawiązujący do francuskiej architektury z okresu Drugiego Cesarstwa (1865-1880); jego najbardziej charakterystyczną cechą jest dach mansardowy (mansard roof), nazywany również dachem francuskim (French roof); jest to dach czterospadowy o podwójnym nachyleniu (double pitch) z każdej z czterech stron; górne nachylenie dachu jest zwykle słabo widoczne z dołu, natomiast w dolnej, stromej części dachu znajduje się wiele okien mansardowych (dormers).

ASBESTOS – azbest: minerał włóknisty odporny na działanie wysokiej temperatury, który dzięki swojej zdolności do zatrzymywania ciepła był używany w budownictwie głównie jako materiał izolacyjny. W 1978 roku stosowanie azbestu zostało zakazane ze względu na jego zagrożenie dla zdrowia. Wdychanie mikroskopijnych włókien azbestowych może wywołać wiele groźnych chorób układu oddechowego, łącznie z rakiem płuc. Obecność izolacji azbestowej w danym budynku nie stanowi zagrożenia, jeśli jest ona odpowiednio zabezpieczona. Jeżeli zostaje naruszona, co często następuje w wyniku nieodpowiednio dokonanego remontu, zanieczyszenie powietrza mikroskopijnymi cząstkami włókien azbestowych może sięgnąć niebezpiecznego poziomu, co z kolei w znacznym stopniu może negatywnie wpłynąć na wartość danej nieruchomości. Agencja Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency, w skrócie EPA) szacuje, że około 20 % budynków przemysłowych i użyteczności publicznej w USA zawiera azbest. Obecność azbestu w danym budynku można jednoznacznie stwierdzić na podstawie laboratoryjnej analizy próbek wątpliwego materiału izolacyjnego.

ASSESSED VALUATION – oszacowana wartość dla celów podatkowych: Wartość nieruchomości oszacowana przez taksatorów dla celów ustalenia wysokości podatku od nieruchomości. W powiecie Cook każda nieruchomość mieszkalna oszacowana jest w wysokości 10% jej przybliżonej wartości rynkowej (estimated property value). Na przykład nieruchomość o wartości $100,000 będzie oszacowana dla celów podatkowych jako nieruchomość, której assessed valuation wynosi $10,000. Należy pamiętać, że taksator (assessor) nie ustala wysokości podatków, a oblicza jedynie assessed valuation, która jest podstawą do naliczenia ogólnego podatku od nieruchomości (general real estate tax) przez miejscową administrację (władze miejskie i okręgi szkolne).

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645    
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Web: www.CaretRealty.com

Zajmuje nas ostatnio minimalizm i sprzątanie oraz wszystko to, co stanowi o sensie tych kategorii. Wbrew pozorom, obydwa terminy wcale nie są tak oczywiste w swej zawartości, jakby mogło się nam wydawać. Dlaczego mamy minimalizować ilość elementów, które nas otaczają, albo które posiadamy i w jakim celu powinniśmy raczej oddać się szałowi sprzątania i porządkownia, aniżeli żyć w bałaganie?

Jak się okazuje, kulturowe pomieszanie z poplątaniem, nałożone na nasze wyobrażenia minimalizmu i sprzątania są niesłychanie mocne i skutecznie zniekształcają ich sens.

Bo cóż to jest minimalizm i dlaczego mamy mieć mniej niż więcej, a do tego, dlaczego mamy mieć to, co mamy, utrzymane w porządku i dobrze poorganizowane? Przecież to wbrew naturze zdecydowanej większości populacji. Nasza współczesność jest zdominowana przez agresywną propagandę polityki posiadania. Im masz więcej tym jesteś lepszy, szczęśliwszy, bardziej spełniony. Kupuj, kupuj i jeszcze raz kupuj! Pracuj, nie śpij i kupuj!

Żyjemy więc w ułudnym poczuciu, że „złapaliśmy pana Boga za nogi”, bo mamy coraz więcej i więcej, nie zdając sobie sprawy, że to „więcej” zakryło nam nie tylko pana Boga, którego tak czy owak mamy trudności dostrzec, ale przede wszystkim „zawaliło” nam relacje z najbliższymi.

Żeby mieć więcej, musimy przecież więcej pracować, pożyczać, uzależniać się od innych. Gubimy w tym wszystkim siebie. O dziwo! Minimalizm i sprzątanie to sposób na odnalezienie siebie.

Dlaczego i w jaki sposób? Zauważmy:
- mniej kupujemy, mniej wydajemy
- mniej mamy, mniej musimy czasu poświęcać na utrzymanie tego wszystkiego
- mniej czasu poświęcamy na zajmowanie się tym, co mamy, co daje nam możliwość zajmowania się sobą
- jeśli mamy czas na zajmowanie się sobą, to znajdziemy też czas dla innych
- jeśli poświęcimy trochę swego czasu innym, to z pewnością, wcześniej czy później, te wysiłki wrócą do nas w dwójnasób
- jeśli odnajdziemy sens swego życia w relacjach z sobą i innymi – możemy powiedzieć, że znaleźliśmy się u początku drogi otwierającej nas ku odkryciu sensu swego tu i teraz

Przy okazji zajmowania się minimalizmem, warto sobie zdać sprawę, że jest to koncept funkcjonowania zbudowany w wyraźnej opozycji i mocnym sprzeciwie wobec współczesnego modelu społecznego, opartego na bezwzględnym kapitalizmie nieprzerwanego zysku za wszelką cenę. Żyjemy w szaleństwie takiego modelu i wydaje się on nam normalny, ale normalność nie jest kategorią stałą, nie jest czymś istniejącym bezwzględnie i zawsze. Jest raczej wypadkową kulturowych, społecznych i politycznych złudzeń, którym ulegamy poprzez fenomenalnie skonstruowany i super skuteczny marketing, wszechobecny w naszym życiu. I nie chodzi tu tylko o żonglowanie naszymi emocjami przy kupowaniu konkretnej rzeczy, ale również (a czasem przede wszystkim) o bezmyślne uleganie manipulacji, której mistrzami są wszelkiej maści politycy i ci, którzy wokół nich się kręcą. Powtarzanie do znudzenia mitu, że musimy mieć dom (nieruchomość) na własność, że musimy się nieustannie bogacić, żeby mieć więcej i więcej, bo dzięki temu będziemy szczęśliwsi, kraj będzie bogatszy, a nasze dzieci będą miały dzięki temu wszystkiemu zapewnioną świetlaną przyszłość – sprawia, że przyjmujemy te bzdury za normę. Używanie dzieci jest zresztą fenomenalnym zabiegiem politycznej i społecznej manipulacji – czy ktoś przy zdrowych zmysłach odmówi dzieciom prawa do świetlanej przyszłości? Perwersyjne w swym machiawelizmie techniki manipulacji społecznej doprowadziły do sytuacji, że zatraciliśmy poczucie rzeczywistości i granice pomiędzy realnością i ułudą kompletnie się rozmyły. Żyjemy w mydlanej bańce, wierząc, że to solidna i długotrwała konstrukcja.

Trochę z innej perspektywy, ale nie bardzo odległej, możemy to zobaczyć w niedawno wydrukowanym („Książki – Magazyn do Czytania” nr 4, grudzień, 2017) opowiadaniu Josepha Conrada, zatytułowanym „Placówka postępu”. Ten niesamowity tekst, paradoksalnie, doskonale nakłada się na to, czym zajmujemy się od paru tygodni. Miraż postępu, złudzenia nowoczesności, fałszywa wiara w misję białego człowieka, wydumane i niebezpieczne poczucie stabilności i trwałości państwa i systemu politycznego -  są przedmiotem opowiedzianej historii. Odarcie ze złudzeń, jakie funduje na Conrad jest wstrząsające. Jak pisze:

„Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, że ich życie, sama esencja ich charakteru oraz wszelkie zdolności i śmiałość są niczym więcej, jak wyrazem wiary w bezpieczne otoczenie. Odwaga, opanowanie i odpowiedzialność; uczucia i zasady; wszelka myśl, czy to wielka, czy nieważna, nie należą do jednostki, ale do tłumu: do tłumu, który ślepo wierzy w nieprzezwyciężoną moc swych instytucji i swej moralności, we władzę swej policji i swych opinii. Tymczasem spotkanie z czystą, bezwzględną dziczą, z pierwotną naturą i z pierwotnymi ludźmi przepełnia serca nagłą i głęboką troską. Do poczucia oddalenia od swoich, jasnej świadomości samotności własnych myśli i odczuć, do zaprzeczenia wszystkiemu temu, co zwyczajne, dochodzi jeszcze potwierdzenie tego, co niezwykłe, niebezpieczne; sugestia czegoś nieokreślonego, nieogarnionego i odrażającego, czego niepokojący a natrętny napór tak samo pobudza wyobraźnię i poddaje próbie cywilizowane nerwy zarówno głupich jak i mądrych”.

Conrad komentuje oczywiście pewną konkretną sytuację, w jakiej znaleźli się bohaterowie jego opowiadania (stacja handlowa, kolonialna Afryka, dwóch agentów kampanii handlującej kością słoniową). Jest ona pozornie odległa od naszej rzeczywistości, ale jeśli dobrze się przyjrzeć, to różnice są widoczne tylko w czasie i przestrzeni, natomiast istota wydarzeń jest paradoksalnie tożsama z naszym „tu i teraz”.

Na czym ta paradoksalność polega? Na niczym nieumotywowanej wierze w stabilność systemu, którego jesteśmy częścią. I to wydaje się być kluczem do zrozumienia istotności minimalizmu i porządkowania.

Mniej rzeczy wokół nas, to więcej czasu na zrozumienie siebie i innych. Uporządkowana przestrzeń wokół, przekłada się na porządek w nas. Wyzwolenie się z obezwładniającego bałaganu rzeczy, jaki nas przywala, pozwala nam otworzyć oczy na fakt, że prawie wszystko, co mamy, jest bezwartościowe w sytuacjach granicznych (śmierć, choroba, strach, uwięzienie, samotność) i że tak naprawdę do życia szczęśliwego (co przekłada się na kategorię życia rozumnego) potrzebujemy bardzo niewiele rzeczy jako takich (domów, samochodów, ubrań). Czego zatem nam naprawdę potrzeba do życia rozumnego?

Autorzy książek o minimalizmie i sprzątaniu mają maja odpowiedź na to pytanie. Jeśli przyjrzymy się koncepcji „Tokimeki” Marie Kondo („Tokimeki – magia sprzątania w praktyce”),  to okaże się, iż „zdaniem autorki szczęśliwi ludzie to ci, którzy są otoczeni wyłącznie przedmiotami, które dają im radość, bo żyją oni w prostocie, spokoju i ładzie, a relacje z przedmiotami przekładają się na relacje z samym sobą i z innymi ludźmi. Nie chodzi tylko o rzeczy, które są zabarwione wspomnieniami. Jeśli mamy bałagan w domu, mamy też bałagan w życiu, a sprzątając możemy zaprosić do naszego życia porządek, relaks i nawet miłość. Paradoksalnie sprzątanie może być tą rzeczą, na którą mamy wpływ i która umożliwi nam natychmiastową poprawę.

Radość i lekkość możemy czuć nie tylko wtedy, kiedy pozbywamy się niepotrzebnych rzeczy i zyskujemy przestrzeń, ale też na co dzień. Efektem posprzątania swojego życia, ma być umiejętność cieszenia się dniem codziennym, np. gdy pijemy ulubioną herbatę z ulubionej filiżanki”. (za: KamilaTokarska)

Kontynuacja za tydzień

Zbyszek Kruczalak